Światło. Niebo nad nią…

…różniło się od wszystkiego, co zdarzyło się jej widzieć.
Może i nie widziała za wiele w swoim dziecięcym życiu, ale przeczuła, że takich rzeczy nie ogląda się często…
To niebo… Miejscami prawie białe, gdzieniegdzie znowu szafirowe, przechodzące aż do ciemnego szmaragdu…
Musiała się uszczypnąć, by potwierdzić, że nie śpi i wszystko, co ma przed oczyma, jest prawdziwe.
Żałowała, że nie może utrwalić tego widoku, bo żaden aparat nie oddałby wszystkich subtelności, nie niszcząc ich.
Chłonęła więc te obrazy całym ciałem, odmawiając dalszej podróży…
Nie przeszkadzali jej. Wiedzieli, że czasami dzieje się z nią coś, co sprawia, że robi się zimna i odrętwiała… Nie reaguje na odgłosy z zewnątrz…
Czekali więc, aż powróci do nich z tej katatonii zmysłów…
W takich chwilach miała wrażenie, że unosi się i jej ciało obraca się bardzo powoli dookoła własnej osi, oddziela od oczu, które tkwią nieruchomo, jakby czekały na moment, gdy reszta dopasuje się do nich ponownie…
To było bardzo osobliwe doznanie – ani przez chwilę nie traciła bowiem kontaktu z otaczającym ją zewnętrzem. Ona po prostu je wyciszała, przesuwała na potem…