Z piątku na niedzielę. Pigmalion.

Galatea Le lorrain

„Galathea” – Robert Le Lorrain

Jesteśmy marzycielkami, które pragną, by pewnego dnia w ich życie wjechał na białym rumaku romantyczny książę [taki opis wybranka wystarczy… zawiera wszystko, czego chcemy: biały symbolizuje elitarność, rumak – niebanalny środek lokomocji, romantyczny – odnosi się do stosunku wybranka do wybranej, a książę sugeruje odpowiedni status… nie zagłębiam się w takie banały jak wiek i wygląd, ponieważ na rumaka nie wsiadłby przecież niedołężny starzec czy wymizerowany hulaka…] i uwiózł w bliżej nieokreśloną, komfortową dal…

Płeć przeciwna podśmiewa się z naszych rojeń, ale…

Przy tobie każda inna piękność blednie,
Jako noc w chwili, gdy świta poranek.
Nie dla mnie teraz rozkosze powszednie,
Nie dla mnie zwykłe pieszczoty ziemianek,
Nie dla mnie żywa usteczek wymowa,
Ni uśmiech, który w rumieńcu się chowa:
Bo tu na ziemi i w ciemnym Erebie
Nie będę żadnej kochał, oprócz ciebie.

Mężczyznom również zdarza się marzyć o istotach pięknych, powabnych i romantycznych…
Byle nie za bardzo. Bo dobrze byłoby, gdyby Jej Zjawiskowość umiała jednak świetnie gotować i niezgorzej sprzątać…

Niektórzy są jeszcze bardziej wymagający – pragną bogini:

Jam cię wydobył z marmurów spowicia,
Gdzie spoczywałaś bez kształtów na wieki,
Nie powołana przez bogów do życia;
Jam sercem cień twój odszukał daleki,
Błądzący w istot niestworzonych rzędzie;
Ja cię przeniosłem przez ciemne krawędzie
Snu i nicestwa na ten świat słoneczny,
Twojej piękności dając wyraz wieczny.

Stworzyłem ciebie swojej piersi tchnieniem…
I moja dusza w marmur moc przelała,
Ażeby martwym przestał być kamieniem,
I przybrał powab dziewiczego ciała,
I zadrżał drżeniem bijącego łona,
I tchem rozkoszy, którym ożywiona
Zdajesz się na świat wybiegać z ukrycia,
Spragniona blasków, miłości i życia.

Bogini, dodałabym, nie byle jakiej, ale – zaprogramowanej po ostatnią komórkę jej osteoblastowego jestestwa.
Nawet mogą się do niej pomodlić od czasu do czasu:

Bóstwa, co sięgnąć śmiertelnym nie dadzą
Po tajemniczą, boską moc tworzenia,
Karząc mnie zaraz, nieprzepartą władzą
Do twej postaci przykuły z kamienia,
I moje serce miłością wybucha
Do tego kształtu, co stanął bez ducha,
I burza uczuć namiętna i wrząca
O twe kamienne stopy się roztrąca.

Jeśli na takich roszczeniach Ubóstwiona poprzestanie…

Nie staram się być złośliwa – myślę o rzeźbiarzu Pigmalionie, który stworzył z kości słoniowej posąg Afrodyty, a później wymodlił u ukochanej bogini ożywienie tej podobizny:

Pigmalion:
[ujrzawszy ożywioną Statuę, odwraca się z przestrachem i podziwieniem]

Bogowie! cóżem widział? lub co mi się zdało?
Żywość w oczach, ruszenie, zrumienione ciało….
Niedosyć, że się cudów spodziewałem.
Na spełnienie mej nędzy… Oto je widziałem.

Jużem zginął… Nieszczęśliwy!
Szaleństwo rozum wygania….
Lecz się nie skarżę na ten los nielitościwy
Strata jego od hańby przecię mię zasłania…
Jest to łaska przyrodzenia.

Wenero!… Galatheo!.. O! wielcy Bogowie!
Okrutnej miłości dziwie!

Galathea:

Ja.

Galathea:
[z westchnieniem]

Ja jeszcze.

Pigmalion:

Tyś jest moje życie,
Ty mych rąk, mego serca, Bogów pierwsze dzieło.
Tobiem me poświęcił bycie,
Bo dla ciebie istność wzięło.

Jean-Léon_Gérôme,_Pygmalion_and_Galatea,_ca._1890

„Pigmalion i Galathea” – Jean-Leon Gerome

Bernard Shaw przemianował Pigmaliona na Higginsa [profesora fonetyki, zresztą] i przydał mu parę niezbyt sympatycznych cech oraz jedną niegramotną kwiaciarkę Elizę…

Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień.

Adam Asnyk, Jean-Jacques Rousseau, Jean Phillippe Rameau, George Bernard Shaw

nigdy

nie chciałam tu przyjeżdżać
miałam rację ludzie
jak insekty w piętrowe pudełka
skapują mgliście tchną kelpem
rozłażą się w im tylko wiadomym
celu
jakie brzydkie jest to miasto
żegnam
wreszcie znowu zapach domu ulga
nie zna granic to za tym tak
tęskniłam bardzo myślę wdycham
rozkrochmalone
mruczando haftowanej nawleczki

Światło. Gdyby nie burza…

…zeszłaby z łatwością.
Trójkątny pejzaż kawałkował przestrzeń. Organizował błękit prostymi i łamanymi. Wbijał się pod powieki klinami światła.
Pierwsze krople spadły na kark i stoczyły się między łopatki. Wzdrygnęła się i oderwała rękę od iglicy. Pochyłość pod stopami rozlśniła się strachem.
Od świetlika dzieliło ją kilkanaście kroków.
Niewiele.
Nie do pokonania.
Mimo to jej umysł pracował, szukając rozwiązania. Wiedziała, że może zaufać swojej gibkości, mięśniom od kilku lat przyzwyczajanym do krótkiego maksymalnego wysiłku…
Gdyby udało jej się ześliznąć do pierwszego wrębu, dalej poszłoby łatwiej…
Zaryzykowała. Sprężyła się w sobie, napięła. Puściła drugą rękę.
Huknęło. Błysnęło.
Skuliła się.
Trwało to może sekundę, ale obróciło nią lekko i jej ciało osunęło się w złym kierunku. Mokry dach nie stanowił oparcia. Runęła w dół, czując, jak cienki materiał ściera się, a obnażona skóra zaczyna piec. O kilkanaście centymetrów minęła się z wrębem. Zjechała niżej i uderzyła głową o róg komina.
Huknęło po raz drugi.
Instynktownie zacisnęła wyciągniętą rękę i zawisła na pochyłości. Próbowała znaleźć oparcie dla nóg. Bezskutecznie…
Tkwiła w tym pół-zawieszeniu, zdając sobie sprawę, że długo tak nie wytrzyma – mokre i pozdzierane do krwi palce pęczniały bólem…
Nad nią szalała gwałtowna wiosenna nawałnica…
Zamknęła oczy i rozwarła palce.
Życie wcale nie mignęło jej przed oczyma. Może wszystko trwało zbyt krótko…
Zjeżdżała, nawet nie próbując łapać się czegokolwiek…
Gdyby była cięższa – pewnie rynna zarwałaby się pod nią…
W pierwszej chwili nie zrozumiała…
A potem – powoli, mozolnie, zaczęła pełznąć wzdłuż poziomego drenu…
Burza skończyła się tak samo nagle, jak rozbrzmiała.
Nozdrza rozdął szelakowy zapach nasiąkłych wodą łat…
Niebo otuliła geosminowa cisza…
Słońce wyszło zza chmur i powoli matowiło przestrzeń…
Umiejscowiła się pod świetlikiem i czekała. Była potwornie zmęczona, ale zdawała sobie sprawę, że musi coś zrobić…
Szorstka powierzchnia stała się jej sprzymierzeńcem – wspinała się, centymetr po centymetrze pokonując odległość dzielącą ją od jaskółki. Grafitowe kryształki raniły pokaleczone kolana i przedramiona i do dziś nie wie, jak udało się jej nie spaść…
Dopiero na ulicy opuściły ją siły. Przysiadła na chodniku i wsłuchiwała się w dygot własnego ciała.
Taką – otępiałą i szmacianą – znalazła ją mama…

Z piątku na niedzielę. Pierścień Wielkiej Damy.

Maria z różami C.K.Norwid

Ale patrzcie!… W niebie dwa pierścienie
Brylantowe całe!
Całe, jak z gwiazd!!!

Nie. Wbrew pozorom nikt nie zaproponował mi reklamowania biżuterii w stylu retro. Choć, przeciętną swojego gatunku przedstawicielką będąc, nie miałabym nic przeciwko temu. Już choćby dla samej przyjemności poobcowania z cudeńkami [a jesteśmy ponoć w czołówce…] sztuki jubilerskiej. A jeśli jeszcze ktoś chciałby mi za tę przyjemność dopłacić…
Dość! Sio, pokuso nieczysta!
Pora zejść z obłoków.
Celowo nie napisałam na ziemię, ponieważ wszelkie dywagacje o literaturze od ziemi są oderwane niejako – programowo…

Rzecz mianowicie o nietypowej, bo białej tragedii

To ów znany brylant, który właśnie
Podziwiali wszyscy tu zebrani,
Jak meteor na emalji ciemnej
Jaśniejący, dość niezwykły ceną.
Wszakże, o czem nikt zapewne nie wie,
To zarazem jest Marji talizman…
Jeśli słuszna względem niej cośkolwiek
Tak przesądnie lub lekko nazywać.
Mimowolnie ona przywiązuje
Wiary rodzaj do tego klejnotu.
Wolałaby zgubić wszystkie inne,
Niż dopuścić, że się ów zatracił.

Kto powiedział, że wszystko musi wyrastać z krwistej gotyckiej estetyki.
Tym bardziej, że nie wymyślono ostatnio niczego bardziej potwornego nad to, co pojawiło się [znacznie wcześniej] w tragediach antycznych…
Właśnie tam kotłowało się od zwyrodnialstwa w najlepszym wydaniu. Najlepszym, ponieważ – klasycznym. Według ściśle ustalonych reguł, bez udziwniania.
Była sobie historia, którą należało przedstawić w konkretnym miejscu, krótkim czasie i bez rozpraszania się na głupoty…
W przerwach trochę sobie podśpiewywano, dając przy okazji chóralną możliwość zrozumienia mniej wyrazistych kwestii, jeśli ktoś nie nadążył za dialogiem…
Szacunek do odbiorcy był i dbałość o to, by ów się oczyścił, też była…
Popłakał sobie delikwent, porwał włosy z głowy, porozdzierał szaty, a potem wracał do domu leciutki i wesolutki niby ten szczygiełek [nie wiem, czy w Grecji są szczygiełki]…

To musieli zacząć komplikować…

Ale co prawda, to prawda – niektórzy pokomplikowali genialnie…
…operując ostrymi kontrastami, groteskowymi zwrotami akcji, żywymi, pełnymi gnomicznych ripost dialogami…
…wprowadzając farsowe, świetnie wycyzelowane postaci…
…tworząc spsychologizowane, oparte na dramatycznym geście kreacje kobiece…
I wszystko to bez rozlewu krwi i gęsto ścielącego się trupa…

Ach! ten wielki bum na Czwartego ze Świętej Trójcy Romantyków. Nie było osoby, programu, przerywnika w reklamach, żeby gdzieś, na stoliku, na haczyku, w dłoni, nie zaplątał się tomik Norwida. Z mało widocznym tytułem, ale mocno i wyraźnie bijącym po oczach nazwiskiem…
I te najazdy kamery… Na początku, w trakcie, na koniec:

Cyprian Kamil Norwid

Zawsze zastanawiałam się, ile z tych osób przeczytało choć kilka wierszy…
Nie trawię blagi. Czy naprawdę trzeba od razu kreować się na wielkiego norwidofila, by nie zostać posądzonym o to czy tamto
Spóźnione pytanie. Teraz już nie trzeba… I – paradoksalnie – chwilami nawet tęsknię za tamtymi czasami. Może i niewielu z tych… chm… nosicieli go czytało, ale chociaż wiedzieli, że w dobrym tonie jest czytać…