Z piątku na niedzielę. Ona.

Composition Kandinski

Composition – W. Kandinski

Księżyc wśród białych chmurek, którymi wiatr miota
Światła zmienne, płochliwe wywołując tony;
Oceanu nęcąca, mistyczna ciemnota;
Zorza, co wzrok olśniewa o południu złota;
Nieokreślny blask gwiazdy w wodzie odstrzelonej…

Nie o wszystkim trzeba pisać z ironią, złośliwością, irytacją…
Obcując z niektórymi dziełami, nabiera się łagodności…
Rozbrajają…

Ona jest przypowieścią o samotności, podaną w tak naturalny, wolny od manipulacji i nachalnego kaznodziejstwa sposób, że trudno się nie uśmiechać na samo wspomnienie filmu.
To futurystyczna wersja baśni o miłości nieśmiałego i wrażliwego mężczyzny do wymarzonej, wyidealizowanej Niej.

Wreszcie – podeszła do mnie. Blisko. Strasznie blisko.
(Słuchałem…) Szła woń słodka od włosów kasztanu;
Za rękę mnie ujęła… (zawrót!… pada wszystko!…)
I rzekła wolno: „Chciałam–coś–powiedzieć–panu…”

Z: Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem i Julianem Tuwimem.

O Durgiasie-Motylu

A było to tak dawno, że całe Stworzenie jedną władało Mową…

Odkąd Durgias pamiętał, wszystko do niego gadało…
Przydrożny Kamień opowiadał mu o swojej tęsknocie za Słonkiem. Ptak wyśpiewywał o dalekich krainach, które oglądał z góry. Kwiat naszeptywał o kroplach zbawiennego Deszczu. Ryba wypluskiwała miłość do podwodnego świata. Drzewo żaliło się na Wichry, co targały nim bezlitośnie…
Nawet Niebo chwaliło się przetykanym grudkami złota płaszczem, a Jasna Gwiazda szemrała wielogłośnie o Otchłani.
Nocny Strażnik cichutko skarżył się na nieodwzajemnioną miłość…
Wiatr wyśpiewywał mu straszne przygody, które przebył w pustaciach. Tęcza kusiła blaskiem i zapraszała do drogi. Kolebiący się od krańca do krańca Obłok przepowiadał mu swoje sny niespokojne. Błyskawica chełpiła się mocą, od której drżała Ziemia i marszczyła się tafla Jeziora…
Ale najpiękniejsze opowieści snuła mu ta Kula Błękitna, budząca się w złotym blasku i usypiająca w księżycowej poświacie…

Ile już dróg i ścieżynek przemierzył? Do jakich ostoisk zawędrował? Których jezior i kniei nie przebył?
Któż mógłby wiedzieć, skoro on sam obrachować tego nie umiał.
Odkąd pamiętał – zawsze wędrował po świecie, słuchając wszelkiego Stworzenia przy wieczornym ogniu i porannej strawie…
A potem roznosił te bajania dalej, opowiadał ludziskom, co w innych zagajach gra…
O drzewach niezwyczajnych i o kwiatach najpiękniejszych. O łąkach wzorzystych i o górach wysokich.
A słuchali go chętnie ludkowie i nadziwić się nie mogli, skąd w nim tyle tego. I on sam pojąć nie umiał, jak w nim się te słowa rodzą i składają tak lekko…
Radowali się też słuchacze, gdy o miłości i szczęściu prawił, i smucili z nim razem, kiedy o krzywdzie i niedoli słyszeli…
A on z każdej łodyżki zielonej baśń namalować potrafił, z każdej kropli żywicy – pieśń ułożyć.
Gdy mu lekko na sercu było, gęśliczki zza pazuchy wyciągał i brzdąkał, a melodia słów w ludzkie dusze się wplątywała.
Gdy ciężar mu plecy przygniatał, te same gęśliczki do rąk brał i te jego tęsknice niby pasma Mgły nad Ziemią się snuły i zafrasowane oblicza spowijały.

A choć nie dojadł często, nie dospał, o zaprzestaniu wędrówki ani był pomyślał. Coś gnało go w przód, i sam nie wiedział – ciekawość więcej, czy chęć podzielenia się pieśnią z innymi…
A może te czoła zmarszczone, usta w uśmiech składające się, albo i oczy, co łzę nie raz, nie dwa – uroniły.
Niestraszne mu były niewygody i niebezpieczeństwa w drodze spotykane. Spać mógł byle gdzie, jeść lada co, a że bogactw nijakich nie posiadał, to i kąskiem łasym dla nikogo nie był. Chyba dla tych drapieżców, co po borach hasali. Ale i oni jakoś drogi mu nie zastępowali…
A przecież czasami myślał o jakimś Miejscu dalekim i mglistym, do którego podążał swoją ścieżką i wciąż trafić nie mógł. Czuł, że gdy je odnajdzie – pozna od razu i nigdzie dalej iść mu się nie będzie chciało…
Tak też sobie ćmił, że może spotka Tam innego takiego jak on i gęśliczki mu swoje ofiaruje, żeby dalej po świecie krążyły na służbę ludziom…

I zdarzyło się razu pewnego, kiedy tak wędrował doliną jakąś nieznaną i za żywym Stworzeniem się rozglądał, pilnie słuchając, co mu kamyki polne klekocą, że chałupinkę przycupniętą ujrzał.
Uradowały się jego oczy znajomemu jakby widokowi i nawet kroku raźno przyśpieszył. Dym z komina i krzywawe okienniczki uchylone podpowiedziały mu, że ktoś tam żyć musi.
Nie omylił się, bo kiedy do furtki się zbliżył, z domu na spotkanie niewiasta mu wyszła w spódnicach wzorzystych, zza których drobiazg jasnooki bojaźliwie wyglądał.
Pokłonił się Durgias pięknie gospodyni, na co ona spytała cichym głosem:
– Skąd Bogi prowadzą, dziadusiu?
– Z daleka, gołąbeczko, z daleka – odpowiedział donośnie.
– Pewnie-ście zdrożeni bardzo?
– Trochę.
– To do chałupy wejdźcie – zaprosiła szerokim gestem.

Zaszedł więc, kłaniając się na przyzbie Domowikom i Pokuciom, co ich szepty był usłyszał i pośpieszne nóg tupotanie.
Niewiasta uśmiechnęła się nieznacznie na ten pokłon i, stawiając na drewnianym stole miskę z polewką i pajdą ciężkiego chleba, odezwała się znowu:
– Posilcie się, dziadusiu.
A gdy w kąt, skąd najgłośniejsze szeptania dochodziły, zerknął, dodała:
– Rzadko nas tu kto w tej głuszy nawiedza, to i Skrzatki nam zdziczały…
Pokiwał na to ze zrozumieniem głową. Chleba kęs ukruszywszy na podłogę, ochoczo zabrał się za jedzenie.
A gdy posilił się i pragnienie ugasił, o cudach, co je był w drodze napotkał, opowieść rozpoczął…

Drobiazg, co się dziewczynusią całkiem rezolutną okazał, przyglądał mu się ciekawie i wszystkiemu akuratnie przysłuchiwał. A kiedy gęśliczki wyciągnął i brzdąknął, mała nieśmiało zaczęła mu do wtóru pomrukiwać. Zdziwił się, bo głosik wałszebny miała, za serce chwytający.
I – uradował.
Rzadko kiedy kto mu w tym śpiewaniu towarzyszyć chciał i umiał.
Na koniec dziewuszka, całkiem już onieśmielenia wyzbyta, podeszła do niego i paluszkiem różowym strunki trąciła. A one jakby tylko na to czekały, bo jej odpowiedziały dzwonieniem ślicznym…

Gdy nocka nastała, zległ Durgias w izdebce w pościeli, co mu ją niewiasta gościnna z wieczora uszykowała, a przed snem gęśliczki swoje pogłaskał czule i pieczołowicie przy łóżku położył.
Zasnął potem spokojnie i śniły mu się łąki niebieskie, kwiaty diamentowe i sople kryształowe, na których sam Wiatr dźwięczne melodie wygrywał…
A kiedy pierwszy promień Słońca wśliznął się do izdebki, westchnął sobie Durgias cichutko a słodko czegoś. I to jego tchnienie ostatnie zaraz też uniosło się nad wygładzoną twarzą i przemieniło w błękitnego motyla, który załopotał skrzydłami i ku drugiej izdebce popłynął. Tam zawirował i delikatnie przysiadł na czole śpiącej dziewczynki…

Powiadają ludzie, że od tego czasu, kiedy odchodzi Poeta, jego dusza przemienia się w motyla i dopóty po świecie krąży, aż nie znajdzie godnego następcy…

Witam.

Dziś Wielkanoc. Czas wzajemnej miłości, radości i nowych nadziei.
Pomyślałam, że podaruję Wam chwilę powrotu do lat, gdy wszystko było prostsze. Choć kilka minut z dala od tęsknot, smutków i niepewności. Że zaproponuję wędrówkę po Krainie Wyobraźni…
Mam nadzieję, że dałam Wam odrobinę wytchnienia.
Trzymajmy się zdrowo i nie upadajmy na duchu.

Pozdrawiam:)

Lena

Blaszane…

…parapety miały kwaskowaty zapach.
Lubiłam, kiedy odbijały się w szybach i strzępiasto-wapienną strukturą wabiły burzę…

…deszcz… siąp… chlapota…
Skulona pod pledem, siedziałam na werandzie i co chwila rozmazywałam po kartce krople wody. Rozduszałam je i patrzyłam, gdy wsiąkały w chusteczkę o zapachu mandarynek.

…matowy podokiennik szemrał welurowo.
Rzeźbił w szybach ścieżki błyskotliwych myśli. Czułam, że muszą takie być, ale za nic nie potrafiłam złamać kodu. Przede mną pachniała obłokami matrixowa ściana deszczu, gmatwając okienny szyfr…

…atrament anektował krople.
Drgały granatem i rozlewały się, niwecząc sens zapisanych fraz…

deszczowy poranek