Fach

Czas na mnie – pomyślał, patrząc na zegarek i wbił się w niemodną marynarkę od studniówkowego garnituru.
To były piękne czasy – rozrzewnił się na wspomnienie licealnej beztroski.
Wyszedł z domu i majestatycznym krokiem ruszył w kierunku pobliskiego kościoła. Już z daleka dostrzegł niemrawo przelewający się z miejsca na miejsce tłumek. Z aprobatą pokiwał głową i przyśpieszył.
Do świątyni wszedł jako jeden z ostatnich i niepostrzeżenie przysiadł w lewej nawie.
Na badawcze spojrzenie sąsiadki uśmiechnął się trochę niepewnie. Oczy obserwatorki złagodniały i, po chwili wahania, odwzajemniła uśmiech.
Odetchnął i wolno odwrócił głowę, spoglądając w kierunku ołtarza. Jego twarz przybrała wyraz skupienia i stonowanej powagi.
Patrząc na duchownego, przypomniał sobie pierwsze, nieudolne próby.
Dziś – jako stary wyjadacz – stwierdzał, że w początkach towarzyszyło mu nieziemskie wręcz szczęście.
Usłyszał obok westchnienie i zerknął. Współczująco. Dostrzegł w załzawionych oczach wyraz wdzięczności, więc pozwolił sobie na delikatny uśmiech pokrzepienia. Kiedy sąsiadka pochyliła głowę, powrócił do rozmyślań.
Teraz mógł sobie pozwolić na komfort nieuważania – wyćwiczone latami praktyki ciało reagowało mechanicznie na to, co działo się wokół niego.
Ale na początku musiał ciągle mieć się na baczności.
Usłyszał chlipnięcie. Dystyngowanym ruchem sięgnął do kieszeni i wyjął otwarte opakowanie chusteczek higienicznych. Z wprawą wyciągnął jedną do połowy i podsunął sąsiadce. Skorzystała skwapliwie, ocierając oczy i głośno wydmuchując nos.
Doświadczenie podpowiedziało mu, że pierwsza część uroczystości ma się ku końcowi.
Istotnie – kapłan wypowiedział finalną formułkę i przy ołtarzu zrobiło się małe zamieszanie.
Poczekał, aż orszak ruszy i podniósł się ze swojego miejsca. Już miał wmieszać się w tłum uczestników, gdy przypomniał sobie o sąsiadce. Wstała również i zachwiała się niebezpiecznie. Bez wahania podał jej ramię. Przyjęła je z ufnością. Powoli wyszli przed kościół. Uważnie otaksował niewielkie, zebrane wokół samochodów grupki i w twarzy jednego z rozmawiających dojrzał coś na kształt ulgi. Domyślił się, że mężczyzna wypatrywał nieznajomej. Pewnie poprowadził towarzyszkę w tamtą stronę.
Pomógł podopiecznej wsiąść do samochodu i zajął miejsce obok niej, uważając, by nie zniszczyć powierzonej mu wiązanki.
Samochód ruszył. Szum silnika i pochlipywanie współpasażerki uniemożliwiały rozmowę.
Było mu to na rękę. Z doświadczenia wiedział, że im mniej słów – tym bezpieczniej.
Po dotarciu na parking wysiadł z samochodu i pomógł sąsiadce. Wziął ją pod rękę i wspólnie ruszyli za resztą.
Na miejscu stanęli nieco z boku. Gdy ceremonia dobiegła końca, wrócili do samochodu.
Dwadzieścia minut później znaleźli się pod niewielką restauracyjką. Po wejściu na salę pomógł towarzyszce zdjąć płaszcz i podprowadził ją do stołu. Cierpliwie wysłuchał modlitwy.
Zasiadł za stołem, podał sąsiadce pieczywo, podsunął półmisek z zimnymi przystawkami i wreszcie sam zajął się tym, po co tu przyszedł.
Mówił niewiele. Uśmiechał się za to od czasu do czasu, starając się jednocześnie nie tracić nobliwości. Gdy nie było innego wyjścia – oględnie odpowiadał na pytania, choć tych bardziej szczegółowych nauczył się unikać.
Już dawno zaobserwował, że większość ludzi woli mówić niż słuchać. Wystarczyło odpowiednio pokierować rozmową, by nie stać się jej tematem.
Delektując się gorącym daniem, rozglądał się po sali. Lubił studiować ludzkie twarze. Wiele mówiły o właścicielach. A na podstawie zachowań szybko umiał domyślić się panujących w rodzinie relacji.
Usłyszał cichy głos współbiesiadniczki i uprzejmie dolał jej wody. Wysłuchał opowiedzianej cichym głosem historii o bohaterze uroczystości, co jakiś czas wzdychając ze zrozumieniem.
Biesiada dobiegała końca. Wiedział, że lada moment przybyli zaczną się żegnać i opuszczać salę. Z zadowoleniem zauważył, że czasy się zmieniły i długaśne, alkoholowe libacje odeszły do lamusa.
Tak jak przewidział – zrobił się ruch i refleksyjnie nastrojeni najbliżsi zaczęli się żegnać. Jego towarzyszka także poruszyła się niecierpliwie.
Porozumiał się wzrokiem z kierowcą i ruszył po okrycia.
Grzecznie pożegnał się z pozostającą rodziną. Przy wyjściu został obdarowany pękatą reklamówką. Wymawiał się kurtuazyjnie, wiedząc, że to zawsze robi dobre wrażenie. W końcu – po wyważonym proteście – przyjął podarunek i podziękował gospodarzom, nie zapominając o stosownych do okoliczności słowach.
Podprowadził towarzyszkę do auta i pożegnał się z nią. Uścisnął rękę właścicielowi samochodu i spokojnie ruszył w swoją stronę.
Przez szum zsuwającej się szyby dobiegł go zmęczony kobiecy głos:
– Miły z niego chłopiec…
Spacerkiem doszedł do swojego bloku.
W domu rozpakował reklamówkę, ciesząc się z udanego wyjścia.
Przebrał się, umył ręce i zajął się studiowaniem w lokalnej prasie obwiedzionych wymyślną obwódką ogłoszeń.