Wycinanki. Pod palcami…

…przesuwał się brokatowy kształt.
Czuła jego lekko chłodne skurcze i nie mogła uwierzyć, że nie jest oślizły i lepki. Powoli wsunął się pod thoab. Gdy zniknął, zaczęła zastanawiać się, czy naprawdę tu był. Wgłębienia na piasku szybko się wyrównywały…
Nie znała tego języka. I nawet nie czuła potrzeby, by go poznać. Wyłowione słowa samym brzmieniem przenosiły w krainę tysiąca i jednej nocy. Gardłowo zrytmizowane frazy przywodziły na myśl przepych seraju…
Ogień zawsze kojarzył się z misterium czasu, kosmicznym Jormungandem. Cofał do prapoczątku, oddzierał od cywilizacji. Zwabione blaskiem, łopocące wokół motyle ciemności napawały strachem, jednocześnie kusząc podróżą w świat nieznany, a jedynie przeczuwany pamięcią przodków…
Mroźny powiew, przychodzący spoza barbarzyńskiego elizjum, osiadał piaskiem na powiekach, szemrał ostrymi drobinkami i spływał słono w kąciki ust. Roztarty czubkiem języka – trzeszczał nieprzyjemnie…

Światło. Ból był nie…

…do zniesienia.
Buntowała się każdą komórką, każdym oddechem. Obojętna na wszelkie argumenty, niezmiennie rozpoczynała zajęcia płaczem. Nie wskórawszy niczego, zaciskała zęby i z zawziętą miną wykonywała setki razy te same, nudne sekwencje ćwiczeń. Z wielkiego lustra zerkała ku niej drobniutka figurka w nastroszonej od urazy, białej paczce i buńczucznie rozchwianej kokardzie, wieńczącej misternie upleciony koszyczek.
Z zajęć wychodziła z twarzą zapuchniętą od buntowniczego szlochu…
Wygrała.
Po pół roku, gdy jej zacięty opór nie zmalał ani o milimetr, Madame z wielkim żalem przyznała, że jest jej pierwszą pedagogiczną porażką…
Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że taką charyzmę, takie samozaparcie, tak potężne pragnienie złamania woli może pokonać upór pięciolatki…

Światło. Zerkniemy, co słychać…

…mówiła żartobliwie mama, stawiając na stole stary adapter.
Zerkały więc.
Czasami tym, co widziała, była rozszerzająca się estakada, po której dostojnie kroczyły stalowe sztabki, trącając się od czasu do czasu i obijając o siebie. Irytowało ją, że psują narzucony porządek, dopóki nie zrozumiała, że to daje im największą radość…
Kiedy indziej przypatrywała się przeźroczystym bańkom, w których skrzydlate dzwonki wirowały wokół własnych osi, aż bańki pękały i wokół rozsiewał się zapach konwalii…
Próbowała chwytać płatki śniegu-nieśniegu oblepiające cukrowo ciemne tafle, połyskujące smutno w ścianie wielkiego budynku…
Z wypiekami na twarzy opowiadała potem mamie o światach, do których uchylały się drzwi…
A przecież wystarczyło jedno zdanie, by nigdy już nie zdradziła nikomu obcemu, gdzie zdarza jej się bywać.
Jesteś nienormalna! – usłyszała, gdy na pytanie nauczycielki od przedmiotów artystycznych: Co to jest? odparła szczerze, że Poranek Haydna.
Śmiech klasy sprawił, że miała ochotę wstać i walić w te zaczerwienione gęby, póki nie zsinieją. Wyobraziła sobie nawet klasowego przystojniaka z taką twarzą. Tak ją to rozbawiło, że roześmiała się głośno, co zaowocowało obniżeniem noty ze sprawowania…

Światło. Gdyby nie burza…

…zeszłaby z łatwością.
Trójkątny pejzaż kawałkował przestrzeń. Organizował błękit prostymi i łamanymi. Wbijał się pod powieki klinami światła.
Pierwsze krople spadły na kark i stoczyły się między łopatki. Wzdrygnęła się i oderwała rękę od iglicy. Pochyłość pod stopami rozlśniła się strachem.
Od świetlika dzieliło ją kilkanaście kroków.
Niewiele.
Nie do pokonania.
Mimo to jej umysł pracował, szukając rozwiązania. Wiedziała, że może zaufać swojej gibkości, mięśniom od kilku lat przyzwyczajanym do krótkiego maksymalnego wysiłku…
Gdyby udało jej się ześliznąć do pierwszego wrębu, dalej poszłoby łatwiej…
Zaryzykowała. Sprężyła się w sobie, napięła. Puściła drugą rękę.
Huknęło. Błysnęło.
Skuliła się.
Trwało to może sekundę, ale obróciło nią lekko i jej ciało osunęło się w złym kierunku. Mokry dach nie stanowił oparcia. Runęła w dół, czując, jak cienki materiał ściera się, a obnażona skóra zaczyna piec. O kilkanaście centymetrów minęła się z wrębem. Zjechała niżej i uderzyła głową o róg komina.
Huknęło po raz drugi.
Instynktownie zacisnęła wyciągniętą rękę i zawisła na pochyłości. Próbowała znaleźć oparcie dla nóg. Bezskutecznie…
Tkwiła w tym pół-zawieszeniu, zdając sobie sprawę, że długo tak nie wytrzyma – mokre i pozdzierane do krwi palce pęczniały bólem…
Nad nią szalała gwałtowna wiosenna nawałnica…
Zamknęła oczy i rozwarła palce.
Życie wcale nie mignęło jej przed oczyma. Może wszystko trwało zbyt krótko…
Zjeżdżała, nawet nie próbując łapać się czegokolwiek…
Gdyby była cięższa – pewnie rynna zarwałaby się pod nią…
W pierwszej chwili nie zrozumiała…
A potem – powoli, mozolnie, zaczęła pełznąć wzdłuż poziomego drenu…
Burza skończyła się tak samo nagle, jak rozbrzmiała.
Nozdrza rozdął szelakowy zapach nasiąkłych wodą łat…
Niebo otuliła geosminowa cisza…
Słońce wyszło zza chmur i powoli matowiło przestrzeń…
Umiejscowiła się pod świetlikiem i czekała. Była potwornie zmęczona, ale zdawała sobie sprawę, że musi coś zrobić…
Szorstka powierzchnia stała się jej sprzymierzeńcem – wspinała się, centymetr po centymetrze pokonując odległość dzielącą ją od jaskółki. Grafitowe kryształki raniły pokaleczone kolana i przedramiona i do dziś nie wie, jak udało się jej nie spaść…
Dopiero na ulicy opuściły ją siły. Przysiadła na chodniku i wsłuchiwała się w dygot własnego ciała.
Taką – otępiałą i szmacianą – znalazła ją mama…

Światło. Niebo nad nią…

…różniło się od wszystkiego, co zdarzyło się jej widzieć.
Może i nie widziała za wiele w swoim dziecięcym życiu, ale przeczuła, że takich rzeczy nie ogląda się często…
To niebo… Miejscami prawie białe, gdzieniegdzie znowu szafirowe, przechodzące aż do ciemnego szmaragdu…
Musiała się uszczypnąć, by potwierdzić, że nie śpi i wszystko, co ma przed oczyma, jest prawdziwe.
Żałowała, że nie może utrwalić tego widoku, bo żaden aparat nie oddałby wszystkich subtelności, nie niszcząc ich.
Chłonęła więc te obrazy całym ciałem, odmawiając dalszej podróży…
Nie przeszkadzali jej. Wiedzieli, że czasami dzieje się z nią coś, co sprawia, że robi się zimna i odrętwiała… Nie reaguje na odgłosy z zewnątrz…
Czekali więc, aż powróci do nich z tej katatonii zmysłów…
W takich chwilach miała wrażenie, że unosi się i jej ciało obraca się bardzo powoli dookoła własnej osi, oddziela od oczu, które tkwią nieruchomo, jakby czekały na moment, gdy reszta dopasuje się do nich ponownie…
To było bardzo osobliwe doznanie – ani przez chwilę nie traciła bowiem kontaktu z otaczającym ją zewnętrzem. Ona po prostu je wyciszała, przesuwała na potem…

Światło. Chłód klawiszy…

…sprawiał radość. Sterylny blask dźwięku kąsał drobnymi ząbkami i koił rozpaloną ciszę. Pan nauczyciel posapywał z irytacji, a jej sprawiało przyjemność wydobywanie tych potwornych dysonansów z prostej melodyjki. Nużył ją jej prymitywizm. Frustrowała własna indolencja. Chciała plątać te wszystkie zawiłe ścieżki, powodować wybuchy, rozszczepiać krople i… nie potrafiła. Nie rozumiała, że na to trzeba dojrzałości, setek frustracji, przeżytych tragedii.
A ona chciała już.
Teraz.
Natychmiast.
Chciała, by to, co gra, nie było wklęsłe.
Nie potrafiła zrozumieć, skąd bierze się to, co zjawia się od momentu dotknięcia klawisza do wybrzmienia dźwięku…
Czasami, gdy była już u kresu wytrzymałości, o krok od znienawidzenia siebie, jedno muśnięcie sypało kryształkami i wznosiło się świetlistym obłokiem…
Ale to zdarzało się rzadko. Bardzo rzadko…
A pragnęła przecież tylko grać jak mama…

Światło. Świat za oknem…

…umykał spod powiek. Nie bała się. Była tylko zmęczona. Tym znużeniem dalekiej drogi klekocącej wyrwami…
Kobiety o szponiastych paznokciach uśmiechały się nieszczerze i przymilnie. Wyciągały szczudłowate ręce z pękami niechlujnie barwionych korali w kształcie ryb. Za kilka milimów można było nabyć te paskudki. Choć ich szkaradzieństwo sprawiało niemal fizyczny ból, ona też wybrała jeden. Nie na pamiątkę. Dla świętego spokoju…
Wodziła opuszką po gruzłowatych rantach, starając się ignorować zapach skwaśniałej mąki, którym emanowały. Zestawienie brudnego oranżu z kobaltem, amarantu z ordynarną zielenią, turkusu z rozwodnionym fioletem wkłuwało się w oczy i odbijało od potylicy, przyprawiając o odrętwienie karku.
Hebanowe ciała wyległych kobiet, przystrojone tylko sznurami tego okropieństwa, były szare od soli. Roznoszący się wokół fetor ich potu tamował oddech…
Były nachalne i bezczelne, a gdy wreszcie zrozumiały, że niczego więcej nie sprzedadzą – stały się agresywne.
Wyrzucały z siebie bryłki chropawego warkotu, podkreślając obelgi jednoznacznymi gestami. Ich zaciśnięte piąstki, uniesione ramiona, wyciągnięte szyje przywodziły na myśl żałosną szamotaninę ptaków w klatkach…
Gdy zakryła oczy ręką mamy, nie zrobiła tego ze strachu przed tymi poczwarkami, ale z obrzydzenia.
Pierwszy raz w życiu widziała coś tak wstrętnego: majtające się przy każdym ruchu, powyciągane, workowate piersi o wielkich brodawkach i zdrewniałych mammillach…
W niczym nie przypominały tego, co zdarzało się jej oglądać w albumach…

Światło. Diabelska trójca…

…tak nazywali ich sąsiedzi.
Nie było drzewa, dachu, płotu, który mógłby się im oprzeć. Rzeka, okoliczne łąki i uliczki nie miały przed nimi tajemnic.
To ona… ona zawsze miewała pomysły. Rozpierała ją energia, a świat wokół wydawał się taki fascynujący…
Zapragnęła powąchać żółte nenufary…
Woda była zimna. Rwący prąd szarpał rozgrzane słońcem łydki. Rzeczny namuł umykał miękko spod stóp… Welurowe ogonki otulały kostki, a sercowate liście poddawały się tajemnemu nuceniu wody…
Wyciągnęła rękę ku zaciśniętej żółtej piąstce i pochyliła się. Korzenny zapach rajskich jabłuszek rozsypał się, plamiąc obnażone przedramiona i łaskocąc górną wargę. Rozchylone płatki przywiodły na myśl drżące usteczka rozkapryszonego dziecka. Połyskujący nektarową wilgocią słupek rozjarzył taflę jadeitowym blaskiem…
Może nikt by się nie dowiedział, gdyby nie poszli w jej ślady i nie narobili hałasu. Jakiś ciekawski sąsiad dostrzegł ich z okna i wszczął alarm…
Wypłoszono ich z wody.
Padały setki pytań, na które nie było oczekiwanych odpowiedzi. Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że wleźli tam celowo, że wcale się nie topili, że nie było żadnego zagrożenia, bo rzeka w tym miejscu była płytka…
Nie dali się zakrzyczeć. Z uporem powtarzali, że nie działo się nic złego…
Nie rozumieli, że dorosłym trudno było zrezygnować z tytułu bohaterów.
Wtedy pierwszy raz zetknęła się z wstrętnym, małostkowym kłamstwem. Do tej pory sądziła, że kłamią dzieci, gdy boją się kary.
Była zszokowana, kiedy mężczyzna, który zaalarmował innych, opowiadał, że wyciągnął ją na brzeg nieprzytomną…

Światło. Tamto wspomnienie…

…prawdziwe pierwsze wspomnienie było koszmarne.
Ciepły piasek zostawiał na palcach refleksy migotliwego pudru. Lubiła go przesypywać. Naprzeciwko siedziała Beatka – o trzy lata starsza, głupia i małpio złośliwa pięciolatka. Z jakiegoś powodu Beatka właśnie ją obrała sobie za obiekt prymitywnych żartów. Kiedy nikt nie widział, zabierała zabawki, rozwalała babki mozolnie produkowane z podeschniętego piasku, ciągała za włosy.
Tamtego przedpołudnia Beatka nadepnęła jej na rękę. Może to nie było specjalnie, ale jej reakcja była gwałtowniejsza niż zwykle: sypnęła tamtej piaskiem w oczy i wyszarpnęła przygniecioną rękę. Beatka straciła równowagę, upadła i uderzyła głową w betonowy rant piaskownicy. Mocno. Bardzo mocno.
Nagle piasek zrobił się czarno-zielony, rozległ się straszny ryk, a wokół rozszedł się ohydny zapach kału, moczu i krwi…
Wśród skowytu karetki, który nareszcie zagłuszył wycie Beatki, mama zabrała ją do domu…
Zbrylone grudki piasku zgrzytały jej w głowie, nie pozwalając zasnąć wiele kolejnych nocy…

Światło. Ukradkowo…

…było innym światem. Nie – złym. Innym.
Szybko zrozumiała, że nie powinna nikomu mówić, że o Kasi myśli na złoto, a o Piotrku na błękitno.
I że pani Halina przywodzi jej na myśl stracha na wróble, którego widywała w drodze nad Jezioro – okropnego, niekształtnego, ohydnie pomarańczowego. W dodatku strach miał tylko jedno, wymalowane czarną farbą oko…
Pani Halina miała oboje oczu, ale podkreślała je podobnymi, grubymi kreskami…
I że pani Ala – zawsze jest słodką i aksamitną brzoskwinią… A kiedy się odezwie, to tak, jakby lepkie krople spadały na stół i błyszczały w słońcu…
Za to mogła opowiadać bajki. Wiola często prosiła: Opowiedz
Opowiadała więc. O Dziewczynce, co zgubiła kluczyk do serduszka Mamusi… O Jeżyku, który, idąc na kolację do Myszki, zwichnął łapkę… Albo o Księżycu, co lubił turlać się po kreślarskiej desce…
Siadały na wykładzinie i snuła te swoje opowiastki. Nie wiadomo kiedy wokół robiło się ciasno i cicho…
A potem pani Ala wołała na obiad, po którym było leżakowanie.
Nie leżakowała. Nigdy. Gdy inne dzieci szły spać, sadzano ją przy stoliku i mogła sobie rysować albo ćwiczyć literki.
Rysowała małych ludzi z kwiatowymi głowami, dziwne drzewa patrzące spod kolorowych zmarszczek albo rozrzucone barwne plamy, które próbowała łączyć kolejnymi kleksami, aż zaczynały tworzyć znajome, rzeczywiste kształty…
Kiedy pisała MAMA, TATA, BRAT, dzieciaki sądziły, że to wymyślone znaki.
Któregoś razu pani Halina podeszła do stolika, wzięła do ręki rysunek, odczytała głośno napisy i zagaiła nieżyczliwie: A to po co
Nie chciało jej się tłumaczyć, że podpisała osoby, żeby było wiadomo, kto jest kim, więc tylko wzruszyła ramionami.
Nie znosiła pani Haliny…