Wycinanki. Podwórko…

… było szare i brzydkie.
Wymykała się więc do Enklawy…
To ona wymyśliła nazwę, a chłopakom bardzo się spodobała.
Mały srebrny kluczyk przyniósł jeden z nich.
Nieważne – kto.
Ważne było to, że znaleźli drzwi, które otwierał.
Gdyby wtedy ktoś dowiedział się, że buszują po archiwach Urzędu, ich rodzice do dziś gniliby pewnie w więzieniu. W najlepszym wypadku.
Ale o Enklawie wiedziało zaledwie paru wtajemniczonych. To miało swój urok.
Czuli się jak agenci obcego wywiadu, gdy pojedynczo, co kwadrans, przemykali na strych jednej z kamienic i umówionym szyfrem pukali do drzwi.
Sterty pożółkłych papierzysk chwiały się niebezpiecznie już od wejścia i trzeba było bardzo uważać, żeby czegoś nie zwalić, bo wzbijające się tumany kurzu nie pozwalały oddychać. Przemierzali wąskie korytarze po ciemku, pomagając sobie rękoma. Po jakimś czasie znali już każdy zakamarek kartonowych tuneli.
W którejś z odnóg znaleźli szersze pomieszczenie. Miało jeden wielki atut – smętnie zwisającą z sufitu żarówkę, która dawała mdłe światło. To tam siadali na plikach akt i grali w karty, rozmawiali o ważnych tylko dla nich sprawach, słuchali muzy puszczanej ze starego magnetu.
To tam pierwszy raz usłyszała Zielone Żabki, Śmierć Kliniczną, Celę…
Pamięta – z jakim zapamiętaniem śpiewali, że: najpiękniejsze kwiaty człowiek dostaje na własnym pogrzebie…, chociaż nie mieli pojęcia, że Ramzes chorował na białaczkę..

Wycinanki. Nie lubiła…

…tej dziewczyny. Czuła w niej coś nienaturalnego…
Głos. Zawsze taki przymilny. Przyciszony. I jakieś przyczajenie w plecach. Wieczna czujność. Ukradkowe spojrzenia…
Czemu nie umiała się wysupłać…
Czemu nie potrafiła powiedzieć – nie chcę…
Znosiła cierpliwie niepożądane towarzystwo. Chociaż nigdy nie okazała sympatii. Na to nie mogła się zdobyć. Tkwiła więc w tej dziwnej relacji, licząc, że rozwiązanie spadnie z nieba.
Nikt nie nakazywał jej przyjaźni. I nikt nie zabraniał.
A jednak czuła, że istnieją w zupełnie innych wymiarach.
Ta dziewczyna…
Nie rozumiała, co może być pięknego w safianowej okładce… w pozłacanym ekslibrysie… w zapomnianej czcionce…
A udawała, że rozumie.
Nie widziała niczego zajmującego w starych fotografiach… ołówkowych szkicach…
A udawała, że dostrzega.
Nie sprawiało jej przyjemności mormorando wiolonczeli… świergot triangli… klaskanie marakasów…
A udawała, że sprawia.
To, czym można było przykuć uwagę tej dziewczyny, nie miało żadnego znaczenia.
Długo nie rozumiała, co tamtą tak wabi i fascynuje.
A kiedy zrozumiała…
Poczuła się upokorzona i wykorzystana.

Wycinanki. Lubiła stawać…

… pod drzwiami i wsłuchiwać się w szmer dźwięków.
To była inna przestrzeń. Po jakimś czasie przykucała, opierała się plecami o drzwi i miała wrażenie, że znajduje się w środku. Przypominała sobie twarze kolegów brata – niby znajome, a jakieś… inne. Odrealnione… I, choć byli przecież dorośli, wydawało jej się, że w tamtym momencie mają tyle lat, co ona…
Nie wchodziła… Nigdy. Wolała nie przekraczać granicy widzialności, bo wtedy czar nagle pryskał… Czuła, że jej obecność im przeszkadza… że psuje tę jakąś więź, co natychmiast przekładało się na jakość muzyki…
Ostry dźwięk trąbki przywodzący na myśl padanie potężnych drzew pod naciskiem wibrującego ostrza Saint Louis Blues
Szyby spływające kaskadami ciepłych saksofonowych kropel Round Midnight
Figlarny, pełen niepokoju śmiech fortepianu i muskający, irchowy głos wokalisty w Oh Lady be good
Te obrazy pozostały w niej do dziś…

Wycinanki. Była jeszcze bardzo…

…smarkata i chyba trochę imponowało jej, że to tak na poważnie – oświadczyny, przychylna matka, poważny chłopak…
Był poważny. Miał zasady i twardo się ich trzymał. Miał plan na całe życie – skończyć technikum, podjąć pracę, ożenić się, skończyć studia zaoczne, kupić mieszkanie, kupić samochód, mieć trójkę dzieci, wychować dzieci, dosłużyć się emerytury, przeprowadzić się do własnego domu, żyć długo i szczęśliwie, amen.
Podobało się jej, że jest taki poukładany, że wie, czego chce od życia. Podobało się jej, gdy na rodzinnych spotkaniach przedstawiał ją jako swoją narzeczoną…
To nie dla mnie – kiedy właściwie pierwszy raz tak pomyślała?
Może to było wtedy, gdy podał imiona nienarodzonych jeszcze, ich wspólnych dzieci…
A może, gdy oświadczył, że gdyby kiedykolwiek pozwoliła się komuś pocałować, to chyba by ją zabił…
A może, gdy tak lekceważąco mówił o jej kolegach: gówniarze, smarki, dzieciuchy
Nie.
To było wtedy, gdy poprosiła, żeby zawiózł ją na grób mamy w rocznicę jej śmierci. Tata pracował bardzo daleko i nie mógł być na czas…
Usłyszała, że jakoś wytrzyma te pół roku do Święta Zmarłych…
Pojechała sama. Tłukła się kilkoma autobusami i pociągiem, bo połączenie było fatalne, ale po dziewięciu godzinach dotarła na cmentarz…
Na drugi dzień po powrocie oddała pierścionek. Usłyszała, że jest małą idiotką, głupią histeryczką i że wróci do niego na kolanach…
Nie wróciła…
W jego rodzinie została tą, która złamała chłopakowi życie…

Wycinanki. Coś przeraźliwie…

…zaskrzypiało.
Było zupełnie ciemno. Wokół unosił się zapach stęchlizny i niemytych ciał. Sama nie wiedziała, czemu przyszedł jej do głowy taki pomysł. To prawda, że zawsze była ciekawa, co dzieje się w takich miejscach, gdy nie patrzy na nie nikt. Kiedy była młodsza, wyobrażała sobie, że każda przestrzeń tai drugie, prawdziwe życie, niedostępne dla niepowołanych oczu…
Marzyła, że kiedyś uda jej się znaleźć sposób, by podejrzeć tamte światy.
Uśmiechnęła się na myśl o dziecięcych mrzonkach…
A jednak – kiedy tylko nadarzyła się okazja – coś tak długo szeptało w niej, by tu przyszła, że… nie oparła się.
A teraz siedziała w ławce i słuchała.
Wydawało jej się, że powietrze lekko drży, a wszystko wokół posapuje. Wstrzymała oddech i uniosła nieco głowę.
Przez niemiłą woń przebił inny zapach, przyjemniejszy i jakby… znajomy.
Dopiero po chwili zorientowała się, że to parafina. Tak pachniały wielekroć zapalane i gaszone świece…
Wstała i, zmuszona zaufać własnym dłoniom, zaczęła brnąć w kierunku ołtarza. Dywan tłumił kroki.
Dotarła do podwyższenia i wdrapała się wyżej. Zapach stęchlizny przybrał na sile. Posuwała się naprzód, niemal nie odrywając stóp od podłogi. Obawiała się, że zaczepi o coś i narobi hałasu…
Ręce powoli przesuwały się po wierzchu skrzyni… monstrancja… świece… materiał z wypukłymi wzorami… dzwonek… świecznik…
Nagle kątem oka dostrzegła błysk. Odwróciła pośpiesznie głowę i zamarła.
Kilka księżycowych pasem przeniknęło do środka, a niewielkie witraże w oknach ożyły. Jak urzeczona patrzyła na świętego Jerzego, który rozpoczynał walkę ze smokiem.
Krew w uszach – nie wiedzieć czemu – dudniła w rytmie słyszanego tylekroć Stworzenia Świata
Zdawało jej się, że miecz błyszczy od krwi, a brylantowe łuski pokonanego stwora tracą blask…
Przeraziło ją to.
Po omacku zeszła na dół i, pomagając sobie rękoma, dotarła do bocznych drzwi. Wciąż były uchylone, więc przemknęła przez nie i przekręciła klucz…
Ulica przyjaźnie zamrugała latarniami…

Wycinanki. Pod palcami…

…przesuwał się brokatowy kształt.
Czuła jego lekko chłodne skurcze i nie mogła uwierzyć, że nie jest oślizły i lepki. Powoli wsunął się pod thoab. Gdy zniknął, zaczęła zastanawiać się, czy naprawdę tu był. Wgłębienia na piasku szybko się wyrównywały…
Nie znała tego języka. I nawet nie czuła potrzeby, by go poznać. Wyłowione słowa samym brzmieniem przenosiły w krainę tysiąca i jednej nocy. Gardłowo zrytmizowane frazy przywodziły na myśl przepych seraju…
Ogień zawsze kojarzył się z misterium czasu, kosmicznym Jormungandem. Cofał do prapoczątku, oddzierał od cywilizacji. Zwabione blaskiem, łopocące wokół motyle ciemności napawały strachem, jednocześnie kusząc podróżą w świat nieznany, a jedynie przeczuwany pamięcią przodków…
Mroźny powiew, przychodzący spoza barbarzyńskiego elizjum, osiadał piaskiem na powiekach, szemrał ostrymi drobinkami i spływał słono w kąciki ust. Roztarty czubkiem języka – trzeszczał nieprzyjemnie…

Światło. Ból był nie…

…do zniesienia.
Buntowała się każdą komórką, każdym oddechem. Obojętna na wszelkie argumenty, niezmiennie rozpoczynała zajęcia płaczem. Nie wskórawszy niczego, zaciskała zęby i z zawziętą miną wykonywała setki razy te same, nudne sekwencje ćwiczeń. Z wielkiego lustra zerkała ku niej drobniutka figurka w nastroszonej od urazy, białej paczce i buńczucznie rozchwianej kokardzie, wieńczącej misternie upleciony koszyczek.
Z zajęć wychodziła z twarzą zapuchniętą od buntowniczego szlochu…
Wygrała.
Po pół roku, gdy jej zacięty opór nie zmalał ani o milimetr, Madame z wielkim żalem przyznała, że jest jej pierwszą pedagogiczną porażką…
Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że taką charyzmę, takie samozaparcie, tak potężne pragnienie złamania woli może pokonać upór pięciolatki…

Światło. Zerkniemy, co słychać…

…mówiła żartobliwie mama, stawiając na stole stary adapter.
Zerkały więc.
Czasami tym, co widziała, była rozszerzająca się estakada, po której dostojnie kroczyły stalowe sztabki, trącając się od czasu do czasu i obijając o siebie. Irytowało ją, że psują narzucony porządek, dopóki nie zrozumiała, że to daje im największą radość…
Kiedy indziej przypatrywała się przeźroczystym bańkom, w których skrzydlate dzwonki wirowały wokół własnych osi, aż bańki pękały i wokół rozsiewał się zapach konwalii…
Próbowała chwytać płatki śniegu-nieśniegu oblepiające cukrowo ciemne tafle, połyskujące smutno w ścianie wielkiego budynku…
Z wypiekami na twarzy opowiadała potem mamie o światach, do których uchylały się drzwi…
A przecież wystarczyło jedno zdanie, by nigdy już nie zdradziła nikomu obcemu, gdzie zdarza jej się bywać.
Jesteś nienormalna! – usłyszała, gdy na pytanie nauczycielki od przedmiotów artystycznych: Co to jest? odparła szczerze, że Poranek Haydna.
Śmiech klasy sprawił, że miała ochotę wstać i walić w te zaczerwienione gęby, póki nie zsinieją. Wyobraziła sobie nawet klasowego przystojniaka z taką twarzą. Tak ją to rozbawiło, że roześmiała się głośno, co zaowocowało obniżeniem noty ze sprawowania…

Światło. Gdyby nie burza…

…zeszłaby z łatwością.
Trójkątny pejzaż kawałkował przestrzeń. Organizował błękit prostymi i łamanymi. Wbijał się pod powieki klinami światła.
Pierwsze krople spadły na kark i stoczyły się między łopatki. Wzdrygnęła się i oderwała rękę od iglicy. Pochyłość pod stopami rozlśniła się strachem.
Od świetlika dzieliło ją kilkanaście kroków.
Niewiele.
Nie do pokonania.
Mimo to jej umysł pracował, szukając rozwiązania. Wiedziała, że może zaufać swojej gibkości, mięśniom od kilku lat przyzwyczajanym do krótkiego maksymalnego wysiłku…
Gdyby udało jej się ześliznąć do pierwszego wrębu, dalej poszłoby łatwiej…
Zaryzykowała. Sprężyła się w sobie, napięła. Puściła drugą rękę.
Huknęło. Błysnęło.
Skuliła się.
Trwało to może sekundę, ale obróciło nią lekko i jej ciało osunęło się w złym kierunku. Mokry dach nie stanowił oparcia. Runęła w dół, czując, jak cienki materiał ściera się, a obnażona skóra zaczyna piec. O kilkanaście centymetrów minęła się z wrębem. Zjechała niżej i uderzyła głową o róg komina.
Huknęło po raz drugi.
Instynktownie zacisnęła wyciągniętą rękę i zawisła na pochyłości. Próbowała znaleźć oparcie dla nóg. Bezskutecznie…
Tkwiła w tym pół-zawieszeniu, zdając sobie sprawę, że długo tak nie wytrzyma – mokre i pozdzierane do krwi palce pęczniały bólem…
Nad nią szalała gwałtowna wiosenna nawałnica…
Zamknęła oczy i rozwarła palce.
Życie wcale nie mignęło jej przed oczyma. Może wszystko trwało zbyt krótko…
Zjeżdżała, nawet nie próbując łapać się czegokolwiek…
Gdyby była cięższa – pewnie rynna zarwałaby się pod nią…
W pierwszej chwili nie zrozumiała…
A potem – powoli, mozolnie, zaczęła pełznąć wzdłuż poziomego drenu…
Burza skończyła się tak samo nagle, jak rozbrzmiała.
Nozdrza rozdął szelakowy zapach nasiąkłych wodą łat…
Niebo otuliła geosminowa cisza…
Słońce wyszło zza chmur i powoli matowiło przestrzeń…
Umiejscowiła się pod świetlikiem i czekała. Była potwornie zmęczona, ale zdawała sobie sprawę, że musi coś zrobić…
Szorstka powierzchnia stała się jej sprzymierzeńcem – wspinała się, centymetr po centymetrze pokonując odległość dzielącą ją od jaskółki. Grafitowe kryształki raniły pokaleczone kolana i przedramiona i do dziś nie wie, jak udało się jej nie spaść…
Dopiero na ulicy opuściły ją siły. Przysiadła na chodniku i wsłuchiwała się w dygot własnego ciała.
Taką – otępiałą i szmacianą – znalazła ją mama…

Światło. Niebo nad nią…

…różniło się od wszystkiego, co zdarzyło się jej widzieć.
Może i nie widziała za wiele w swoim dziecięcym życiu, ale przeczuła, że takich rzeczy nie ogląda się często…
To niebo… Miejscami prawie białe, gdzieniegdzie znowu szafirowe, przechodzące aż do ciemnego szmaragdu…
Musiała się uszczypnąć, by potwierdzić, że nie śpi i wszystko, co ma przed oczyma, jest prawdziwe.
Żałowała, że nie może utrwalić tego widoku, bo żaden aparat nie oddałby wszystkich subtelności, nie niszcząc ich.
Chłonęła więc te obrazy całym ciałem, odmawiając dalszej podróży…
Nie przeszkadzali jej. Wiedzieli, że czasami dzieje się z nią coś, co sprawia, że robi się zimna i odrętwiała… Nie reaguje na odgłosy z zewnątrz…
Czekali więc, aż powróci do nich z tej katatonii zmysłów…
W takich chwilach miała wrażenie, że unosi się i jej ciało obraca się bardzo powoli dookoła własnej osi, oddziela od oczu, które tkwią nieruchomo, jakby czekały na moment, gdy reszta dopasuje się do nich ponownie…
To było bardzo osobliwe doznanie – ani przez chwilę nie traciła bowiem kontaktu z otaczającym ją zewnętrzem. Ona po prostu je wyciszała, przesuwała na potem…