Z piątku na niedzielę. Noc poślubna w biały dzień.

To dopiero jest budowanie napięcia.
Jerzy Gruza wraz z Markiem Jackowskim konstruują obraz niezwykły, nasycony wielością znaczeń, ale posiadający też prostą warstwę fabularną…
Baśń dziejąca się na końcu świata, do którego dociera podła cywilizacja…
Nawet wioskowy Minotaur jest.
Ale – mimo pozornego tragizmu i zezwierzęcenia – nie da się tego filmu traktować zupełnie serio…
Wszystko jest tu zbyt nierealne, z pogranicza jawy i snu…
Tylko metanol w bimbrze – prawdziwy i rzetelny…

Wspomnień czar. Walentynki.

Kiedyś walentynki wyglądały inaczej.

Niby nie należało się do przesadnie romantycznych osób.
I rzeczywiście – w dni powszednie skupiało się raczej na przyziemnych aspektach życia towarzyskiego.
Nad wzdychanie w cieniu ukwieconych jabłoni przedkładało się dyskusje o właśnie przeczytanym Wehikule czasu Wellsa albo dopiero co obejrzanej Odysei Kubricka.
Zamiast szukania śladów na ścieżce miłości przy blasku księżyca czy kontemplowania trzepotu tu i ówdzie objawionych motylków, wybierało się raczej grę w siatkę albo słuchanie Defektu muzgó.
Nakłamałoby się jednak okrutnie, twierdząc, że we wczesnym nastolęctwie nie było się czułą na objawy męskiej sympatii, a ponieważ wciąż nie chce się, by za tak wierutne łgarstwo w ramach kary Bóg poczernił grzesznicy usta – dziś przyznaje się, że… trochę czułą się było.

Na walentynki nie czekało się szczególnie niecierpliwie, choć w poprzedzającym je tygodniu temperatura wydarzeń – zwłaszcza w szkolnych murach – znacznie rosła. Głównie za sprawą pewnego kartonowego pudła, dyskretnie umieszczonego w pakamerce przy pracowni plastycznej. Pudła na wszelkiej maści wyznania, nad którym patronat obejmowała w tym gorącym czasie młodziutka i bardzo sympatyczna Pani od Plastyki zwana Akwarelką. Akwarelka cieszyła się wielką popularnością wśród młodszej i starszej młodzieży jak rok szkolny długi i szeroki, co minimalizowało problem ewentualnego zdemaskowania błędnego rycerza lub rycerki i narażenia takiego bądź takiej na niewczesne żarty.
W dobrym tonie była bowiem wówczas całkowita obojętność dla spraw sercowych, a nielicznych ujawnionych nazywało się pobłażliwie galopantami, szeptało o nich po kątach w tonie lekkiej sensacji zabarwionej nutką grozy, pod którymi – być może – kryło się jednak odrobinę podziwu.
Tak więc – tego znamiennego dnia drogę do szkoły przemierzało się z niejakim niepokojem, choć za żadne skarby świata nie zdradziłoby się, że na coś się czeka. Minę miało się nieodgadnioną, wzrok hardy, a o niezwykłości czternastego dnia lutego świadczyć mogły szczegóły tak błahe, że dla niewprawnego oka – niemal niedostrzegalne.
Któż niezorientowany, bowiem, mógłby przypuszczać, że walentynkowego ranka spędziło się dwa razy więcej czasu przed lustrem, by okiełznać wszystkie, wymykające się zazwyczaj z końskiego ogona loczki i wpleść je ciasno w warkocz zwyczajowo nazywany francuzem. Kto zgadłby, że wyciągało się ze szkatułki atłasową wstążkę, podczas gdy zazwyczaj poprzestawało się na banalnej frotce. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że tego dnia odprasowywało się też tę wyjątkowo twarzową, błękitną bluzkę z cudnym haftem, choć przez resztę roku dbało się wyłącznie o to, by odzienie było czyste i nie jak psu z gardła wyjęte. Komu, wreszcie, przemknęłoby przez myśl, że o żadnej innej porze dnia i nocy nie dałoby się wtłoczyć w długą, wąską, zapinaną z tyłu na guziki, czarną spódniczkę i skalać nożąt cieniutkimi jak mgiełka nylonami, ponieważ normalnie biegało się w ukochanych, spranych niemal do białości dżinsach. Kto, wreszcie, śmiałby podejrzewać, że w plecaku, zamiast starych, cudownie wygodnych tenisówek, upychało się reklamówkę (worki były wówczas passe) z pantofelkami na niewysokim obcasiku.
Komu postałoby w głowie, że tego dnia nawet – znające głównie mydło, szczoteczkę i pilniczek – paznokietki pociągało się delikatną perłową emalią, a łapki – wytwornie balsamowało.
I że wszystkie te zabiegi koronowało się kroplą, najpiękniejszych na świecie, bo pozostałych po Mamusi, perfum Chanel 19.

Mając świadomość niecodzienności ubioru, do szkoły wędrowało się trochę wolniej, a w szatni ociągało ze zdjęciem kurtki, póki nie zobaczyło się równie elegancko ubranych koleżanek.
Po wejściu do klasy zajmowało się swoje miejsce i próbowało skupić na słowach nauczyciela.
W ferworze zajęć, całkiem zwyczajnych odpytek i średnio interesujących lekcyjnych tematów, zapominało się trochę o walentynkach, więc nadejście długiej przerwy zawsze witało się lekkim zaskoczeniem.
Ale to przecież na tę chwilę czekało się od rana.
Zostawało się w sali i udawało, że nie patrzy na drzwi, w których w końcu pojawiał się ktoś ze starszej klasy ze zwykłym-niezwykłym kartonowym pudełkiem, do którego po fachowej segregacji trafiły wyznania wstydliwych wzdychaczy.
Nigdy nie wrzucało się do pudła własnych wyznań, na to było się zbyt skrytą, ale liczyło się, że znajdzie się tam choć jeden, jedyny, najmarniejszy bodaj znak, że nie jest się tak całkiem obojętną męskiej części szkolnej społeczności.
Nigdy nie doznało się zawodu. Nie otrzymywało się może jakichś ogromnych ilości dowodów sympatii, ale… najważniejsze było, że się je w ogóle otrzymywało. Przeważnie w postaci uroczych, grafomańskich rymowanych wyznań miłosnych, ogromnych czerwonych serc z własnym imieniem oraz maleńkich maskotek. Przeglądało się je z należytą powagą, starając się nie okazać, które z nich sprawiły przyjemność, a które – niekoniecznie…
Patrzyło się na rozradowanie kolegów i koleżanek, słuchało przekomarzań i żartów, ale samej zazwyczaj nie brało się udziału w tych słownych przepychankach, które czasami kończyły się kotłowaniną co bardziej krewkich adoratorów.
Nigdy też nie dociekało się autorstwa podarunku, jeśli był anonimowy, ani nie ujawniało personaliów – jeśli ofiarodawca się podpisał.
Nie uczestniczyło się także w licytacjach na wielbicieli, rozpalając do białej gorączki ciekawość niektórych koleżanek, a nawet – narażając się na obelżywe miano Tajemniczej.
Po szkole wracało się do domu i chowało otrzymane podarki w specjalnym schowanku…
A potem zaglądało się do skrzynki na listy i tam znajdowało jedyną, naprawdę ważną tego dnia kopertę.
Była w niej walentynka z przepięknym – zawsze ręcznie malowanym, zawsze na tłoczonym kartonie i zawsze w wianuszku różanych pąków – sercem.
Sercem bez jednego słowa, ze skromnym, umieszczonym na samym dole inicjałem…

Jeszcze dziś zerka się czasem do pachnącej smarkactwem skryjdy i z uśmiechem przygląda dwunastu tekturkom z maleńkim M..

Z piątku na niedzielę. Dzień Babci.

Wydarzenie obchodzone zaledwie przed tygodniem.
Tradycja, która narodziła się – bagatelka – pięćdziesiąt siedem lat temu i, bez wątpienia, jest jedną z bardziej sympatycznych okazji do świętowania.

Z okazji Święta Babci,
Ja dzisiaj Babcię nauczę,
Jaka powinna być wnuczka
I jaki powinien być wnuczek.

Po pierwsze proszę Babci –
Ja już tak dawno uważam,
Że nic tak wnucząt nic zdobi,
Jak piękny uśmiech na twarzach.

Uśmiech jest dobry na co dzień,
A nie wyłącznie od święta,
Więc wnuczek ma się uśmiechać,
Wnuczka ma być uśmiechnięta(…).


Po siódme, proszę Babci,
Wnuki powinny gderać.
Dlaczego nasza Babcia
Nie chodzi do fryzjera.

Włóż, Babciu, nową suknię
Niech cię uczesze fryzjer.
Posłuchaj, Babciu, radia.
Obejrzyj telewizję.

Już nie myśl, Babciu, o nas.
O sobie, Babciu, pomyśl.
Czy Babcia nie uważa
Że to jest dobry pomysł
?


Myślę, że uroczy Wiersz dla Babci autorstwa pani Wandy Chotomskiej, którego fragment pozwoliłam sobie przytoczyć, jest o wiele bardziej znany niż Dzień babci reżyserowany przez Miłosza Sakowskiego. To etiuda filmowa, w której zagrali: Anna Dymna, Mateusz Nędza i Łukasz Simlat:

Łucik szczęścia

Frant wylazł z dziupli i podrapał się po owłosionym brzuchu. Przeciągnął się z lubością, a jego rudawe futro zjeżyło się z rozkoszy. Ziewnął potężnie, rozejrzał się wokół i naraz zachichotał złośliwie. Zatarł pazurzaste łapki i kilka razy podskoczył w miejscu, po czym nachylił się i nieśpiesznie zaczął coś wyłuskiwać spomiędzy kwiatów kartuzka.
Gdy skończył, wlazł do dziupli. Po dłuższej chwili wygramolił się z niej, przyodziany w za szerokie, turkusowe spodnie, starą pomarańczową marynarkę i śnieżnobiałe adidasy. Na skołtuniony łeb nacisnął malinową cyklistówkę.
Przejrzał się w pobliskim bajorku i uznał, że wygląda całkiem szykownie.
Nie marudząc dłużej, dziarsko ruszył w kierunku pobliskiej karczmy.

Właściwie karczma była tam dawniej, ale kiedy Stary Marczak przepisał wszystko na syna, ten przepędził wioskowych amatorów taniego piwka i wyszykował klubo-dyskotekę.
We dnie serwowano w niej cienkie zupki, do których głucha Radziakowa dolewała zimnej wody, żeby na wierzch wypłynęły oka tłuszczu. Oferowano tam również żylaste mielone ze sprzedawanego hurtem w miejscowej przetwórni mięsnego odrzutu oraz przeterminowany makaron, kradziony z kontenerów pobliskiego dyskontu. Wszystko to taplało się w cuchnącej spalonym tłuszczem, mącznej brei.
Pod wieczór lokal zamieniał się w błyskającą tandetnymi lampkami, rozsadzaną mechanicznym jazgotem tancbudę, w której serwowano kolorowe drinki z najtańszej wódki z przemytu i napojów zdobytych w tym samym miejscu co makaron.
Klientela tego przybytku rekrutowała się z mniej lub bardziej podstarzałej młodzieży, szastającej na lewo i prawo niezbyt legalnie zdobytą gotówką.

Już z daleka usłyszał charakterystyczne dudnienie i przyspieszył kroku. Był sobotni wieczór, więc tancbuda pękała w szwach.
Przyklepał cyklistówkę, wygładził poły marynarki i pewnym krokiem zbliżył się do drzwi. Przy wejściu dyżurował Sewer – jego niezbyt bystry, ale wzbudzający respekt opasłym cielskiem krewniak.
Frant pozdrowił Sewera machnięciem ręki i bez przeszkód wszedł do środka. Owionął go smród przesyconych alkoholem i nikotyną oddechów. Nabrał powietrza i, starając się nie oddychać, przepchał się przez szalejący na parkiecie tłum do królującego za barem Młodego Marczaka. Młody Marczak zbliżał się już do sześćdziesiątki, ale nazywano go tak dla odróżnienia od ojca, który w świadomości społeczności wciąż funkcjonował jako Stary.
Młody Marczak – właściciel i barman w jednym – skrzywił się na widok Franta, otarł ze świecącej twarzy pot i rozejrzał się po sali, pewnie w poszukiwaniu ratunku, a gdy go nie znalazł, uczynił ruch, jakby chciał zrejterować.

Frant patrzył na to wszystko ze stoickim spokojem. Wiedział, że ciekawość zwycięży. Tak się też stało, więc nieśpiesznie wdrapał się na wysoki stołek, zamajtał krótkimi nogami i kiwnął na Marczaka palcem. Ten, po krótkim wahaniu, pochylił się i spojrzał wyczekująco.
– Zarobić można – mruknął Frant i twarz właściciela straciła swój zwykły mułowaty wyraz, a chytre żółte oczka błysnęły zainteresowaniem.
Frant bez pośpiechu pogrzebał w kieszeni, wyciągnął dilerkę z drobnym czarnym granulatem i ostrożnie położył ją na barze.
Marczak przypatrywał się podłużnym drobinkom z mieszaniną zdziwienia i pożądliwości.
– Ziarno Seczuańskie – poinformował Frant lakonicznie, po czym wymienił cenę. Marczak zasapał, więc dodał – Nie targuję się. Towar jest nowy, więc i cena na razie promocyjna…
Na twarzy Marczaka zarysował się cały proces myślowy – od wyliczenia kosztów własnych, przez ustalenie narzutu, aż po obrachowanie zarobku. Wreszcie skinął głową na znak zgody.

Frant poczekał, aż na kontuarze pojawią się pieniądze i wyciągnął jeszcze cztery torebki, które właściciel zagarnął zachłannym ruchem.
Wychodząc z lokalu, Frant obejrzał się jeszcze i dostrzegł tłoczące się przy barze małolactwo pospołu z najznakomitszą starszyzną wsi. Uśmiechnął się pod nosem i odpalił bramkującemu Sewerowi parę groszy.

Nawet leśne myszy mogą się na coś przydać – pomyślał i godnie pomaszerował do swojej dziupli na zasłużony odpoczynek.