Obrazki. Bej.


Nie chce mi się…
Chyba nic mi się nie chce.
Wychodzę na taras i przysiadam w rattanowym foteliku.
Zimno.
Cofam się po herbatę i znowu zalegam w rogu między przytachanym z lasu modrzewiowym korzeniem a kwietnikiem, w którym nic nie rośnie.
Jeszcze…
Łudzę się.
Wiem, że nigdy niczego w nim nie zasadzę, bo nie będę mogła dbać o to, co zakwitnie.
A skoro tak – nie ma sensu zaczynać.
Za to korzeń wciąż pachnie.
Po tylu latach nadal wypłakuje żywiczne krople o lekko smolistej, podwędzanej woni. Woni i fakturze suszonych gruszek zwisających pękami z belek drewnianych straganów.

– Dzień dobry!
Przestraszył mnie.
Prędzej spodziewałabym się tutaj dzika albo łosia.
Odwróciłam się. Może zbyt nerwowo, bo dojrzałam cień niemal natychmiast zgaszonego uśmiechu.
– Dzień dobry! – odparłam, lustrując go od stóp do głów.
Wyglądał wyjątkowo niekorzystnie. Chyba przez ten ściągnięty wokół twarzy kaptur.
– Przestraszyłem panią?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie sądziłam, że ktoś jeszcze może błąkać się po takich mamorach.
*
Zza pleców dochodzi wycie psa.
Jak on skawęczy! Jakby ktoś go maltretował.
A to tylko reakcja na ruch za ogrodzeniem.
Nieistotne – jaki ruch. Wróbel, przechodzień, porzucona reklamówka…
Wszystko, co się rusza, wyzwala w tym psisku gejzery skowytu.
Poczucie własności dorównujące człowieczemu.
Mawiają, że pies jest zdjęciem właściciela. Takim bez retuszu.
Kwintesencją.
Myśli. Pragnień. Instynktów.
Groźne.

Rzeczywistość objawiła się wypadkową strachów. Może realnych. Ale prędzej – usłużnie podsuwanych przez rozpasaną imaginację. Nadciągnęły nagle. Falą odległych pojękiwań.
Uśmiech podążającego obok mężczyzny, jawny teraz, zdawał się przeczyć atmosferze zagrożenia.
Podejrzewałam, że to te nieszczęsne mamory wywołały w nim tyle wesołości.
Zerknęłam i już tak pozostałam, bezwstydnie wgapiona w jego twarz. Nagle piękną.
Zmarszczki! – olśniło mnie.
To one sprawiły, że przestała być wklęsłym, absurdalnie powyciąganym bezkształtem.
Z trudem oderwałam wzrok od mimicznego widowiska i spojrzałam przed siebie.
W oddali majaczyła wtapiająca się w tło ambona.
*
Wyglądam przez barierkę.
Obfita dziewoja faluje na rowerze.
Jest zimno, a ona obleczona lyckrowymi kolarkami i gumowaną podkoszulką.
Sama już nie wiem, co jest bardziej nieapetyczne – bladość miękkich piersi wylewających się z rozciągniętego dekoltu czy bulgocące na siodełku pośladki.
Tego siodełka mogę się tylko domyślać. Całość wygląda jak zjadliwie różowa olszówka z metalowym trzonkiem. Bo kolarki są w odcieniu wściekłego różyku… A trykocik – żarówkowo-pomarańczowy.
Przy akompaniamencie psich lamentów neonowa rowerzystka znika mi z oczu.
Wreszcie.
Omal nie zamarzłam, patrząc na nią.

Pod stopami zamlaskało.
Zeszłoroczne liście nie zdążyły przeschnąć. Doznałam wrażenia, że oleista woń stęchlizny spowalnia moje kroki. Brnęłam, dopóki obciągniętej nogawką łydki nie czepnęło coś ostrego. Nie było twarde. Prawie bez oporu poddawało się mojemu napierającemu ciału. Po chwili pojęłam, że to podmarznięte źdźbła karłowato zdziczałej spartyny. Ciągnęło od niej chłodem. Poczułam to mimo wysokiej cholewki. Mimo mięsistości dżinsu. Wstrząsnął mną dreszcz.
Spojrzałam na towarzysza, ale chyba nie zauważył niczego. Maszerował dziarsko, rozglądając się dookoła. Nieodgadniony uśmiech wciąż igrał na jego twarzy.
– Bej. Jestem Bej – rzucił w przestrzeń.
A potem włożył rękę za pazuchę i jak bazarowy kuglarz błysnął matowo-irydowym termosem.
*
Sięgam po filiżankę z wystygłą herbatą i przyglądam się tęczowej powłoczce na rozkołysanej powierzchni.
Równie fascynującej jak zapamiętane z dzieciństwa kałuże przy cepeenie.
Uwodzące niczym łepek sposobiącego się do godów kaczora.
Rozdzierane znalezionym patykiem i pokrywające się po chwili benzynową błonką…
Przechylam naczynko i patrzę na porcelanową smużkę wolno sunącą po ściance.
Zanurzam palec i unicestwiam transparentny kożuszek.
Krzywię się. Zimna herbata jest gorzka. I pachnie inaczej. Bagiennie.

Balsamiczna woń turzycy splątana z błotnym posmakiem kosaćcowych kłączy otuliła przemarzniętą przestrzeń. Nad wszystkim rozsnuła się biaława smużka kwiatowego pyłku okrężnic.
– Jestem Bej – powtórzył, a ja nie zdołałam powstrzymać uśmiechu.
Ten dźwięk zdecydowanie nie mógł być ludzkim imieniem. Prędzej – kocim. Uwodzicielskim miauknięciem stroszącego czarne pędzelki rysia. Albo mającym przerazić parsknięciem rozsierdzonego żbika.
Zerknął w moim kierunku, jakby czegoś oczekiwał. Powątpiewania? Protestu?
– Ola – odpowiedziałam, nie kryjąc odrobiny satysfakcji, którą sprawiło mi jego zaskoczenie.
Jakby wahał się, czy postąpił słusznie, prowokując moją szczerość.
– Obawia się pan, że ktoś mógłby zyskać nad panem nieograniczoną władzę? – spytałam, nawet nie siląc się na żartobliwy ton.
W tyle głowy zawyło.
No nie! Flirtuję z zupełnie nieznanym facetem. Na pustkowiu! Tylko mi może się przytrafić taki idiotyzm.
Bacznie szukając w jego twarzy dezaprobaty, uchwyciłam nagle kątem oka coś znajomego. Błysk szyby. Napięłam się.
*
Przez otwarte drzwi słyszę cykanie zegara.
Telefon milczy.
Staram się nie zwracać uwagi na tamujący oddech, jątrzący się w dole brzucha lęk.
Spoglądam w odległe okna.
Właśnie ktoś otwiera jedno. O przesmarowanych zawiasach, więc – bezdźwięcznie. Ale tafla zdradziecko miga odbitym wieńcem przesrebrzonych chmur.
W marszową melodię cykadeł wdziera się agogowy stukot łapek po parkiecie.
Psiuła ma tę swoją przypadłość.
Każdy spacer grozi wyrwaniem rąk ze stawów.
Wszyscy psi kawalerowie są najpiękniejsi. Wszyscy jednakowo interesujący.
Smutno zerka przez tralki i pociąga nosem.
Pewnie wywęszyła kolejne samcze perfumy.
Przeganiam ją z werandy, nim wpadnie na pomysł, by zwabić tu jakiegoś czworonożnego poczciwca śpiewem…
Psich serenad nawet ja chyba nie byłabym w stanie znieść. Ja – wielbicielka alikwotowych wyczynów Shainkho Namtchylak, bardziej swojsko zwanej Ludką Namczyłak.

Niespodziane muśnięcie zdekoncentrowało mnie.
Z ulgą zerknęłam niżej, doskonale wiedząc, co zobaczę. Pochyliłam się i dotknęłam trójkątnego łebka. Czekałam na srogą reprymendę: w leśne ostępy psom bez smyczy i kagańca wstęp surowo wzbroniony.
Nie wybrzmiała.
Zamiast tego mój już znajomy przykucnął i świsnął cicho przez zęby, wyciągając rękę.
Psiuła nie warknęła, jak to miała w zwyczaju. Przysiadła i nieśmiało wysunęła pyszczek, by powąchać podetkniętą dłoń.
Prychnęła i zamerdała ogonem.
Zaskoczyła mnie.
Nie wiedziałam, jak zareagować, więc odgięłam się i poprawiłam zupełnie dobrze chroniący przed siekącymi podmuchami kaptur.
*
Wzdraga mnie nagle.
Wiatr jest bezlitosny. Wdziera się pod polar. Pikowana tkanina nie stanowi najmniejszej przeszkody.
Jest brutalny niczym przepędzony kandydat na kochanka.
Wściekły i agresywny.
Próbuje zedrzeć ze mnie bluzę. Przypiera do oparcia.
Wgniata w siedzenie.
Pęta ręce i uciska kolana.
Szarpie włosy i wtłacza oddech do gardła.
Jakby wiedział, że to, czego nie dostał po dobroci, może wyegzekwować siłą.
Przenika mnie na wskroś.

Schwyciłam brzegi kołnierza i otuliłam się szczelniej.
Nie było mi aż tak zimno. Chciałam wykazać się konsekwencją w bezsensownym, wynikającym z popłochu działaniu. I dać sobie trochę czasu na bardziej stonowaną reakcję.
Nie byłam zazdrosna o sympatię Psiuły. Raczej zaniepokojona.
A tego okazać nie mogłam.
Nie miałam pojęcia, czemu, ale czułam, że okazanie lęku nie byłoby najlepszym posunięciem.
Nawet jeśli miałam prawo odczuwać dyskomfort.
Obróciłam się lekko i pozwoliłam, by kaptur nadął się, a w uszach boleśnie zaborował wiatr.
*
A może to nie wiatr.
Może to ja.
Od dwóch tygodni boli mnie ząb.
Kolejne panie dentystki ze słyszalnym w głosie uśmiechem bardzo uprzejmie oznajmiają, że nie przyjmują. Proponują to i tamto. Ale nie na receptę. To wymagałoby konsultacji, więc… sama rozumiem… Przykro im.
Czas totalnej psychozy…
Pazerność też ma swoje granice. Jak widać.
Za to własne życie nie ma ceny.
Tylko czemu akurat ja muszę się o tym przekonywać.
Chodzę po ścianach.
Zastanawiam się, jak sobie pomóc.
Zaglądam do skrzynki z narzędziami.
Widok wiertarki w zębie wywołuje atak paniki.
Płaskoszczypy przyprawiają tylko o lekkie bicie serca.
Młotek wydaje się całkiem przyjemną alternatywą.
Chowam skrzynkę.
Nie zrobię tego.
Na razie…

Skurcz wiązadeł sprawił, że zmrużyłam oczy.
Przełknęłam ślinę.
Oczekiwałam bólu płaskim klinem wbijającego się w świadomość.
Nie pojawił się.
– Boi się mężczyzn – wyjaśniłam więc krótko, gdy rudzinka na zbytnią poufałość jednak się nie zdecydowała.
Pokiwał głową. Jakby nieufność rozumiała się sama przez się.
Zastrzygł palcami. Może domyślił się, że Psiuła jest ciekawska.
Była.
A jednak nie ruszyła się z miejsca.
Tkwili naprzeciw siebie i ważyli siły.
Wreszcie połowiczny pogromca zaśmiał się cicho. Tylko ja wiedziałam, że – pogromca. W końcu wyciągnięta ręka wciąż miała wszystkie palce. Ale nie zamierzałam go uświadamiać.
Poczekałam, aż cofnie dłoń i wstanie się z kucek.
Poklepałam Psiułę po grzbiecie. Ten gest chyba ją odczarował. Zerwała się, otrząsnęła i odbiegła na bezpieczną odległość. Dopiero tam przysiadła znowu i, przekrzywiwszy łepek, przekornie patrzyła na mężczyznę.
Dałabym głowę, że cała rudość chichotała w niej radośnie.
Sięgnęłam do kieszeni i kanapkowy papier zaszeleścił kusząco.
*
Powinnam coś zjeść, ale nawet myśl o otwarciu ust sprawia ból.
Tydzień temu waga pokazała czterdzieści siedem kilo.
Już nie zawracam nią sobie głowy.
Idę do kuchni i robię koktajl.
Awokado. Czarne oliwki. Garść migdałów. Parę listków kolendry. Woda. Sól.
Dorzuciłabym kilka makadamii, ale nie pozbędę się łupinek. Użycie siły do podważenia nożykiem skorupki wymaga zaciśnięcia zębów. Nie metaforycznego. Niestety.
Słomki to pożyteczna rzecz…
Wsłuchuję się w bolesne pulsowanie. W kości skroniowej coś chroboce. Usłużna wyobraźnia podsuwa makabryczną wizję larwy przypłaszczka wygryzającej kanaliki w okostnej.
Potrząsam delikatnie głową i staram się skierować uwagę na coś innego.
Drepcąca miękko Psiuła zaprząta ją skutecznie. Przez chwilę.

Pod łapkami zaskrzypiał mech.
Rytmowi naszych kroków towarzyszyły oddechy drzew, komponujące własną, z lekka zwariowaną melodię.
Zwichrowaną – uśmiechnęłam się.
Jak przyjemnie było słyszeć.
Zadyszane okrzyki leszczyn i jarzębin. Poufałe zwierzenia kruszyn. Trzepocącą paplaninę topól. Szmerliwie uśmiechające się brzozy i statecznie pomrukujące dęby. Kąśliwe uwagi świerków i łagodne falowanie wiotkich gałązek sosen.
Ściskałam lekką kulkę. Jej szelest wydał mi się równie przyjazny. Faktura zmiętego papieru łudziła opuszki odnalezieniem sensu w układzie zagnieceń i punktów przypominającym pisany brailem tekst.
*
Próbuję zająć ręce niemyśleniem. Oszukać znękany mózg.
Błądzę palcami po właśnie wyszytym, wypukłym wzorku. Koraliki świergocą i układają się w serie błysków.
Krótkie. Długie. Krótkie. Trzy po trzy. Plotą się jak moje skojarzenia… Razem dziewięć.
Pochylam się i kolejna triada zgrzyta w oczodole.
To nie do zniesienia.
Potrzebuję pomocy.
Ale to wiem i bez prostackich komunikatów od mojego ciała.
Może powinnam się upić.
Ba! gdyby to było takie proste.

Napór bodźców nieoczekiwanie objawił się zmęczeniem. Pragnieniem, by choć na chwilę zawiesić się, poddać otępiającemu nicnieczuciu.
Kojącemu spokojowi otoczenia towarzyszyło wewnętrzne larum. Stąpałam po skraju paniki, napięta i przerażona, bo każde ewentualne piknięcie jawiło mi się zagrożeniem. Zapowiedzią powrotu do doznań tak paskudnych, że nawet myślenie o nich skutkowało otchłanną czernią.
Wyrównywałam oddech, co krok podejmując próbę, by nie poddać się wspomnieniu o lęku. Bo wspomnienie było stokroć bardziej paraliżujące. Zniewalało, łamiąc wolę i wypierając resztki rozsądku.
Kolejny alarmujący wizg zagłuszył na chwilę wszystko inne.
*
Skądś dochodzi płacz. Dziecięcy.
Wplątują się weń poirytowane basowe pomruki. I pośpieszny tupot.
Płacz ustaje.
Przesycony nienawiścią dwugłos częstuje codzienną porcją frustracji. Wykrzyczane rozczarowania krążą chwilę wokół i spadają z łomotem na podłogę. Mają swój ciężar.
Oskarżenia żenują.
Śpiew jest dużo bardziej wkurzający.
O równie histerycznym, piskliwym brzmieniu.
Rozumiem, że ma wybić się ponad wznowiony szloch, ale żeby w aż takim natężeniu…
My nie potrzebujemy ukojenia.
A jeśli nawet – to nie takiego.

Szum lasu rozdarło kwilenie tak żałosne, że Psiuła instynktownie mu zawtórowała. Przysiadła, uniosła głowę i lekko rozwarty pyszczek zawibrował porażającym nerwy wyciem.
Nieoczekiwanie odległy zaśpiew przeszedł w ni to szloch, ni – chichot. Nie wiedzieć czemu, przejął mnie grozą. Jeżył włoski na karku, sprawiał, że ramiona pokryła gęsia skórka.
Którymś, nieidentyfikowalnym zmysłem czułam, że musiał pochodzić z najbardziej pierwotnego, barbarzyńskiego czasu. Z epok, w których siła istnień tkwiła w ich jedności. Gdy bezzasadne odebranie życia innemu stworzeniu było zbrodnią wyciskającą się piętnem na istności eksterminującego. Oddzierało z jego duszy cząstkę po cząstce, strącając w niebyt.
Rozpaczliwa pieśń sprawiła, że wszystko we mnie zamarło. Skuliło się. Jakbym wewnętrzna „ja” straciła wsparcie współistnień i stała się nieporadną w swym osamotnieniu kupką instynktów.
W ten marazm wplótł się swojski terkot. Brzeczki? Mniej istotne – czyj, bardziej, że miał moc odczyniania.

Gruch! Gruch! Gruch!
Dzika lokatorka z górnego tarasu też chyba wyraża swoje niezadowolenie.
Nie miałam sumienia wyrzucić jej z mozolnie uskładanego gniazdka. Teraz wysiaduje kolejne, szaro-nastroszone brzydulątka i grucha im kołysanki. Brzmią o niebo przyjemniej niż człowiecza pieśń pacyfikująca.
Staram się nie zakłócać im tego krótko trwającego życia rodzinnego. Tym bardziej, że w tym roku zachowują się z większą kulturą: brudzenie ograniczają do kilkucentymetrowego kręgu wokół gniazda. I plandeki na przyczepce sąsiada.
Przynajmniej jego codzienne pokrzykiwania skłaniają mnie do takich wniosków.
Na szczęście nie wpadło mu do głowy, że wypipczane gołębie hodują się u mnie.

Poddałam się rumotowi z przyjemnością, o jaką trudno było mi siebie podejrzewać.
Szklana tafla, którą sama sobie stworzyłam, rozprysła się niby majolika zrzucona przez nieostrożnego ignoranta.
Kto by pomyślał, że w tak mikrym gardziołku kryje się tyle wigoru. Mocy, która sprawiła, że znowu usłyszałam. To, co bliskie, klujące się pod stopami, w zasięgu rąk. I to, co dalekie, sygnalizowane gwizdami i zgrzytami cywilizacji.
Towarzyszące mi obecności urealniały wędrówkę. Nie pozwalały ugrzęznąć we własnych słabościach, napędzanych okolicznościami, które sama kreowałam.
– To raczej puszczyki albo sowy – uznałam za stosowne odezwać się.
Głównie po to, by przepędzić akustyczne demony.
*
Czas przecieka przez palce.
Dzielę go na płatki, wkładam między stronice czytanej właśnie książki i zasuszam w nadziei, że odrobina wilgoci pozwoli go kiedyś odzyskać.
Nie dzieje się nic. Wyglądam przez okno. Ulica dyszy od bezruchu. Jest już tak umęczona odpoczywaniem, że jej obłości pokrywają się sinymi odleżynami chwastów. Piołunem i mlecznobiałą bylicą, teraz szarawą od bitumicznego pyłu.
Wypatruję jakiegokolwiek ruchu. Najmniejszej bodaj, podążającej dokądś figurki. Niemrawo sunącego auta. Zaaferowanego swoimi sprawami psa.
Nic.
Cisza.

W przyczajonym milczeniu dotarliśmy do przesieki.
Niewiele tu było takich miejsc. Natura ukochała drzewny rozgardiasz.
Korzenie splatały się w spontanicznym tańcu, a gałęzie trącały, niby mimochodem. Jak naiwni konspiratorzy, którym wydaje się, że nikt nie wie o ich tajemnym porozumieniu.
W prześwicie zamajaczyła łączka. Zbyt duża na polanę, za mała na łąkę. Łączka.
Pod kolanem smyknął koszyczek krwawnika. O lekko błękitnawych kwiatach. Wielka rzadkość w tej okolicy. Większość gleb była zasadowa i sprawiała, że płatki różowiały. Jakby okrywały się delikatnym rumieńcem.
Pochyliłam się i odwzajemniłam muśnięcie.
Dłonie momentalnie nasiąkły zapachem lekko nadpsutego mięsa. Wystawiłam je na wiatr. Spojrzałam pod słońce. Wyglądały jak dwa nieforemne żagielki.
Wokół palców owinął się gorzkawy aromat kurdybanku. W ślad za zniewalającym zapachem przypłynął skrzyp rzadko używanych zawiasów.
*
Otwieram okno.
Do kuchni wpada wiatr.
Młodszy krewniak brutala z werandy.
Wydyma firankę. Przewraca plastikowy kubeczek. Zrzuca z parapetu zasuszone grabowe skrzydliki. Robi odrobinę zamieszania i wypada, pozostawiając po sobie wrażenie pustki.
Na nagiej gałązce mandżurskiej wierzby dostrzegam wróbla. Wygląda jak pomarszczone mrozem pepino.
Tak bardzo pragnę, by się poruszył, że wychylam się i donośnie klaskam. Nie ma najmniejszego zamiaru zrobić mi tej przyjemności, więc po kilku próbach rezygnuję.
Opieram się pokusie, by rzucić w niego suszącą się na parapecie żurawiną.
Trafiłabym na pewno, ale czy mój kaprys wart jest jego strachu?
Mogłoby nie wytrzymać ptasie serce i zostałby na tym pnączu niczym niemy wyrzut sumienia. Mojego sumienia.
A po paru dniach opasły kocur sąsiadów rozprawiłby się ze szpakowatym truchełkiem, już na zawsze pozostawiając mnie w poczuciu winy.

Rdzawy szurgot roztarł nienaoliwione części mechanizmu.
W leszczynowej plątaninie pełgały futrzane ogniki.
Tyle było w nich nieokiełznanej radości, że ulegliśmy niemal jednocześnie. Przystanęliśmy i wpatrywaliśmy się w hipnotyzujące akrobacje.
Nawet Psiuła zaniechała węszenia. Przysiadła i z niepokojem śledziła baletowe wyczyny, bezwiednie drobiąc w miejscu przednimi łapkami.
Skrzekliwe chichoty przerwały nasz obłąkańczy trans. Po chwili tylko chybocące się lekko witki były dowodem, że harców leśnych lich sobie nie wymyśliliśmy.
Otrząsnęliśmy się i ruszyliśmy ramię w ramię, zanurzając się w coraz mniej realną migotwę zieleni.
*
Jest tak gnuśnie, że zadowoliłabym się nawet wizytą tej kociej karykatury.
Uwielbiam koty, ale to, co zrobili temu stworzeniu, zakrawa na kpinę. Jest tak tłuste, że nie daje rady wskoczyć na murek. Przykro patrzeć na tę codzienną szamotaninę instynktu z fizycznością.
Za przestępstwo przekarmienia kota właściciele powinni zostać skazani na miesiąc przymusowego tuczenia.
Gorzej karałabym tylko zwyrodnialców, którzy usuwają kotu pazury. Na przykład wyrwaniem zębów. Nie. Nie wszystkich. Tylko górnych. Z wieczystym zakazem na zrobienie protezy.
Ale dziś nawet Miciuś nie wyściubia nosa na zewnątrz.
Miciuś! Jak można tak znieważyć szarego pręgusa. Rasowego kocura od wąsów po czubek ogona.

Coś zaszurało w nieodległym labiryncie świdw. Skrawki rudawego puchu sunęły nad zmatowiałymi paciorkami granatu. Psiuła przystanęła raptownie i postawiła uszy. Uniesiony ku górze czubek nosa marszczył się zabawnie. Niegłośne prychnięcie uświadomiło mi, że nie rozpoznaje, z czym ma do czynienia.
Zerknęłam na towarzysza.
Uśmiechnął się i położył palec na ustach.
Poczułam się lekko urażona zbędnym ruchem – nie zamierzałam wyśpiewywać arii.
Wyczuł moją irytację i wykrzywił się w pojednawczym grymasie.
Nie planowałam darować mu nietaktu tak szybko, ale głośniejszy szurgot odwrócił moją uwagę. Specyficzne szczekanie poprzedziło efektowne wejście. Z ledwo zieleniejącego wykrotu wychynęły najpierw zakończone miotełkami złotawe trójkąciki, by po chwili objawić się skołtunionym, okrągławym kształtem. Puchata kula zamarła na kilka sekund. Zaraz jednak schowała się, żeby niespodziewanie wyprysnąć słonecznym, przetykanym seledynowo łukiem.
Jeszcze chwilę pobłyskiwała w łysawym gąszczu, pozostawiając po sobie smużkę ostrego, rzeżuchowego tropu.
Spojrzałam w dół. Zjeżona Psiuła zdradzała oznaki zdenerwowania. Pochyliłam się i dotknęłam napiętego karku. Poczułam gruzły naciągniętych, pulsujących strachem ścięgien.
Zacisnęłam palce na sierści. Instynkt wziął górę i końcówka wyprężonego ogona rozchybotała się lekko.
Ruszyliśmy wolno.
Oktanowy zapach wijącej się w niewidocznej dali szosy przypomniał, gdzie jesteśmy.
*
Cofam ramiona i słyszę daleki warkot. Po chwili przejeżdża samochód. Rzadki widok od pewnego czasu, więc odprowadzam go wzrokiem, dopóki nie znika za łagodnym zakrętem.
Terkot cichnie, by nieoczekiwanie wybuchnąć tuż obok. Rozglądam się i dostrzegam pękatego trzmiela.
Jest nie mniej przerażony niż ja. Czuję jego znaczony ociężałym wirowaniem strach.
Zostawiam otwarte okno i wychodzę pospiesznie, przymykając drzwi. Mam nadzieję, że gdy zniknę mu z pola widzenia, odzyska rozsądek i odnajdzie drogę ku wolności.
Zapachnie mu kwitnąca za oknem wierzba i ulegnie pokusie. Albo instynktowi.
Ulega.
Gdy wracam, czujnie napięta, po wytwornym intruzie nie ma nawet śladu.
Oddycham z ulgą i zamykam okno.

Panorama rozkwitała stopniowo.
Jak na przecieranym z kurzu ekranie.
Mgliwy oddech parczelinowych pąków materializował się goździkowym zapachem, wabiąc złotawe, wszędobylskie morsznice. Wykonywały swój geometryczny taniec, nie zwracając uwagi na ciekawską Psiułę.
Podbiegła i, podskakując, próbowała rozgonić tancerzy zabawnymi kłapnięciami szczęk. Unosiła się na tylnych łapkach, łącząc przednie, jakby miała zamiar zaklaskać.
Obok mnie rozległo się chropawe podzwanianie do złudzenia przypominające potrząsanie mosiężnymi blaszkami tamburynu.
Obróciłam głowę. Mój towarzysz śmiał się, angażując w tę przedziwną kakofonię nie tylko usta i oczy, ale także ramiona i stopy.
Znowu ogarnęło mnie niepokojące wrażenie, że patrzę na rozbawionego irbisa.
Nie potrafiłam wyzwolić się spod uroku tego widowiska.
Jakbym nagle znalazła się w ogrodzie z baśniowych kart tysiąca i jednej nocy.
Fiołkowy aromat snuł się tuż przy ziemi klarnetowymi pasmami, dudnił kaskadami darbuk.
Zboczyłam ze ścieżki i wyciągnęłam rękę w kierunku najeżonej kępki dzikiego tymianku.
*
Mogę wreszcie zająć się tym, po co przyszłam.
Warzę miksturę. Remedium na ból. Mój prywatny, miałki bólik, niewiele mający wspólnego z bolączkami świata. Nie – kosmosu. Świata. Bo kosmos to porządek, antonim chaosu, a tego, co dzieje się dookoła, w żadnym razie ładem nazwać się nie da.
Ale uśmierzenie własnych przypadłości wystarczyłoby mi. Tak doraźnie. Jako wstęp do działań innego kalibru.
Czuję się jak wiedźma, ucierając dębowe grudki kory w starym moździerzu.
Niesporo mi idzie.
Złoszczę się.
Moździerz pochlipuje. Czasem jak karaibski hang, częściej jak nigeryjskie udu.
Nozdrza łechce mdławy, kardamonowy zapach dębowego pyłu.
Sypię szałwię i jej dezynfekująca woń przełamuje kamforową ostrość.
Szaro-różowe koszyczki krwawnika trzeszczą i pękają przygwożdżone tłuczkiem, rozsiewając wspomnienie sierpniowej łąki.
Zmiksowany goździkowy susz dodaje wszystkiemu pikanterii.
Mieszam nadzieję na ulgę.

Trącone dłonią bylinki rozsiały wokół smak ukojenia.
Zeszłoroczne rozłupki brązowiły się wśród badylastych łodyg. Gdzieniegdzie zaszemrał drobny listek.
Idący obok mężczyzna przykucnął.
Cynamonowy obłoczek spowił nas delikatnie. Opadł zapachem wonnej wiśni i osnuł lepką słodyczą daktyli. Miał kremową konsystencję wielbłądziego mleka i słonawym refleksem kładł się na wargach.
Myśl o seraju nie opuszczała mnie ani na chwilę. Odcienie zieleni układały się w barwny kilim, kusząc symetrią wzoru.
Wyczekiwałam korzennego powiewu muszkatu i stepowej ruty.
Spojrzałam na sąsiada. Wyszeptywał nieznane mi treści, które bardziej przeczuwałam, niż słyszałam.
Drgania głosu poruszały pastorałki zachylnika i kłosy sitowia, sugerując istnienie werbalnego klucza do zaczarowanych dawno temu miejsc.
*
Powinnam wymówić jakieś zaklęcie i gdyby ból nie był tak świdrujący, może pokusiłabym się o trochę rozrywki w tym całym szaleństwie.
Jakiś szamański taniec.
Kilka wersów utkanej na poczekaniu magicznej formułki.
Prywatne czary mary na domowy użytek.
Nic z tych rzeczy.
Zero mistyki.
Wyłącznie obrzydliwy, chłodny racjonalizm…
Choć może moje niezwerbalizowane pragnienie, by cierpienie się skończyło, ma większą moc niż wszystkie kiedykolwiek wypowiedziane kugle.
Nie wiem.
Stawiam rondelek na płytce i mieszam swoją tynkturę.

Zabulgotało. Zakipiało.
Z trudem oderwałam wzrok od transformującej się przede mną narecznicy. Het, na horyzoncie majaczyło kilka punkcików.
Wilgotne powietrze okazało się niezłym przewodnikiem fal akustycznych.
Wytężyłam wzrok.
Ruchome plamki połyskiwały metalicznym granatem.
Wyraźnie widziałam szlaczki karminowej czerwieni, choć odległość sugerowała, że to raczej nadinterpretacja.. Podbechtana domysłem imaginacja.
Reakcja na skrzekoty towarzyszące widzianym niejednokrotnie tokom.
Małe łapki pacnęły mnie w udo.
Pochyliłam się, chwyciłam Psiułę za uszy i potargałam uspokajająco.
Nie pomogło.
*
Powietrze przesiąka oczekiwaniem.
Pora. Zrobić coś dla innych. Zmierzyć się z zewnętrzem.
Osmyczona Psiuła czmycha przez drzwi.
Gwałtownym szarpnięciem niemal wyrywa mi rękę.
Zazwyczaj się tak nie zachowuje. Ale od paru dni nic nie jest takie jak zazwyczaj.
Robię krok i nagle tracę grunt pod nogami.
Koziołkuję, instynktownie próbując osłonić wolną ręką głowę. W drugiej zaciskam smycz.
Droga jest krótsza, niż mogłoby mi się wydawać, zważywszy, że przemierzam te schody kilkanaście razy dziennie.
Dziś wiem już na pewno, że, turlając się, można pokonać je o wiele szybciej, niż schodząc.
Ostrożnie rozprostowuję się z dziwacznego kłębka, w który zamotałam się, spadając.
Powoli unoszę głowę i wędruję wzrokiem po obwisłej smyczy. Na jej końcu kuli się przerażona Psiuła.
Przez ten cholerny jaszmak nie zobaczyłam, że zaczynają się schody.
„…pięć, sześć, siedem, osiem,
spadła Olka, klnąc pod nosem…”
Nie. Nawet w takiej chwili nie potrafię wyzbyć się idiotycznych skojarzeń.

W stłuczonym ramieniu łupnęło. Niemocno jeszcze. Ostrzegawczo. Ale nie miałam wątpliwości, że to dopiero preludium.
Skrzywiłam się.
– Powiedziałem coś nie tak?
Czy on musi być aż tak spostrzegawczy, do cholery!
Zaprzeczyłam i w dwóch zdaniach streściłam niefortunną przygodę.
Pokiwał głową.
Ze zrozumieniem, jak mi się wydało.
I – rozzłościłam się.
Trochę na tę empatię, bijącą z każdej zmarszczki wokół oczu. Bardziej na siebie za niezrozumiałą wylewność.
Skąd nagle przyszło mi do głowy, by zwierzać się komuś obcemu?
Skąd w ogóle przyszło mi do głowy, by się zwierzać?
Złość nie próżnowała – otuliła mnie od stóp do głów ciasnym kokonem.
*
Adrenalina wciąż działa, więc z godnością wychodzę na zewnątrz.
Spacerujemy awaryjną trasą, krótszą, przewidzianą na nagłe wypadki.
O dziwo – Psiuła nie protestuje. Pokornie drepce obok.
Może czuje się winna.
Albo lepiej ode mnie wie, co będzie, gdy nadnercza zaprzestaną nadprodukcji epinefryny.
Na razie nie odczuwam skutków upadku, ale nie wątpię, że odczuję.
Prędzej niż później…
Póki co, staram się wykorzystać to armistycjum najlepiej, jak się da.
Przemierzam znaną marszrutę i próbuję skupiać się na odgłosach.
Miejska cisza to oksymoron. A przynajmniej tak mi się do niedawna wydawało. Trudny, jeśli nie niemożliwy, do uchwycenia był zawsze moment bezgłosu. Teraz naprawdę nie słychać nic.
Miasteczko wstrzymało oddech… – myślę.

Zaciążyła mi nagle ta niema wędrówka.
My dwoje.
Niby razem, a jednak – osobno. Jak dwa obiekty na przeciwległych krańcach tej samej orbity.
I rudy satelita. Mój satelita.
Psiuła okrążała nas, niemal ocierając się o mnie i zwiększając promień od strony mojego towarzysza. Zadziwiała mnie pokładami niespożytej energii.
Rozorywana gleba pachniała wiosennie, a trącane wiechy bliźniczki broniły się ostrym, fosgenowym zapachem.
Wciągnęłam odruchowo powietrze i w gardle zapiekło, jakbym wychyliła kieliszek amaretto.
Niewidzialna bariera sparaliżowała na moment oddech i wycisnęła kilka łez, rozszczepiając na drzazgi zsiniałą ze starości ścianę zapomnianego hangaru.
*
Unosząca się od progu woń spirytusu drażni mnie.
Przesuszona od nadmiernego dezynfekowania skóra rąk świszczy nieprzyjemnie.
Nawilżam je kilkoma kroplami waniliowego olejku i czekam, aż się wchłonie.
Gdyby coś podobnego dało się zrobić ze śluzówką nosa i oczu, byłoby znacznie mniej irytująco.
Patrzę na dyszący pod ażurowymi schodami rudy obłoczek, z którego sterczy rozchwiany puszysty pędzelek.
Czasami mam wrażenie, że jeszcze jedno machnięcie i pierzasty probierz odpadnie.
Gdy wydaje się, że częstotliwość merdnięć osiągnęła maksimum, wystarczy się odezwać. Nagle okazuje się, że zakres możliwości rozradowanego ogona jest nieograniczony.

Szliśmy wzdłuż ziejącej wyrwami ruiny.
Pośród, nie tak już soczyście, ale wciąż jeszcze zielonej gęstwy pełgał pomarańczowawy chwościk. Opalizujące oliwkowo liście intensyfikowały jego barwę. W płożące się tuż przy ziemi, poruszane wiatrem konary wplątywały się ogniowe tasiemki, przetykały je i nakrapiały, piętnując powidoczkami złudnego ciepła.
Skupiska badyli – pomyślało mi się.
– Rozognione badyliska – powtórzyłam głośniej.
Idący obok mężczyzna przystanął i zagapił się na buszującą pośród gąszczu Psiułę.
Spojrzeliśmy ku górze, a słońce, jakby zawstydzone naszą pryncypialnością, obłożyło się pierzynami obłoków.
*
Wielki plafon nieba przygasa.
Robi się coraz ciemniej. Bardziej otchłannie.
Siedzę w tężejącym mroku i czekam na efekty. Nie wiem jeszcze, które pojawią się wcześniej – te po miksturze, czy te po zlocie.
Nie spodziewam się kolejnych atrakcji, ale dzień ma wobec mnie własne plany.
Na parapet opadają nagle gęste zawoje deszczu. Pochmurnieje jeszcze. Niebo rozdziera zygzakowaty błysk. Huk przetacza się pod oknami i wsiąka w woale wilgoci.
Obejmuję dłońmi gorącą filiżankę i podpatruję burzliwy dialog nieba z ziemią.
Ciemne chmury miotane z krańca na kraniec przywołują wspomnienie wieczornych bitew na poduchy.
Odstawiam czarkę na parapet i ogarniam się ramionami.
Gorące dłonie onieśmielają nawet mnie.

Tyle w tym bezbronności.
Zażenowanie.
I zapowiedź.
Pociemniały nagle świat paradoksalnie nabrał ostrości. Wyszczególnił to, co do tej pory pozostawało jedynie domysłem. Zamazał znane, wyrzynając dookół na nowo. Plamy zastąpił obrysami. Na mgnienie wyeksponował niczym niewypełnione, igielne konstrukcje. Makabryczne stop klatki z relacji o postapokaliptycznej rzeczywistości.
Wynaturzona, odrealniona architektonika czegoś swojskiego porażała pozorną martwotą.
Niczym na rentgenowskim prześwietleniu korony drzew upodobniły się do monstrualnych czaszek mezozoicznych anapsydów, kłębowisko zagmatwało się jak okaleczona stalowa instalacja, a ożebrowanie liści do złudzenia przypominało chitynowy oskórek adefagów.
Tę potworność urealnił jeszcze daleki pomruk.
*
Hukowi na zewnątrz towarzyszy syk.
Dochodzi z holu. Odwracam się. Z niedowierzaniem patrzę na snop strzelających z rozsadzonej żarówki iskier. Niefrasobliwie zasypują podłogę, pozostawiając w powietrzu smugę wolframowej przypalenizny. Pojedynczy jęk telefonu uświadamia mi, że wywaliło korki.
Zaglądam do rozdzielnicy i unoszę wajchę jednego z wyłączników.
Cisza w domu zmusza mnie do włożenia butów i zejścia do piwnicy. Odblokowuję automatyczny przełącznik. Światła się nie zapalają.
Jakaś większa awaria – dociera do mnie.
Mam cichą nadzieję, że to nie ja pozbawiłam pół Miasteczka prądu zwarciem w żyrandolu.
Nie. To awaria przyczyniła się do żarówkowej mini-eksplozji.
Zahaczam o pakamerę przy garażu i po omacku odnajduję kocher.
Czasami maniakalna dbałość o odkładanie rzeczy na miejsce miewa swoje dobre strony.
Góra straszy pomroką.

Przygięta, skulona, zawróciłam w ślad za mężczyzną.
Wzgardzone niedawno rumowisko przyjęło nas bez zdziwienia.
Gderliwie uchyliło poszatkowane wierzeje.
Przywitało nas fleksatonowymi pojękiwaniami rodem z Canticle of the Sun.
Płaczliwe anty-fanfary brzmiały naprawdę złowieszczo.
Po lękliwym wahaniu Psiuła przycupnęła na wygryzionym progu, co chwila rzucając zaniepokojone spojrzenia w kierunku uchylonych wrót.
Przysiedliśmy na stercie zbutwiałego czegoś.
Czułam się jak w przepołowionych bongosach, po których nerwowo biegały palce początkującego bębniarza.
Podmuch wiatru naparł na uchylone skrzydło drzwi i zawarł je bez ceregieli. Psiuła podpełzła za próg z niewiarygodnym wyczuciem zagrożenia ułamek sekundy wcześniej.
Przez szpary sączyły się mizerne smużki zadeszczonego popołudnia.
Wstałam i podeszłam do przeciwległej ściany. Z wysiłkiem przesunęłam wąziutki prostokącik, pozwalając skłębionemu powietrzu zajrzeć do środka.
*
Szum deszczu wprasza się przez tarasowe drzwi. Wywabia mnie na zewnątrz.
Zniekształcone kontury uśpionych okien sprawiają dość upiorne wrażenie. Szkielet Miasteczka wypełnia mglista ciemność.
Za fastrygą błyska od czasu do czasu gwiezdny okruch.
Otulam się szczelniej i pozwalam wodzie nicować twarz.
Nasiąkam. Powoli. Bardzo powoli.
Jeśli kiedykolwiek jeszcze, to dziś właśnie byłby czas na mężczyznę o deszczowym temperamencie…
Wystawiam dłoń i po chwili zamykam. W zaciśniętych lekko palcach spłaszczam krągłości nocnego chłodu.

Geosminowy odorek osiadł na moich rękach wraz z ozonowym swądkiem.
Nigdy nie przepadałam za kręcącą w nosie agresją geranium. Jeden rzut oka na Psiułę wystarczył, by stwierdzić, że podzielała mój brak entuzjazmu.
W przeciwległym kącie zaszurało.
Nowy znajomy nieśpiesznie zbliżył się do przytwartych mini-drzwiczek.
Wychylił się i mruknął z zadowoleniem. Jego nozdrza rozdęły się, a przez górną wargę przebiegł nieznaczny skurcz.
Zmrużył oczy. Pochylił się i skurczył ramiona, wyciągając jednocześnie szyję.
Nagle odniosłam wrażenie, że zamierza skoczyć.
Chrząknęłam. Nie miałam ochoty na żadne ekscesy, a jego postawa zbyt dobrze przypominała mi łowiecką pozę czającej się na wróble Psiułki.
Jego ciało zaczęło mięknąć i po chwili znowu był tylko mężczyzną o pięknej twarzy. Zwrócił ją ku mnie z czarującym uśmiechem.
Poczułam się zupełnie bezbronna, więc w desperackim odruchu sięgnęłam do kieszeni. Namacałam zapalniczkę.
*
Magiczny blask świec orzeźwia i inspiruje.
Rozstawiam przysadziste walce. Pomieszczenia wypełniają się waniliową poświatą. Rozchybotane cieniście meble rozpoczynają swoją pozorną wędrówkę. Obco jakoś wokół. Inaczej. Przyjaźnie ale niezwyczajnie.
Psiuła węszy czujnie. Kicha i umyka do swojej oazy. Nie jest zachwycona dziwacznymi zmianami i daje temu wyraz, zakrywając przednimi łapkami długi, przyciśnięty do podłogi pyszczek.
Przyglądam się rozchwianym płomykom i stearynowym perłom wytyczającym świetlny trakt.
Zamykam w dłoniach kilka odłupanych łezek.
Lubię balsamiczne ciepło pachnącego uległością wosku.

Na wąsikach Psiuły rozbłysło kilka perlistych kropelek.
Przegapiłam moment, w którym znalazła się przy mnie. Choć mogłam przewidzieć, że ruch znikającej w kieszeni ręki przywabi ją skuteczniej niż wołanie.
Tak nagradzałam ją w pierwszych dniach naszej trudnej znajomości. W czasach, gdy bała się na mnie spojrzeć, wyjść na spacer, podejść do miski z wodą.
Przełamała się jednak w końcu i na zawsze zostałam obdarowana jej nienachalnym towarzystwem. Jakby spuszczenie mnie z oka postrzegała w kategoriach karygodnego niedopatrzenia…
Stąpałam ostrożnie, choć wolałabym poskakać. Przymusowy bezruch zawsze działał na mnie buntowniczo. Zaglądałam w porzucone zakamarki. Żal rozlewał się we mnie, sprawiając, że miałam ochotę uciec z tego, pełnego cudzych wspomnień pojemnika.
Zamiast tego, krążyłam, wypatrując szczęśliwych duchów przeszłości.
*
Rozmigotane cienie przeglądają się w szybach. Jakby pragnęły sforsować ostatnią przeszkodę. Chybocą się w desperackim tańcu.
Kołyszę się do towarzystwa, obserwując urokliwą miotaninę.
Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że utkwiłam w mimoświecie. Mikroskopijnej, niepokolorowanej bombce, którą próbują zawładnąć pierwotne substancje. Ogień. Powietrze. Woda.
Ulegam czarowi pramaterii. Przez chwilę wierzę, że zjednoczenie jest możliwe.
Godzę się na nie.
Nawet za cenę zmiażdżenia mojego kruchego eonu.
Widowisko kończy się tak samo nagle, jak się rozpoczęło.
Niesamowite wrażenie znika.
Deszcz znowu jest tylko deszczem, wiatr wiatrem, a ogień – blaskiem świec.

Nie dostrzegłam zapadłej nagle ciszy.
Skupiona na odległych, niewłasnych widmach, podążałam za wciąż poniewierającymi się wokół śladami.
Odłamki cudzych historii podpowiadały mi ciągi zdarzeń, które kiedyś miały tu miejsce. Każdy napotkany przedmiot zyskiwał moc artefaktu. Osobistego i działającego tylko w powołanych do tego rękach. Do mnie dochodziły zaledwie reminiscencje. Nikłe, ale tak nasiąknięte przeżyciami, że ich wtórna moc uderzała niezwykle boleśnie.
Czułam krążące oczekiwania, marzenia. I gorycz rozczarowań. Niedowierzanie, że nagle mogły zostać zapomniane, stać się zbędne, a nawet – przeszkadzać.
Rozumiałam, że wciąż więcej w nich było zastałej udręki niż pączkującej dopiero radości.
Nie potrafiłam im tego zrobić. Porzucić ponownie, pozbawić tylko co odzyskiwanej nadziei.
Nie w tamtej chwili.
Należał się im czas. To one musiały uporać się ze swoją udręką, by i mnie od niej uwolnić.
*
Ból ustępuje powoli.
Zupełnie inaczej niż gdy się pojawił.
Oddala się stopniowo, czyniąc rzeczywistość znośniejszą.
Odzywa się nieznacznym mrowieniem w skroniach.
Goździkowa goryczka rozpływa się w ustach, podszczypując język.
Wargi, nagle – jak po namiętnym pocałunku, delikatnie obrzmiałe – drętwieją.
Przymykam oczy. Przyczajam się i czekam.
Boję się głośniej odetchnąć, by nie spłoszyć bardzo nieśmiało klującego się kojenia.
Obręcz, ciasno spinająca kości policzkowe i kłykcie, puszcza. Kotłowisko ostro wrzynających się w miękką tkankę rzemieni rozluźnia się. Pękają jeden po drugim, zwracając zmaltretowanemu mózgowi prawo do samostanowienia.

Na mgnienie oka wszystko zamarło.
Mój towarzysz milczał. Jakby czuł, że nie potrzebowałam jego słów. Wystarczyła obecność.
Psiuła zwinęła się w kłębek i wodziła za mną wzrokiem. Jej nieme wsparcie koiło.
Przemykałam między kikutami przeszłego, a każde otarcie odkrywało inną opowieść.
Słyszałam śmiech i płacz. Strzępki cudzych rozmów rozsadzały moją własną krtań, a nieznane głosy natrętnie dopominały się, bym je zidentyfikowała, choć nie miałam na to żadnych szans.
Dwugłos kroków objawiał się dłońmi w czułym uścisku, atoniczne mormorando – rozkołysanym kręgiem splecionych ramion.
Zanurzałam się w szum naiwnych nadziei i skondensowanej, małpiej złośliwości. Zazdrość szarpała ubranie, a ból między łopatkami po ciosie fali tępej bezmyślności omal nie pozbawił mnie przytomności. Nie spodziewałam się aż tak intensywnych doznań.
I nagle zdałam sobie sprawę, że ja także muszę coś zrobić, by przestać być tym mentalnym medium.
Musiałam powiedzieć „nie”.
– Nie… – szepnęłam więc, ale niewiele pomogło.
– Nie! – ponowiłam schrypniętym, pewniejszym głosem.
*
Autarkia.
Wyzwolić się od własnych ograniczeń. Chwilowo. Bo to nigdy nie jest jednorazowy akt. To wciąż, po wielekroć ponawiany wysiłek, którego jedyną siłą napędową jest fakt, że w końcu się udaje. Proces trwający w nieskończoność.
Budzę się na zewnętrze.
Maciejka!
Tak może pachnieć tylko maciejka.
Dwuroga kusicielka mieszająca w najmocniejszych głowach.
Może onegdaj płożyła się pod drzewem poznania…
Rumowo-makowy fiolet pobudza wyobraźnię.
Nie mam pojęcia, jak udało się zakwitnąć bylince ponownie, ale uznaję ten wybryk za podarunek losu. Prezent. Małą, milutką rekompensatę za przeszłe.
Napawam się odzyskiwaną swobodą. Czasem, w którym bodźce przestają wywoływać dodatkowy spazm bólu. Nie mieszają się z cierpieniem. Nic ich nie przytłumia.
Dotykam karku. Ciężki od deszczu szal maciejkowej woni snuje się wokół i układa chłodnymi fałdkami na ramionach.
Maciejka – myślę.
Maciejka – powtarzam głośno.
Rozluźnione wiązadła nie zniekształcają dźwięku.
Śmieję się. Głośno. Chyba nie powinnam, ale…
Co mnie obchodzą reakcje innych.

Podbiegli niemal jednocześnie.
Zadziwiające, zważywszy, że to Psiuła miała przewagę. Posiadała coś niedostępnego w takim natężeniu człowiekowi.
Węch.
To za jego pomocą identyfikowała członków własnego stada.
Mnie również.
Jakich perfum byśmy nie użyli, jakiego jedzenia nie spożyli, jakiego zapachu nie przywlekli z naszych wędrówek, pod nimi czaił się ten jedyny i niepowtarzalny kod odorantów, który pozwalał jej na bezbłędną identyfikację „swoich”.
Nagle – nie wiedzieć czemu – stałam się punktem docelowym. Pozbawionym osi symetrii punktem. Istniałam tylko na płaszczyźnie.
Nie miałam długości, szerokości, wysokości. Znalazłam się poza czasem.
*
Minuty płyną.
Za oknem pasiasty księżyc wykrzywia srebrno-bladą facjatę.
Mam wrażenie, że kpiącym grymasem próbuje mi dokuczyć.
To przez te sine nitki chmur rozwłóczonych po niebie.
Miałabym ochotę zostać i poobserwować ich nieznaczny ruch, ale jest zbyt zimno.
Mimo to próbuję.
Wkładam ciepłą bluzę i, opatulona dodatkowo pledem, zasiadam w plecionym foteliku.
Dzielnie trwam mimo siekących uderzeń wiatru.
Bez zdziwienia rejestruję, że płyn w filiżance znowu jest lodowaty.
Spoglądam na księżyc.
Odwzajemnia mi się ironicznym uśmieszkiem.

Bełtany rachitycznymi spiralkami światła przymrok przewalał się leniwie nad naszymi głowami. Od czasu do czasu jakaś zapóźniona kropla uderzała o sfatygowany dach i, zbierając po drodze drobinki skalenia, turlała się coraz toporniej. Wreszcie przywierała do lepkiego bitumu i wsiąkała powoli, rozsiewając zapach spieczonego asfaltu.
Pociągnęłam nosem i ruszyłam się wreszcie.
Przy wąziutkim przejściu woniało dębowymi garbnikami.
Przestąpiłam próg i znalazłam się pod wielkim jesionem. Pachniał słodkawo, a przez podziurawioną plandekę liści sączył się nikły blask dogasającego nieba.
*
Zmrok zapada powoli.
Zawsze mam wrażenie, że nadchodząc, wolno, acz nieubłaganie wchłania wszystkie barwy. Najpierw matowi to, co daleko. Potem łagodnie, jakby nie chciał narażać ewentualnego obserwatora na zbyt ekstremalne doznania, odbiera resztkę koloru wszystkiemu, co spotka na swej drodze.
Wreszcie dociera i tutaj i odbarwia mnie. Dłonie, stopy, czubek nosa…
Albo może wtłacza te barwy we mnie.
Czuję ich nadmiar. Nie zawsze, ale – często.
Bywam nimi tak nasycona, że odczuwam potrzebę wyrównania poziomów.
To tę kipiącą feerię przelewam na papier.
I zawsze jednakowo zadziwia mnie, ile odcieni może kryć się w drobnych, na pierwszy rzut oka granatowych, znaczkach.
Mrok i cisza – niezwykła w mieście, a tak dobrana para.

Rozpostarłam ramiona.
Pojedynczy ptasi krzyk przyprawił mnie o gęsią skórkę. Nie potrafiłam zidentyfikować wykonawcy rozpaczliwej frazy. Trwała zbyt krótko.
Na karku poczułam ciepło oddechu, więc, nie odwracając się, postąpiłam naprzód.
O moje ramię zawadziło ramię mężczyzny.
Nieprzyjemny dla ucha świst ocierających się, ortalionowych rękawów przeszył ciało nagłym impulsem. Przez chwilę zapachniało bisfenolem. Nachalnie. Ostro.
Poruszyłam się i woń sztucznego tworzywa odpłynęła w gąszcz. Chrobotała chwilę między nastroszonymi liśćmi i znikła, pozostawiając po sobie niezbyt miłe wrażenie.
Wyciągnęłam rękę i moje palce przejęły drobinki zielonkawego nalotu jesionowej kory.
Zdecydowanie wolałam jej mazisty aromat.
Do naszych uszu dobiegło buczenie. Nie musiałam się odwracać. Ten dźwięk pochodził ze znanej mi z dzieciństwa, przybrzeżnej latarenki. Zdziwiłam się. Byłam pewna, że od dawna nikt już nie dbał o to, by zbłąkani żeglarze bezpiecznie zakotwiczali przy brzegu.
*
Latarnie milczą.
Dziko wygląda miejski świat w chmurnym blasku nadąsanego księżyca. Wiatr wygrywa smętne melodie na rynnach i balkonowych tralkach. Uliczny nokturn na dwie piły i kontrabas.
W dali pełga czerwony punkcik.
Wciąż obiecuję sobie, że podczas wieczornego spaceru dotrę tam i wreszcie dowiem się, z jakiego powodu miga amarantem każdej nocy.
Póki co, żyję w nieświadomości.
I chyba wolę, by tak pozostało.
Teraz czerwone światełko może być czym bądź.
Mogę wpisywać w nie różne, zawsze jednakowo prawdopodobne treści.
Raz wygląda bojowo, kiedy indziej – ostrzegawczo.
Czasami pulsuje złowrogo.
Bywa kasandryczym błyskiem oka egzotycznego ptaka albo zaszyfrowaną sekwencją impulsów, zrozumiałą jedynie dla wtajemniczonych.
Gdy zostanie zidentyfikowane, straci urok domyślenia.

Wydało mi się, że laserowa smużka czerwieni przeszyła namokłą gęstwę i wypunktowała nas – trzy niepasujące do zbioru elementy.
Poczułam się jak intruz, który bezceremonialnie wdziera się w nieswoje sekrety.
Rozszeptane drzewa wysuwały w naszym kierunku konary. Ich delikatne obłości sugerowały jednak, że nie – oskarżycielsko. Raczej dobrodusznie, może pieszczotliwie nawet. Uspokoiłam się.
Mój niczym nieuzasadniony sentyment do drzew nie pozwalał mi podejrzewać ich o jakąkolwiek niecność. Zawsze były mi bliskie i miałam, sama nie wiem, wrażenie czy nadzieję, że żywią w stosunku do mnie podobne uczucia.
*
Mroźny wiatr jeży trawę i mierzwi fryzury poważnym świerkom.
Przyprawia ledwo już ulistnione, wiotkie gałązki jarzębin o gęsią skórkę.
Tylko tuje nic sobie nie robią z ujemnej temperatury.
Odporne w każdych warunkach i na wszystko tuje.
Na parzące zerknięcia południowego słońca. Na zawilgłe pocałunki nadrannej mgły. Nawet na mroźne umizgi wieczornego wichru. Wiecznie zielone wachlarze przekręcające się jak paski wertikali.
Byliny o masywnych liściach wywierają czasami cudaczne wrażenie. Muszę ich dotknąć, by przemóc uczucie opanowującej mnie, niedorzecznej niechęci.
Te wszystkie rododendrony, oleandry, kluzje… Przez swoją masywność wydają się ordynarne. W konfrontacji z wiotkością jesionów, brzóz albo lip.

Zrobiłam kilka kroków i przykucnęłam pod okazałą olchą. Zadrżała i osypała mnie szyszkami.
Wysunęłam rękę i poczułam, jak szpiczasta mordka wpycha mi się pod pachę.
No tak.
Psiuła nigdy nie przepuściłaby takiej okazji. Może pod drzewem walało się jakieś jedzonko. Bo po co innego można się nachylać…
Rozwarła mokrym nosem moje palce i chwilę obwąchiwała czarną różyczkę.
Prychnęła.
Jej jawne rozczarowanie rozbawiło naszego towarzysza.
Zaśmiał się krótko i wyczarował okrągłego herbatnika.
Pokruszonego, ale takie niuanse nie były w stanie zmniejszyć apetytu łakomczuchy.
Pochłaniała smakołyk głucha i ślepa na to, co nagle zaczęło się dziać dookoła.
*
Świat grzechoce.
Uciekam przed nową niespodzianką zdającej się nie mieć końca doby.
Na parapecie trzy-centymetrowa warstwa kulek.
Grad.
Przytulam policzek do szyby. Po chwili dostrzegam wirujące gdzieniegdzie, pojedyncze płatki śniegu.
Uderzający o szyby grad przeszywa dosadnością. Instynktownie zamykam oczy w obawie, że sypnie w nie białym granulatem.
Robi mi się nagle chłodno. Choć w domu jest bardzo ciepło. Awaria nie objęła grzejników.
Rozcieram nagie ramiona.
Odchodzę od okna, ale wciąż nasłuchuję.
Z daleka to grzechotanie wydaje się jednak dość przyjemne. Tylko odrobinę kojarzy się z ostrzegawczymi wygibasami trzeszczącego ogona grzechotnika.

Zawróciliśmy i jak niepyszni wtłoczyliśmy się przez wąziutkie przejście do porzuconego hangaru.
Jak rezonansowe pudło potęgował hurgot lodowych granulek. Po melodyjnej łagodności niedawnego deszczu nie pozostało nawet wspomnienie.
Kuliłam się przed łomotem, głaszcząc wtulony w moje kolana łepek. Ciasno przylegające do niego uszy i spazmy przechodzące przez zwiotczały ogon aż nadto jasno dawały do zrozumienia, jak wielki stres dopadł Psiułę.
Mężczyzna przysiadł na tej samej stercie i zetknęliśmy się plecami.
To dziwaczne wsparcie z jego strony pomogło nam. Stonowało uciążliwą kanonadę.
Nie mogliśmy rozmawiać, ale nie było nam to potrzebne.
Po prostu siedzieliśmy, pozwalając, by od naszych okryć odbijały się zewnętrzne pacnięcia i, spacyfikowane, staczały pod nogi.
*
Śnieżne szaleństwo kończy się nagle.
Tylko wciąż obecny wiatr porusza żaluzjami i świszczy w okiennych szczelinach, próbując wedrzeć się do środka.
Kiedy daje za wygraną, wychodzę na taras. Znowu.
Pod stopami chrzęści rozbrylony ziąb.
Wokół ciemno.
Naprawdę ciemno.
Halogenowe błękity szperające w bezdeni, w której można tylko domyślać się drogi, wydają się niemal zbawienne.
Jak oświecający błysk prawdy w mrokach indolencji – katuję się wyświechtanym frazesem.

Od uchylonych drzwiczek przypłynęła fala ciepła.
To był pierwszy znak, że gradowy popis dobiegł końca.
Chyba wszyscy mieliśmy już dosyć tego klaustrofobium, bo zerwaliśmy się niemal jednocześnie i podążyliśmy do wyjścia.
Psiuła smyrgnęła pierwsza.
Wyszliśmy za nią i przystanęliśmy tuż za progiem, oniemiali spustoszeniem, które wśród drzew uczyniły wszędobylskie szklane paciorki.
Było nago. Mimo ciemności widzieliśmy przetrzebione konary, pokładające się u stóp krzewy i rozsmarowaną po podłożu trawę.
Tylko Psiuła, nic sobie nie robiąc z ogołoconej nagle rzeczywistości, biegała jak oszalała.

*
Zgarniam poszarpane odłupki i czekam, aż wtopią się w matę. Wtulam się w swój fotelik. Obserwuję nieodległą uliczkę. A właściwie wpatruję się w czeluść, którą przyzwyczajenie identyfikuje jako przydomową alejkę.
Jest pusta, co niespecjalnie mnie zaskakuje.
Szkoda.
Odgłos dochodzących z cienia kroków działa pobudzająco. Tyle rzeczy można sobie dopowiedzieć ze sposobu szurania podeszew.
Bo szuranie jednak przeważa.
Nie pomaga sportowe obuwie.
Jakby unoszenie nóg wymagało tytanicznego wysiłku.
Wszechogarniająca pustka nie jest przerażająca.
Po prostu przydymia.

Przywiało sinawy strzępek.
Nie potrafiłam odgadnąć kierunku, z którego nadpłynął, póki nie przypomniałam sobie skarlałej ze starości, dzikiej wierzby. Jej pobrużdżona kora zawsze wydzielała zapaszek lekko podwędzanego sera. Zmrożona wilgoć musiała go uintensywnić. Po chwili zmieszał się z fermentem sponiewieranych ulęgałek i odpłynął w grafitową dal. Pozostawił po sobie niezatarte wrażenie czyjejś obecności. I skojarzenie ze żmudną wędrówką do hawajskiej Kazumura Cave.
Nagle, dla odmiany, prychnął mężczyzna. Odwrócił głowę i kichnął. Zadzwoniły mu zęby, a ja nie mogłam powstrzymać parsknięcia.
Nie posłał mi oburzonego ani potępiającego spojrzenia. Roześmiał się i podążył w ślad za umykającym pasemkiem.
Psiuła buszowała już kilka metrów przed nami.
Wiedziałam, że nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć za nimi.
A jednak wahałam się…
*
Decyduję się nagle.
Przenoszę świece do zlewu. Dmucham.
Gasną, zostawiając w nozdrzach tłustą warstewkę parafiny.
W nikłym blasku ostatniej reszta wygląda jak leśne pogorzelisko w skali mikro. Jest coś przygnębiającego w plantacji knotowych osmoleńców.
Wskakuję w ulubione dżinsy i puchową kurtkę. Metoda na cebulkę to najlepszy sposób na kapryśną pogodę.

Niepokojący bulgot odwrócił moją uwagę. Rozejrzałam się i przegięłam w jego kierunku. Chciałam usłyszeć wyraźniej.
Wciąż był mikry, więc postąpiłam w jego kierunku.
Zamarłam znowu i wsłuchiwałam się w coś do złudzenia przypominającego pośpieszne chłeptanie, przerywane od czasu do czasu głośniejszym i bardziej ekspresyjnym gulgiem.
Pokusa była zbyt silna, bym ją zignorowała. Wspięłam się na palce i ostrożnie, bardzo cicho podążyłam za odgłosem.
Skradałam się całą wieczność, ale wreszcie zostałam nagrodzona.
Setki blado-pomarańczowych ogników migotało tuż nad ziemią. Nad torfową woń wynosiła się lawendowa mgiełka przekwitających kruszczyków, przełamana czereśniową nutką stroiczek. Nad wszystkim górował mdlący fetorek pękających bagiennych baniek.
Urzeczona widowiskiem, nie usłyszałam chlupotu uginających się lekko pod ciężarem kroków, sprężynujących kępek manny.
Delikatnego trącenia w ramię omal nie przypłaciłam zawałem serca.
Oderwałam wzrok od magnetyzującej pląsaniny ogników i natknęłam się na rozszerzone, hipnotyzujące turmalinową zielenią oczy.
Swojski brzęk okuć przy Psiułkowej uprzęży pozwolił mi ponownie twardo stanąć na ziemi. W przenośni i dosłownie.
*
Na dźwięk smyczy Psiuła przybiega bez ociągania. Nie wpinam jej w szelki.
Gaszę ostatni ogarek i w ostrym promieniu latarki schodzimy do garażu.
Przyległości spoza strumienia światła zdają się nie istnieć.
Nie pozwalam wyobraźni się rozpasać.
Chwilę wojuję z garażowymi drzwiami i bramą. Trwa to trochę, bo muszę otworzyć je ręcznie. Zamknąć też.
Psiuła czeka, aż wsiądę i grzecznie wskakuje na przednie siedzenie. Zwija się w kłębek. Chowa nos pod łapkami.
Źle znosi jazdę samochodem. Ma chorobę lokomocyjną, więc nie ma mowy o szaleństwach za kierownicą.
Uczciwiej byłoby przyznać, że nie cierpi tych nocnych eskapad. Ale przyjemność bezkarnego hasania chyba rekompensuje jej niedogodności, bo dzielnie podąża za mną na pierwszą wzmiankę o spacerze.

Szuranie odbijało się echem od udeptanej ścieżki.
– Pora na mnie – powiedział.
Nie zwolniłam. Nie przystanęłam.
Przesuwałam stopy po miękkim podłożu, raz po raz zapadając się w mchowy kobierzec.
Z boku dochodziły posapywania umęczonej Psiuły.
Za plecami słyszałam ciszę. Daleki plusk fal rozwarstwiał ją na barwne zapachy.
Jakby po każdym moim kroku na ścieżce rozwijała się bela egzotycznego, tęczowego woalu. Szeleszcząca przy każdym ruchu aromatami leśnych istnień.
Wreszcie dotarłam do skraju.
Wsiadłam do samochodu, i czekałam na droczącą się Psiułę.
Przeskoczyła nad moimi kolanami i wylądowała na siedzeniu obok, udając, że nigdy się z niego nie ruszała.
Przekręciłam kluczyk i zerknęłam przez ramię.
Miałam wrażenie, że za matem tylnej szyby dostrzegam dwa amarylisowo żarzące się punkciki.
Gracik zamruczał przychylnie, więc spojrzałam przed siebie i pozwoliłam mu stoczyć się powoli z łagodnego wzniesienia…
*
Wygaszone Miasteczko robi niesamowite wrażenie. Czuję się nieswojo, sunąc wzdłuż zamarłych fasad. Światła mijanych z rzadka aut załzawiają oczy. Ślizgające się po szybach refleksy nasuwają myśl o ucieczce. O umykających w popłochu duchach zapomnianych uliczek, które na moment znalazły się w świetle reflektorów. Nie tylko dosłownie.
Na niektórych balkonach pełga życie. Przyciszone rozmowy zsuwają się z gzymsów i odbijają od pni drzew. Wsiąkają w korony albo ulatują w niebo.
Granice Miasteczka rozpoznaję po pełzającej po asfalcie, czerwonej smudze.
Napięcie, które mi towarzyszyło, uświadamiam sobie w chwili, gdy mnie opuszcza.
Wjeżdżam w bezpieczne, bo znane rewiry.

Obrazki. Pokrywka.

Marcysia z ulgą zzuła przyciasne pantofelki.
Spojrzała na Zbinia ze złością. Podchmielił sobie. Nie, żeby był zupełnie pijany, ale taki właśnie… pod humorkiem.
To całe przyjęcie weselne było bez sensu. Najedli się, nachlali, a w prezentach się nie zwróciło.
Marcysi łzy zakręciły się w oczach.
I jeszcze ten Zbinio. Musiał otwierać to wino tak ochoczo? Oddałoby się do sklepu – ostatecznie czternaście złotych za butelkę piechotą nie chodzi. A teraz?
Szybko policzyła w pamięci straty. Westchnęła.
– No dobra – powiedziała, trącając przydrzemującego Zbinia – dawaj te koperty. Zobaczymy…
Zbinio wyjął zza pazuchy kilkanaście kopert i podał Marcysi. Rozgorączkowana Marcysia rozerwała pierwszą. Zajrzała i fuknęła z niezadowoleniem.
– Tylko tyle? – oglądała pod światło banknot. – Dziady cholerne! Sknery! – obróciła w palcach zwykłą białą kopertę w poszukiwaniu nazwiska. Nie znalazła go. – To pewnie od tej dziadówy Ilony. A widziałeś ile wina wypiła? Cztery kieliszki!
Zbinio milczał. Też nie należał do rozrzutnych, ale to wyrachowanie Marcysi zaczynało go powoli przerażać.
Świeżo poślubiona żona rozrywała w tym czasie kolejne koperty, mrucząc pod adresem gości niepochlebne komentarze.
– Świnie! – podsumowała krótko, chowając skrupulatnie plik banknotów do torebki. – Ledwo za talerzyk się zwróci…
Potem wzrok jej padł na niewielką stertę ładnie opakowanych pudełek.
– Przynoś – zarządziła.
Zbinio posłusznie znosił pakunki.

Do maleńkiej salki zajrzał łysawy człowieczek.
– Dobrze, że pan jest – ożywiła się Marcysia. – Wszystko pan popakował?
Człowieczek pokiwał głową. Też był zmęczony. Może nie tyle porą, bo to było normalne, co uciążliwą klientką. Nieczęsto zdarzali mu się młodzi, którzy chcieli zabierać nawet zeschnięte ziemniaki i zmęczone sałatki. A chociaż w duchu trochę się śmiał, głośno tego nie komentował – ich sprawa… Przecież i tak te odpadki powędrowałyby do kubłów…
– Zaraz się zbieramy… A te otwarte butelki z winem? – przypomniała sobie nagle.
Właściciel kolejny raz kiwnął głową. Nie chciało mu się rozmawiać z panią młodą, która bardziej interesowała się resztkami ze stołów niż świeżo poślubionym małżonkiem. Przelotnie spojrzał na żonkosia i odczuł nawet coś na kształt współczucia.

Kiedy człowieczek odszedł, zabrali się za rozpakowywanie podarków.
– Po co mi to? – wydęła usta Marcysia, ze złością odstawiając sześcioosobowy serwis do kawy. – Pewnie sami dostali i teraz była okazja, żeby się pozbyć…
Zbinio ziewnął.
– Jezu! Jaki bohomaz! – wrzasnęła nagle, prezentując abstrakcję. – Jak znam życie, to pewnie jakiś wujek Mietek maluje takie dziadostwa. Mogli chociaż ramę dorzucić, to by się może sprzedało…
Wreszcie stosik stopniał do jednego, pokaźnego pudła.
Marcysia z niekłamanym zainteresowaniem rozrywała papier.
– Garnki… – wyjmowała sztuka po sztuce i oglądała każdy okaz uważnie. – No. Może być – orzekła łaskawie. – Chociaż jeden przyzwoity prezent.
Nagle jej czujny wzrok spoczął na rondelku. Niepewnie wzięła do rąk opakowanie i lustrowała je uważnie. Coś w myślach przeliczała, przenosząc spojrzenie z garnków na rysunki.
Wreszcie sapnęła z triumfem.
– No! Dobrze zobaczyłam. Brakuje pokrywki!
Trąciła Zbinia, który znowu przysnął.
– Hej! Nie śpij! Pokrywki brakuje.
Zbinio rozejrzał się nieprzytomnie.
– Idziemy?
Popatrzyła na męża z politowaniem. Był chyba bardziej pijany, niż jej się na początku wydawało. Bo jak inaczej wytłumaczyć jego obojętną reakcję na brak pokrywki?
– Idziemy – zawyrokowała, a w głowie układała już SMS-a do ofiarodawców.
Z bólem serca zamówiła taksówkę. Szkoda jej było pieniędzy, ale z tym majdanem nie dotelepaliby się na drugi koniec miasta empekiem.
W fatalnym humorze weszła do wynajmowanej kawalerki. Cholerny taksiarz opuścił tylko pięć złotych. Złotówa jeden!

Zaraz po przyjściu wysłała krótkiego SMS-a: „Potrzebuję rachunku za garnki.”
Kiedy Zbinio pochrapywał obok, w głowie Marcysi klarował się plan…
Za dwa dni wyjeżdżają na wycieczkę poślubną. Jutro niedziela, więc w poniedziałek skoczą jeszcze do tego sklepu z garnkami i złożą reklamację. Kiedy wrócą za dwa tygodnie – komplet powinien już na nich czekać w magazynie. Żeby tylko Olka z Maćkiem nie zapodziali tego rachunku…

Do pociągu wsiadała pełna dobrych przeczuć. Mało kumata baba w sklepie przyjęła w końcu reklamację…

Zbiniowi uszami już się wylewało to marcysine gadanie o pokrywce. Zamiast podziwiać piękno Wełtawy, delektować się smakiem piwa w małych klimatycznych pubach, kontemplować urodę Wacławskich Namieści, ona ciągle trąbiła o tym cholernym deklu!
– Ale jakimi trzeba być durniami, żeby tak dać się oszukać! – pokpiwała. – Jak można nie zobaczyć, że w prezencie czegoś brakuje?
Wreszcie Zbinio nie wytrzymał i mruknął:
– Nie zobaczyli, bo prezent był fabrycznie zapakowany…
Na takie dictum Marcysia na chwilę zamilkła.
– No… Był… – i zaraz dodała bystro – To przynajmniej wiadomo, że to nie oni tą pokrywkę zachachmęcili, nie?
Zbinio sapnął i pociągnął Marcysię na Most Karola.
– Może chcesz portret? – zapytał, żeby oderwać jej myśli od podarunku.
Oderwał….
– Szkoda kasy na takie durnoty – odparła zgodnie z jego oczekiwaniami i dała mu wykład o marnowaniu pieniędzy.
Nie odważył się zaproponować kawy w mijanej kafejce.

Ten wyjazd go zmęczył.
Niby spotykali się prawie rok, nim zdecydowali się na ślub, i wiedział, że jest bardzo oszczędna, ale…
W Pradze przeszła samą siebie!
To ciągłe przeliczanie wszystkiego na złotówki, porównywanie, wyliczanie każdej najdrobniejszej przyjemności…
I wszystko to podlane biadoleniem o tej nieszczęsnej pokrywce…

Następnego dnia po powrocie Marcysia nie dała mu się nawet wyspać.
– Wstawaj. Dzwoniłam do sklepu. Przysłali nowy komplet.
Rad nierad – Zbinio zwlókł się z wersalki i pobiegł do łazienki. Ochlapał się zimną wodą, odkręcił bak od sedesu, bo Marcysia zakręcała go za każdym razem, i czekał, aż napełni się wodą. Ten zwyczaj doprowadzał go, zresztą, do pasji. Zamieszkali razem dopiero po ślubie i nie miał pojęcia, że Marcysia oszczędza też w taki sposób.
Ubrał się i pobiegli na empek.
W sklepie otworzyli pudło i okazało się, że pokrywki znowu brakuje.
Marcysia wpadła we wściekłość. Dopiero połączenie sił jego i kierownika sklepu ułagodziło trochę żonę.
Złożyli kolejną reklamację i wrócili do domu.

Ponieważ ofiarodawcy nie odbierali telefonu, Marcysia postanowiła dać upust swojej frustracji w jedyny dostępny sposób. Napisała długiego SMS-a.
– Posłuchaj! – zawołała Zbinia – „To, co zrobiliście jest niedopuszczane i karygodne! Jak można dać komuś taki badziewny i wybrakowany prezent ślubny! Nie spodziewaliśmy się po was takiego świństwa! Przez was mieliśmy zmarnowany wyjazd i resztę urlopu! Świnie jesteście i tyle!”
– Chyba jednak trochę przesadzasz… – mruknął ogłuszony Zbinio.
– Co przesadzasz? Jak przesadzasz? Świnie i tyle!
Zbinio kolejny raz położył uszy po sobie i nie zaoponował, gdy Marcysia wysyłała wiadomość.

Kilka dni później telefonicznie zostali zaproszeni do sklepu.
Wściekłość Marcysi sięgnęła zenitu, gdy, zamiast niewybrakowanego kompletu, zwrócono im stary.
Do pakunku dołączone było pismo:

„Szanowni Klienci!

Uprzejmie informujemy, że oferowany przez naszą firmę zestaw garnków jest kompletny. Bardzo nam przykro, że zasugerowali się państwo rysunkami na opakowaniu, jednak jeśli przyjrzeliby się Państwo im naprawdę dokładnie, zauważyliby Państwo, że podczas przebywania pokrywki na rondelku, garnuszek pozostaje odkryty. Podobnie rzecz ma się z rondelkiem, gdy pokrywka znajduje się na garnuszku.

Z poważaniem…”

– Ja tego tak nie zostawię! – rozwrzeszczała się Marcysia, robiąc gwałtowny ruch w kierunku kierownika sklepu.
Ten – zrejterował i umknął na zaplecze.

Kiedy Zbiniowi udało się wreszcie uspokoić rozjuszoną Marcysię i wraz ze zwróconymi garnkami odtransportować ją do ich wspólnego mieszkanka, był późny wieczór.
Zmęczony, usiadł przy ławie i obserwował miotającą się żonę.
Gdy w ślepej złości zaczęła kopać wielkie pudło, podniósł się i skierował do szafy. Wyciągnął z niej swój sfatygowany plecak, zebrał najpotrzebniejsze drobiazgi, położył na stoliku klucze i bezszelestnie wymknął się na klatkę.
Pokonującego schody Zbinia gonił dochodzący zza drzwi, metaliczny brzęk garnków…

Obrazki. Pierwsza miłość.

Zakochał się – pomyślała Martynka i jej serce zalała fala ciepła.
Już od jakiegoś czasu widywała tu tego chłopaka. Zawsze pojawiał się parę minut po niej. Nie odzywał się. Po prostu ją obserwował. Parę razy miała wrażenie, że chciałby podejść i coś powiedzieć.
Z niechęcią spojrzała na Fifka, który obwąchiwał właśnie garbaty krzaczek i zupełnie nie zwracał uwagi na to, co dzieje się po drugiej stronie uliczki.
Chłopak był wysoki i szczupły i wgapiał się w nią bez przerwy. Gdyby Martynka miała lepszy wzrok, mogłaby dostrzec, czy mruga. Ona też zerknęła na niego. Tak mimochodem, niby niechcący, gdy obracała się, by sprawdzić, co z Fifkiem. Psiak podniósł akurat krótką nóżkę i radośnie podlewał dorodną kępkę trawy. Martynka odwróciła z niesmakiem wzrok. Nie lubiła go wyprowadzać. Uważała się za osobę dystyngowaną, prawdziwą damę i asystowanie przy podobnych czynnościach nie licowało z jej godnością. Ona była stworzona do innych rzeczy. Lepszych.
Najchętniej całe dnie spędzałaby w spa, poddając się seriom tych cudownych zabiegów, po których każda kobieta wygląda jak bogini i wartość jej wzrasta przynajmniej dziesięciokrotnie.
Drugim jej ulubionym zajęciem było siedzenie przed lustrem i kontemplowanie własnej urody. Podobało jej się w sobie… wszystko. Włosy, oczy, usta… Miała piękny podbródek i urocze dołeczki w policzkach. Nie dziw, że tylu chłopaków do niej wzdychało. Wprawdzie z daleka. Martynka nie przejmowała się tym – po prostu jej uroda musiała ich bardzo onieśmielać…
Trzecim ukochanym zajęciem było buszowanie po promenadzie. Te wszystkie bluzki, spódnice, sukienki… Buty i kosmetyki… Gdy wchodziła do któregoś ze sklepów, na widok tego przepychu kręciło się jej w głowie…
Gdyby tylko miała kasę…
Tu Martynka musiała oderwać się od swoich marzeń, bo Fifek pociągnął ją gwałtownie. Posłusznie ruszyła za nim. Nauczyła się już, że protesty nie mają sensu, bo wredne stworzenie i tak zawsze stawia na swoim – nie tylko ciągnie, ale potrafi nawet głośno się rozszczekać. A Martynka, chociaż lubiła być w centrum zainteresowania, to może niekoniecznie wtedy, gdy miała u boku Fifka.
Ten pies to w ogóle koszmar.
Tak marzyła o prawdziwym maltańczyku miniaturce! Mogłaby go kąpać, czesać, ubierać. Nudziła o tego psa chyba z pół roku. I co dostała? Fifka! Ohydnego, rudego mieszańca ze schroniska! Kundla, którym nawet nie mogła się pochwalić Salsie i Yashice! Przecież wyśmiałyby ją!
Marzyła o tym, że będą razem z Babbett (bo to miała być suczka) spać w jednym łóżku, kąpać się wspólnie, pić koktajle… Czy z takim potworem jak Fifek można robić te wszystkie wspaniałe rzeczy? Raz próbowała wykąpać go w płynie do kąpieli i skropić perfumami… Szkoda gadać… Dostał jakichś krost i strasznie się drapał, a na pierwszym spacerze zerwał się ze smyczy i wytarzał w błocku.
A jak to było, gdy kupiła mu tą śliczną sukieneczkę i chciała go wyelegancić na swoje birzdejparty? Żadnego przyjęcia nie było, bo ją ugryzł i trzeba było Martynkę zawieźć na pogotowie. Ale może to i dobrze, bo dzięki temu uniknęła przynajmniej wstydu przed dziewczynami. Ona chciała mieć chilli con carne, sushi i bruschetty. Do tego carpaccio, guakamole, tzatziki i foie gras, a na deser creme brulee, ais kacang i kala jamun! A co dostała? Żeby chociaż jeszcze pizzę i chipsy. Ale nie! Beznadziejne kanapki i kompromitującą szarlotkę! A do tego zwykłą colę!
I tak było ze wszystkim!
Martynka rozżaliła się nie na żarty. Spojrzała z niechęcią na Fifka, który właśnie wwąchał się w coś podejrzanego. Już chciała go odciągnąć, gdy kątem oka dostrzegła gwałtowniejszy ruch u chłopaka, który ją obserwował.
Nie wierzyła własnym oczom, kiedy popatrzył na nią i dość niepewnie ruszył w jej kierunku.
Martynka zamarła. Stała bokiem do niego i modliła się, by Fifek nie nabrał nagle ochoty na zmianę okolicy. Na szczęście to coś, co obwąchiwał, musiało go zafascynować, bo nawet nie drgnął.
Tymczasem chłopak zdążył przejść na drugą stronę i znalazł się zaledwie parę kroków od niej.
Serce Martynki wywołało gwałtowny skok, a ona sama poczuła, jak nogi uginają się pod nią, gdy usłyszała jego niepewny głos:
– Cześć…
Spojrzała na niego z wyczekującym uśmiechem. Czuła, że za chwilę stanie się coś niezwykłego.
– Wiesz… – mina chłopaka była bardzo niepewna. – Obserwuję cię już od dość dawna… I… no… Chciałbym ci coś powiedzieć… zapytać…
– Tak? – wydusiła Martynka.
– Czy… czy koniecznie musisz wyprowadzać swojego psa w naszym ogródku?

Obrazki. Aniołek.

– Mamusiu! Mamusiu! No chodź!
Dwie pary lepkich od lodów łapek ciągną ją w dwie przeciwne strony. Uśmiecha się i próbuje uwolnić od rozbrykanych szkrabów.
– Nie mam już siły – kręci głową. – Idźcie z tatusiem, a ja tu na was poczekam.
Przysiada na ławeczce i odwraca głowę od majaczących w oddali prętów.

*

Siedzi za firanką i patrzy w ciemność. Za balkonową szybą szaleje śnieżyca. Drzwi nie są zbyt szczelne i od spodu ciągnie chłodem. Ale ta wnęka między stojącym przy balkonowym oknie tapczanem a wielką szybą to jedyne miejsce, w którym może pobyć sama.
Kiedy robi się jej bardzo zimno, wychodzi spod firanki, siada na tapczanie i czeka, aż nagrzane powietrze otuli ją ciepłem. Gdy przestaje się trząść, chowa się w swojej niszy i wraca do zabawy.

Czasami udaje, że ten wąziutki prostokąt to jej pokoik. Przymyka wtedy oczy i wyobraża sobie, że ma w nim łóżko, maleńką nocną szafeczkę i lampkę z jasnozielonym abażurem. Na podłodze leży miękki kolorowy chodniczek, a naprzeciwko łóżka stoi jasny regalik. W regaliku jest biurko, a przy nim obrotowe krzesło, na którym lubi się kręcić. Na biurku stoi sobie przybornik z kredkami, a w szufladzie blok rysunkowy i farby. W drugiej ma miejsce na zeszyty, a nad biureczkiem – półkę na książki. Wszystkie szafki w regaliku należą do niej i może w nich trzymać swoje ubrania i zabawki.
Pod oknem jest miejsce Grety – ze szczebelkowym łóżeczkiem, plastykowym błękitnym stoliczkiem i dwoma krzesełkami.
Wzdycha. Otwiera oczy i obraca się, by oprzeć o szybę prawe ramię, bo lewe całkiem już jej od tego zimna zdrętwiało.

Rozgląda się po swoim kąciku.
Trzyma w nim wszystkie skarby – lalkę Gretę i torbę z ubrankami oraz kilka kolorowych wstążek i grzebień. Greta ma duże szare oczy z gęstymi czarnymi rzęsami i piękne włosy, delikatne i cieniutkie. Mają miodowy kolor, a kiedy patrzy się pod światło, mienią się ciemno-śliwkowymi refleksami. Są długie i można z nich robić najwymyślniejsze fryzury. Bardzo lubi czesać swoją lalkę. Często wplata Grecie kolorowe wstążki i wywiązuje wielkie kokardy. Bardzo podobają jej się też kolorowe spinki, ozdobione motylkami albo serduszkami, ale nie ma takich. Czasami zachodzi po lekcjach do sklepiku i ogląda sobie różne ozdóbki do włosów. Jest kilka, które pasowałyby do urody Grety. Niestety, póki co, nie może niczego Grecie kupić.

Kiedyś dostała jedną taką spinkę z czerwoną biedronką w czarne kropki od koleżanki. Koleżanka zgubiła drugą i jedna była jej niepotrzebna.
Bardzo się wtedy ucieszyła. Nie z tego, że koleżanka zgubiła spinkę, tylko, że Greta będzie miała coś tak ładnego.
Ale parę dni później koleżanka się rozmyśliła i trzeba było tę spinkę oddać. Trochę to było dziwne, bo koleżanka powiedziała, że tylko im tę biedronkową ozdóbkę pożyczyła, a ona przecież dobrze pamięta, że dostały ją na zawsze. Pytała wtedy koleżankę chyba z dziesięć razy. Oddała jednak i kilka dni były z Gretą bardzo smutne.

Aż w końcu uszyła Grecie sukienkę ze szmatki w jesienne liście i Greta trochę się rozchmurzyła. W ogóle większość ubranek uszyła sama. Na początku nie bardzo umiała inaczej niż fastrygą i musiała bardzo uważać przy wkładaniu, bo wszystko się rozłaziło. Ale potem pani Iza pokazała jej fajny ścieg i pozszywały wszystkie ciuszki od nowa. I teraz Greta może się spokojnie bawić i nie musi wciąż uważać, żeby czegoś nie zniszczyć.

Zagląda do torby i wyjmuje żółtą spódniczkę z falbankami i zapinaną na plecach na zatrzaski białą bluzeczkę. To jej największe skarby. I najpiękniejsze ubranka Grety. Uszyła je Mamusia i pasowały idealnie. Do tego zrobiła szydełkiem kapelusik z ciemnożółtej wełenki. To ubiór na specjalne okazje. Stroi tak Gretę tylko w wyjątkowych sytuacjach – kiedy idą z wizytą do Magdy i Mirandy, albo kiedy Magda z Mirandą przychodzą do nich. Ale to drugie się prawie nie zdarza, bo w domu nie ma warunków do przyjmowania gości.

Wzdycha ponownie i głaska Gretę po głowie.
Zza firanki słychać muzykę. To na chwilę wytrąca ją z rozmyślań. Zaraz jednak skupia się i znowu przestaje słyszeć telewizor. Nauczyła się prawie nie zwracać uwagi na to, co dzieje się w głębi pokoju.
Prostuje nogi, opiera się plecami o jedną ściankę wnęki, a stopami zapiera o przeciwległą. Sadza sobie Gretę na kolanach i przygląda się wymyślnemu uczesaniu z warkoczyków, w które wplotła kolorowe nitki. Greta wygląda jak afrykańska księżniczka. Na pewno czuje się piękna. Popatruje spod prostej grzywki i chyba się nawet lekko uśmiecha.

Za oknem noc i powinna przebrać Gretę w piżamkę i utulić do snu. Ale jakoś nie ma dziś do tego głowy. Całuje Gretę w czoło, kładzie na specjalnej poduszce, która udaje łóżeczko i szczelnie otula ją kocykiem. Ten kocyk dostała od Magdy, kiedy rodzice kupili Mirandzie nowe łóżeczko i była w nim pościelka. Prawdziwa pościelka z prześcieradełkiem, poszwą na kołderkę i poduszką z gęsiego puchu. Wtedy kocyk nie był już Mirandzie potrzebny, bo nie pasował do reszty.

Ten kocyk jest bardzo milutki w dotyku, miękki i wiotki. I nic nie szkodzi, że od częstego prania przestał być puszysty, a w jednym miejscu ma malutką dziurkę. Tej dziurki prawie nie widać, bo jest akurat na oczku króliczka. Bo ten kocyk jest w śmieszne beżowe króliczki z białymi brzuszkami i czarnymi ogonkami. Kiedyś króliczki były różowe, ale wyprały się i teraz już nie są. Ale ona nawet woli takie beżowe, bo kto kiedy widział, żeby króliczki były różowe.

Magda jest fajną koleżanką. Nigdy się nie kłócą i dzielą się różnymi rzeczami. I nigdy nie odbierają tego, co sobie nawzajem podarowały.
Ponownie zerka do torby. Tę niebieską sukienkę w niezapominajki też dostała od Magdy. Bardzo się podobała i Grecie i jej, i Magda powiedziała, że spyta swoją mamę, czy może ją oddać. Mama Magdy nie miała nic przeciwko temu i teraz Greta zadaje szyku wśród innych lalek. Tak powiedział tata Magdy, kiedy wpadły tam z wizytą, a jej bardzo spodobały się te słowa i je sobie zapamiętała.

W zamian za to ona zrobiła Mirandzie na drutach ciepłą czapeczkę z pomponem i szalik z resztek kolorowej włóczki, które podarowała jej pani Iza. Greta była nawet za to troszkę zagniewana, ale przeszło jej zupełnie, gdy dostała własną czapeczkę i golfik zapinany pod szyją na perłowe guziczki, bo na drugi szaliczek już tych nici od pani Izy nie starczyło.

Pani Iza też jest bardzo miła. I pokazuje jej wiele różnych rzeczy. Praktycznych. Pani Iza była kiedyś nauczycielką plastyki, ale odkąd pogorszył się jej wzrok, już nie może pracować w szkole. Ale słabe oczy nie przeszkadzają jej w robieniu różnych pięknych przedmiotów. Lubi zachodzić do pani Izy, bo tam jest atmosfera. Tak powiedział kiedyś tata Magdy i to też się jej bardzo spodobało. Kiedyś zwierzyła się nawet pani Izie, że Greta bardzo marzy o kolorowych spinkach do włosów i pani Iza obiecała, że nauczy ją, jak takie zrobić. Czeka więc, ale nie niecierpliwi się, bo rozumie, że najpierw pani Iza musi zdobyć specjalny klej do zrobienia suchej masy porcelanowej, a to nie jest takie proste. Ale wie, że nie musi się martwić, bo pani Iza zawsze dotrzymuje obietnic.

Pochyla się i uszczelnia gretowy kocyk. Greta chyba już śpi. Powinna była opowiedzieć jej bajkę na dobranoc, ale dziś nie ma jakoś nastroju na zabawę.
Zmienia pozycję i przykłada czoło do szyby. Przed oczyma wirują wielkie płatki śniegu. W domu naprzeciwko pobłyskuje małe okienko. Przez cienkie zasłonki widać kolorowe światełka.
Dziś Wigilia.
Wzdycha.

U nich nie ma choinki. Już dwa lata temu Tatuś zadecydował, że nie będą tym sobie zawracać głowy. Było jej bardzo smutno. Przede wszystkim dlatego, że choinka przypominała jej o Mamusi. Ale nic nie powiedziała. Nie chciała martwić Tatusia. Udawała, że wszystko jest w porządku i że ten róg, w którym kiedyś ustawiali wspólnie maleńkie zielone drzewko, wcale nie wygląda okropnie. Na początku wciąż tam zerkała. Głównie z przyzwyczajenia, bo bardzo lubiła patrzeć na okrągłe cacuszka, drżące lekko od wiaterku z wentylacyjnej kratki. Potem postanowiła się odzwyczaić od tego zerkania i nie spojrzała w pusty róg ani razu. Aż do nocy. Dopiero kiedy leżała już w łóżku, zapomniała się i spojrzała. I zrobiło się jej jeszcze smutniej, bo w każde Święta Mamusia opowiadała jej na dobranoc bajki o wiszących na choince pajacykach, pajączkach i szklanych kulach. Każdego wieczora jedną bajkę o jednej zabawce.
Ale to było dawno.

Odwraca głowę i wpatruje się w migocące plamki na zasłonce sąsiadów.
Dziś Wigilia.
Ale do kolacji jeszcze daleko. Mimo, że na dworze już ciemno, nie ma jeszcze nawet piątej.
W tym roku zostali zaproszeni do Magdy, bo rodzice są kolegami ze szkolnej ławy, ale Tatuś odmówił. W zeszłym roku też byli zaproszeni na kolację do innych sąsiadów, ale i tam nie poszli. Zeszłorocznej Wigilii prawie wcale nie żałowała, bo nie przepada za tą panią sąsiadką, chociaż robi ona naprawdę pyszne lukrowane pierniczki. Ale tej kolacji u Magdy trochę jej szkoda. I nie chodzi wcale o to, że ominie ją kompot wigilijny, który uwielbia i łazanki z makiem, za którymi też przepada. Bardziej żal jej, że nie będzie mogła sobie popatrzeć na Drzewko i pochwalić się Tatusiowi swoją częścią łańcucha, który robiły z Magdą i jej mamą przez ostatni tydzień.

Tak naprawdę zrobiła też kilka zabawek na własną choinkę. Trochę dlatego, że wstydziła się przyznać, że u nich jej nie będzie, ale bardziej – bo liczyła, że może jednak Tatuś zmieni zdanie i pozwoli chociaż na zupełnie maciupką maciupeńką gałązkę. Ale Tatuś zdania nie zmienił, więc nawet mu tych wycinankowych ozdóbek nie pokazywała. Schowała je pod poduszką Grety, tą udającą łóżeczko. Może w przyszłym roku będzie okazja, żeby je wykorzystać.

Odsuwa się od okna i spogląda przez firankę w głąb pokoju. Drobniutka siateczka dotyka rzęs i przeszkadza w mruganiu. Uśmiecha się, bo to trochę łaskoce i myśli sobie, że przez taką delikatną mgiełkę wszystko wygląda dość zabawnie. A najbardziej – pokratkowany Tatuś drzemiący w fotelu przed telewizorem.

Odsuwa się i opiera plecami o zimną szybę. Przeszywa ją dreszcz. Nie tylko od chłodu. Bardziej z emocji. Bo dzisiaj mija czas kary i wreszcie dostanie piękny prezent. Właściwie czas kary minął prawie trzy miesiące temu, w dzień jej urodzin i trochę czekała, że to tego dnia coś dostanie. Ale może Tatuś wliczył ten dzień do pełnego roku. Bo dokładnie rok wcześniej zapomniała przynieść z piwnicy ziemniaki. To był dzień jej urodzin i trochę się zagapiła. Chyba właśnie z powodu swojego święta była taka rozkojarzona. Tatuś bardzo się zdenerwował i powiedział, że za karę nie dostanie nic przez cały rok. I jeszcze postawił jej dwójkę w dzienniku.

Sama już nie wie, co sprawiło jej więcej przykrości, ale chyba ta dwójka. Bo odkąd nie ma Mamusi, Tatuś stwierdził, że muszą podzielić się obowiązkami i każdego wieczoru wystawiał jej oceny. Szczerze mówiąc, nie znosiła tego serdecznie, ale nie chciała zasmucać Tatusia, więc nie powiedziała mu nigdy, że wcale jej się to cowieczorne ocenianie nie podoba. Może nie byłoby jej tak przykro, gdyby ona też mogła wystawiać stopnie Tatusiowi. Bo jemu też, bardzo wprawdzie rzadko, ale jednak zdarzało się o czymś zapomnieć albo coś zawalić. Ale z drugiej strony może to i lepiej, że ona tego robić nie musi, bo nie wiadomo, czy Tatuś by się nie pogniewał, gdyby musiała mu postawić gorszy stopień. Bo nie wolno przecież oszukiwać i musiałaby być uczciwa.

Ale na szczęście czas kary minął i dziś na pewno dostanie coś cudownego.
Może to będzie taki wielki blok do rysowania i plakatówki. Bardzo lubi malować plakatówkami, a te, które dostała kiedyś od Mamusi, już się prawie zużyły, chociaż bardzo je oszczędzała. Nie tylko dlatego, że były od Mamusi, ale też z powodu napisu na opakowaniu. Bo Mamusia napisała tam własnoręcznie: Dla mojego Aniołka. A choć wtedy jeszcze nie znała literek, Mamusia jej przeczytała.

Aniołek. Tak naprawdę ma na imię Ania. A właściwie – Anna, ale Mamusia nazywała ją Aniołkiem. Nie dlatego, że była taka dobra jak prawdziwy aniołek, ale od imienia. Bo Mamusia bardzo lubiła takie różne wymyślane słówka. Często bawiły się w przekręcanie wyrazów, a potem Mamusia używała ich w swoich opowiastkach. Bo Mamusia pisała bajki dla dzieci i sama je ilustrowała. Te Mamusiowe wcale nie przypominały na początku prawdziwych książek i długo nie mogła zrozumieć, jak z luźnych kartek powstają takie śliczne zeszyciki.
Teraz już wie, bo kiedyś Mamusia zabrała ją do drukarni i pan drukarz pokazał jej wszystko od początku do końca.
Rozmarza się, bo nowe plakatówki bardzo by się jej przydały.

Albo może dostanie jakąś książkę. Na przykład baśnie. Widziała takie na wystawie księgarni. Z pięknymi ilustracjami na gładkim kredowym papierze. Raz nawet odważyła się i weszła do środka. Nie było klientów i miła młoda pani księgarka spytała, co ją interesuje, a kiedy powiedziała, że baśnie, wyciągnęła książkę ze sterty innych i pozwoliła obejrzeć wszystkie obrazki. To stąd wie, z jakiego papieru były kartki.

Ale najbardziej marzy o łyżwach. Uwielbia jeździć na łyżwach. Nauczyła się w zeszłym roku, gdy w parku wylano ślizgawkę. Chodziły tam z Magdą, bo Magda dostała łyżwy już rok temu. I uczyły się jeździć na zmianę pod czujnym okiem taty Magdy. Na początku bardzo bolały ich pupy i kolana, ale w końcu udało im się przejechać bez upadku. Ona przejechała pierwsza, ale Magda wcale się nie obraziła, tylko jej gorąco kibicowała. A ona wcale nie wyśmiewała się z Magdy, że szło jej troszkę gorzej, tylko biegła obok, żeby w razie czego podać rękę i pomóc wstać. A potem jeździły razem całą zimę, bo tata Magdy pożyczył od kogoś drugą parę łyżew.

Niestety, w tym roku mu się nie udało, a te Magdowe już na nią nie pasują, bo za szybko urosła jej noga. Kilka razy opowiadała o tej ślizgawce Tatusiowi, ale nie wie nawet, czy naprawdę słuchał. Patrzył wtedy w ścianę i wyglądał, jakby myślał o czymś zupełnie innym.
A może Tatuś wymyśli coś jeszcze bardziej wyjątkowego i pięknego. Bo przez ten rok była przecież naprawdę grzeczna. Ani razu o niczym nie zapomniała. Udało jej się nawet poprawić oceny. Te u Tatusia, bo szkolne piątki to w porównaniu z tymi domowymi łatwizna.

Smutnieje na moment i nieruchomieje. Po chwili kolejny raz zmienia pozycję i zawadza dłonią o podłużny kartonik. Zaciska na nim palce i przesuwa bliżej.
Bo ona też ma dla Tatusia prezent. Drewniany długopis. Przygotowywała go przez ostatni miesiąc. Nie było łatwo, ale ma nadzieję, że Tatusiowi się spodoba. Trochę pomógł jej pan Marek, syn pani Izy. Pan Marek jest malarzem. Pani Iza pokazywała jej kiedyś albumy z jego obrazami. Pochwaliła je wtedy, ale tak naprawdę niezbyt się jej podobały. Były trochę straszne. Chyba przez te ciemne granatowo-fioletowo-czerwone plamy. Pan Marek jest bardzo miły i dużo się uśmiecha i nigdy by nie pomyślała, że potrafi malować takie okropne rzeczy. Może to z powodu tego oka, na które niby nie widzi, ale może tak naprawdę widzi właśnie tylko te ponure kolory.

Nie wie, ale wciąż lubi pana Marka, który oprócz malowania obrazów umie też robić wiele innych rzeczy. Na przykład posługiwać się wiertarką.
To on w cienkim okrągłym klocku wywiercił długi kanalik, przeciął drewienko na pół i obie części nagwintował. Potem dostała arkusz bardzo drobnego papieru ściernego i musiała wszystko dokładnie wygładzić. Na początku bolały ją palce, bo nie była przyzwyczajona do takiej pracy, ale w końcu się jej udało. Później własnoręcznie polakierowała wszystko i po wyschnięciu znowu szmulała papierem.

Na koniec pani Iza dała jej wypalarkę do drewna i pokazała, jak wypalić literki. I teraz na tym długopisie jest dedykacja: Kochanemu Tatusiowi – Anna. Najpierw chciała napisać Aniołek, ale w ostatniej chwili zdecydowała się na Annę. I to wcale nie dlatego, że Anna była krótsza od Aniołka. Po prostu Tatuś zawsze mówił do niej Anno. Napis nie wyszedł może idealnie, bo trochę drżały jej ręce, a wypukła powierzchnia też nie pomagała, ale całość wygląda ładnie. Nie można wprawdzie tym długopisem pstrykać ani go zamknąć, ale po włożeniu wkładu pisze świetnie.
Po wszystkim opakowała go ładnie i teraz paczuszka czeka sobie na odpowiednią porę.

Otrząsa się i nurkuje pod firanką. Tym razem zmarzła naprawdę mocno i przez chwilę musi rozcierać zgrabiałe ręce i stopy. Robi to bardzo cicho, bo nie chce zbudzić odpoczywającego Tatusia, ale on otwiera nagle oczy i patrzy na nią nieprzytomnie. A potem spogląda na wiszący nad telewizorem zegar, przeciąga się i nieśpiesznie wstaje.
Idą wspólnie do kuchni i przygotowują kolację.

Właściwie ta kolacja prawie niczym nie różni się od innych. Może tylko tym, że Tatuś przebiera się i zasiada do niej w białej koszuli, a jej każe włożyć ciemną sukienkę. Nie lubi tej sukienki, bo jest już na nią za krótka, ale posłusznie wtłacza się w przyciasny łaszek.
Stają przy stole, w tle słychać kolędę, bo dziś wyjątkowo Tatuś tylko przyciszył telewizor, i składają sobie życzenia. Nie ma wprawdzie czym się przełamać, ale i tak jest miło, kiedy Tatuś przez chwilę ją przytula.
A potem sięga na półeczkę i podaje jej niewielki woreczek. Ona wciska mu do ręki swoją paczuszkę i przygląda się zmieszanemu nagle Tatusiowi.

Wreszcie oboje siadają do stołu.
Nie rozpakowują prezentów, bo Tatuś uważa, że na to będzie czas po kolacji.
Ale ona nie musi zaglądać do plastykowego woreczka. I tak już chyba wie, co dostała. Nie tylko dlatego, że przez przydymioną folię łatwo odgadnąć kształt. Także dlatego, że parę dni temu widziała w kiosku identyczną torebkę i dobrze obejrzała sobie przez szybę jej zawartość.
Nawet pomyślała wtedy, że gorszego paskudztwa trudno by szukać.
Międli jeszcze chwilę podarek w zaciśniętej ręce i nie podnosi oczu znad talerza. Po prostu nie chce, by Tatuś zobaczył jej oczy. Nie chce, by domyślił się, że ten prezent ani trochę się jej nie podoba. Pod palcami czuje nieprzyjemną twardość.

Wreszcie udaje się jej opanować chęć płaczu. Kładzie pakunek obok talerza i sięga po chleb. Wbija w niego zęby i długo żuje odgryziony kęs. Po prostu ma zbyt ściśnięte gardło, by cokolwiek przełknąć.
Wie, że Tatusia denerwuje, gdy marudzi przy jedzeniu, ale nie potrafi zmusić się do łykania, mimo że bardzo się stara. Wreszcie łowi jego karcące spojrzenie i kurczy się instynktownie. Po chwili przepycha chleb w kierunku policzka i odgryza kolejny kęs.
Kolacja upływa im w milczeniu, jak wszystkie posiłki od czasu, gdy nie ma Mamusi. Wreszcie dobiega końca. Może sprzątnąć ze stołu i pozbyć się obrzydliwej papki z ust.

Kiedy wraca z kuchni, Tatuś właśnie ogląda zrobiony przez nią długopis. Dziękuje cicho i obojętnie i odkłada prezent na telewizorową szafkę.
Ma wrażenie, że nie sprawiła mu tym podarunkiem takiej przyjemności jak chciała, ale boi się zapytać. Chwyta swój prezent i umyka do wnęki. Dopiero tam odkręca plastykowe zamknięcie i rozrywa torebkę.
Nie pomyliła się.

Małpka. Brzydka, sztywna od drutów w rączkach i nóżkach maskotka. Ma niemiłe rzadkie futerko, które miało być białe, ale przyklejone do fioletowego filcu wygląda jak sine. Stopy, dłonie, wnętrze uszu i mordka są ciemnożółte i szorstkie. Nawet wygięty, długi ogonek nie daje się formować, bo ktoś usztywnił go drutem, który nazywa się stalowy. Małpka ma czarne koralikowe oczka i czerwony, wystający z pyszczka język. Naprawdę jest bardzo brzydka. Kiedy zobaczyła ją w szybie wystawowej tamtego kiosku, pomyślała sobie, że taki okropny prezent dostaje się chyba tylko za karę.

Dziś może posiedzieć dłużej, bo jutro Boże Narodzenie. Każdego innego razu cieszyłaby się, że Tatuś nie zagania jej do spania, ale dziś jakoś nie potrafi.
Siedzi w swojej wnęce i patrzy na bajkowe kwiaty, które wymalowuje na szybie mróz.
Wreszcie idzie do łazienki. Myje się i przebiera w piżamkę. Rozkłada pościel, mówi tatusiowi dobranoc i chowa się z głową pod kołdrę. Z boku robi sobie małą dziurkę do oddychania i patrzy na niebieskawe cienie na ścianie.

Kiedy ponownie wychyla się spod kołdry, wszystko jest już pogaszone, a zza kotary dochodzi ciche pochrapywanie Tatusia.
Ostrożnie sięga pod poduszkę i wyciąga pokraczną małpkę. Przesuwa palcami po szorstkawym futerku i próbuje coś zrobić ze sprężynującymi łapkami. Zbliża maskotkę do twarzy. Sztywne łapki stawiają opór. Małpka nie daje się przytulić. Wtedy jedną ręką chwyta ją za baniasty łepek, a drugą za korpusik i ciągnie z całej siły. Słyszy cichy trzask pękających nitek. Oddycha szybko i rozluźnia uchwyt. A potem myśli sobie, że ta małpka nie jest niczemu winna i robi jej się tego szkaradka żal. Wymacuje palcami szyjkę i wyczuwa w miejscu zszycia kilka luźniejszych pętelek.

Po omacku sięga za łóżko i wyciąga maleńkie pudełeczko. Chowa je pod bluzkę od piżamy i idzie z małpką do łazienki. Zapala światło, siada na sedesie i ogląda uważnie maskotkę. Jej łepek jakby lekko się przekrzywił. Znajduje w pudełeczku nawleczoną igłę i kilkoma ruchami przytwierdza naderwaną główkę. Przygląda się krytycznie swojemu dziełu. Małpka znowu jest wyprężona i nieprzyjazna.
Wzdycha. Chowa igłę i wraca do pokoju.
Po wejściu do łóżka już nie próbuje przytulać nowej zabawki. Po prostu kładzie ją na brzegu poduszki i gładzi po sinawym brzuszku…

*

– Mamusiu! Mamusiu! – dwa dziecięce głosiki i tupot małych nóżek wyrywają ją z zamyślenia.
– Żałuj, że z nami nie poszłaś! Małpki są cudne! Cu-dne! Cu-dne! Cu-dne! – skandują.
– Małpki są cudne – powtarza i przygląda się harcującym w oddali kapucynkom.

Obrazki. Babstwo.

Śmierdzi – myśli i w tym samym momencie z boku dobiegają ją słowa:
– Coś huknęło!
Podrywa się z fotela i nim udaje jej się wydobyć jakikolwiek dźwięk, obraz wykwita w mózgu wnioskiem:
– Pali się!
Nie wie – krzyczy, czy może szepce, ale już jest w połowie schodów i przedziera się przez zsiniały smród spalenizny.
Im niżej – tym ciemniej, łapie więc poręcz i prawie po omacku dociera do kuchni…

Refleksja przyszła później. Dużo później. Wraz ze strachem. Ale wcześniej, nim naprawdę poczuła ból.
Siedziała na kanapie i liczyła uderzenia zegara.
Rozglądała się wokoło, z trudem przełykając ślinę.
I wtedy… Dopiero wtedy uzmysłowiła sobie, co się stało.
Łomot przerażonego nagle wspomnieniem serca był stokroć głośniejszy od zgrzytu sczezłych w płonieniach, odrywających się drzwiczek…

Dym jest tak gęsty, że maże się po skórze kleistą pulpą.
Przyklęka. Chce przedrzeć się do zarzewia ognia. Za plecami słyszy kroki.
– Pali się! Otwórz okna! Wszędzie! – wydaje polecenie i mimochodem rejestruje oddalający się tupot.
Wyciąga ręce. Pełznie po omacku. Próbuje wstrzymać oddech. Twarz oblepia wrząca siność. Płuca gotują się od gorąca.
Wszystko cuchnie wędzoniną.

Kilka dni wcześniej zastanawiała się nad ponownym wstawieniem drzwi do kuchni. Nie miała pojęcia, co ją wtedy powstrzymało. Jakoś tak, z niechęcią odniosła się do własnego pomysłu. Wzruszyła ramionami i dała sobie spokój.
Nawet nie chciała sobie wyobrażać, co mogłoby się stać, gdyby te szczelne drzwi zostały przypadkiem otwarte. Bo przecież żadne z nich nie poczułoby dymu. Ogniowy tajfun zmiótłby ich jak ździebełka słomy…

Prze naprzód. Próbuje wyłączyć myślenie. Wyje w niej jedno słowo:
Gasić!
Wreszcie wyciągnięte ręce zderzają się z gładką powierzchnią.
Palce wymacują kurek kuchenki.
Przez dym przesącza się czerwona smuga diody. Dwie czerwone kropki. Zeruje gałki z pamięci.
Dostrzega płomienie.
Ciało kurczy się do odskoku. Lewa ręka sięga po płonący garnek.
Wrzuca go do zlewu.
Odskakuje.

Przejechała bosą stopą po umazanej mieszanką sadzy i wody podłodze. Spojrzała na swoje ręce. I nagle przyszło jej do głowy, że chyba jednak jest mańkutem, skoro w chwili zagrożenia chwyciła ten garnek lewą ręką, choć zlew był z prawej strony. Ta myśl wydała się jej tak bezsensowna, że – roześmiała się głośno.
I od razu ucieszyła się, że nie miała żadnego świadka – nikt normalny nie śmieje się, siedząc na zgliszczach.
I co z tego, że była to, histeryczna, zresztą, reakcja na to, co jeszcze stać się mogło, ale – nie stało…

Ramiona rejestrują kanciastość framug, kark – chłodniejszy powiew. Twarz topi się od waru.
Unosi głowę. Zerka na górę. Szafki płoną.
Gasić! – powtarza.
Ogląda się za siebie.
Nie!
To nie! Sztuczne! Stopi się…
Pokrywki! Płoną! Nie dojdę!
Stolnica!

Patrzyła na nadpalony krąg.
Dostała tę stolnicę od taty. Sam ją zrobił. Z dębiny, więc była bardzo ciężka. Ale o taką właśnie go poprosiła – solidną stolnicę do szatkowania kapusty. Kładła ją na stole i cieszyła się, że nie przesuwa się z miejsca na miejsce. Nie mieściła się w zlewie, więc myła ją w wannie.
Przez lata używania pociemniała trochę, ale nawet ogień nie zdołał jej wypaczyć.
Ta decha jest taka jak on. Mój tata… Byle co jej nie zmoże…
Przejechała palcami po osmolonym wrębie. Pochyliła się i westchnęła. Przez odór spalonego drewna przebijała delikatna woń dębiny.
A może tylko się jej zdawało…

Robi krok w tuman. Charczy. Ręka mechanicznie sięga między lodówkę a szafkę.
Jest!
Zaciska palce. Drewno jest ciepłe. I ciężkie. Przesuwa deskę po podłodze. Chwyta drugą ręką. Przygarbia się. Nurkuje w tłusty swąd. Nakrywa garnek.
Bulgot.
Słyszy skwierk płonącego tłuszczu. Ucieka. Źle wymierza. Lewym ramieniem uderza o framugę. Klnie.

Pogłaskała okaleczony sprzęt. Opuszki zahaczały o drobne nierówności.
Była zdziwiona, gdy pierwszy raz zobaczyła wygładzone sześcianiki.
Brała je w palce i śmiała się, gdy tata ostrzegał, że nie będzie mogła domyć rąk. A przecież nie umiała odmówić sobie przyjemności pogłaskania tych kostek.
Potem wielokrotnie miewała ubrązowione lekko palce, gdy przecierała paski kapusty solą.
Lubiła zapach soku, zintensyfikowany dębowymi garbnikami. Przypominał dzieciństwo. Czas, gdy mama wysyłała ją po dębowe liście, które dodawały kapuście nie tylko koloru, ale także jędrności i swoistej cierpkości…

Zlew odkształca się z hukiem. Dębowa stolnica śpiewa.
Szafki wciąż płoną.
Wie, że musi tam wrócić. Pod zlew.
Odwraca głowę. Łapie haust jaśniejszego powietrza.
Zaciska zęby.
Podpełza do szafki. Wyciąga wiadro. Słyszy brzęk pękającego szkła.
Szyba. Z górnych drzwiczek – rejestruje.
Gna do łazienki.

Nozdrza podrażnił swąd spalenizny. Z lękiem przepatrywała przestrzeń, niepewna, czy koszmar nie powraca.
W grząskiej mazi pobłyskiwały szklane odłamki.
Rozpoznawała w tych szczątkach roślinny motyw rżniętej szyby, kolorowy szlaczek kubka, nieregularny deseń patery.
Rozglądała się wokół i doznawała osobliwego wrażenia nierealności. Jakby wszystko działo się w kilku wymiarach.
Przede wszystkim – nie dotyczyło jej, ale kogoś znanego może nawet, lecz – niespecjalnie bliskiego. Czuła tę obcość. Siebie i nie siebie. Nie sobowtóra nawet, bo ta figurka skurczona i przerażona, z bosymi stopami, w które wżynała się poprzeczna podpórka krzesła, to na pewno nie była ona…

Napełnia wiadro wodą. Wraca.
Kątem oka dostrzega pod schodami zjeżony, warczący kłębek.
– Weź ją! Idźcie na dół! Na dwór! – skanduje w biegu.
Wpada w sczerniały odór. Hamuje w połowie kuchni. Napina ramiona.
Unosi wiadro. Chlusta na płonące szafki.
Ogień bucha.
Parny wyziew przepłasza ją. Cofa się – zlękniona. Stopy ślizgają się po tłustej posadzce.
W ostatnim momencie łapie równowagę. Chwyta się ościeży.
Ściga ją kłąb mgławego ukropu.

Niesforne myśli rozpierzchły się nagle.
Wzdrygnęła się.
Na wspomnienie mrozu we własnym głosie. Tonu – chłodnego, wyważonego. Wyrazów, rozdzielanych, cedzonych prawie, którym towarzyszył rzęchot zdradzający zwierzęcą trwogę. Nie o siebie. Nie o siebie przecież.
Siedziała, wciąż wpatrując się w szarawą paćkę rozsmarowaną na kafelkach i próbowała jakoś scalić tę wielowymiarowość.
Bo przecież była także trzeźwą matką, robiącą dobrą minę do złej gry. Tą, która musiała być silna za siebie i nie za siebie. Każdym dendrytem odbierała przelęknione spojrzenia dwóch powierzonych jej pieczy istot, słyszała lęk w ich urywanych oddechach, czuła chropawy zapach ich potu…

Brzęk. Słyszy brzęk szkła.
Na górze!
– Na dół. Mieliście iść na dwór! – krzyczy.
Droga do łazienki skraca się wraz z zanikiem płomieni.
Wreszcie ogień zamiera, sycząc i pryskając odorem stopionego forniru.
Zbiega po schodach.
Wilgoć wrześniowej nocy przygarnia świeżością.

Palce ślizgały się po ziarnistej powierzchni, mimowolnie przywołując niechciane analogie.
Ostatni raz siedziała na żelbetonowych schodach w czasach licealnych.
Był nieśmiertelny żółty październik i liście kasztanowców całkiem już zrudziały…
Dziwaczne było to doznanie.
Jakby jednocześnie istniała w kilku przestrzeniach.
Nie umiała powiedzieć, czemu niespodzianie jej postrzeganie przybrało rozmiary nadnaturalnych jakichś rojeń.
Dostrzegała rysunek mikroskopijnych plamek na tamtych liściach, tożsamy nagle z błotnym rozbryzgiem nad futryną. Jednocześnie rozróżniała każdą głoskę w wypowiadanych przez kogoś na ulicy słowach.
Pamiętała zapach tamtego wiatru, identycznego z wonią wydobywającą się z pękniętej flaszeczki z goździkowym olejkiem.
Czuła lekko balsamiczny smak kołyszącego się za oknem świerku, gdy jej oparte łokcie wgniatały pofałdowane ciepło odkształconego zlewu…

Zwaliste ramiona tulące maleńkie drżące ciałko wzbudzają w niej uczucia, których nie potrafi i nie chce nazwać.
Podchodzi i przysiada obok na zimnych schodach.
Opiera czoło o to umięśnione ramię i przez chwilę nie ma siły zareagować na niezdarną próbę czułości.
W końcu pokonuje niemoc, unosi głowę i krzepiąco poklepuje zaciśniętą na jej przegubie rękę.
– Dzwoń po straż – mówi cicho.

Postanowiła wziąć się w garść. Zamknąć się na doznania. Utonęła w kojącym braku bodźców.
Wszystko zasnuł nieprzeźroczysty całun. Odpłynęła w świat iluzorycznych spirali. Sama stała się jedną z nich, wirującą poza rytmem. Przekonana, że nie istniało od tego wiru nic ważniejszego.
Podobnego zawieszenia doświadczyła dawno temu, gdy podmuch rozrywanego śmietnika rzucił nią jak gałganianą lalką. Wciąż pamiętała ciepło własnej, sączącej się z uszu krwi i dramatyczną pantomimę ogłupionych eksplozją ludzi…

Powietrze jest kobaltowe.
Wygląda przez barierkę. Niebo sprawia wrażenie przyprószonego ftalowym pyłem.
Cisza wokół jest aż niewiarygodna.
Próbuje odetchnąć głębiej, ale podrażnione gardło odpowiada rzężeniem. Jakby w ciągu ostatnich minut odwykło od tlenu.
Zanosi się suchym kaszlem.
Ból w skroniach jest nie do zniesienia…

Nie umiała nazwać widm anektujących zmysły.
Cienie.
Echa.
Smugi.
Sensualne slow emotion.
Przegoniła absurdalną myśl o zapisaniu nieba systemem binarnym.
Dobrze. Jak to dobrze, że bezkarne zaglądanie do cudzych głów wciąż było niemożliwe…

Podjeżdżają od złej strony. Szczęście, że stoi na balkonie i może ich pokierować.
Wchodzą i rozglądają się po kuchni.
– Proszę sprawdzić, czy gdzieś się nie tli – mówi rzeczowo.
Wędrują po domu z termo-kamerą.
Wyrywają poczerniałe lica szafek, porcelanowe płytki.
Sprawdzają, czy nie ma spięcia w kablach opalonych halogenów.

Nachyliła się nad stołem. Podłożyła ręce pod brodę. Z tej perspektywy wszystko wydawało się płaskie. Próbowała skupić się na jakimkolwiek punkcie, który był w zasięgu wzroku. Wodziła spojrzeniem od przedmiotu do przedmiotu.
Czuła falę nadchodzącego zdenerwowania, które objawiało się skrajną lakonicznością. Bez jednego zbędnego słowa, gestu. Tylko ta sztywność. W głosie i postawie.
Nie pomagało. W relacjach z ludźmi nie pomagało. Uchodziła za oschłą. Sardoniczną.
Przydało się dopiero później. W pracy.
Dostała od Matki Natury umiejętność wzbudzania respektu na kredyt…

– Dobrze się pani czuje? – pyta jeden z nich, kiedy nie może powstrzymać tego dychawicznego kaszlu.
– Nałykałam się dymu – odpowiada spokojnie i pyta o objawy zatrucia czadem.
Rejestruje odpowiedź.
Spisują protokół. Kręcą się przez jakiś czas.
Ma wrażenie, jakby nie bardzo wiedzieli, co jeszcze mogą zrobić.
Odjeżdżają wreszcie.
Przysiada na progu i przypatruje się zostawionemu pod szafą strażackiemu kaskowi…

Dotykaj delikatnie bezszelestnie ciepłem palców… dotykaj aksamitnie rzęs pokłonem…
Przyplątało się. Trudno jej było określić – słowami czy melodią.
Kolebała się do muzyki słów, przeciągając w nieskończoność akcentowane zgłoski.
Spokój. To ją chyba uspokajało. Odrywało od okropności zewnętrza. Nie tego, które trwało, ale tego, które mogło się ziścić…

Zagląda w przerażoną bladą twarz. Udaje, że nie dostrzega drżących ust.
– Wszystko w porządku? – pyta cicho.
Niby dorosła, ale dziecinna jeszcze buźka odwraca się w jej stronę.
Powolne potaknięcie uspokaja ją.
Dotyka miękkiego, zarośniętego policzka.
W ten nieporadny trochę gest wdziera się mokry zimny nos.
I od razu wszystko wraca na swoje miejsca, bo oboje próbują okiełznać wybuchy bezwarunkowej miłości skaczącego wokół nich ciałka…

Uniosła rękę. Przebierała palcami w zagęszczonej cielesności.
Czasy spontanicznej czułości minęły bezpowrotnie.
Ustąpiły kanciastości w obyciu, sileniu się na nieprzepuszczalność.
Zabawne było obserwowanie przyczajonych manewrów, gdy dziecięcość brała górę nad klującą się dorosłością.
Jakby widziała siebie z tamtego czasu. Była równie zagubiona. Chciała i nie chciała. Potrzebowała i nie potrzebowała. Zainteresowania. Serdeczności.
Płynące życie wymagało ciągłej weryfikacji kodu, poszukiwania nowych znaków, by wyartykułować nagromadzone emocje, nie naruszając przy tym kruchej granicy…

Za oknem ciemno.
Krząta się po kuchni, wrzucając do kartonów zniszczone przedmioty.
Ich fetor przyprawia o mdłości.
Nie czuje zmęczenia. Adrenalina robi swoje. Mimo, że poprzedniej nocy spała tylko trzy godziny – jest rzeźwa jak skowronek.
Od czasu do czasu zerka na znękaną twarzyczkę…

Dziwne, że właśnie teraz…
Zacisnęła palce na metalowej rękojeści stołowego noża. Safianową powierzchnię pokryła warstwa skrystalizowanego spieku.
Wyrzuciła z pamięci tamten czas.
Szczęścia i bezrozumnego lęku o najbliższych.
Projektowania możliwego – najbardziej przerażających opcji.
O tyle niedorzecznych, że dotyczyły zadzianego. Już spełnionego.
Spazm strachu nie dawał się z niczym porównać. Powtarzał się latami po przeżyciu, wdzierając się podstępnie w sen, dźgając rozsądek, rozszarpując na strzępy równowagę…

W milczeniu wysłuchuje pełnych skruchy tłumaczeń.
Nie krzyczy. Nie poucza. Nie prawi kazania.
Jest spokojna.
Najważniejsze, że nic się nam nie stało – urealnia się w niej. Po chwili wypowiada tę myśl głośno.
Wskazuje pełen karton…

Ukojenie…
To nie najlepsze słowo.
Ale w dookreślaniu własnych uczuć była i będzie beznadziejna. I przesądna.
Zachowywała się niczym dziecko – przerażone nieznanymi skutkami wypowiedzianego.
Nawet w myślach nie chciała nazywać, pozwalając niesprecyzowanemu pozostać przeczuciem…

Niebo jest rozgwieżdżone. Chłodne powietrze muska policzki i wilgotnymi płatkami przysiada na powiekach. Przynosi ulgę suchym oczom.
Próbuje odetchnąć. Założony nos śmiesznie gwiżdże.
Otwiera usta i zaciąga się granatem.
Ma wrażenie, że atramentowa świeżość koi ból gardła i rozsadza ściśnięte płuca…

Uszkodzony nóż wywołał falę wspomnień. Wyrzuciła go, ale nie pomogło.
Rozedrgały ją. Rozwarstwiły.
Czuła się jak naczynie z niejednorodną mieszaniną, której składniki wegetują oddzielnie.
Czekała na potworną jakąś solwolizę, lękając się, że reakcja doprowadzi do samounicestwienia.
Była gmatwaniną niepasujących do siebie elementów, które oddzielnie – nie istniały. Nie miały szansy istnieć.
Pełna dziecięcych ograniczeń – bała się poruszyć.
Jakąś cząstką trwała obok i kalkulowała, ile jeszcze zostało czasu…

Daje się szarpać i ciągnąć frygającej rudości. Nie ma czasu protestować – obserwuje potężną sylwetkę uginającą się pod ciężarem kartonów ze zwęglonymi przedmiotami.
– Popatrz – wyciąga wolną rękę w kierunku jedynego rozświetlonego okna. Ich okna. Przez pozbawioną firanki ramę widać czarny sufit.
Jego pełne poczucia winy spojrzenie sprawia jej przykrość.
– Moglibyśmy namalować gwiazdy – mówi żartobliwie i klepie go po plecach.
Łowi jego wdzięczne spojrzenie…

Odległy szmer przerwał rozmyślania. Ocknęła się i spojrzała w nagie okno.
Tłuste smugi ułożyły się w obraz innej nocy. Pierwszej, po wielu miesiącach poniewierki, w znowu własnym domu.
Jak dawno to było.
Kiedy nie mieli jeszcze na czym spać, ani czego zawiesić w oknach.
Zrobiła mu klosz z konstelacjami południowego nieba. To miała być niespodzianka, więc siedziała po nocach i wycinała wyrysowane wcześniej punkty. Ptaka Rajskiego, Cyrkla, Pawia, i wielu innych gwiazdozbiorów. Zaimpregnowanie grubego kartonu, wygięcie w odpowiedni sposób, nadanie sferycznego kształtu pochłaniało mnóstwo czasu.
A potem miała tę swoją cichą chwilkę radości, gdy wszedł po kąpieli do siebie, włączył lampę i zaniemówił. Sączące się przez niewielkie otworki światło rozsiadło się na ścianach i suficie, nadając im głębię nieba…

Kołomyja ogłupia.
Tam i na powrót. Tam i na powrót.
Nawet nie próbuje liczyć, który raz tak kursują.
Wystarcza jej rzut oka na zwieszone ramiona, krótki oddech – cały jest jednym wielkim zmęczeniem. Zasypia niemal na stojąco.
W niej wciąż buzuje napięcie…

Rozchybotała się na osmolonym krześle. Kopeć jak płachta gazy opadał powoli ale nieprzerwanie.
…ja muzykę zacznę sam, tęgo gram, tęgo gram…
Mimowolnie poddała się chocholemu tańcowi. Ciało przenikało ledwo widoczną, ołowiową zawiesinę. Pozwalało otulać się wonią melodii, tumanić błyskami wyimaginowanych pawich piór. Zapraszało do somnambulicznej podróży, kusząc obietnicą ukołysania…

Niby taki duży, a wciąż mały – uśmiecha się i wysłuchuje złowróżbnych dywagacji o zatruciu czadem.
Nie chce być okrutny – wie o tym.
Po prostu nie ma pojęcia o irracjonalnym strachu, nieprzerwanie towarzyszącym niemal każdej matce. Takim, który każe zrywać się w nocy i biec pod drzwi, by usłyszeć spokojny oddech.
Dziś też będzie czuwać. Nie zmruży oka nawet na chwilę.
Ale on nigdy się o tym nie dowie…

Zanurzyła się w mroczność, wsłuchała w lęgnące się szelesty – najwierniejszych towarzyszy w czuwaniu.
Znała na pamięć drogę pod tamte drzwi, ilość kroków, nawet – liczbę oddechów.
Wiele było tych bezsennych nocy. Przypieczętowanych muskaniem rozgrzanego czoła, przykrywaniem obnażonej stopy, strzepywaniem wyrzuconej podusi. Albo studiowaniem labiryntu nacięć w szybkach, wsłuchiwaniem się w jęk sprężyn z materaca, przykładaniem policzka do szpary w uchylonych drzwiach.
Czasami wpatrywała się w wygłaskane plecami miejsce na ścianie i jaśniejsze kółko po filiżance wprasowane w podłogę…

Ogarnia ją znużenie.
Coraz bardziej niemrawo porusza się po zdewastowanej kuchni. Ma wrażenie, że kolana trzeszczą przy każdym wejściu na krzesło, a ramiona przygina ciężar wyniesionych rzeczy. Tych ocalałych i tych nadających się już jedynie do wyrzucenia…

Bezwiednie objęła dłońmi kubek. Opuszki odruchowo próbowały polerować powierzchnię, nim przesłały oczom informację, że czarna kreska nie jest zabrudzeniem, a – pęknięciem.
Wpatrywała się w rzeczy, które zbierała od tylu lat. Gromadziła, nawet nie zdając sobie sprawy, ile tego jest.
Nie dlatego, że była zachłanna.
Po prostu nie potrafiła pozbywać się przedmiotów, z którymi wiązało się mnóstwo wspomnień. O każdym mogłaby opowiedzieć historię. Pamiętała, skąd się wzięły, kiedy i czemu ustawiła je w takim, a nie innym miejscu…

Wreszcie ma dość. Przysiada przy stole. Patrzy na okopcone ściany, wypaczone szafki, nadpalone i popękane blaty.
Ogarnia wzrokiem całe to pobojowisko i dochodzi do wniosku, że musi wyjść.
W domu hula wiatr – wszystko jest pootwierane. Niewiele to daje – wyziewy podtopionego plastiku i zwęglonego MDF-u unoszą się wszędzie…

Chciała uwolnić się od niemego wyrzutu okaleczonych sprzętów.
W niej one wciąż żyły. Opowiadały swoje istnienia dzień po dniu.
Niektóre były jak niemi obserwatorzy. Mądre trwaniem. Przyglądające się kolejnym troszczącym się o nie dłoniom, pielęgnującym je i darzącym szacunkiem.
Czasami wydawało jej się, że dostrzega mat refleksji w ich obłościach. Że – niezniszczalne – przyglądają się kolejnej obecności, uśmiechają i… porównują.
Czuła się jak nic nieznaczący pyłek, wietrzny i wątły naprzeciw ich długowieczności.
Paradoksalnie – miała wrażenie, że to ona należy do nich, a nie – one do niej…

Nocne miasto ma niepowtarzalny urok. Lubi tę dziewiczość wąziutkich uliczek. Unosi głowę i przygląda się Pasowi Oriona i Małemu Wozowi.
Tak.
Mały Wóz to oznaka nadchodzącej jesieni. Nigdy niebo nie jest tak piękne jak w ostatnich dniach września.
Spogląda na Kasjopeję i uśmiecha się.
To jedna z tych chwil, kiedy docenia kameralność swojego Miasta. W molochach nigdy nie widać gwiazd – przyćmiewa je plastikowe światło ulicznych lamp…

Wybiegła w czerń i wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia obecności.
Każdy zakamarek, każdy kamień pławił się w swojej historii.
Wszystko było tu dłużej od niej. Było u siebie.
Zwichrowane framugi okien wykrzywiały się urągliwie. Nagie gałęzie wyciągały patykowate szpony. Sfatygowane ściany szczerzyły się szczerbami. Jakby naigrywały się z niej i syczały: intruz.
Przystanęła. Pokręciła głową i zrobiła jedyną rzecz, jaka mogła przerwać ten nieproszony kontakt – spojrzała w niebo.
Kilka kropli spadło na twarz, a wiatr przyniósł skądś kleisty zapach jesionów…

Opuszcza głowę. Przystaje i czeka, by oczy przywykły do sztucznego blasku nielicznych latarni.
Zawraca. Po paru minutach jest w domu.
Swąd jest mniejszy. Zdążył już osiąść i przesiąknąć wszystko dookoła.
Czuje go we włosach, ubraniu, nawet – butach.
Napuszcza wody do wanny i dodaje kilka kropli olejku sandałowego…

Tak pachniało u ciotek. Kiedy otwierało się bieliźniarkę albo szafę, wokół rozsiewała się delikatna, egzotyczna woń.
Wtulała twarz w chłodną pościel i słuchała szelestu nakrochmalonych nawleczek.
Kojarzyły się z własnym łóżkiem i spokojnym, kojącym snem.
Wiedziała, że dbałe ręce jednej z ciotek nawlekły je specjalnie dla niej. By miała choć namiastkę ciepła. I naprawdę czuła się wtedy kochana i bezpieczna.
Może to dlatego tak lubiła ten zapach…

Przysiada na moment i delektuje się nocą. Poziom adrenaliny powoli spada. Czuje nadchodzącą falę senności. Obezwładnia ją to rozprężenie. Macha głową i wstaje. Robi kilka kroków.
Nagle dopada ją ból poparzonej ręki, który wcześniej dawał o sobie znać krótkimi ukłuciami.
Krzywi się. Zastanawia się, czy jest szare mydło. Podobno nic tak nie koi oparzeń jak szare mydło.
Jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi – konstatuje, przypatrując się popękanym pęcherzom.
Gorzej już nie będzie – pociesza się z wisielczym humorem.
Zagląda do jednej z łazienkowych szafek…

Zapachy zawsze były ważne. Z ich pomocą identyfikowała rzeczywistość. Inaczej pachniała beztroska, inaczej rozczarowanie.
Nawet ból miał specyficzną woń.
Spłaszczał skrzydełka nosa bagiennym odorem zapieczonej krwi. Drgały, podrażnione kwaskowatym buntem znękanej skóry.
Przypatrywała się sinawym podbiegnięciom zniekształcającym chirologiczną strukturę dłoni.
Starała się oszczędzać tę rękę. Chyba instynkt zadziałał. Zresztą, kontakt z gorącą wodą sprawiał ból. To wtedy pękł najrozleglejszy pęcherz.
Na przemian – klęła pod nosem, na czym świat stoi i zaciskała zęby, żeby nie krzyczeć.
Ale – uparła się przecież. Nie wyszła z wanny, póki nie zmyła z siebie odorku baganckiej masarni…

Drapie ją w gardle. Sama nie wie – od dymu, czy może to początek grypy. Noce są już bardzo chłodne.
W czołowych zatokach strzyka nieprzyjemnie. Wydychane powietrze boleśnie drażni przegrodę nosową.
Może anty-alergen złagodziłby objawy podduszania, ale nie wie, czy to wskazane w tej sytuacji.
Wytrzymam – myśli.
Kąpiel nieco ją rozgrzewa. Niweluje też uczucie uwędzenia.
Z przyjemnością wmasowuje szampon we włosy. Nabierają miękkości i sprężystości.
Wreszcie przestają pachnieć palonymi na kartoflisku łętami…

Próbowała pokonać niedoskonałość własnego ciała. Zignorować ją.
Złamała się! Złamała się, chociaż przysięgała, że wytrzyma.
Zadzwoniła do znajomego lekarza. Wstyd jej było, że zawraca mu głowę, ale ból wciąż się nasilał.
Może nie powinna była targać tego wszystkiego. Ale nie mogła przecież siedzieć z założonymi rękoma i szefować.
Przyjechał po dwudziestu minutach. Czymś popsikał. Czymś posmarował.
Poczuła ulgę.
Zakazał moczenia i używania tej ręki.
Poczuła złość.
Musiał się domyśleć, bo na odchodne postraszył gangreną i zapowiedział się na zmianę opatrunku.
Kiedy wyszedł, długo jeszcze przeżuwała swoją klęskę.
Ale obok rozczarowania sobą, kiełkowało w niej coś na kształt zadowolenia.
Może pokonanie awersji było większym zwycięstwem niż chciała przyznać…

Wbija się w mięciutki dres. Ma taki, udomowiony, w którym nie pokazuje się nikomu. Należy do jej osobistej strefy komfortu.
Bierze laptop i wychodzi na balkon.
Nad barierką faluje noc.
Otula się szczelniej kocem. Zagląda na bloga.
Musi oderwać myśli od dzisiaj. Chociaż na chwilę…

Widzenia rozjeżdżały się. Rozpływały. Traciły kontury.
Próbowała skupić się na dryfujących myślach.
Wreszcie udało się.
Przylgnęła do konkretu. Uchwyciła się kurczowo zepchniętego w zakamarki niepamięci programowania rzeczywistości.
Nazywała to oswajaniem.
Nie umiała powiedzieć, kiedy po raz pierwszy to zrobiła. Udomowiła zajmowaną przestrzeń.
Dawno. Na pewno bardzo dawno.
Nawet w tamtym strasznym miejscu, w którym wylądowali…
Uniosła głowę i odetchnęła kilka razy głęboko.
Wtuliła twarz w miękki rękaw. Doleciał ją nikły zapach bławatki. Uśmiechnęła się. Na wspomnienie ciotek, które święcie wierzyły w dezynfekującą moc olejku lawendowego…

Komentarze wywołują dreszcz. Czyta drugi raz, trzeci.
Na usta cisną się nieproszone słowa. Układają się pod palcami w rządki i wykwitają czernią na ekranie.
Odczytuje je i kasuje.
Nie może przecież opowiadać, co się im dzisiaj przydarzyło. Przywołuje się do porządku. W gruncie rzeczy o czymś takim woli napisać, ukryta za cudownym, niewiele o niej mówiącym zaimkiem osobowym ona

Zacisnęła dłoń na filiżance. Wygrzebała ją ze sterty skorup, pewna, że się pobiła.
Kiedy dostrzegła ją wśród rupieci, ścisnęło jej się serce.
To była ukochana filiżanka mamy.
Po jej śmierci woziła naczynko ze sobą. Nie dlatego, że uważała je za talizman. Po prostu ta filiżanka kojarzyła się jej z najlepszymi chwilami dzieciństwa, długimi palcami mamy obejmującymi kruche cudeńko, wiśniowym śladem warg na ściance i gorzkawym aromatem herbaty…

Marznie.
Przedświtny mrozek osiąga szczyt. Niedługo z pomroku zaczną wyłaniać się kontury i dookół nabierze znajomych kształtów.
Tymczasem może jeszcze chwilę podomyślać rozmazany horyzont. Opowiedzieć toczące się za pociemniałymi taflami życia. Uchylić zawarte na głucho podwórkowe bramy, zaludnić zamarłe zaułki…

Upiła łyk gorącego płynu. Uśmiechnęła się.
To zdumiewające, że przetrwała tyle lat – pogłaskała pękatą czaszkę.
Komplet był sześcioosobowy, ale ta jedna różniła się od reszty – miała odrobinę jaśniejszy deseń.
Nie wierzyła własnym oczom, gdy okazało się, że pod cuchnącym kożuchem nie było nawet drobnej ryski…

Ranek wita ją bolesnym kłuciem źrenic. Jak zwykle po nieprzespanej nocy. Miliony cieniutkich igiełek wbijają się w gałki oczne. Nie pomaga nawet zaciskanie powiek.
Słyszy dudnienie prysznica.
Podnosi się.
Całonocna bieganina na górę odzywa się rwaniem w łydkach.
Idzie do zmaltretowanej kuchni.
Lodowate powietrze z otwartych na oścież okien wprawia ją w mikrosekundowy stan hibernacji.
Otrząsa się…

Zadumała się nad kapryśnością fatum.
Ten czas miał upłynąć zupełnie inaczej. Spokojniej. Bez nerwowości. Bez pośpiechu.
Bez rozpraszania się drobiazgami.
Stało się inaczej, i jedyne, co mogła zrobić, to nie poddać się wkradającemu się uczuciu beznadziei.
Spojrzała w okno i postarała się uśmiechnąć do ciężkich ołowianych chmurzysk…

Musli pachnie wędzoną okładziną.
Migdałowe mleko ma smak rozgrzanego asfaltu.
Jest wstrętne, ale przemaga się i przełyka kilka kropel. Czuje zaciskające się gardło i przez chwilę walczy z jadłowstrętem.
Obok pobrzmiewa radosne mikstowe pochrupywanie. Nie dziwi jej to specjalnie. Tym dwojgu nic nie jest w stanie zepsuć apetytu…
Patrzy na spakowane torbiszcza.
Uśmiecha się…

Próbowała przepędzić zdenerwowanie. Nie chciała, by zdominowało poranek.
Stres objawiał się brakiem łaknienia. Wiedziała, że to sprawka mózgu.
Trochę trwało, nim nauczyła się go oszukiwać. Odwracać uwagę. Zajmować go błahostkami, by instynkt wziął górę…

Podrywa się na dźwięk domofonu.
Klucz w zamku obraca się z głośnym szczęknięciem. Naciska klamkę i – uspokojona – odchodzi od drzwi.
Właściwie jest zadowolona, że zostawia to piekiełko.
Przerwa dobrze jej zrobi. Pozwoli opanować emocje.
Ma wrażenie, że trzask samochodowych drzwiczek symbolicznie odcina ją od ostatnich przeżyć…

Przeskakiwała z projekcji w projekcję, aż wreszcie ułowiła tę ważną.
Doskonale pamiętała swój pierwszy wyjazd z domu. Była wprawdzie dużo młodsza, ale wiek niewielkie miał w gruncie rzeczy znaczenie.
Raczej – okoliczności.
Była bardzo nieszczęśliwa, bo choć mała – rozumiała więcej niż się dorosłym zdawało. Miała nadzieję, że jej samej uda się stworzyć choć pozór normalności. Wyeliminować niepewność i poczucie wyalienowania…

Budzi ją bliżej nieokreślony furkot. Otwiera oczy. Za szybą migocą pomarańczowe smugi. Zerka do przodu i zapada w ciężką drzemkę.
Gdy ponownie unosi powieki, wokół panuje cisza. Rozciera zdrętwiałe ramiona.
Uśmiecha się z wdzięcznością i z trudem wychodzi z samochodu.
Chwilę przygląda się czerwonemu pasmu stopów i otwiera furtkę.
Zostawia rzeczy w przedpokoju.
Pisze smsa, że dotarła. Bierze szybki prysznic.
Ma wielkie plany na ten wieczór.
Przysiada na łóżku. Tylko na chwilę. Chłodna pościel pachnie zmęczeniem.
Jutro – myśli. – Wszystko jutro.
Zapada w zgrzytliwy sen…

Szum deszczu niespodziewanie przyszedł jej z pomocą.
Nastrajał bardzo przyjemnie. Dawał złudzenie chłodu. Niebo nie zdążyło przybrać jeszcze tej melancholijnej szarości i świat sprawiał wrażenie radosnego.
Takim błękitem witało ją kiedyś niebo na pewnej maleńkiej wysepce. Każdej nocy budził ją grzechot obijającego się o szyby piasku, bo zawsze zapominała o zamknięciu okiennic. Musiała wstawać i szarpać się z ażurowymi zasłonami, a potem nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok i przez szpary widziała ten, z chwili na chwilę jaśniejący, błękit…

W świetle nowego dnia nie wygląda to tak tragicznie.
Rozgląda się uważnie.
Jeszcze czuje wczorajszą drogę. Napięty kark chrupie złowieszczo. Odruchowo ściąga łopatki i prostuje się. Może nie przynosi to trwałego efektu, ale daje choć chwilowe odprężenie.
Prawie osiemset kilometrów…

Ujarzmianie codzienności nigdy nie było łatwe.
Sama miała go odwieźć, ale prowadzenie jedną ręką wydało się jej niewykonalne.
Po namyśle – zadzwoniła do znajomej.
Ta – zgodnie z przewidywaniami – nie zadawała zbędnych pytań.
Po sześciu godzinach byli na miejscu.
Szczerzonego Pambuk szczerze – pomyślała słowami pewnej gospodyni spod Sajn, oglądając wynajęty pokój.
Warunki będzie miał dobre – uspokoiła się.
Wróciły późnym wieczorem…

Niechętnie powraca do rzeczywistości.
Połowa górnych szafek do wyrzucenia…
Nagle zdaje sobie sprawę, że cała góra jest do wymiany.
Nikt przecież nie podejmie się dosztukowywania mebli. Żmudna i niewarta świeczki robota.
Wzrusza ramionami.
Nic to – myśli. – Szafki rzecz nabyta.
Nie to, że odnosi się z lekceważeniem do dóbr materialnych. Po prostu szacuje je inną miarą…

Zanurzyła się w znanym zewnętrzu. Postrzegała je przez pryzmat wspomnień.
Bez nich czuła się pozbawiana cząstki tożsamości.
Osobisty magazyn zawsze bardziej przypominał graciarnię niż skarbiec.
Pełen był trucheł i nieoczywistości.
Miała ten komfort, że nie musiała tłumaczyć. Nikomu. Niczego ani – z niczego.
Lubiła obcować.
Odnalazła w szafie piękny bordowy szal, wkładany jedynie na wyjątkowe okazje. Szal pachnący egzotycznymi, a tak bliskimi perfumami, których używała wyłącznie do odtworzenia tamtego klimatu.
Dotknęła niepozornej kryształowej paterki, a jej delikatne dzwonienie nastroiło ją spokojem.
Rozejrzała się. Wzruszyła ramionami. Nawet sobie nie próbowała wyjaśniać, czemu wtedy bardziej cieszył ją blask odzyskanej cukierniczki niż pachnące nowością drewniane komódki…

Może nawet trochę jej smutno, że będzie zmuszona się ich pozbyć. Nie przepada za zmianami. Przyzwyczajanie się do nowego zawsze trochę u niej trwa.
Poza tym – sama przecież wybierała te mebelki.
Może jednak ktoś podejmie się je skopiować – zastanawia się, ale nie żywi zbyt wielkich nadziei…

Prześliznęła się spojrzeniem po wnętrzu. Bardzo chciała nie ulec magii wspomnień, ale układ słojów na drzwiczkach zaprzątnął ją całkowicie.
To takie drobiazgi ważyły często na jej decyzjach. Nagły błysk, wewnętrzny uśmiech i była uwiedziona.
Tak. Przedmioty ją uwodziły. Przeczuciem historii, którą mogłyby sobą opowiedzieć. A ona – razem z nimi.
Przyjemnie było wertować katalogi. Mieć świadomość, że zdjęcie może w każdej chwili zmaterializować się pod postacią konkretnego przedmiotu – czajniczka, zasłony, kuchennego stołu.
Miło było rozcinać pachnące tekturą paczki i patrzeć, jak biała płaszczyzna nabiera trójwymiarowości…

Wzdycha. Podchodzi do okaleczonych szczątków.
Poczerniałe kikuty straszą kanciasto.
Wszystko pokrywa warstwa tłustej brei.
Poprzewracane naczynia.
Bagno na blatach i podłodze.
Patrzy na ten armagedon i nie jest w stanie wydusić z siebie dźwięku.
Ma wrażenie, że jej pracujący na najwyższych obrotach mózg postanowił wygłuszyć niektóre funkcje, by odciążyć samego siebie…

Zapełniała tamto nowe życie powoli, z namysłem. Radował ją każdy, z trudem nabywany sprzęt. A przecież była w niej jakaś opieszałość w otaczaniu się obcym.
Mimo, że bardzo długo nie wierzyła w odzyskanie choćby skrawków niegdyś spisanej opowieści, podświadomie wydzielała im miejsca. I nie miało najmniejszego znaczenia, że nie uczestniczyła w odtwarzanej fabule osobiście. Te fragmenty były rodzajem medium.
Tak. Żałowała ich. Były cenne bliskością, którą pojąć mógł tylko ktoś, kto doświadczył obecności ukochanej osoby wyłącznie poprzez kontakt z używanym przez nią przedmiotem. Ktoś, kto pośród niewielu wspomnień zachował obraz głowy pochylonej nad partyturą, palców upinających staroświecką klamrą niesforne włosy, dłoni rozprostowującej świeżo wyhaftowaną serwetkę…

Mówienie nie jest jej chwilowo potrzebne. Ani odczuwanie bólu. Ani nawet – pragnienie.
Wystarczy, że rejestruje każdy skrawek tego chaosu. Przestrzenne wizje przesuwają się z prędkością serii z samopowtarzalnego karabinu.
Są wielobarwną mozaiką, natrętnym brzęczeniem, paraliżującym oparem. Przemieszczają się coraz szybciej. Wreszcie stają się jednolitym, pozornie nieruchomym strumieniem…

Nie miała nadziei, że jeszcze kiedyś uda jej się doświadczyć tamtej namiastki intymności.
Tym większe były zdumienie i radość, gdy powoli ale sukcesywnie nośniki odnajdowały do niej drogę.
Nie demonizowała tego. Nie postrzegała w kategorii znaków. Jakiegoś magicznego przeznaczenia, którego sens dane było zgłębić wyłącznie wtajemniczonym.
Ale każda ocalała skorupa, szmatka – przyprawiały ją o gwałtowne bicie serca. Dotykała pieszczotliwie bibelotów i w milczeniu dopełniała życie, napawając się mozolnie układaną mandalą coraz bardziej odległej przeszłości…

Czarne ściany działają depresyjnie.
Nim poszuka malarza, musi zrobić porządek. Pozbyć się przynajmniej części rzeczy. Poniewierająca się wszędzie zawartość wybebeszonych szafek nie daje najlepszych warunków do remontu.
Mogłaby poprosić kogoś o pomoc…

Przyglądała się odciśniętemu w czerni szlaczkowi, pochylających się ku sobie, większych i mniejszych, dłoni. Mimo różnic w wielkości, nietrudno było dostrzec podobieństwo. Nie tylko w kształcie. Także w geście – jednakowo odgiętych kciukach, ułożeniu odwodzicieli, kącie nachylenia reszty palców.
Był czas, gdy przykładała swoją rękę i porównywała z tamtą ciepłą łapką. Miękką i nieco pulchną na początku, coraz większą i bardziej męską później.
Nie tak odległy jeszcze czas…

Mogłaby. Ale… i tak musi w tym uczestniczyć. Poza tym – jak zna siebie – zżymałaby się z powodu własnej nieporadności.
To dlatego wzdycha ciężko i zabiera się za porządki.
Nie idzie zbyt szybko, ale właściwie – nie musi się spieszyć. Czasu ma aż nadto…

Przez chwilę balansowała na krawędzi. Wszelkie dywagacje o przemijaniu frustrowały ją. Prześlizgiwała się po temacie z gracją fugi g-moll Bacha, desperacko poszukując substytutu.
Skupiła się na wykonywanej czynności.
Odczuwała zmęczenie.
A jednak nawet przez chwilę nie pomyślała, by obarczyć kogoś własnymi frustracjami. By przerzucić choć gran brzemienia.
Może na tym polegało szczęście. Jej szczęście. Że nie musiała prosić o pomoc. Właściwie – nigdy nie postawała jej myśl, że ktoś mógłby ją w czymś wyręczyć.
Oczywiście – nie odmawiała, gdy ktoś wyrażał chęć pomocy. Było jej miło. Tyle, że nie nauczyła się traktować takich zachowań jak czegoś należnego. Zawsze starała się podkreślać wdzięczność za okazaną życzliwość. Doceniała i bardzo pilnowała się, by nie nadużywać…

Drepce cierpliwie, choć zdaje sobie sprawę, że to syzyfowa praca. Już widzi siebie wędrującą za parę dni z tymi klamotami z powrotem.
Ale wie, że to konieczne, więc niezmordowanie snuje się w tę i we w tę.
Jak jakiś pątnik – zauważa złośliwie…

Przyglądała się coraz gęściej zapełnianej foliowej płachcie.
Kto by pomyślał, że niewielkie, bądź co bądź, szafki mogły pomieścić tyle różnorakiego dobra.
Nagle mignęło refleksją, czy upodobanie ładu nie mściło się teraz na niej w najbardziej perfidny sposób.
Może pobłażliwe uśmieszki, na które niektórzy sobie pozwalali, nie były aż tak nieuzasadnione, jak sądziła…

Ciekawe, ile kilometrów zrobiłam? – myśli, popatrując na rozbrykane stworzonko.
Założenie szelek takiemu diablikowi to nie lada wyzwanie – śmieje się, wspominając niedawne akrobacje.
Daje się prowadzić pod ulubione drzewo i przenosi wzrok na jego podświetloną słońcem koronę.
Czuje w nogach ten długaśny hol.
Jakoś wcześniej nie wydawał mi się specjalnie duży – myśli i parska śmiechem.
Przymusowy spacer dobrze jej robi…

Przedwieczorne powietrze szkliło się na płotach
Spojrzała w okno. Wciąż jeszcze nie było w nim firanki.
Parapet zaanektowały kanciaste naczynka. W ich kołpakowatych pokrywkach krwawo odbijało się słońce. Wyglądały jak w bojowym szyku.
Gdybym trzymała wszystko w sklepowych opakowaniach…
Nie musiałaby dzisiaj walczyć z dziesiątkami pojemników. Zgarnęłaby wszystko z półek i wyrzuciła do kubła.
Nim myśl przebrzmiała w niej do końca – wiedziała, że była niedorzeczna.
Nie umiała żyć w rozgardiaszu. Prowizorka męczyła ją.
Sprawiała psychiczny dyskomfort.
Nie czuła się u siebie, tonąc w chaosie…

Tylko spokój może nas uratować… – kontynuuje, wchodząc w okaleczoną przestrzeń.
Uwielbia takie powiedzonka…
Umyka na chwilę w semantyczne dywagacje. Są bardziej interesujące niż likwidowanie nieładu. Nie przepada za babraniem się w brudzie.
Cmoka zdegustowana i zastanawia się, jak mogłaby usprawnić pracę…

Przysiadła na chwilę i rozejrzała się uważnie.
Nie miała pojęcia, czy zamiłowanie do porządku przypisano jej odgórnie, w genach, czy może wymusiły je okoliczności, w których przychodziło jej wieść życie.
Jednego tylko była pewna – zewnętrzna harmonia pozwalała nie marnotrawić czasu. Dzięki wypracowanemu przez lata systemowi mogła podczas prozaicznych czynności poświęcać się jednocześnie bardziej interesującym ją kwestiom…

Potrzeba matką wynalazków – śmieje się, ciągnąc ciężką płócienną torbę.
Do tego wystarczy jedna ręka. Do zapakowania i rozpakowania – także.
Przygląda się rosnącemu powoli w beżowym pokoju usypisku.
Ułożysku raczej – precyzuje w myślach.
Jest zadowolona. Ma nadzieję skończyć i powiadomić malarza.
Te czarnizne ściany doprowadzają ją do szału…

Była zupełnie zwyczajna – podobna w tym co robiła do setek innych ludzi.
Nigdy nie uważała się za pedantkę.
Dziwiło ją, gdy postrzegano ją tak tylko dlatego, że miotanie się po źle zorganizowanej przestrzeni uważała za nonsensowne. I – męczące.
Przykucnęła. Sięgnęła po leżący na samym wierzchu flakonik. Chwilę ważyła go w dłoni.
Przyjechał z daleka. Z bardzo daleka.
Stał sobie zawsze na jednej z półek, trwający tą mało uświadamianą, ale niezbędną obecnością, podnoszony przy wycieraniu kurzu. Czasami kupowała u straganowych babć irysy albo piwonie. Przycinała jeden kwiat i wstawiała do tego flakonika. A potem marudziła, bo jego kształt utrudniał czyszczenie…

Zająć się czymkolwiek…
Złości się.
Siedzi na balkonie i wsłuchuje się w szuranie wałka.
Woli już to, niż przyglądanie się czyjejś pracy.
Nie czuje się komfortowo, gdy inni są zajęci, a ona się byczy.
Nawet pisanie idzie jej niesporo.
Wystukiwanie literek trwa co najmniej dwa razy dłużej.
A kiedy pomyśli o stertach okopconych skorup, które musi odczyścić…

Przymusowa bezczynność źle wpływała na jej samopoczucie. Niemal fizycznie czuła strumień przeciekającego przez palce czasu.
Umiejętność zaklinania rzeczywistości nie była jej dana.
Spojrzała z wyrzutem na przyczynę własnej niemocy. Uśmiechnęła się.
Tak zanudzała kolegę o ten opatrunek, że wreszcie ją obhuczał.
Zaniemówiła. Sama rozumiała, że była nieznośna, ale to nie znaczy, że musiał tak od razu grozić jej amputacją kończyny.
Co prawda, zamoczyła tę rękę.
Zapomniała się. Ale nawet za bardzo nie przemokło.
Teraz zaczęła owijać to folią. Szeleściło wprawdzie niemiłosiernie, ale – nie zamakało…

Zmywa.
Idzie jak po grudzie, ale ma już dość tego siedzenia i wgapiania się w białe ściany.
Tak! Są białe.
Pachną świeżą farbą i czynią jasność.
Do pełni szczęścia brakuje jej tylko czystych jarzeniówek. Gdyby tak udało się wyciągnąć je z obudowy…

Może naprawdę była śmieszna w tym upraszczaniu spraw codziennych.
Ale tak lubiła wracać do miejsc znanych i niezmiennych. Zamknąć oczy i sięgać z niezachwianą pewnością, że zastanie to, co pozostawiła. Nieważne – godzinę czy pół roku wcześniej.
Chyba musiała nauczyć się radzić sobie z przestrzenią. By nie zniknąć w przytłaczająco ogromnym mikroświecie, którego współwłaścicielką nagle i wbrew sobie została.
Była mała. Nie miała doświadczenia, ale instynktownie próbowała chronić zastany układ. Nie ona go wymyśliła, ale sprawdzał się.
Jednak nawet gdyby się nie sprawdzał i tak nie miałaby odwagi ani siły, by go zniszczyć. Był ostatnim, co pozostało po szczęściu i stabilizacji…

Manewruje tuż pod sufitem.
Próbuje włożyć wyjęte godzinę wcześniej świetlówki.
Uniesione ręce omdlewają, a uparte bolce nie chcą wskoczyć na swoje miejsce.
Musi mocniej przytrzymać oprawę.
Zapiera się. Ułapia majtającą się lampę. Syczy, ale po chwili dobiega ją – jakże miłe dla uszu – klik

Wodziła wzrokiem za rozbujaną lampą. Jej zimne światło wyostrzało kontury. Wrzynające się w tło ścian okruchy czerni sprawiały, że biel fosforyzowała.
Wszystko wydawało się być bardziej kanciaste.
Kiedyś wisiała tu inna lampa – okrągła drewniana obręcz z przykręconą misą klosza. Dawała ciepłe, żółtawe światło, bardzo przyjemne dla oczu, ale kompletnie nieprzydatne przy pracy.
Którejś nocy nie mogła spać. Zeszła na dół i po ciemku przysiadła przy stole.
Nagle rozległ się brzęk – ten mleczny klosz zupełnie bez powodu spadł na podłogę i roztrzaskał się w drobny mak. Tej samej nocy odszedł jej kuzyn. To była noc jej urodzin…

Oddycha ciężko.
Starość nie radość – komentuje.
Musi odpocząć.
Kiedyś się tak szybko nie męczyłam…
Ale spod tego zmęczenia wyziera coś na kształt dumy.
Zerka na płonące wreszcie naprawdę jasnym światłem jarzeniówki.
– Ha! Wyczyn nie w kij dmuchał! – stwierdza głośno i zaczyna się śmiać.
Wzdycha i wraca do pracy…

Wieczór turlał się powoli.
Rozkładała go na świeżo umytych półkach, przesypywała do wyczyszczonych pojemników.
Przekomarzała się z cieniami.
Najtrudniej bywało, gdy jakaś myśl – nagła, oryginalna czy choćby – zabawna – pojawiała się znienacka i nie było się nią z kim podzielić. Wypowiadała ją głośno, a pustka zniekształcała sens. Bladła, wsiąkała w smętnie powiewające zasłony i znikała bezpowrotnie.
Pozostawiała po sobie pogłos smutnego śmiechu i niedosyt…

Teraz najżmudniejsze – myśli.
Otwiera pękate pojemniki i przesypuje ich zawartość na przygotowane uprzednio papierowe serwetki. Wyciągnięcie szczelnej pokrywki sprawia nieco kłopotu – musi opierać pojemnik o klatkę piersiową i ciągnąć szklany dekiel, póki nie raczy puścić.
Męcząca to metoda i mało efektywna, ale pomalutku przybliża ją do końca.
Sapie – poirytowana. Jeśli tak dalej pójdzie, zacznie porządkować kolejną szafkę na Wielkanoc.
Jej wysiłek zostaje nagrodzony – uszczelka puszcza i pokrywka z mlaśnięciem wyskakuje z pojemnika.
Wszędzie rozchodzi się zapach ziół.
Jest tak intensywny, że czuje go, mimo zatkanego katarem nosa…

Rozpachniało się tymiankiem i rozmarynem. Drobinki wirowały w powietrzu, zabijając zapiekłą woń lakieru.
Męczyła się przy oddychaniu. Kichała raz za razem i bała się spojrzeć w lustro, by nie oglądać wrednie zaczerwienionych spojówek.
Uniosła ręce i próbowała złapać kilka złotych pyłków.
Załzawione oczy uczyniły je większymi. Bardziej świetlistymi.
Akompaniujący ich tańcowi szelest opatrunku przywiódł ją do jednego z najcudowniejszych wspomnień dzieciństwa.
Tamtej nocy wymknęła się z domu i z duszą na ramieniu wędrowała skrajem lasu. Pluskająca piosenka jeziora dodawała jej otuchy. Zagłuszała niepokojące szepty czarnych liści.
Kierowała się migocącym między drzewami blaskiem pomarańczowego księżyca, który wzięła za ognisko.
Kiedy dotarła do naroża, chmury zasnuły świat. Przystanęła w zupełnych ciemnościach. Nim zdążyła naprawdę się wystraszyć, ciepły podmuch czerwcowej nocy przyniósł znajomy zapach. Chwilę później wtulała rękę w ciepłą dłoń brata. I wtedy przed nimi rozmigotały się zielonkawe światełka. Patrzyła jak urzeczona na niespotykany balet.
Wokół gorzko pachniał dziurawiec.
A kiedy widowisko dobiegło końca, brodzili wśród wybujałych łąkowych traw.
Już zawsze tamto miejsce kojarzyło się jej ze świetlikami i przepiękną baśnią o zagubionych duszach, którą w drodze powrotnej opowiedział jej brat…

Stanie daje się trochę we znaki. Przygięte w idiotyczny zawijas plecy drętwieją.
Zaciska zęby i pochyla się nad zlewem.
Myje. Opłukuje. Odstawia do wyschnięcia.
Ma ograniczoną powierzchnię do suszenia. Postanawia wycierać choć część naczyń.
Mała rzecz, a cieszy – myśli, ściskając udami szklany walec.
Kolejny żmudny sposób. Ale – skuteczny…

Nie powinna była wychodzić boso. Ułomki przyniesionego z podwórza piasku raniły stopy. Przebierała śmiesznie palcami. Trochę z zimna, a trochę dlatego, że kwarcowy krusz uwierał.
Na plaży się tego nie czuje – zauważyła.
Przegięła się przez furtkę i odprowadzała wzrokiem nieznaną parę.
Usłużna pamięć podsunęła obrazek z jednej z wioseczek – drobną figurkę wychylającego się dziadka z małym kubeczkiem pełnym wiśni. W jego kierunku wyciągała się rączka pulchnej dziewczynki o wypukłym czole.
Pewnie nie zwróciłaby uwagi na tę scenę, gdyby nie kubeczek – biały, emaliowany, w karminowe serduszka. Taki sam dostała kiedyś od Baboczki.
Muszę go wyjąć – pomyślała. Odwróciła się i na palcach przeszła przez kłującą wycieraczkę…

Jak w fabryce przy taśmie – zauważa, powielając czynność po czynności.
Z transu wyrywa ją dźwięk telefonu.
Z przyjemnością słucha rozradowanego głosu. Relacja jest wesoła, więc i ona się cieszy.
Wymiguje się od odpowiedzi na pytanie, co robi. Nie lubi kłamać, więc zmienia temat.
Tym razem się udaje, ale wie, że to nie będzie trwać wiecznie.
Może zdążę, zanim przyjedzie – pociesza się.
– Ja też cię kocham – odpowiada i odkłada telefon…

Bezwiednie ugniatała spłaszczone kulki. W dotyku nie były zbyt przyjemne – szorstkie i zimne.
Ale na półce wyglądały jak hybryda owocu śnieguliczki i bawełny. Skusiły wrażeniem futerkowej miękkości.
Była zdumiona, że ocalały. Osłonił je drewniany pojemnik na chleb. Zachowały nawet swoją biel.
Pogłaskała czerwoną różę origami, która też była w bukiecie.
Pochodziła z czasów, gdy oboje nie śmieli nawet marzyć o wizycie w kwiaciarni. Zrobił ją ze zwykłego kolorowego papieru – czerwony kielich i zieloną łodygę i podarował na Dzień Matki.
Uśmiechnęła się. Delikatnie wstawiła różę do wazonika i postawiła w rogu, by – jak zawsze – mieć ją w zasięgu wzroku…

Czy te pojemniki nigdy się nie skończą?
Jest zniecierpliwiona. Brzękiem szkła. Chlupotem wody. Nawet skrzypieniem mydlin.
Od ściernej gąbki bolą ją palce.
Niestety, sodą nie wszystko daje się domyć.
Przysychający osad ma konsystencję towotu i trzeba go usuwać wszelkimi sposobami. Nawet najbardziej radykalnymi.
No nie. Najbardziej radykalne jest usunięcie maziai razem z przedmiotem – reflektuje się nagle.
Parska śmiechem…

Zaskrzypiała bramka. Wyjrzała przez okno. Fałszywy alarm.
W świetle zapadającego mroku drzewa wyglądały jak okopcone. Podziwiała ich eleganckie, ascetyczne może nieco, fryzurki. Pozwalały targać sobą na wszystkie strony, jakby sprawiało im to przyjemność.
Wytężyła wzrok. Z niedowierzaniem przyglądała się dziwacznemu deseniowi liści. Wreszcie uświadomiła sobie, że ten oryginalny wzorek to plamki na okiennej szybie.
Przejechała po tafli. Kropki pozostały nietknięte. Zaklęła. Przez ten obrzydliwy, tłusty dym miała w perspektywie rozkręcanie okien…

Dobrze, że nikt jej nie słyszy.
To właściwie jedyny plus bycia samej – nie trzeba pilnować się z reakcjami.
Śmiech przeradza się w kaszel.
Suchy. Męczący.
Nie musi iść do wróżki – przeziębiła się.
Ale żadna grypa nie powstrzyma jej przed sprzątaniem.
Ani gorączka.
Nie ją…

Miłe ciepło rozlało się po całym ciele.
Zdjęła czajniczek z podstawki i dolała senchy. Zadźwięczał balafonowo przy odstawianiu. Mogła bez końca wsłuchiwać się w klekot glinianych naczyń.
Dostała ten serwis od Tante Hedwig wiele lat temu.
Była bardzo zdziwiona. Wydawało jej się, że ciotka nie pała do niej zbyt wielką sympatią. Że w ogóle nie bardzo uświadamia sobie jej istnienie. Okazało się, że nie tylko uświadamiała, ale nawet – zauważyła, jak bardzo jej się te naczynia podobały.
Miała naście lat i nie wiedziała, jak powinna się zachować. Zastanawiała się, co sprawi ciotce większą przykrość – przyjęcie czy podziękowanie za prezent.
Wybrała to pierwsze. Jeszcze dziś pamięta wyraz ulgi w oczach Olgi i cień uśmiechu na ustach Tante Hedwig.
To dlatego tak się zmartwiła, kiedy z przepalonej półki posypały się pomarańczowawe kubeczki. Pół nocy spędziła na kolanach, szukając pobitych fragmentów
A potem zaciskała zęby i element po elemencie dopasowywała gliniane okruszki…

Budzi ją jakieś bliżej niesprecyzowane wycie.
Z trudem rozwiera zapuchnięte powieki. Rozgląda się nieprzytomnie.
Po chwili rozpoznaje dźwięk własnej komórki.
Jest trochę zdziwiona – nigdy nie bierze telefonu do łóżka.
Dopiero po chwili uświadamia sobie, że dziwaczna pozycja wcale się jej nie przyśniła – naprawdę zasnęła na dole, kiedy postanowiła chwile odpocząć na miętkim.
Sięga po nachalny sprzęt i odbiera…

Nie jest dobrze – przemknęło jej przez bolącą głowę, gdy zerknęła na wyświetlacz…

– I co sobie myślałaś?!? – słyszy i odsuwa odruchowo telefon od ucha.
Elwira!
– I co sobie myślałaś, pytam!
Jest pełna najlepszych chęci, by odpowiedzieć. Nabiera powietrza, ale zanim wykrztusza słowo, zalewa ją potok słów.
Gdy Elwira jest naprawdę wściekła, jej głos upodabnia się do głosu Józka z monologów Halamy.
Słysząc go nie potrafi powstrzymać śmiechu.
– Wesoło ci? – pomrukuje Elwira. – Wiesz, co ci powiem, Ola? To, co zrobiłaś… A raczej to, czego nie zrobiłaś, to jest… to jest zwykłe b a b s t w o!

Gorzej, Elwira. To jest olstwo – pomyślała, ale nie odważyła się powtórzyć tej odkrywczej myśli głośno…

Powinna przestać. Ale nie potrafi. Śmieje się coraz głośniej. Skrzypi właściwie, bo ma zupełnie założone gardło.
Po drugiej stronie zalega złowieszcza cisza.
A potem rozdziera ją chichot Elwiry.
Nagle zamiera przerażona, bo wydaje jej się, że śmiech rozbrzmiewa tuż za drzwiami.
– Źle ze mną – skarży się żałośnie.
– I dobrze ci tak!
W bezlitosną odpowiedź wdziera się zgrzyt klucza.
W pierwszej chwili – nie rozumie.
A potem zrywa się i pędzi do wejścia.
– Elwira! – chrypi.
W progu stoi jej przyjaciółka i puka się w czoło.
– Chyba nie myślałaś, że cię tak zostawię…

Obrazki. Ona.

*
To chyba wtedy pierwszy raz pomyślała, że świat jest zły. Pełen kłamstw i okrucieństwa.
Obudził ją zduszony jęk.
Zdezorientowana – uniosła głowę, by natychmiast z powrotem przycisnąć twarz do cuchnącej kurzym potem poduszki i wstrzymać oddech.
Pijany ojciec okładał właśnie chorą na raka macochę.
Kiwał się w przystawionym do łóżka fotelu i mamrotał coś pod nosem. Co jakiś czas unosił rękę i jego ciężka pięść spadała na opuchniętą od choroby twarz. Z nosa macochy sączyła się strużka krwi i wsiąkała w białą poszewkę.
Macocha nie wstawała już od roku. Była bardzo chora, ale silne serce wciąż w niej biło. Jakby na przekór bólowi i podłemu życiu…

*
Półleży na kozetce i bezwiednie wodzi dłonią po ceratowej narzucie. Płachta jest chropawa, o fakturze maleńkich, milimetrowych może krateczek, które stawiają opór wyczulonym opuszkom. Ulega wrażeniu, że delikatna powierzchnia palców niechętnie wędruje po klejkiej plątaninie sztucznych włókien.
Przesuwa dłoń ku pośladkowi, pokonując szorstkość narzuty i wyczuwa różnicę temperatur. Bawi się chwilę naprzemiennie rozpłaszczając chłód i ciepło, po czym zapada w leniwą, odprężającą drzemkę…

*
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że istnieje sposób, by wyłączyć się z tego wszystkiego. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłaby coś zrobić. Cokolwiek.
Leżała długo, zatykając uszy zaciśniętymi w piąstki rękoma i starała się odgrodzić od złorzeczeń ojca i głuchych pojękiwań maltretowanej macochy.
W końcu udało jej się wsłuchać w tętno własnego, uspokajającego się powoli serca. Liczyła uderzenia. Po jakimś czasie straciła rachubę. Zaczynała kilka razy od początku i już wiedziała, że za chwilę zapadnie w sen.
W ostatnim błysku świadomości przewróciła się na wznak i gryzący papierosowy dym oblepił jej twarz niczym mokra sieć.

*
Krakanie też może być piękne. Czerń dysonansów wdziera się w pastelowe smugi myśli. Burzy harmonię i ożywia przytłumiony instynkt działania.
Ostre dzioby rozszarpują osnowę, przecinają klekotem rozleniwienie, wywołują niepokój.
Pozwala ordynarnym skrzekom rozrywać ład, zamienić go w bezsensowną kotłowaninę, narzucać nowy porządek.
Czeka. Niecierpliwość oplata jej ciało. Nie może poskromić ciekawości. Już, teraz, w tej sekundzie chciałaby wiedzieć, co wyniknie ze zderzenia znanego z nieoczekiwanym.
Na obnażone udo opada małe czarne piórko, wywołując mimowolny skurcz zaskakująco subtelną pieszczotą…

*
Krwawa, dwucentymetrowej może szerokości, smuga na powleczce była jedynym widomym śladem po nocnych ekscesach ojca.
On sam – rozwalony obok skulonej macochy – spał na plecach z rozrzuconymi szeroko ramionami. Z rozwartych ust wydobywały się pochrapywania i gulgoty.
Podkoszulka podwinęła mu się wysoko, a zsunięta z podkurczonego kolana kołdra obnażyła obrośnięte podbrzusze.
Omijając niedbale rzucone obok łóżka bokserki ojca, z obrzydzeniem odwróciła wzrok.
Nie przypuszczała, że ta brunatna plama zaschłej krwi i starcza nagość ojca będą ją prześladowały, ilekroć zamknie oczy…

*
Smużka podpływa powoli w kierunku ust. Wywiązuje kokardę orzeźwienia na przysychającym z rozgorączkowania podniebieniu. Między wargami pulsują delikatne żyłki mandarynkowej słodyczy. Skraplają się na koniuszku języka i parują drobinkami oddechu.
Porowata łupina oblepia nadgarstki ścieżkami oleistej posoki.
Zaciska kolana i nie troszczy się zupełnie o wykwitające lipidową wilgocią plamki na obnażonym skrawku skóry, pełznące maziście w dół.
Stawia bosą stopę na brzegu leżanki i dotyka wargami szczypiącej emulsji…

*
Mamy nie pamiętała zupełnie.
Słowo było pustym dźwiękiem i kojarzyło się jej z bladą, papierową panią na prostokątnym kartoniku. Czasami przypatrywała się obcej twarzy, nie mogąc nadziwić się niby-uśmiechowi, w którym kąciki warg wyginały się ku dołowi. Oczy pani przypominały jej wzrok napotkanego kiedyś, skamlącego o łyk wody psiaka. Były bardzo smutne.
Niewiele o niej wiedziała.
Po zakamarkach mózgu błąkały się, zasłyszane gdzieś, lepkie od jadu i plotkarskiej satysfakcji słowa „zajeździł już trzecią babę…”
Nie zrozumiała ich, ale poczuła do ojca jeszcze większą niechęć i – podświadomie – zaczęła obwiniać go nie tylko o śmierć mamy, ale i o chorobę macochy…

*
Cynamonowa cierpkość pachnie pulchnością.
Gdy zanurza w niej palce, przenika ją dreszcz rozkoszy, jakiej nigdy nie zaznała w kontakcie z żadnym ludzkim ciałem. Jabłeczna miękkość złuszcza się mlaszczącymi płatkami. Maści waniliowym jedwabiem wnętrze dłoni i pozostawia po sobie wrażenie niezrozumiałej irytacji.
Próbuje przezwyciężyć protest zaimpregnowanej ulepkiem, stwardniałej skóry. Ból wydzieranych zbyt gwałtownym gestem, drobniutkich włosków zarysowuje się wypukłym szlaczkiem gęsiej skórki na karku.
Podnosi się leniwie i podchodzi do zlewu. Przekręca odnaleziony kurek i pozwala lodowatemu strumieniowi uwolnić mózg od nieprzyjemnego uczucia zniewolenia…

*
Zazwyczaj ojciec był miłym człowiekiem. Najbardziej lubiła go w dzień.
Ojciec dobrze zarabiał i macocha, którą nazywała „ciocią”, nie musiała pracować. Też była miłą kobietą. Może trochę smutną i zaniedbaną, ale ciepłą i dobrą. Zajmowała się domem. I – nią.
Ze szkoły zawsze odbierał ją ojciec i razem wracali do domu. Macocha czekała już z obiadem, więc siadali do stołu. Rozmawiali i śmiali się. Potem ona odrabiała lekcje, a ojciec z macochą wychodzili na podwórko, żeby jej nie przeszkadzać. Po powrocie ojciec sprawdzał zeszyty. Chwalił szlaczki i ładne, równe literki. Podliczał słupki i śmiał się, gdy znalazł błąd w rachunkach, każąc go jej poprawić.
W dzień nigdy nie krzyczał…

*
Boginka. Jest boginką, kiedy tak leży pośród sprężystego świergotu traw i pomarszczonego szeptu płatków, a słońce kreśli bezwstydnie zygzaki na jej obnażonych łopatkach.
Pozwala mu zsuwać się niżej i niżej. Rozchylać zagniecenia skóry i rozsupływać węzełki pigmentu na złaknionych dotyku pośladkach. Wonny podmuch pochyla pojedyncze źdźbła, które cieniują chłodem słoneczne harce, tworząc z ruchomych wzorów trójwymiarowe chroboty.
Wdycha daleki pomruk miasta, pozwalając od czasu do czasu opleść się jego asfaltowo-kauczukowym skwierczeniem…

*
W dniu pogrzebu ojciec spił się do nieprzytomności i omal nie wpadł do dołu, do którego spuszczano trumnę. Ludzie plotkowali, że macocha chciała go zabrać ze sobą. Ale – po cichu. Głośno robili zbolałe miny i udawali, że im współczują – ojcu i jej.
I tamtego dnia drugi raz pomyślała, że świat jest wstrętnym miejscem.
Patrzyła na kolebiących się przy stołach ludzi. Na ich poczerwieniałe twarze.
Uszy gwałcił brzęk szkła i coraz głośniejsze, pijackie okrzyki.
Przypatrywała się szlochającemu ojcu i nie mogła wykrzesać z siebie niczego prócz obrzydzenia, gdy kułakami ocierał łzy i rozmazywał po twarzy ślinę zmieszaną z nie do końca przełkniętym jedzeniem. Nie potrafiła mu współczuć. Ani uwierzyć, że ci wszyscy ludzie przyszli na stypę, by pożegnać macochę.
Ze ściśniętym gardłem patrzyła, jak obżerają się i wlewają w siebie wódkę. Jak krzyczą, śmieją się i opowiadają sprośne dowcipy….

*
Skrzypienie zawiasów zwiastuje tajemnicę. Woskowe strzępki towotu zatykają nozdrza skwaśniałą gęstwą. Nie rozpoznaje niczego prócz szurania plastykowych podeszew na wdeptanej w płytach ścieżce. Lekki chód nie przypomina niczego znanego. Zapach ciała też jest nowy.
Odwraca głowę i próbuje rozszyfrować nieznaną egzystencję. Chce wiedzieć, czy objawiła się celowo i zostanie na dłużej, czy zaplątała się tu przypadkiem i za chwilę umknie – rozpoznawszy swoją pomyłkę.
Nie odgaduje niczego i pozostaje jej tylko bierne oczekiwanie w nadziei na jakikolwiek znak.
Echo obcego oddechu zdaje się naigrywać z jej niepewnością przyśpieszonego wyczekiwania.
Na znak niezgody prostuje plecy i zakłada do tyłu ręce. Obleka się w skorupę nieprzystępności, informując, że dialogu nie będzie.
Krzesełko z naprzeciwka zdaje się trzeszczeć rozczarowaniem…

*
U ciotki nie było tak źle.
Miała swój pokój. Ładny i przytulny.
Mogła zapraszać koleżanki. Albo słuchać muzyki ze starego magnetofonu, który podarowała jej ciotka.
Mieszkały tylko we dwie, jeśli nie liczyć różnych wujków, którzy pojawiali się i odchodzili. Po jakimś czasie przestała ich zapamiętywać. Przyzwyczaiła się, że żaden nie zostaje na dłużej niż parę tygodni.
Właściwie pierwszy rok uważała za najszczęśliwszy okres swojego życia. Wyjąwszy czas, gdy macocha była jeszcze zdrowa.
I – oczywiście – ten z mamą. Którego nie pamiętała, ale wyobrażała sobie, że musiał być najcudowniejszy…

*
Krystaliczność okien nie jest jej do niczego potrzebna. Mdlący zapach amoniaku poraża fetorem rzadko używaną krtań. Czuje w niej kolące bryłki grysu. Zawiera usta i wciąga powietrze nosem. Dziurki zaczopowuje ciepły bulgot. Instynktownie unosi twarz i wierzchem przedramienia próbuje zatamować ciekłą czerwień. Amarant rozbryzguje się na dekolcie i żłobi ścieżki na piersiach, by wsiąknąć w rąbek bielizny. Nie chce skrzepnąć.
Zaczopowane nozdrza zmuszają do otwarcia ust, w które wtłacza się haust mocznikowego smrodu.
Rozpaczliwie walczy o kilka kropel spokoju…

*
Na kolejny dowód podłości świata nie musiała długo czekać.
Przybiegła do domu roztrzęsiona, z rozciętą wargą i napuchłymi od płaczu oczyma. Ciotka złapała się za serce, gdy ją zobaczyła.
A kiedy opowiadała o wściekłej pani, która napadła na nią na ulicy i uderzyła kilka razy w twarz, a potem złapała za warkocz i walnęła jej głową o ścianę, ciotka bladła coraz bardziej. Bezwiednie masowała się w okolicach serca, a kiedy opowieść dobiegła końca – zsiniała i osunęła się na podłogę…

*
Ponad gwar wybija rozkoszny spokój dzieciństwa. Tego najwcześniejszego, niemal nieuświadomionego.
Czuje kojącą szorstkość sezamowej chrupkości. Podpalane drobinki połyskują na spieczonym brązie, rozsiewając się wokół pszenicznym wspomnieniem.
Ciężar maślanego aksamitu trzeszczy marblitowo.
Rozmazuje po stole pluskot kakaowego instantu, rwąc zębami ziarnistą błogość…

*
Najpierw próbowała ciotkę cucić. W końcu zrozumiała, że sama nie poradzi i pobiegła do sąsiadki, która miała telefon.
Zadzwoniły po pogotowie.
Długo potem siedziała przy oknie w ciemnym mieszkaniu, nie mogąc pozbyć się widoku zsiniałych warg ciotki, układających się w bezszelestne słowa przeprosin.
Każda „kurwa”, „złodziejka mężów” wybita pięścią wściekłej pani na jej ciele pulsowała bólem i niezrozumieniem…

*
W otwartym oknie trzepoce firanka. Rozsiewa się orzeźwiającą bryzą. Cytrusowa woń motylich skrzydeł muska lewą skroń i policzek. Łaskoce kącik oka i przysiada na czubku nosa.
Bezwiednie splata dłonie i pochyla się ku nim, jakby chciała przerwać ten swoisty balet. Wsłuchuje się w drgania lawendowej kuli blasku, która stacza się po firance na parapet, a z niego w jej złożone w łódeczkę dłonie.
Egzotyczne pląsania przetaczają się przez nią i odpływają w nieskończoność, z której przybyły…

*
Ci ludzie nie byli tacy straszni. Można powiedzieć, że nawet sympatyczni. I uprzejmi. Na pewno lepsi od wychowawców, którzy wciąż tylko krzyczeli i karali, nawet za bardzo nie dociekając, kto jest winien.
Pan kazał nazywać się tatusiem, a pani – mamusią.
Nie potrafiła. Nie umiała się przemóc.
Nawet do ojca starała się mówić bezosobowo, a gdy już musiała zwrócić się bezpośrednio – ledwie jej przechodziło przez gardło słowo „tato”.
„Mama” to była smutna pani z czarno-białej fotografii i tylko ją tak nazywała. W myślach. Kiedy już było jej całkiem źle.
A „mamusia” była wyrazem beznadziejnie głupim.
Wykrzyczała im to, gdy po raz kolejny ukarali ją za nazywanie ich „ciocią” i „wujkiem”…

*
Splątana mozaika mokrych nitek oznajmia o swojej obecności szemraniem.
Słyszy żałosny pisk nastroszonych, zmokniętych ciałek. Zakrzywione pazurki wydrapują przerażenie na blaszanym parapecie, próbując przekrzyczeć chlupot deszczu. Przez okienne szpary wkrada się beznadzieja. Zziębnięte kłębki obwieszczają światu swoją szaro-brązową skargę.
Uchyla okno, nie bacząc na ziąb drukujący jej nagie ramiona kolczastym tatuażem.
Wsłuchuje się w pretensje wpisane w łopot odlatujących skrzydełek…

*
Wymyśliła sobie tę szkołę z internatem, żeby wreszcie wyrwać się z ośrodka. Nigdy nie nazywała tego miejsca domem. Mówiła o nim pogardliwie „placówka”, czym doprowadzała do szału personel.
Sprawiała kłopoty, więc z ulgą się jej pozbyli.
W internacie pierwszy raz od dawna nie czuła się gorsza.
Opiekun uszanował jej prośbę i nikt nie wiedział, że jest z domu dziecka. Ani w internacie, ani w szkole.
Kłopoty zaczęły się, gdy na miejsce ich ukochanej wychowawczyni przyszła nowa. Już pierwszego dnia wygadała.
Znienawidziła tę bezmyślną, pustą lalkę. Za litość, którą dojrzała w oczach klasowych kolegów. Za ciekawość. Za próby okazania współczucia…

*
To nie jest przyjemne. Płuca wypełnia sina niemoc. Kręci się jej w głowie, a nogi zaczynają drżeć. Cała jest jednym wielkim rozkołataniem. Jakby rozpływała się we wszystkie strony, nie mogąc zmieścić się we własnym istnieniu. Kontury falują wbrew rytmowi, który próbuje sobie narzucić. Z sekundy na sekundę staje się – nie miękkością już, ale – rozlazłością, grząską, trzęsącą się. Próbuje wziąć się w garść i zapanować nad tą ciekłością. Przywrócić bezkształtowi myśli i ciała statyczną jedność…

*
Skończyła szkołę. Za namową nauczycieli podeszła nawet do matury, i – ku własnemu niedowierzaniu – zdała z nie najgorszym wynikiem, choć głównie zależało jej na dyplomie. Chciała jak najszybciej pójść do pracy i zacząć życie na własny rachunek.
Marzyła o własnym kącie. Niestety – jedyne na co było ją stać – to wynajęcie pokoju przy rodzinie.
Nie trafiła najlepiej i gdyby stancja nie była tak tania, uciekłaby z niej już drugiego dnia po wprowadzeniu.
Kiedy wracała zmęczona po całym dniu, marzyła tylko o spokoju. Dochodzące zza drzwi krzyki i płacz zbyt żywo przypominały jej ostatnie miesiące we własnym domu.
I znowu opanowała ją obsesyjna myśl o potwornościach, jakie oferuje rzeczywistość…

*
Drapiący szelest krochmalu przysiada między brwiami. Paraliżuje czoło i przecina je głęboką pionową bruzdą.
Porowata wytworność skaża piersi odgłosem dartego kartonu. Ślizga się po wypukłościach nankinowym splotem i wystawia intymność na wstydliwą próbę.
Robi kilka niepewnych kroków i odnosi wrażenie, że farbowana obręcz wiruje coraz szybciej i boleśnie zaciska się na biodrach.
Mimo zakłopotania podoba się sobie w nowej odsłonie…

*
Nie mogła się nacieszyć, gdy po nieludzkim stażu udało jej się wreszcie znaleźć przyzwoite zajęcie.
Po trzech miesiącach od podjęcia prawdziwej pracy stać ją było na wynajęcie lepszego pokoju i z ulgą uciekła z walącej się chałupy, gdzie wciąż jeszcze można było się umyć jedynie w misce po uprzednim nagrzaniu wody na wiecznie dymiącej płycie węglowej, a do ubikacji trzeba było biegać pod śmietnik. Cieszyła się, że nie będzie już musiała patrzeć na notorycznie zapijaczonych gospodarzy, ich ordynarnych kompanów od kieliszka i zaszczute, wiecznie wygłodniałe dzieciaki, którym wszystko lepiło się do rąk…

*
Marznie.
Wciąż słyszy huk roztrzaskującego się lodowego klina.
Odłamki jeżą się i rozpychają, kalecząc kokon, który przylega do niej, dając wrażenie komfortu.
Ostre odłupki szarpią tak wąską, że niemal niemożliwą do rozdzielenia szczelinę między tu a tam. Bezpiecznym tu i niepotrzebnym tam.
Próżno wyczekuje słońca, które mogłoby stopić zagrożenie. Zminimalizować je i fizycznie unicestwić.
Wstaje i bosymi stopami bada przychylność podłoża. Przesuwa się ku ciepłu i próbuje zasklepić pocięte myśli…

*
Myślała, że właśnie z tym człowiekiem ułoży sobie życie.
Nie był szczególnie urodziwy. Ani nawet wykształcony czy inteligentny. Prawdę mówiąc – był dość prymitywny, miał trudności z czytaniem, nie umiał się wysłowić, ale liczyła, że nadrobi charakterem.
Kiedy później o tym wszystkim myślała, nie potrafiła powiedzieć, czy darzyła go jakimś uczuciem.
Na początku – chyba tak. Może nie wielką miłością, jak z romantycznych komedii, ale – uczciwym przywiązaniem – na pewno.
Tak bardzo pragnęła, żeby im wyszło, że w pierwszych tygodniach nie dostrzegała w jego zachowaniu niczego dziwnego…

*
Ziemia poraża chichotem. Nie jest to nawet chichot, a raczej rzężenie szlachtowanego mięsa. Żywego jeszcze i nieświadomego swojego przeznaczenia, ale instynktem czującego zagładę.
Rozpostartymi rękoma stara się odnaleźć wyjście. Rozgarnia odór strachu i bojaźliwie wychyla się zza zasłony. Węszy czujnie.
Chichot przeradza się w upiorne chrząkanie, więc cofa się przerażona.
Naciąga na głowę sweter i odgradza się od bezskutecznie wypieranych odgłosów tamtego życia…

*
To dlatego nie powiedziała nic, gdy któregoś dnia po prostu został w wynajmowanym przez nią pokoiku, choć nawet nie spytał, czy ona się na to godzi, czy tego chce.
Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że on od kilku tygodni przynosił po kilka swoich rzeczy i upychał w szafkach między jej ubraniami.
Na początku nawet się cieszyła, gdy po powrocie do maleńkiego pokoiku miała do kogo zagadać. Z ochotą brała się za gotowanie. Nie wiedziała, że on tylko bawi się w dom…

*
Jest kwaśno i pleśniawie.
Czuje wybijające na języku liszaje bieli.
Zza okna dochodzą stukania i szurgoty. Agresywne odgłosy oplatają gardło, wpijają się w tchawicę.
Szum lasowanego wapna zabiera tlen. Wypala jątrzące, nigdy nie gojące się piętna.
Kryje się w schłodzonym cieniem kącie. Zwija się w kłębek i próbuje zniknąć. Staje się coraz mniejsza i bardziej okrągła. Wreszcie turla się przez labirynt chaosu i przywiera do przypodłogowej listwy. Rozpłaszcza się i wysycha. Matowieje.
Jest tylko punkcikiem na gruzłowatej ścianie. Jednym z wielu…

*
Wracała z pracy bardzo zmęczona. Zaczęła się przedświąteczna gorączka i całymi dniami była na nogach.
Miała dwie pary butów. Schodzone kozaki, które wielkim głosem wołały choćby o podzelowanie, i bardzo niewygodne czółenka. Niestety, kupno czegoś nowego zmuszona była odłożyć na czas bliżej nieokreślony – odkąd zamieszkali razem, jej niewielka pensyjka musiała wystarczyć na dwoje.
Siąpiło grudniowo – ni to deszczem, ni śniegiem i zanim dotarła do domu, miała zupełnie mokre nogi.
Weszła zziębnięta do pokoju i popatrzyła na niego. Nawet nie drgnął. Również wtedy, gdy z uśmiechem wspomniała, że marzy o gorącej herbacie. Tylko wzruszył ramionami.
I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że jemu wcale nie zależy na wspólnym życiu.
Szybko odgoniła tę myśl i z westchnieniem ruszyła do kuchni…

*
Fetor. Rozlewa się troską uniesionej ręki, palców prześlizgujących się po zlepionych gorączką włosach. Jest nie do zniesienia. Bryzga wspomnieniem tego, o czym chce zapomnieć.
Nie ufa.
Nie wierzy w bezinteresowną czułość.
Zawsze doszukuje się drugiego dna.
I zawsze je odkrywa…

*
Siedziała przy kuchennym stole i połykała łzy. Popłakałaby sobie tak od serca, ale nie mogła przecież robić przedstawienia przed gospodarzami – starszym, sympatycznym małżeństwem, od którego wynajmowała pokój już od dwóch lat.
Z jakimś rozżaleniem lepiła pierogi, wsłuchując się w dochodzący z ich pokoiku ryk telewizora, którego kupno na niej wymusił.
I znowu znajoma myśl o nikczemności świata przemknęła jej przez głowę. Poczuła odrazę. Fizyczną odrazę do tej czarnej codzienności, do niego i do siebie.
A przecież chciała tylko, by potowarzyszył jej w przygotowywaniu wigilijnej kolacji…

*
Tak. To jedna z nielicznych przyjemności.
Włókienka szeleszczą papierowo. Drepcą drożynką kręgosłupa i miękko lądują w zgięciu kolan.
Rozpiera się w nasłonecznionej ekstazie i wdycha aromat rattanowej goryczki. Stopy brodzą w trzmielowej gnuśności i poddają szemraniu liści.
Przeciąga się i dzieli okruszkami uśmiechu z przebiegającą kruszczycą…

*
Na Nowy Rok czekała samotnie, bo on – po awanturze o nic – trzasnął drzwiami i poszedł sobie. Jeszcze przez drzwi słyszała jego wściekłe pomstowania i groźby.
Kilka minut przed północą gospodyni zapukała do niej i – jak rok wcześniej – wspólnie wypili po lampce szampana i obejrzeli noworoczną szopkę.
Długo przewracała się w pustym łóżku, nim wreszcie – rozżalonej – udało się zasnąć…

*
Szelest miętej folii materializuje się suchym trzaskiem popękanych pięt ocierających się o prześcieradło. Wkłuwa się w pacierzowy stos. Dłubie setkami igiełek, wywlekając spiralki z nocyceptorów.
Dół brzucha twardnieje judzącym skowytem. Mięśnie Kegla zaciskają się mimowolnie.
Tkwi w bezruchu i bezskutecznie opędza się od kąsających projekcji. Czaszkę rozsadzają sześciany skondensowanego ciśnienia. Powietrze węźli się w płucach i wytłacza na ciele ropieniami.
Napina się, rozwiera zaciśnięte szczęki i chlusta decybelami zniechęcenia…

*
Zjawił się po dwóch tygodniach – brudny, śmierdzący.
Czekała na przeprosiny. Jeszcze tliła się w niej resztka nadziei, że jest takim człowiekiem, jakim go wymyśliła. On jednak nie czuł się winny. W jego mniemaniu wszystko było w najlepszym porządku.
Ale – nie było.
Kiedy zniknął, by ją ukarać za sprzeciw – paradoksalnie – dał jej czas na ochłonięcie i chłodną kalkulację. Spędzając samotnie wieczory, doceniła nagle spokój i beztroskę. Przypomniała sobie swoje życie sprzed tego z nim. Rozważyła zalegającą wokół pustkę i doszła do wniosku, że wcześniej była szczęśliwsza. Nie – szczęśliwa, ale właśnie – szczęśliwsza…

*
Słono. Słodko.
Wionie fermentem i prowokuje ślinotok.
Porusza się jak w zawiesinie wyprodukowanej przez przysychające w wazonie kwiaty, błotnistej i ciemnej.
Sama już nie wie, czy ruchy jej ramion bardziej przypominają pływanie czy latanie. Są chaosem. Krzykiem rozpaczy we wchłaniającym ją bezładzie. Szamoce się, grzęznąc coraz bardziej. Opada z sił.
Ratunek nadchodzi niespodziewanie. Łagodnym głosem, który nie kojarzy jej się zupełnie z niczym. Jest cudownie obcy.
Wczepia się w niego i milimetr po milimetrze wyczołguje z suspensji…

*
W milczeniu patrzyła, jak miotał się po ich niewielkiej przestrzeni. Nie takiego oczekiwał przyjęcia. Do tej pory ilekroć strzelał fochy i trzaskał drzwiami, czekała na jego powrót i z biciem serca reagowała na każdy szmer na klatce schodowej.
A kiedy raczył powrócić – wybaczała mu chamstwo i prymitywizm, choć zdawała sobie sprawę, że nią manipuluje.
Ale – nie tamtym razem.
Gdy, złachmaniony, przysiadł obok i zionął na nią zapachem ojca, wstała i odwróciła się do niego plecami.
Patrzyła w okno i wsłuchiwała w odgłosy szarpaniny. Postanowiła nie reagować na obelgi i chamstwa.

*
Skroplona woń traw osiada na włosach. Mości się między żyłkami, mieni dyfuzją odbić. Skrzy w oparach oddychającej ziemi. Na płatkach świtu przysiada zagubione echo nocy i przydrzemuje – rozleniwione.
Boi się poruszyć, by nie spłoszyć cykania roznoszącej ją, niczym nieuzasadnionej radości. Mgiełka oczekiwania opatula ją opalową przychylnością.
Nakrywa się seledynowym niebem i zamiera na kilka szczęśliwych bezdechów…

*
Widząc, że niczego nie wskóra, zaczął – jak wiele już razy – manifestację z pakowaniem.
Słyszała skrzyp drzwiczek i odgłos wyrzucanych wprost na podłogę ubrań.
Odgłos wściekłego walenia torbą o podłogę uprzytomnił jej, że skończył.
Odwróciła się i podeszła do niego, wyjmując mu z rąk pękatą reklamówkę. Z sadystyczną skrupulatnością wyjęła wszystkie ubrania, które nie należały do niego, a które przywłaszczał sobie bez pytania ją o zgodę i odłożyła na osobny stosik. A potem podała mu niewielki tłumoczek i wyciągnęła rękę, rzucając zdawkowo „Klucze!”.
Myślała, że ją uderzy.
Długo dźwięczał jej w uszach huk zatrzaśniętych drzwi…

*
Jak z wiklinowego kosza wysypują się z niej okruchy zapomnianego. Próbuje zebrać je i ponownie przesypać w miejsce, które im przeznaczyła.
Buntują się i rozsiewają bólem. Wie, że to dobry ból. Taki, który po wielkim wysiłku rozszarpuje spracowane ręce, albo rozdziera trzewia po podjęciu trudnej decyzji.
Waha się i ta chwila wystarcza, by wspomnienia umknęły i znikły na zawsze, złaknione wolności. Wreszcie niezależne…

*
Wyciszała się powoli. Tym trudniej jej to przychodziło, że nękał ją.
Wydzwaniał o najróżniejszych porach i wysyłał smsy, w których na przemian – groził i deklarował wielką miłość. Naduszał w środku nocy wszystkie guziki domofonu i uciekał jak gówniarz. Czasami udało mu się wejść na klatkę. Walił wtedy pięściami w ich drzwi i kopał, a rano zastawała go śpiącego na wycieraczce.
Bywało też, że potykała się o niego, skulonego pod trawnikowym żywopłotem.
Przetrwała to z pomocą gospodarzy, którzy cierpliwie znosili jego ekscesy i ani słyszeć chcieli o jej wyprowadzce…

*
Pioruny wybijają w kościanej skorupie mikroskopijne otworki. To nie do zniesienia. Jak stukot cieniutkich obcasów biegającej piętro wyżej rozzłoszczonej kobiety.
Łup! Łup!
Miarowy łomot rzeźbi kanaliki, zasypując świat miałkimi strużynami, niczym rysunkami na odwalonej korze obumarłych dawno drzew.
Zaplątuje się w te pobrużdżone korytarze, dziergające się krwawo na skroniach po wewnętrznej stronie czaszki…

*
W końcu doczekała przecież chwili, gdy dostała kredyt i udało jej się kupić okazyjnie maleńką kawalerkę. Wyprowadziła się na drugi koniec miasta, zmieniła numer komórki, a szefowa poszła jej na rękę i pozwoliła odejść przed końcem umowy. Może też miała dość idioty, który dwa razy wybił wystawowe okno.
I kiedy wszystko się stabilizowało, hultajskie przeznaczenie znowu ją dopadło – straciła pracę.
To wtedy poszła do szkutniczego i w akcie desperacji kupiła trzy metry linki…

*
Uśmiech przesyca goryczka świeżego tymianku.
Chyba naprawdę wciąż jeszcze w to wierzy. Że tymiankowe łodyżki usuwają przykry oddech i wybielają zęby.
Ta myśl rozsłonecznia ją od środka. Sprawia, że przez chwilę może znowu poczuć się jak trochę nieznośny chochlik. Małe leśne licho, puszczające zajączki rozdokazywanym wiewiórkom. Albo podkradające myszkom zapasy.
Nie wie, skąd w niej nagle takie infantylne skojarzenia. Nie pamięta.
Właściwie nie umie pamiętać. Dobrego. Podłe wplecione jest chyba w łańcuch jej DNA…

*
Kiedy stary zydelek rozjechał się, nim zdążyła włożyć głowę w pętlę, długo siedziała na podłodze i płakała, rozmasowując zbite kolano. Trochę z bólu, bardziej z żalu nad sobą.
Te łzy były jej potrzebne. Wstała wreszcie, odwiązała sznur od żyrandolowego haka i razem z połamanym stołkiem wyniosła na śmietnik.
Następnego dnia zaczęła się rozglądać za nowym zajęciem…

*
Żaby grają w zielone. Rzekotki rechoczą. Rechotki rzekoczą.
Łapie się na tej myśli i uśmiecha, bo buczenie nasila się.
Przechyla głowę i nadziewa się na własne, twarde ramię. Jest kościste – to prawda. Ale także muślinowo-delikatne i pachnące fiołkami.
Słyszy, jak wstęgi falistego zapachu omotują każdy skrawek przestrzeni. Czuje ich muśnięcia na przegubach rąk i przypomina sobie dziecięcą zabawę w ciuciubabkę.
Nie wie – czemu akurat tę…

*
Nie był to szczyt jej oczekiwań, ale nie wybrzydzała – musiała spłacać raty i z czegoś żyć.
Była jeszcze młoda i czasami marzył jej się prawdziwy dom. Taki z zapachem obiadu i dziecięcych ciuszków.
Miłość nie chciała jakoś nadejść, ale koleżanka namówiła ją na podjęcie studiów. Wybrała sobie jeden z dostępnych na rodzimej uczelni kierunków i systematycznie uczęszczała na zajęcia co drugi weekend. Ta sama koleżanka podpowiedziała jej, jak zdobyć dofinansowanie w miejscu pracy…

*
Kaszmirowy chłód nocy cukrzy się między oknami. Wybucha kaskadą obietnic i osiada statecznie niespełnieniem.
Spaceruje wśród porcelanowych szczęknięć. Poranione nadzieje szczerzą się i zgrzytają niczym ziarenka wszędobylskiego plażowego piasku.
Przystaje i strząsa z siebie pomrok smutku. Przywabia klekot kastanietów i wprawia się w konwulsyjne drgania…

*
Pięć lat. Pięć długich, żmudnych lat. Zarywanych nocy. Zniechęcenia i nadziei.
Początkowo szło jej bardzo ciężko – odzwyczajony mózg nie chciał przyswajać wiedzy, zapamiętywać nowych informacji. Tysiące razy była o krok od rzucenia wszystkiego, poddania się.
Nadszedł przecież dzień obron. Z duszą na ramieniu zasiadła przed komisją.
I odebrała wreszcie ten swój upragniony, pachnący świeżą drukarską farbą dyplom.
Cieszyła się jak dziecko i czuła, że nic nie będzie w stanie zgasić tej radości…

*
Kwadrat czarnoziemu rozdzwania się śmiechem elfów. Filigranowe dzbanki uderzają o siebie. Rozpryskują się kreskami konwaliowego nektaru.
Parska przesłodzoną wonią i chowa jej nadmiar za pazuchę. W upojeniu nie czuje ciernistych pnączy czepiających się łydek.
Odchodzi, znacząc powrót karminowym granulatem…

*
Może to była kara. Za dumę, za drobinki szczęścia.
Następnego dnia biegła do pracy jak na skrzydłach. Chciało się jej śpiewać i tańczyć. Promieniała. I pierwszy raz doświadczyła tego cudownego przeczucia, że odtąd będzie już tylko lepiej.
Rozpierała ją energia i miała wrażenie, że wszystko wokół jaśnieje niezwykłym blaskiem. Jakby ponura rzeczywistość zaraziła się od niej radością i czerpała z niej tę radość pełnymi garściami. A im więcej szczęścia przenikało na zewnątrz – tym więcej kluło się go w niej.
Wystarczyło kilka słów. Zdanie. Jedno ociekające jadem zdanie zawistnej dyrektorki…
„Lepiej się myje schody z magistrem?” – usłyszała i te urągliwe słowa od razu umościły się między krwawą smugą z białej nawleczki a sino-bladą, obrzmiałą twarzą ciotki leżącej na Internie…

*
Refleksy na skórze perlą się lepkim smakiem. Ligandy wełny uprawomocniają zastygłe na sosnowej korze krople. Przełamują blask żywiczną konsystencją. Prześwitują w zaprasowaniach.
Kadrują fałdy żalu.
Owija się szczelniej, odcinając dostęp lodowatej obojętności. Chwyta rąbek szala i zaczyna wirować, pozwalając sobie na zwiewność dmuchawców…

*
Pojechała tam. Sama nie wiedziała, jaki impuls kazał jej wrócić.
Dom stał ciągle, niezmieniony. Nawet ściany nie pociemniały przez te lata – wciąż straszyły buro-miętową bladością.
Idąc na górę, złapała się na bezwiednym liczeniu stopni. Uśmiechnęła się gorzko, bo nagle znowu poczuła się jak tamta dziewczynka – mała i bezbronna.
Klucz pasował, weszła więc do ciemnego przedpokoju. Chodnik tłumił kroki. Uchyliła drzwi i instynktownie cofnęła się pod ciężarem tłustego papierosowego dymu…

*
Zmierzch drażni wonią roztopionego śniegu. Szatkuje mrok ostrzami popłochu.
Ubłocone szarfy wgniatają w horyzont oczekiwanie. Zalążki rozgoryczenia wpełzają w ciszę. Ciężka kotara nie chce się unieść. Nie łopoce nawet. Po prostu zwisa bezwładnie, potęgując przygnębiające wrażenie.
Bezwiednie tropi ślady własnych stóp. Gdy tak krąży po ciasnym pomieszczeniu, nie może oprzeć się wrażeniu, że jest tylko przerażonym, zamkniętym w klatce zwierzęciem…

*
Ojciec siedział przy stole. Wyglądał jak żywy trup – wychudły, poczerniały. Gdyby nie unosząca się podkoszulka, pomyślałaby, że jest martwy.
Dała krok do przodu i zatrzymała się nagle. Opanowała ją chęć ucieczki i już zamierzała się wycofać, gdy ojciec uniósł głowę.
Spojrzał na nią i zbladł. Nieznośnie powolnym ruchem uniósł do góry rękę i machnął nią, jakby chciał rozgonić kłęby dymu, albo – niechciane widziadło.
A potem wychrypiał coś.
„Anna!”.
To nie było jej imię.
Nazwał ją imieniem mamy…

*
Gładź kipi w przełyku. Jest w niej coś oślizłego, jak w lnianym kisielu. Zamiast spodziewanej ulgi powoduje spazm wstrętu. Rośnie. Mnoży się. Pączkuje.
Wydaje jej się, że lada chwila maziaja rozrośnie się brzuchatymi kluskami, i, przytłoczona anatomiczną ciasnotą, zechce wypłynąć.
Przegina się do tyłu i trzask nienawykłego do takich akrobacji kośćca przeraża ją bardziej niż wywróżona śmierć przez zadławienie.
Realne zagrożenie przegania to wymyślone.
Powoli wraca do pionu, próbując na dobre przepłoszyć panikę…

*
To ją odczarowało. Minęła wychudłą postać i ruszyła w kierunku komódki. Otworzyła szufladę, która kiedyś należała do niej. Była pewna, że wciąż są tam jej rzeczy. Nie pomyliła się. Na samym wierzchu leżał wypłowiały, ząbkowany kartonik. Sięgnęła po niego i nie mogła oprzeć się pokusie, by nie zerknąć. Twarz na zdjęciu była identyczna z tą, którą nosiła tyle lat w pamięci. Zgadzał się każdy szczegół, kreska. Nawet – przetarcia i ciemne krostki słonej wilgoci.
Spojrzała na ojca. Wyglądał, jakby właśnie w tej chwili ją rozpoznał…

*
Są wszędzie. Tupotu małych odnóży nie wytłumia puszystość podłoża. Czają się w każdym kącie ze zjeżonymi wolą walki odwłokami i czyhają na odpowiednią okazję. Wybujałą kosmatością zarysowują porowate ściany, a zgrzyt twardej szczeciny odbija się echem od nielicznych sprzętów.
Unosi wysoko nogi. Zastanawia się, jak długo wytrzyma w takim zawieszeniu. Przeczuwa, że dawno niehartowane mięśnie zwiotczeją szybciej niż by sobie życzyła.
Zbiera się w sobie i ostatkiem sił daje susa w sam środek zagrożenia. Podskakuje miarowo, hałasem próbując odesłać je w tam…

*
Podeszła do niego i podetknęła mu pod nos tekturkę. Cofnął się i obnażył zęby. Wyglądał jak zdziczały pies – sponiewierany, ale zdolny zaatakować, jeśli wyczuje choć gram zagrożenia.
Przestraszyła się, ale nie zabrała ręki. Wpatrywała się w niego, czekając, by uniósł głowę i też na nią spojrzał. Wreszcie wyłapała ledwo dostrzegalny ruch głowy. Czekała cierpliwie, a gdy ich oczy się spotkały, zadała to jedno jedyne pytanie, które zadać tu przyszła.
Na słowo „grób” wstrząsnął się mimowolnie i umknął w siebie. Jakby nie zrozumiał. Albo – nie chciał zrozumieć pytania…

*
Sprasowana cierpkość wędzonej papryki przeziera przez szklane ścianki. Kulkuje się ziarnkami gorczycy, rozwarstwia krążkami cukinii. Nurza się w kipieli o konsystencji pitnego miodu. Dudni bąbelkami powietrza i kaskadami zgęstniałego dymu.
Pozwala wytrysnąć fontannie piklowego smaku.
Wsłuchuje się w melodyjne chrupanie, któremu rytm poddają jej własne szczęki. Z niedającą się wysłowić przyjemnością przeciąga w nieskończoność misterium przeżuwania…

*
Tkwił tak, zaciskając i rozkurczając pięści, a ścięgna na wychudłych rękach pulsowały jak struny pod zwinnymi palcami harfistki.
A potem spiął się w sobie, stwardniał. Ponownie uniósł głowę, dźgając przestrzeń przed sobą trójkątnym podbródkiem. Wyciągnął cherlawe ramię i pstryknął w fotografię.
I nagle zaczął się śmiać. Dźwięk wydobywający się z jego gardła był tak nieludzki, że zrobiła dwa kroki w tył…

*
Poziomkowe kląskania słowika odbijają się od membrany otwartego okna.
Słyszy świst ciętej skalpelem kodury. Słowiczy świergot wpada do pokoju i – zdezorientowany – ląduje jej na kolanach.
Próbuje złapać ten poświst, ujarzmić go, utoczyć z niego kulę, uklepać sześcian.
Nieważny. Kształt jest nieważny.
Pragnie po prostu czuć tę miękkość nastroszoną niby kępka mchu…

*
Obezwładnił ją ten kwik pozbawiony radości.
Urwał się tak samo nagle, jak się pojawił.
I wtedy usłyszała trzy przesączone nienawiścią słowa „Nie umarła. Uciekła.”.
I w tym momencie zdecydowała zamknąć oczy na ten kłamliwy świat…

*
Eksplozja.
Wszystko eksploduje tęczowym widmem. Każdemu smakowi, dźwiękowi i kształtowi, każdej woni i fakturze przyporządkowany jest kolor.
Wdziera się pod zaciśnięte powieki i poraża – tonem, jasnością, nasyceniem.
Właściwie sama już nie wie, co jest prawdą, a co projekcją wspomnień. Nie umie powiedzieć, czy pozwala oczom zobaczyć od nowa, czy tylko przypomina widziane kiedyś.
I nagle dociera do niej, że w zasadzie – nie ma to najmniejszego znaczenia.
Że naprawdę ważna jest tylko ona sama…

Obrazki. Mamusia.

Wszedł do mieszkania.
Był wściekły, ponieważ Jakubik znowu przypisał sobie całą zasługę i dostał premię, a jemu pozostało wysłuchiwanie reprymendy. Nawet nie próbował niczego tłumaczyć – szef pałał do gnojka jakąś chorą sympatią i uważał go za cudotwórcę.
W umyśle Karola powoli krystalizowała się myśl o odejściu. Już nawet rozpoczął wstępne rozmowy z konkurencyjną firmą. Był dobrym fachowcem i wcale nie musiał wyrabiać się na innych. Rzecz w tym, że do końca roku zostały jeszcze trzy miesiące i musiał jakoś dotrwać, bo odstąpienie od umowy nie byłoby dla niego zbyt korzystne.
Zanim wszedł do pokoju, zajrzał do kuchni i wyjął z lodówki piwo. Z puszką w ręce wkroczył do pomieszczenia, które nazywali szumnie salonem, chociaż był to zwykły duży pokój.
Nim jeszcze zapadł się w swoim ulubionym fotelu, wyczuł ten specyficzny zapach – mieszankę kamfory i naftaliny. Spojrzał na Alicję, która udawała, że ogląda jakiś ogłupiający talk-show.
Jego fotel okupowała mamusia.
– Jak się masz, Karolku! – zawołała i uśmiechnęła się pomarszczoną twarzą.
– O! Karol! Nie usłyszałam, kiedy wszedłeś… – skłamała Alicja, a na jego pytające spojrzenie dodała:
– Parę dni temu mamusia zapowiedziała swój przyjazd. Zapomniałam ci powiedzieć…
– Zapomniałaś… – mruknął. I dodał, trochę złośliwie, trochę jednak z nadzieją:
– Chciało się mamusi jechać taki kawał na te parę dni?
– Ależ Karolku! Kto by jechał dziewięć godzin na parę dni? – zaszczebiotała i zaśmiała się dźwięcznie.
Bardzo dźwięcznie. Mimo, że była dość drobnej postury, miała głos, który u mężczyzny można by określić jako głęboki bas.
– Alunia zaprosiła mnie na trochę…
– Na trochę? – Karol zawiesił głos, patrząc pytająco na Alicję, ale ta unikała jego wzroku.
– Ach! Karolku! – wykrzyknęła naraz jego teściowa.
Było to tak niespodziewane, że omal nie wypuścił puszki, którą właśnie otwierał, rozglądając się przy okazji, gdzie by tu przysiąść, bo eleganckie krzesełka kompletnie się do tego nie nadawały.
– Wyrzuć to! Natychmiast to wyrzuć! Alkohol to dzieło szatana! A już piwo jest najgorsze! Czy ty wiesz, co pół szklanki tego paskudztwa czyni z twoją wątrobą?
Mamusia sposobiła się chyba do dłuższego wykładu. Na szczęście Alicja podniosła się ze swego miejsca.
– Pora na kolację – mruknęła i poszła do kuchni. Pospiesznie ruszył za nią.
– Przepraszam – powiedziała ściszonym głosem. – Po prostu zjawiła się dziś z walizką. Podobno pokłóciła się z Rafałem i odeszła. Co miałam zrobić? Ona naprawdę nie ma dokąd pójść – dodała żałośnie.
Karol sapnął.
Rafał był starszym bratem Alicji. Mieszkał w rodzinnym domu wraz z żoną i czwórką dzieci. I z mamusią.
– Ok. Mam nadzieję, że nie zabawi tu długo…
– Nie bądź okrutny – Alicja popatrzyła na niego ze smutkiem.
Sapnął jeszcze głośniej, łyknął piwa i powiedział:
– Zgoda. Po kolacji rozłożę jej landarę w małym pokoju.
Alicja żachnęła się.
– Żartujesz? Przecież nie położymy starszej kobiety na połamanym łóżku…
– To kto ma na nim spać? – zapytał głupio.

Posiłek upłynął niemal bez zgrzytów.
Wyjąwszy odebranie mu chleba, keczupu i soli, mamusia zachowywała się całkiem znośnie. Nie miał zresztą siły na dyskusje – ledwo mógł oddychać, wtłoczony w dizajnerski fotelik, który nie tylko był ciasny, ale zmuszał do ciągłej uwagi, by nie wywinąć orła – karkołomny kształt uzyskano kosztem prawidłowego wyważenia.
Po kolacji pomógł Alicji posprzątać i stwierdziwszy, że z ulubionego programu popularno-naukowego – mamusia oglądała jakiś gniot o miłości – nici, ze smętną miną udał się do drugiego pokoju.
Była to właściwie klitka dwa na trzy, z pojedynczym oknem, w której całą niemal przestrzeń zajmowała połamana amerykanka i stoliczek z lampką.
Karol jakiś czas walczył z zepsutym meblem. Gdy udało mu się go wreszcie rozłożyć, był tak zmęczony, że zrzucił ubranie i poszedł spać.
Zbudził go judzący, bliżej nieokreślony ból w okolicach lędźwi. Otworzył oczy i trwało chwilę, nim poznał miejsce, w którym się znajduje. Namacał ostrożnie włącznik lampki, rozejrzał się w poszukiwaniu przyczyny bólu i ze zdumieniem zauważył, że jego ciało znajduje się w dziwacznej pozycji. Miał wrażenie, że z tyłu, nad zgięciem kolan i pod łopatki wbijają mu się dwa poprzeczne, rozżarzone pręty.
No tak. Amerykanka nie wytrzymała jego ciężaru i zapadła się.
Starając się robić jak najmniej hałasu, wyplątał się z pościeli i próbował naprędce naprawić łóżko. Po godzinie – zrezygnował. Przeniósł pościel na podłogę i – skulony między stolikiem a drzwiami – zasnął.

Rano ledwo dał radę wstać – bolała go każda kosteczka. Na palcach – żeby nie zbudzić Alicji – przemknął do łazienki.
Ku jego zdumieniu drzwi były zamknięte, a z wnętrza dochodziły podejrzane pluskania i tubalne przyśpiewywanie.
Zrozumiał – mamusia brała kąpiel. Niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, chwilę postał pod drzwiami. Wreszcie – zniechęcony – poszedł do kuchni i zrobił sobie kawę. Był wściekły, a pełny pęcherz nie polepszał sprawy.
Wreszcie usłyszał, że mamusia raczyła wyjść z łazienki i pobiegł wziąć prysznic.
Odświeżony, już w nieco lepszym humorze wszedł do kuchni i sięgnął po kawę. Upił łyk i omal się nie zadławił.
Mamusia zastała go charczącego nad kuchennym zlewem.
– Dzień dobry, Karolku – uśmiechnęła się radośnie. – O! Widzę, że wypiłeś piołunek! – rozpromieniła się. – Alicja mówiła mi, że masz problemy żołądkowe, a uwierz mi, że nie ma nic lepszego od piołunku na czczo. Cieszę się, że przyjechałam. We dwie postawimy cię na nogi…
Nie miał już czasu na dyskusję, przełknął więc cisnące mu się na usta słowa i – porywając płaszcz i kluczyki – wybiegł z domu.

Po powrocie już od progu poczuł smakowitą woń. Uśmiechnął się. Miał dziś przepełniony zajęciami dzień, wypił tylko kawę i był potwornie głodny.
Rozebrał się, umył ręce i wszedł do salonu. Mamusia siedziała w jego fotelu i pochłaniała solidnego schaboszczaka z ziemniakami i mizerią.
Pocałował w policzek Alicję i apatycznie zasiadł w krzesełku.
Alicja przyniosła mu obiad. Nie patrząc, wziął kęs do ust i natychmiast wypluł paskudztwo na talerz. Obie spojrzały na niego karcąco, przy czym zwiędłe usta mamusi wygięły się w podkówkę. Poczuł się jak w przedszkolu. W jego sercu zakiełkowało coś w rodzaju zawstydzenia, co bardzo go rozzłościło. Nie dając jednak niczego po sobie poznać, spojrzał pytająco na Alicję. Ta zerknęła na mamusię i zrobiła błagalną minę.
– Przepraszam – powiedział, a widząc, że wygięte usta nie zmieniają wyrazu, dodał:
– Po prostu nie spodziewałem się… Co to jest? – spytał ostrożnie, przyglądając się potrawie, która zarówno z wyglądu, jak i w smaku przypominała mech.
– Porosty tybetańskie – zahuczała mamusia.
– A to blade? – dźgnął nieufnie widelcem jasną papkę.
– Piure z soczewicy – znów wyjaśniła z dumą mamusia.
Widząc panikę w oczach Alicji, zjadł wszystko do ostatniej drobiny, wdychając aromat wieprzowiny, którą raczyły się jego współbiesiadniczki.
Było piątkowe popołudnie i liczył, że zdoła zabić ohydny smak mamusinych specjałów podczas cotygodniowej kolacji w ich ulubionej restauracyjce.
Rozczarował się.
Alicja oznajmiła, że nie mogą zostawić mamusi samej. Mimo, że obie patrzyły na niego wyczekująco, nie zaproponował, by poszli we troje.
Wieczór upłynął im na oglądaniu powtórek telenowel i filmów o miłości, bo mamusia odnalazła kanał Tele-Love. Karol nie miał pojęcia, że był w pakiecie.
Właściwie cały ten czas pocieszała go jedna myśl – że przed spoczynkiem wypije sobie zimne piwo i zapali papierosa.
Niestety, kiedy po szybkim prysznicu zajrzał do lodówki, okazało się, że puszki z niej zniknęły. Paczka i popielniczka z kuchennego parapetu – również. Chciał nawet zapytać, co się z nimi stało, ale z ciemnego salonu dochodził już spokojny oddech Alicji i niskie pomrukiwania mamusi.

Karol był ugodowym człowiekiem. Nie chcąc robić przykrości żonie – zaczął wymykać się z domu wczesnym rankiem.
W napotkanym śmietniku pozbywał się przyszykowanego przez mamusię energetycznego jedzonka, składającego się z listków sałaty, rukoli i jakichś ziaren, po czym udawał się do baru szybkiej obsługi. Tam wypijał podwójną kawę i zjadał pożywne śniadanie. Następnie w pobliskim parku wypalał pół paczki papierosów i, lepiej już usposobiony, jechał do firmy.
Zaczął też wracać później do domu, tłumacząc się Alicji nawałem pracy. Tak naprawdę chciał po prostu zjeść normalną kolację.
Powoli godził się z myślą, że mamusia nie opuści ich tak szybko. Przyzwyczaił się nawet do samotnego spania na podłodze.

Tego dnia była szósta rocznica ich ślubu i Karol zjawił się w domu dużo wcześniej. Jak się okazało, miało to swoje – dość nieoczekiwane skutki.
Wszedł do przedpokoju i – zza wielkiego bukietu róż – nie dostrzegł niedbale rozrzuconych pantofli mamusi. Potknął się o nie i przekoziołkował przez cały korytarz.
Kiedy się ocknął – leżał w salonie we własnym łóżku, a młody sympatyczny doktor kończył zakładanie gipsu.
Nad Karolem pochylała się bardzo zdenerwowana Alicja. Rozejrzał się i dostrzegł skuloną na disajnerskim krzesełku mamusię. Z niedowierzaniem spojrzał na ciemny ekran telewizora i namacał pod ręką pilota.
Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że Alicja nie ma najmniejszego pojęcia, co było przyczyną wypadku, a mamusi bardzo zależy na tym, by w tej nieświadomości pozostała.
I tu Karol wyczuł swoją szansę.

Z dnia na dzień wszystko wróciło do stanu sprzed wizyty. Karol nie tylko odzyskał swoje łóżko i fotel, ale także zaczął znowu normalnie jadać.
Nawet, gdy już mógł przy pomocy laski poruszać się o własnych siłach, mamusia schodziła mu z drogi.
Zbliżał się koniec roku. Ponieważ Karol nie miał szans na samodzielne wyjście z domu, szef – który pod nieobecność Karola poznał się wreszcie na Jakubiku – parę razy przysłał mu do domu jakąś siuśmajtkę, by ten pomógł jej z dokumentacją. Nie wiedzieć czemu, Alicja bardzo dziewczęcia nie polubiła. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że jest zazdrosna i bardzo mu to pochlebiło.

Któregoś dnia Alicja wyszła do miasta, a mamusia do kościoła. Dzwonek do drzwi trochę go zdziwił, a kiedy w drzwiach zobaczył smarkulę, nie był zbyt zadowolony. Miał nadzieję, że uda mu się załatwić wszystko, nim wrócą Alicja i mamusia.
Praca szła im dobrze i właściwie skończyli, kiedy usłyszał trzask wejściowych drzwi.
Chytry wzrok mamusi powiedział mu, że nie szykuje się nic dobrego.
Rzeczywiście.
Ledwo współpracownica znikła, mamusia oznajmiła:
– Widziałam.
– Co mamusia widziała? – spytał naiwnie Karol, ale zadrżał.
– Widziałam, jak gziłeś się z tą smarkulą – oznajmiła.
– No co mamusia? – próbował protestować Karol, chociaż czuł, że to beznadziejne. Może umiałby wszystko wyjaśnić Alicji, gdyby nie była zazdrosna o tę właśnie dziewczynę. A tak…
Mamusia popatrzyła na niego wymownie, a on potulnie podał jej pilota, podniósł się z fotela i z rezygnacją pokuśtykał w kierunku dizajnerskiego krzesełka…

Obrazki. Leszczyna.

Kusiła. Odkąd tylko Łukasz pamiętał, ta samotna, rozłożysta leszczyna, rosnąca na środku pola sąsiada kusiła wszystkich chłopaków. Ale mało który ryzykował wyprawę po orzechy, bo stary Karwat nogi miał dobre, a jego psy – ostre zęby. Ludzie powiadali, że specjalnie żreć im nie daje, żeby były wredne.

I były. Łukasz pamięta, jak kiedyś wygryzły mu dziurę w spodniach, a i czterech liter nie oszczędziły. Dwa tygodnie nie mógł potem na lewej stronie siadać. A z tydzień w ogóle na kucaka jadał, bo ojciec takie pranie mu za złodziejstwo sprawił, że szkoda gadać. Żeby chociaż jeszcze było za co. Ale Łukasz nawet do tej leszczyny nie doszedł. Tak prawdę mówiąc, to ledwo parę kroków w zbożu zrobił, a już go te kosmate bestie opadły.

Takich pokąsanych i obitych amatorów znalazłoby się we wsi sporo. Najgorsze było to, że Karwat ani myślał sam te orzechy zbierać. Co roku wszystko się marnowało! A co by mu szkodziło, jakby sobie chłopaki trochę pojedli? Nieużyty był i tyle!
Ile to razy przemyśliwali, jak by tu starego przechytrzyć i do tych smakowitości się dobrać. I tak go podchodzili i siak, ale zawsze – bez powodzenia.

Jednak najbardziej ich rozwścieczyło, jak raz zobaczyli, że jakaś smarkula się koło ich leszczyny kręci. Mała była i chuda i ledwo do niższych gałęzi dosięgała. Zrywała sobie te orzechy jakby nigdy nic! Pobiegli wtedy pod obejście i wypatrzyli, że Karwat te swoje paskudy mocno przy sobie trzyma. No to złość ich jeszcze straszniejsza wzięła i postanowili się ze smarkatą rozprawić, jak spod tego drzewa już na drogę wyjdzie.
No, wybić ją chcieli i orzechy odebrać.
Zaczaili się za łanem i czekali. Długo czekali. Aż wreszcie któryś poleciał sprawdzić i okazało się, że małej już tam wcale nie ma.

Ale – co się odwlekło, to nie uciekło!
Jak szkoła nastała, to pierwszy ją Krzysiek wypatrzył. Potem już i inni poznali. Po warkoczach takich śmiesznych, od samej góry plecionych. Tu żadna dziewczynka tak się nie czesała. No to Grzesiek podbiegł i ją za te warkocze jak za lejce pociągnął. Mocno. I jeszcze „wio!” zawołał. Musiało ją zaboleć, bo skrzywiła się jak do płaczu, ale szybko się opanowała i tylko popatrzyła na Grześka przez ramię. I zaraz ją dziewczynki zasłoniły, a ta ruda Jaśka, co większa nawet od niektórych chłopaków była, wyskoczyła do przodu i tak Grześkowi w zęby dała, że aż się zatoczył. Pięknym sierpowym go załatwiła! Z Jaśką to nikt nie zadzierał, bo siedmiu braci starszych miała i bić się musiała nauczyć, żeby jej na głowę nie wleźli.
To i Grzesiek tylko krwią splunął i zrejterował. Ale przed Jaśką – nie wstyd było.

Chłopaki, widząc, że z dziewczynami nie wygrają, postanowili tymczasem odpuścić.
Tym bardziej, że już i pani ich do klasy wołała i wiedzieli, że jak coś teraz zrobią, to któraś na pewno z twarzą poleci. A głupio tak było od pierwszego dnia podpadać…
No i szybko okazało się, że ta mała w ich klasie zostanie, choć nikt i nie pomyślał, że taka mizerota w ich wieku może być. I buzię jakąś dziecinną miała.
Pani powiedziała, że to Karwata wnuczka jest, i że na imię ma Emilka. No to Grzesiek zaraz się zaśmiał szatańsko i zawołał: „Emilka – piłka!”, ale jak Jaśka na niego łypnęła, to tylko się skulił i śmiech w nim zamarł. Łukasz wtedy pierwszy raz widział, co to jest takie śmiechu zamarcie.
Emilka tymczasem usiadła z Anulką, w ławce przed nim i Krzyśkiem.

Cicha ta Emilka była i taka jakby trochę przestraszona. W kłótnie się wdawać nie chciała i zawsze trochę z boku stawała. Do chłopaków to w ogóle się nie odzywała niepytana, ale jak któryś o ołówek poprosił albo o kartkę, to zawsze pożyczyła.
Na początku jej chłopaki różne żarty próbowali robić, ale jak zobaczyli, że ona skarżyć nie chodzi, to trochę przestali. Co nie znaczy, że jej te orzechy darowali.
Zemsta musiała być i kropka!
Tylko okazji trzeba było wyczekać.

A ta nadarzyła się dopiero pod Boże Narodzenie.
Wolne już ze szkoły mieli. Matki z domu przepędzały, że niby przeszkadzają tylko, to i włóczyli się całą bandą po okolicy. No… rozrabiali trochę, ale nie za bardzo.
Ot, starej Matuszkowej chałupę śnieżkami obrzucili, ale jak wyleciała z wrzaskiem, to uciekli.
Później do tej młodej, co tu tylko z dzieciakiem bez męża przyjechała, na ogródek pobiegli i bałwana rozwalili. Bez żadnej złej myśli – dla draki tylko. I znowu zwiewać musieli, bo nie wiedzieli, że ten mały Maciuś w ogródku jest i że tak się rozryczy. Śmiali się pół drogi z tego beku.
A potem jeszcze do komórki z drzewem u listonosza Więcka się zakradli. Grzesiek jeden klinik wyciągnął i się wszystko posypało na podwórko. No to też śmiesznie było.
Wreszcie im się te psoty znudziły i wtedy Darek wpadł na pomysł, żeby na Księży Staw iść. Trochę się wahali, bo jak ktoś by ich złapał, to lańsko murowane, ale…

Na Stawie lód już był. Nawet gruby dosyć, więc wleźli. Nie za daleko, żeby się nie wykąpać… jak by co. Przy brzegu ślizgawkę sobie zrobili i jeździli na butach. A potem zawody urządzili – kto dalej na jednej nodze dojedzie…
I wtedy Łukasz ją zobaczył. Emilkę. Po czapce ją poznał i po kożuszku jasnym. Szła dróżką przy Stawie i tak śmiesznie nogi przesuwała. Ostrożnie. Jakby się bała, że upadnie.

Łukasz to by jej nawet już te orzechy darował, bo wcale taka zła nie była, ale ją i inne chłopaki wypatrzyły i – Grzesiek chyba – zawołał: „Chłopaki! Orzechy!”.
I puścił się biegiem na przełaj. Za nim reszta pobiegła. To i Łukasz – też. Tyle, że buty miał śliskie, więc trochę zmarudził i kiedy już dobiegł, oni właśnie naokoło Emilki biegali i wrzeszczeli. A ona stała pośrodku i nie bardzo rozumiała, co się dzieje. Tylko ręce do uszu podniosła i oczy zamknęła.
Może, żeby się poruszyła, albo i krzyknęła – chłopaki by odstąpili. Może, żeby im nie pokazała, że się boi. Ale bała się i nie umiała tego ukryć. I to chłopaków podbechtało – biegali coraz szybciej i darli się coraz głośniej.

I wtedy Łukasz nie wytrzymał – ślizgając się na tych podeszwach, wpadł między nich, roztrącił Grześka i Darka i zasłonił Emilkę.
I krzyczał coś. Ale dziś nie bardzo już pamięta – co. Chyba, żeby przestali się wygłupiać, że dosyć.
I wtenczas poczuł pierwsze uderzenie. Z początku nie zrozumiał – bardziej go zdziwiło niż zabolało i nie zrobił nic. A potem to było jak na filmie… Chłopaki dobiegali do niego, walili kułakami i odskakiwali. Najpierw stał, to trochę się odbijał. Ale któryś kopnął go w kolano i wtedy Łukasz upadł. A jak już upadł, to posypały się na niego razy i kopniaki. Pod sobą czuł trzęsącą się Emilkę i nawet nie myślał o swoim bólu. Tylko o tym, żeby ją jak najszczelniej osłonić…

Ocknął się, bo poczuł coś mokrego na twarzy. Otworzył oczy i zobaczył zapłakaną Emilkę, która wcierała mu śnieg w policzki. Chciał się zerwać i dalej bić się z chłopakami, ale nie dał rady. Nawet głowy nie mógł podnieść…
Potem chyba znowu zemdlał…

Obudziła go cisza. Wokół było ciepło i jasno, a nad nim pochylała się miła pani w białym fartuchu. Pani miała pomarszczoną twarz i niebieskie oczy. Dopiero po chwili poznał, że to mama. Chciał się do niej uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko dobrze, ale język miał jakiś nieswój, jakby z drewna wystrugany. I usta grube, zdrętwiałe…

Do szkoły Łukasz poszedł przed samymi wakacjami. Najpierw długo był w szpitalu, a potem musiał od nowa nauczyć się chodzić.
Kiedy wszedł do klasy, cisza się zrobiła, jak makiem zasiał i wszyscy obrócili się w jego stronę. Wszyscy – oprócz Grześka, Krzyśka i Darka. Ci siedzieli z głowami wtulonymi w ramiona i z uporem wgapiali się w tablicę.
Łukasz dokuśtykał do swojego miejsca. Usiadł i dopiero wtedy zobaczył, że krzesło obok Anulki jest puste. Zdjął go dziwny strach… Rozejrzał się po klasie i spojrzał na Jaśkę. Na jego nieme pytanie tylko pokręciła głową.

– Emilka wyjechała – usłyszał na przerwie od dziewczynek. – To nie była prawdziwa wnuczka Karwata. Oni ją wzięli z Domu Dziecka…

Obrazki. Mała.

Daje się nieść tłumowi, który wylewa się ze szkoły. Od razu widać, że od niego odstaje. Może to ta niby uśmiechnięta twarz ze smutnymi oczyma. A może brzydki granatowy płaszczyk w czarną kratę z obrzydliwym, włochatym kołnierzem. Płaszczyk jest ciepły i miły w dotyku, ale odcina się od kolorowych kurtek i jasnych czapek.

Mała nie ma czapki. To znaczy – ma. W kieszeni. Mamusia jej zrobiła. Czerwoną czapkę z pomponem, którego Mała pozbyła się następnego dnia, żeby nie wyglądać dziecinnie. Niewiele to zmieniło w fasonie czapki. A Mała nie lubi jej, bo ten czerwony gryzie się z kolorem płaszczyka. Woli już marznąć w uszy niż narażać się na śmiechy koleżanek.

Tłum szybko topnieje i Mała zostaje sama pod szkołą. Naciąga na zziębnięte ręce jednopalczaste rękawiczki, z których odcięła sznurek, i wolnym krokiem mija róg szkoły.
Burą ścieżką dochodzi do bramki. Bramka to po prostu wyrwa w betonowym płocie, który pozbawiono jednego segmentu.
Za bramką na szczęście nikogo nie ma. Mała nie lubi wracać w gromadzie. To znaczy – czasami lubi. Ale – nie dziś.

Najczęściej ze szkoły wychodzą we dwie. Z Agatą. Agata jest jedną z najlepszych uczennic w klasie, a Mała jest przyjaciółką Agaty. Tak. Właśnie tak.
Bo Agata nie jest przyjaciółką Małej – czasami nawet się jej wstydzi. Agata myśli, że Mała tego nie widzi, ale to nieprawda. Widzi i bywa jej bardzo przykro, że Agata tak ją traktuje. Agata staje się przyjaciółką Małej, gdy w pobliżu nikogo nie ma. Żadnych dziewczyn z klasy.
Może i Mała nie powinna pozwalać Agacie tak się traktować, ale każdy musi mieć czasem do kogo otworzyć buzię. A Agata ma jedną zaletę, którą Mała bardzo ceni – nie pepla.
Nie, żeby Mała jakoś specjalnie jej się zwierzała, ale…
Dziś Agata poleciała z dziewczynami i Mała poczuła się niepotrzebna.

Za furtką wykrzywiają się do niej brudne okna. Mija pierwszy blok i tęsknie zerka na stojącą po przeciwnej stronie huśtawkę. Chętnie by się pobawiła, ale jest mokro, więc Mała rezygnuje. Mija drugi blok i wychodzi na ulicę. Powoli zmierza do przejścia. Z daleka majaczy jej ładna chabrowa kurtka Agaty i jej modna czapeczka.
Mała lubi ten kawałek między blokami a przejściem. Często przystaje, zadziera głowę i przygląda się ogromnym topolom. Albo wchodzi na skrawek trawnika i szura stopami po pożółkłych liściach.
Dzisiaj rezygnuje z tej przyjemności, bo nie chce zamoczyć butów.
Kiedy dostała te buty od mamy – tak się cieszyła! Były śliczne – z miękkiej, brązowej skórki, z modnymi noskami, na zgrabnej podeszwie. Jedna z niewielu ładnych rzeczy, które Mała ma.
Co z tego, kiedy dziewczyny w szkole ją wyśmiały. A najbardziej śmiała się Agata. Mała czuła, że to z zazdrości, ale nie potrafiła już cieszyć się z tych butów…

Przechodzi przez jezdnię i zwalnia kroku. Zawsze tu zwalnia. I patrzy na białe parapety mijanego domu. Czasem – gdy pali się światło – zagląda ukradkiem w niskie okna i wyobraża sobie, że to ona tu mieszka. Widzi kawałek wzorzystego dywanu, stół nakryty jasną serwetą i framugę drzwi. Ale tak naprawdę wcale nie chodzi o wystrój, tylko o ścianę. Tak. Bo te okna są przedzielone ścianą, a to znaczy, że mieszkanie ma przynajmniej dwa pokoje. A Mała tak bardzo chciałaby mieć swój pokój!

Wzdycha i idzie dalej. Mija ośrodek zdrowia, który kojarzy się jej z zastrzykami, więc przyśpiesza kroku.
Wreszcie dochodzi do murku. Rozgląda się i wskakuje nań. To druga przyjemność, której Mała nie potrafi sobie odmówić, chociaż czasami ze sklepu wybiega gruba sprzedawczyni i strasznie krzyczy. Wtedy trzeba zmykać, ale co to dla Małej – przecież taka Orka nigdy jej nie dogoni…

Potem jest jeszcze wąski na jedną stopę kwietnikowy płotek, który Mała pokonuje biegiem, trzymając ręce na warkoczykowych precelkach, żeby nie podskakiwały, bo ciągną…

Przechodzi na chodnik po drugiej stronie jezdni i dochodzi do banku. Tu znowu zwalnia. Nie lubi tamtego chodnika i zawsze go omija. To dlatego, że kiedyś pobiła się tu z jednym chłopakiem, który ją przezywał. Nie o to chodzi, że się go boi czy coś. Nie. Chłopak oberwał wtedy solidnie i już jej nie zaczepia. Ale niemiłe wspomnienie pozostało. Mała nienawidzi przemocy. Umie się obronić, jeśli trzeba, ale woli jednak unikać bójek.

Za bankiem są ostatnie pasy. Mała czeka na zielone światło, przechodzi bez marudzenia i znowu zwalnia. Patrzy na brudnożółtą ścianę kamienicy. Wreszcie dociera do swojej bramy, która kiedyś była pomalowana na biało, ale teraz farba złuszczyła się i widać spod niej żółtawe zacieki. Izabelowe. Tak. Mała wie takie rzeczy. Wcale nie jest głupia. Jest najlepszą uczennicą w klasie. Naprawdę – najlepszą. Ma szóstki od góry do dołu i naprawdę na nie zasłużyła. Bo niektórzy nauczyciele nie znoszą Małej. No – Mała trochę sobie na to zasłużyła – pyskata jest. I złośliwa. Ale – czego zaczepiają? I co z tego, że Mała nie ma najmodniejszych ciuchów i nie przynosi do szkoły gadżetów? Czy to znaczy, że trzeba nią pomiatać?
Tak prawdę mówiąc, to te dyskusje tylko Małej szkodzą. Gdyby czasami przemilczała, byłoby jej łatwiej. Mała to wie, ale nie umie się pohamować. Ale prawdą jest też to, że mało który nauczyciel próbuje drugi raz. Za to odbijają sobie przy pytaniu…

Staje przed wejściem na klatkę i popycha ciężkie drzwi. Wchodzi do ciemnego korytarza. Tu nigdy nie ma światła, bo ktoś kradnie żarówki. Mała liczy kroki. Dociera do dwóch pierwszych schodków. Potem przemierza kolejnych dwanaście… i jeszcze pięć…

Drzwi otwiera cichutko i na palcach mija krótki, zimny przedpokój. Zagląda do pokoju. Uważnie taksuje pomieszczenie. Wstrzymuje oddech i nasłuchuje. Cisza.
Dopiero wtedy cofa się do korytarzyka, zdejmuje płaszczyk i buty i idzie do łazienki połączonej z ubikacją. Jest w niej tak samo zimno jak w przedpokoju. Odkręca kran i myje ręce w lodowatej wodzie. Zdarza się, że zimą woda w kranach zamarza. W łazienkowym i kuchennym.

Bierze plecak i wchodzi do pokoju. Ogarnia poranny bałagan i idzie do kuchni. Jest głodna. W lodówce znajduje wędlinę, w chlebaku – bułki. Dokłada wielkiego pomidora – Mała uwielbia pomidory – i wraca do ciepłego pokoju. Wskakuje z książką na zaścielone łóżko i zaczyna czytać…
Te chwile lubi chyba najbardziej…

Co jakiś czas zerka na pomarańczowy budzik.
Druga dwadzieścia… Czterdzieści… Za dziesięć trzecia…
Odkłada książkę. Zaraz wszystko się okaże. Jeśli o trzeciej nie zachrobocze klucz w zamku…
Powoli budzik docykuje do trzeciej. Mała siada na brzeżku tapczanu i zaczyna się czekanie. Pięć po… dwadzieścia…

O szóstej zapala światło i rozkłada książki na biurku… Nie włącza telewizora. Po prostu siedzi na tapczanie i śledzi sekundnik…
Wreszcie za dwie siódma słyszy zgrzyt klucza. Zrywa się i błyskawicznie lokuje za biurkiem. Zapala małą lampkę i wsuwa z fotelem tak głęboko, że rant boleśnie ciśnie ją w brzuch…
Słyszy kotłowaninę w przedpokoju, przytłumione pomruki i skrzyp łazienkowych drzwi. Zamiera. Teraz… w ciągu najbliższych pięciu minut okaże się…
Jeśli on zaśnie na sedesie, Mała będzie mogła odrobić lekcje. Jeśli nie…

Nie.
Drzwi łazienki skrzypią i trzaskają. Wraz z sapaniem rozlegają się pierwsze przekleństwa…
Wchodzi.
Mała kurczy się w swoim fotelu. Może jej nie zauważy… Może da spokój…
Zamyka oczy i stara się być jak najmniej widoczna…
Słyszy niepewne kroki, przyśpieszony oddech. Czuje odór nieprzetrawionego alkoholu… Pstryk…
No tak. Przecież najpierw zawsze włącza telewizor. W pokoju rozlega się ryk, który powoli cichnie…
Sapanie również przygasa i przez chwilę Mała ma nadzieję, że może w telewizji będzie coś ciekawego… Zaciska mocniej powieki i zaklina płaski odbiornik…

Nie.
Pilot z klapnięciem ląduje na wersalce, a drgające powietrze obija jej ramiona…
O dziwo – mija ją bez słowa i wchodzi do kuchni.
Mała słyszy brzęk garów i głośne siorbania. Potem jeszcze mlaskanie połączone z dyszeniem przez zatkany nos i…
Mała wie, że on tam nie zaśnie – kuchnia jest zbyt ciasna. Mieści się w niej tylko szafka, kuchenka, lodówka i zlew…
Po serii ciamkań kuchenne drzwi otwierają się i Mała czeka na najgorsze…

Nie odwraca się. Czuje na karku smrodliwy oddech, ale boi się nawiązać wzrokowy kontakt… Napina się.
Już.
Nad głową przetacza się nawałnica przekleństw. Wielka łapa zaciska się na jej ramieniu i zaczyna szarpać.
Niech szarpie. To nie boli…
Grube paluchy wczepiają się we włosy i ciągną z taką siłą, że ciężki fotel przesuwa się o kilkanaście centymetrów. Mała kuli się i próbuje powstrzymać krzyk…
A potem potężne łapska zaciskają się w pięści i spadają gradem na głowę i ramiona Małej.
Wtedy nie wytrzymuje – łapie ten owłosiony kułak w swoje piąstki i skowyczy:
– Nie bij!
To nic nie daje. Nie zatrzymuje ciosów, nie hamuje bólu.
Mała wie, że to będzie trwać, póki on całkiem nie opadnie z sił. Wtedy odepchnie ją, odejdzie i rzuci się w ubraniu na wersalkę.
I – zaśnie.
Trzeba to przeczekać…

W pokoju słychać regularne chrapanie, ale Mała nie rusza się. Kiedyś zerwała się za wcześnie i potem długo leżała skulona pod drzwiami, przyjmując kopniaki…
Teraz jest mądrzejsza. I ostrożniejsza.
Czeka więc, aż usłyszy wydobywający się z gardła charczący bulgot…

W końcu…
Po cichutku przesuwa fotel i idzie do łazienki opłukać twarz. Zimna woda przynosi ulgę.
Mała zerka w lustro. Nie. Żadnych śladów. Zawsze bije tak, że twarz jest nietknięta…
Przebiera się w piżamę i nakłada grubą kurtkę. Potem sadowi się w wannie i otwiera książkę. Tylko tu może się skupić, bo ryk telewizora prawie do łazienki nie dociera. A przecież nie można ściszyć nawet minimalnie… On budzi się wtedy natychmiast i wszystko zaczyna się od początku…

Powtarza więc półgłosem lekcje i szczelniej otula kurtką..
Gdy kończy – jest późno, ale Małej ani w głowie spanie. Musi jeszcze odrobić pisemne. To trudniejsze, bo zeszyty ślizgają się po wąskim brzegu wanny. Najgorzej, gdy trzeba coś narysować. Z matmy, albo z plasty. Na szczęście – na jutro nic nie ma…
Pakuje plecak, utyka go między wannę a pralkę i bezszelestnie wślizguje się do ciemnego pokoju. W świetle telewizorowych błysków sprawdza, czy wszystko jest tak jak zawsze… Wokół panuje ład.
Nie kładzie się. Jeszcze musi poczekać…
Wciska się w kąt między piecem a wersalką i stara się oddychać przez usta, bo skwaśniały oddech przyprawia ją o mdłości…

Przysypia już, więc szurgoty słyszy jak przez mgłę. Trwa parę chwil, nim wraca jej świadomość…
Widzi zwalistą, chwiejącą się postać, łapę sięgającą do rozporka i słyszy dudnienie strumienia o blat stołu. W pokoju rozchodzi się gryzący smród ciepłego moczu…
Wokół zalega zbawienna ciemność.
Mała słyszy jęk sprężyn, łopot kołdry. Niegłośne świstanie jest sygnałem, że zaraz będzie można się położyć…
Wysuwa się ze swojego azylu i na palcach przemierza pokój.
Wyjmuje zza szafy szmatę i przeciera mokry stół. Wrzuca ją do kuchennego zlewu…
Wślizguje się na tapczan. Bada go. Nie. Dziś mokry jest tylko sam brzeg. Rozkłada pościel na suchej części…
Cieszy się. Mała tak bardzo się cieszy, że mamę parę dni temu zabrali do szpitala… Tam przynajmniej ma spokój…

Zamyka oczy.
Nareszcie…

Obrazki. Dzik.

Zmęczonym wzrokiem wpatrywał się w rozchwianą kępę wawrzynka…
Znowu…
Nie pomylił się. Po chwili w okno pacnęły grudki ziemi. Lufcik był uchylony, więc słyszał, jak drobinki dudnią w metalowy parapet.
Kiedy wreszcie dadzą mi spokój?
Kolejny rocznik smarkaczy zakradał się w gąszcz, by uprzykrzać mu życie. Oni świetnie się bawili, a on…
Kiedyś złościł się, wybiegał na zewnątrz, próbował przeganiać.
Gdy Maria jeszcze żyła…
Miała taki lekki sen… Budził ją nawet głośniejszy oddech zza ściany…
W ostatnich latach prawie nie sypiała…

Odkąd Jacek sięgał pamięcią, wyglądała tak samo: jak baśniowy elf – srebrnowłosa, wiotka, zwiewna… zawsze uśmiechnięta.
Była jego babką, ale on nigdy jej tak nie nazywał. Na zawsze już pozostanie w jego myślach Marią…
Ponieważ czas był dla niej łaskawy, okoliczny ciemnogród podejrzewał ją o czary. Świetna znajomość ziół tylko podsycała ich chore urojenia…
Pamiętał te chyłkiem przemykające wieczorami, zakutane postaci, błagające ją o jakieś mikstury.
We dnie rzadko kto przyznawał się, że ją zna…
Tak naprawdę dawno, dawno temu Maria pracowała jako aptekarka. Potem przeszła na emeryturę i przyjechała tu z wielkiego miasta, by dożyć w spokoju swoich dni.
Ale w ciasnych móżdżkach mieszkańców żyła tu od zawsze. Sam słyszał głupawe opowieści: stare baby bajdurzyły, że jeszcze ich prababki biegały do Marii po radę.
Śmieszne!
Jakby nie pamiętał, kiedy tu przyjechali! Miał wtedy jakieś osiem, dziewięć lat…
Maria posłała go do szkoły do Mieścinki.
Na początku nie było źle – koledzy go lubili, nauczycielka też.
Dopiero, gdy pojawił się Purtak…
To była mała szkółka. Uczęszczały do niej dzieciaki z okolicznych wioseczek, a, że trudno było uzbierać grupę z jednego rocznika, wiele zajęć odbywało się wspólnie.
Mimo to nie miał kłopotów z nauką.
Dopiero Purtak zaczął wprowadzać nowe rządy. Był młody i ambitny. Z głową pełną teorii, które nijak się miały do rzeczywistości. Nie rozumiał, że kiedy zaczynają się prace w polu, dużo dzieci musi pomagać. Złościł się, awanturował, poniewierał i straszył. Dzieciaki, nie – rodziców.
Do niego przyczepił się o pejzaż…
Namalował go Jacek na konkurs. Sam. Od nikogo nie ściągnął. Nigdzie go nie zobaczył. To wyobraźnia podsuwała mu te dziwne drzewa, krzewy, kwiaty. Odkąd pamiętał – widział wokół siebie tajemnicze istoty…
Nie – ciągle. Czasami. Gdy nagle rozbłysło słońce, zawył wiatr w ganku, albo kiedy rozjazgotały się kawki…
Wiedział, że tak naprawdę one nie istnieją, ale lubił wyobrażać sobie, że są. I lubił je rysować…
Kiedy przyniósł swój obrazek, Purtak długo go maglował, zarzucał kłamstwo, nie wierzył…
Wreszcie pobiegł ze skargą do Marii.
Może wszystko rozeszłoby się po kościach, ale ich dom pełen był cudactw, które Jacek rzeźbił, malował.
Sam nie wiedział, skąd mu się to brało.
Po prostu patrzył na starą gruszę i szkicował powykręcaną reumatyzmem chudobę w welonie. Albo brał do ręki korzeń i po kilku ruchach kozikiem kładł na stole gnoma z wielkim garbem…
Purtak wypadł wtedy wściekły, a po paru tygodniach przyjechali jacyś ludzie i zabrali Jacka na badania.
Bał się. Ale ufał Marii, jej spokojowi…
Z podróży pamiętał tylko machające do niego przez okna cudaczne stwory…
Nie stwierdzono u niego żadnej choroby psychicznej. Był zdrów. Miał po prostu ogromną wyobraźnię i zdolności plastyczne.
Po powrocie odczuł zmianę. Nagle zaczęła go otaczać jakaś niechęć. Za plecami często słyszał złośliwe chichoty, przytyki, wyzwiska…
Czarcie nasienie… Wiedźmowy pomiot… Dzik…
Z ulgą odebrał ostatnie, bardzo mierne, świadectwo.
A jednak zdał do średniej szkoły jako jeden z najlepszych. Maria posłała go do dobrego liceum i dzięki temu mógł się rozwijać. Na ASP poszedł już ze sporym dorobkiem – zdobył kilka nagród za swoje prace, wygrał parę konkursów.
Po studiach zatrudnił się w muzeum. Zajmował się konserwacją zabytków. Zostałby już tam pewnie na zawsze, bo lubił tę pracę. Co jakiś czas wystawiał swoje obrazy, rzeźby. Nie narzekał. Ale Maria nie chciała się do niego sprowadzić.
Więc on wrócił do niej…
Postarzała się… Choć nie o wygląd chodziło… ani nawet o siły… Wciąż była szybka i zwinna.
Maria posmutniała…
Nie od razu to zauważył, bo dla niego zawsze miała pogodną twarz i krzepiący uśmiech.
Dopiero, gdy sądziła, że jej nie widzi – zwieszała ramiona, spuszczała głowę, nieobecnym wzrokiem patrzyła w dal…
Nie śmiał pytać. Jakiś czas podejrzewał, że może jest na coś chora i nie chce go martwić.
Dowiedział się przypadkiem.
Wracał z lasu i zobaczył gromadę wyrostków. Przyspieszył kroku.
Na szosie stała Maria. Wokół niej walały się zakupy, a banda gnojków z upodobaniem deptała rozsypane bułki. Wszędzie poniewierały się skorupki od jajek, pokruszone ciastka…
Wpadł w ten zgiełk z krzykiem. Złapał jednego smarka. Reszta rozbiegła się kwicząc i wyjąc. Popatrzył na przerażonego kilkulatka, zmarszczył groźnie brwi i… puścił go. Ten odbiegł na bezpieczną odległość, przystanął, odwrócił się i… zachrząkał popisowo.
Jacek bez słowa pozbierał ocalałe produkty i ruszyli do domu. Nie rozmawiali wtedy, bo Maria od razu poszła do siebie.
Miał wrażenie, że uciekła. Podjął postanowienie, że nazajutrz wyjaśni sprawę, ale… Maria kluczyła, zmieniała temat… Nie chciał jej zamęczać.
Od tej pory sam chodził do Mieścinki po sprawunki.
Z rzucanych tu i ówdzie półsłówek dowiedział się, że po jego wyjeździe Purtak zrobił na Marię nagonkę.
Nie była już sąsiadką z kolonii, ale wiedźmą, czarownicą, strzygą…
Co nikomu nie przeszkadzało po cichu wciąż korzystać z jej rad.
Kiedyś zapytał wprost, czemu im pomaga mimo obelg i zniewag. Tylko się uśmiechnęła.
A jednak gryzła się. Udawała dzielną, ale więdła, gasła w oczach… Jadła jak ptaszek, spała jak myszka…
W końcu któregoś ranka nie zastawszy jej w ogrodzie zajrzał do pokoju, w którym sypiała… Oddech zawsze miała bardzo lekki, więc początkowo nie zrozumiał…

Przez wiele długich dni snuł się po obejściu, przepatrywał wszystkie kąty. Sam nie wiedział, czego tam szukał… Zaniedbał dom. Zaniedbał ogród. Sam też zarósł.
A najgorsze było to, że przestały go odwiedzać te wszystkie piękne istoty. Jakby podążyły za Marią…
Któregoś razu włócząc się po domu zerknął w zakurzone lustro i… przeraził się. Spoglądała na niego obrośnięta, wychudzona twarz starca. Zmętniałe spojrzenie niebieskich oczu wydało mu się spojrzeniem szaleńca.
Naprawdę wyglądam jak dzik. – pomyślał i zachrumkał. To go rozbawiło. Najpierw zachichotał. Bardziej przypominało to chrząkanie niż śmiech, jednak śmiał się coraz głośniej, śmielej i bardziej przerażająco. Zaczęło boleć go całe ciało, ale nie mógł przestać.
Trząsł się, wydając z siebie potworne jakieś ryki i rzężenia. Wreszcie zgiął się w pół, przyklęknął, a śmiech przerodził się w szloch…
Obudził się w środku nocy, skulony, obolały. Mięśnie tak mu się zastały, że ledwo podniósł się z twardej, zakurzonej podłogi.
Zerknął w lustro. Na szczęście było ciemno, więc nie zobaczył nic. Potykając się o sprzęty dotarł jakoś do łazienki. Nie zapalał światła. Zrzucił z siebie złachane ubrania i po omacku odnalazł wannę. Wlazł do niej, zatkał odpływ, puścił wodę. Zwalił coś łokciem. Wreszcie namacał butelkę. Całą jej zawartość wylał na siebie.
Woda była lodowata. Dygotał z zimna, krztusił się i tracił oddech. Ale wytrwał.
Do jego nozdrzy dotarł nagle zapach kwiatu czereśni.
To był ukochany płyn Marii. – pomyślał.
Zabolało. Ale inaczej niż do tej pory…
Zdzierał z siebie ten wielodniowy brud i ból. Z każdym następnym ruchem szorstkiej rękawicy przychodziła ulga.
Gdy oddech się uspokoił, wyciągnął korek i ostrożnie wyszedł z wanny. Dopiero teraz odważył się zapalić światło. Rozwarstwiony łzami świat wdarł się pod powieki.
Spływająca woda była gęsta od pajęczyn, pokryta tłustym kożuchem brudu, czarna. Potknął się o zrzucone łachy i poczuł smród. Omal nie zwymiotował, gdy pochylił się i chciał je podnieść. Nie dał rady, więc tylko – zasłaniając usta i nos dłonią – wykopał je za próg.
Z lustra nad umywalką kiwał na niego upiór.
Długie, poprzetykane siwymi pasmami włosy splątane były ze zmierzwionym zarostem. Wychudzone ramiona zwisały bezwładnie, a zapadnięta klatka piersiowa pulsowała zielonymi żyłami. Żebra sterczały bojowo, jakby miały zamiar przebić skórę. Owłosienie nie zasłaniało obleczonej bladym pergaminem miednicy.
Tu odbicie kończyło się, spojrzał więc w dół i zobaczył wychudzone, sinawe nogi z obrzmiałymi gulami stawów.
Sięgnął po ręcznik i zaczął wycierać zdębiałe ciało. Dopiero po chwili skóra zaczęła piec i powlekać się czerwonymi liszajami.
Rozwiesił mokry ręcznik, opłukał wannę i wyszedł z łazienki wykopując przed sobą tłumoczek.
W szafie znalazł czystą bieliznę, dżinsy, bluzeczkę. Wszystko na nim wisiało, ale nie przejął się tym. Odszukał jeszcze sweter, naciągnął go, bo wciąż nim telepało.
Poczuł głód.
W kuchni zagotował wodę. Nie znalazł herbaty.
Otworzył lodówkę. Odór stert zapleśniałych, zepsutych produktów zaparł mu dech. Czym prędzej zatrzasnął drzwiczki.
W szafce znalazł chleb, czarny od pleśni.
W głębi dojrzał jakieś słoiki.
Konfitury Marii! – ucieszył się. I uśmiechnął, odczytując napis: „Maliny na lekarstwo”.
Ślina napłynęła mu do ust.
Próbował otworzyć słoik, ale… nie dał rady.
Stukał więc trzonkiem noża w pokrywkę, aż usłyszał psyknięcie.
Włożył palec i wydłubał trochę lepkiej słodkości. Rozpłynęła się w ustach. Jadł w pośpiechu, przełykając z trudem, aż w słoiku ukazało się dno.
Wstał i nalał do kubka gorącej wody. Nasypał cukru. Pomieszał…
Ledwie zdążył dobiec do zlewu. Opróżnił żołądek i poczuł ulgę.
Tyle, że znów był głodny…
Tym razem był ostrożniejszy: resztkę konfitur zalał wodą z kubka. Pił małymi łykami, przerywając raz za razem i wsłuchując się w reakcję zbuntowanego żołądka. Nic się nie działo, ale na wszelki wypadek poprzestał na jednej trzeciej zawartości…
Pościel w jego łóżku pachniała cynamonem. Wszedł do siebie pierwszy raz od pogrzebu Marii. Przysiadł i pogłaskał chłodną poduszkę. Nie wiedział, kiedy zmorzył go sen…
Następne dni zeszły mu na doprowadzaniu wszystkiego do porządku. Na początku nie mógł robić dużo – był wycieńczony i szybko się męczył. Ale z czasem szło mu coraz lepiej.
Zaraz na trzeci czy czwarty dzień pozbył się kołtunów. Nie wyglądał może modnie, ale zaczął być podobny do człowieka.
Nie chciał oglądać nikogo z tej ciemnej masy, więc po zakupy wybrał się do oddalonego o trzydzieści kilometrów miasta. Trochę bał się siadać za kierownicę, na szczęście ruch o tej porze roku był niewielki i jakoś dojechał.
Powoli przyzwyczajał się do nowego życia – pustki wokół, ciszy, samotności…
Raz w tygodniu szedł na cmentarz. Zjawiał się po zmierzchu, kładł kwiaty na grobie Marii, przysiadał i opowiadał, jak minął mu kolejny tydzień bez niej…

Jeszcze jedna bryłka rozprysła się na szybie. Westchnął. Po prostu musiał to przeczekać…
Jeszcze kwadrans, góra – dwa – i smarkaczom się znudzi. Odkąd przestał reagować – ataki słabły…
O! Właśnie! Zauważył, że zielona kępa chwieje się coraz mniej.
Zaraz sobie pójdą – pomyślał.

Pukanie w okno przeraziło go. Serce załomotało. Oddech zwariował.
Zdawało mi się… – próbował uspokoić samego siebie.
Stukanie powtórzyło się.
Ostrożnie, na paluszkach, przeszedł do pokoju i przytknął twarz do szyby. Niewiele zobaczył – na dworze zapadał zmrok.
Będę cicho, może sobie pójdą… – myślał w panice.
Niestety – pukanie dobiegło go po raz trzeci.
Nie można wciąż się kryć. – przemknęło mu przez myśl.
Sapnął i ruszył ku drzwiom.
Może to jakaś dawna klientka Marii… – pocieszał się.
Stanął przy drzwiach, odetchnął kilka razy głęboko i pchnął je mocno.
Zaniemówił…
Przed nim stała istota stokroć piękniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek widział i mógł był sobie wyobrazić…
Na twarzy, mało widocznej, a jednak jakby znajomej od lat, bliskiej, grały lipcowe cienie. Jasną, muślinową sukienkę muskał wiaterek, co sprawiało wrażenie, że postać za chwilę odpłynie albo wsiąknie w mrok…
Jacek machnął ręką. Trochę w nadziei, bardziej z obawą, że spłoszy niespodziane zjawisko.
Dłoń trafiła jednak na prawdziwe, ciepłe ramię. Zawstydzony, opuścił rękę i cofnął się o krok.
Nie mógł wykrztusić słowa, więc tylko wpatrywał się w zjawę z napięciem…
W dogasającym blasku dnia dostrzegł nagle delikatny, rozsiadający się na całej twarzy, uśmiech.
– Dobry wieczór… – powiedziała cicho i urwała, zmieszana.
Jacek milczał… Bał się zawierzyć własnym zmysłom.
Zjawisko miało głos Marii…