Fach

Czas na mnie – pomyślał, patrząc na zegarek i wbił się w niemodną marynarkę od studniówkowego garnituru.
To były piękne czasy – rozrzewnił się na wspomnienie licealnej beztroski.
Wyszedł z domu i majestatycznym krokiem ruszył w kierunku pobliskiego kościoła. Już z daleka dostrzegł niemrawo przelewający się z miejsca na miejsce tłumek. Z aprobatą pokiwał głową i przyśpieszył.
Do świątyni wszedł jako jeden z ostatnich i niepostrzeżenie przysiadł w lewej nawie.
Na badawcze spojrzenie sąsiadki uśmiechnął się trochę niepewnie. Oczy obserwatorki złagodniały i, po chwili wahania, odwzajemniła uśmiech.
Odetchnął i wolno odwrócił głowę, spoglądając w kierunku ołtarza. Jego twarz przybrała wyraz skupienia i stonowanej powagi.
Patrząc na duchownego, przypomniał sobie pierwsze, nieudolne próby.
Dziś – jako stary wyjadacz – stwierdzał, że w początkach towarzyszyło mu nieziemskie wręcz szczęście.
Usłyszał obok westchnienie i zerknął. Współczująco. Dostrzegł w załzawionych oczach wyraz wdzięczności, więc pozwolił sobie na delikatny uśmiech pokrzepienia. Kiedy sąsiadka pochyliła głowę, powrócił do rozmyślań.
Teraz mógł sobie pozwolić na komfort nieuważania – wyćwiczone latami praktyki ciało reagowało mechanicznie na to, co działo się wokół niego.
Ale na początku musiał ciągle mieć się na baczności.
Usłyszał chlipnięcie. Dystyngowanym ruchem sięgnął do kieszeni i wyjął otwarte opakowanie chusteczek higienicznych. Z wprawą wyciągnął jedną do połowy i podsunął sąsiadce. Skorzystała skwapliwie, ocierając oczy i głośno wydmuchując nos.
Doświadczenie podpowiedziało mu, że pierwsza część uroczystości ma się ku końcowi.
Istotnie – kapłan wypowiedział finalną formułkę i przy ołtarzu zrobiło się małe zamieszanie.
Poczekał, aż orszak ruszy i podniósł się ze swojego miejsca. Już miał wmieszać się w tłum uczestników, gdy przypomniał sobie o sąsiadce. Wstała również i zachwiała się niebezpiecznie. Bez wahania podał jej ramię. Przyjęła je z ufnością. Powoli wyszli przed kościół. Uważnie otaksował niewielkie, zebrane wokół samochodów grupki i w twarzy jednego z rozmawiających dojrzał coś na kształt ulgi. Domyślił się, że mężczyzna wypatrywał nieznajomej. Pewnie poprowadził towarzyszkę w tamtą stronę.
Pomógł podopiecznej wsiąść do samochodu i zajął miejsce obok niej, uważając, by nie zniszczyć powierzonej mu wiązanki.
Samochód ruszył. Szum silnika i pochlipywanie współpasażerki uniemożliwiały rozmowę.
Było mu to na rękę. Z doświadczenia wiedział, że im mniej słów – tym bezpieczniej.
Po dotarciu na parking wysiadł z samochodu i pomógł sąsiadce. Wziął ją pod rękę i wspólnie ruszyli za resztą.
Na miejscu stanęli nieco z boku. Gdy ceremonia dobiegła końca, wrócili do samochodu.
Dwadzieścia minut później znaleźli się pod niewielką restauracyjką. Po wejściu na salę pomógł towarzyszce zdjąć płaszcz i podprowadził ją do stołu. Cierpliwie wysłuchał modlitwy.
Zasiadł za stołem, podał sąsiadce pieczywo, podsunął półmisek z zimnymi przystawkami i wreszcie sam zajął się tym, po co tu przyszedł.
Mówił niewiele. Uśmiechał się za to od czasu do czasu, starając się jednocześnie nie tracić nobliwości. Gdy nie było innego wyjścia – oględnie odpowiadał na pytania, choć tych bardziej szczegółowych nauczył się unikać.
Już dawno zaobserwował, że większość ludzi woli mówić niż słuchać. Wystarczyło odpowiednio pokierować rozmową, by nie stać się jej tematem.
Delektując się gorącym daniem, rozglądał się po sali. Lubił studiować ludzkie twarze. Wiele mówiły o właścicielach. A na podstawie zachowań szybko umiał domyślić się panujących w rodzinie relacji.
Usłyszał cichy głos współbiesiadniczki i uprzejmie dolał jej wody. Wysłuchał opowiedzianej cichym głosem historii o bohaterze uroczystości, co jakiś czas wzdychając ze zrozumieniem.
Biesiada dobiegała końca. Wiedział, że lada moment przybyli zaczną się żegnać i opuszczać salę. Z zadowoleniem zauważył, że czasy się zmieniły i długaśne, alkoholowe libacje odeszły do lamusa.
Tak jak przewidział – zrobił się ruch i refleksyjnie nastrojeni najbliżsi zaczęli się żegnać. Jego towarzyszka także poruszyła się niecierpliwie.
Porozumiał się wzrokiem z kierowcą i ruszył po okrycia.
Grzecznie pożegnał się z pozostającą rodziną. Przy wyjściu został obdarowany pękatą reklamówką. Wymawiał się kurtuazyjnie, wiedząc, że to zawsze robi dobre wrażenie. W końcu – po wyważonym proteście – przyjął podarunek i podziękował gospodarzom, nie zapominając o stosownych do okoliczności słowach.
Podprowadził towarzyszkę do auta i pożegnał się z nią. Uścisnął rękę właścicielowi samochodu i spokojnie ruszył w swoją stronę.
Przez szum zsuwającej się szyby dobiegł go zmęczony kobiecy głos:
– Miły z niego chłopiec…
Spacerkiem doszedł do swojego bloku.
W domu rozpakował reklamówkę, ciesząc się z udanego wyjścia.
Przebrał się, umył ręce i zajął się studiowaniem w lokalnej prasie obwiedzionych wymyślną obwódką ogłoszeń.

Czary mary

– A bo to nie jest taki sobie zwykły lep na muchy – oznajmiła Tatarka, kładąc szeleszczący kłębuszek na biurku, i wszystkie koleżanki popatrzyły na nią zdumione.
Tatarka zamilkła. Wiedziała, że teraz trzeba dać im czas. Poczekać, aż rozpalona do żywego ciekawość skłoni je do zadania tego jednego, jedynego, najważniejszego pytania.
Podeszła więc do stolika, zabrała czajnik i poczłapała do łazienki. Nalała wody, przepłukała kubek po wczorajszej kawie i wróciła do pokoju. Pozornie skupiona na tej prozaicznej czynności, bacznie nasłuchiwała odgłosów, które dochodziły zza pleców. Zaciśnięte usta mogły zdradzić czające się w niej napięcie, więc przezornie nie odwracała się.
Wyjęła z szafki słoik z biurową kawą, odkręciła go, nasypała dwie czubate miarki brązowego pyłu, dopełniła trzema łyżeczkami cukru i zabielaczem w proszku, po czym wymieszała wszystko starannie. Poczekała na trzask wyłącznika w czajniku i powoli zalała przygotowaną mieszankę. Po pokoju rozszedł się kawowy aromat.
– Znaczy, że co?
Tatarka uśmiechnęła się. Miała pewność, że pierwsza nie wytrzyma Dońka.
Była chyba najgłupsza z nich wszystkich, a przy całym skretynieniu posiadała jeszcze tę tak pożądaną przez Tatarkę cechę – przekonanie o własnej nieomylności, które udało jej się zaszczepić także we współpracowniczkach. W ich oczach Dońka uchodziła za wyrocznię od spraw życiowych i nie tylko.
– Aaa… – udała, że się waha i popatrzyła niby to niepewnym wzrokiem na wpatrzone w nią, wodnisto-niebieskie oczy Dońki.
– No! – ponagliła ta z niecierpliwością.
– Kiedy nie wiem, czy mi uwierzycie…. – z pozorną bezradnością zerknęła na leżący nieopodal lep.
– To się zobaczy… – mruknęła Dońka. – Gadaj!
Tatarka rozejrzała się dookoła i w duchu zachichotała złośliwie.
– Bo to jest taki lep, co spełnia marzenia… – powiedziała niegłośno z udaną nieśmiałością i zawstydzeniem.
Teraz wszystko zależało od Beginki. Jeśli zareaguje tak jak trzeba…
– Co za bzdura! – prychnęła pogardliwie Beginka i Tatarka odetchnęła z ulgą.
Beginka była drugą wszechwiedzącą w ich pokoju. Nie znosiły się z Dońką i wciąż walczyły o palmę pierwszeństwa. Dońka – nie wiedzieć, czemu – przeważnie w tych rozgrywkach brała górę.
– Mówiłam, że mi nie uwierzycie… – mruknęła Tatarka.
– Nikt cię nie pytał o zdanie – powiedziała w tym samym momencie Dońka wyniośle. – Ja tam nie takie rzeczy widziałam – dodała z triumfem i pogardliwie popatrzyła na przeciwniczkę.
Beginka wzruszyła ramionami i pochyliła się ku ekranowi, markując robotę.
– Gadaj! – zażądała Dońka.
Trochę się jąkając, opowiedziała więc o spotkanym na bazarku człowieczku, który podszedł do niej i cichym głosem zapytał, czemu jest smutna. A miał w oczach coś takiego, że nie potrafiła się oprzeć i od razu mu odpowiedziała.
– Mówię wam, dziewczyny, tak na mnie patrzył… tak patrzył… – rozejrzała się wokół i wpiła się bezradnym wzrokiem w twarz Dońki, która pokiwała głową ze zrozumieniem.
Potem, udając, że sprawia jej to trudność, opowiedziała, jak człowieczek oznajmił, że ma na jej smutek sposób i wyciągnął zza pazuchy coś okrągłego. Na początku nie poznała, że to lep, a kiedy już poznała, człowieczek kazał jej pójść do domu, powiesić go w oknie, z którego widać zachód słońca, powiedzieć trzy razy, czego pragnie i czekać. Czekać, aż przylepi się do niego siedem much. Nie mniej, nie więcej, tylko właśnie – siedem. A kiedy już tak się stanie, miała te muchy delikatnie odczepić, położyć na talerzyku i spalić, jeszcze raz powtarzając życzenie.
– Mówię wam, dziewczyny – dodała dramatycznym szeptem – kiedy wypowiadałam to życzenie, to taki mnie dziwny dreszcz przeszedł… Włosy mi stanęły na rękach i serce tak mocno zabiło… A kiedy potem spaliłam te muchy, to tak mi się zachciało spać, że się nawet nie umyłam… A rano… Rano…
Udała, że nagle zabrakło jej tchu. Złapała się teatralnym gestem za serce.
– Usiądź – Dońka zerwała się zza biurka i podstawiła jej krzesło.
– I co? I co? – zawołała niecierpliwie Malusia, ale Dońka zgromiła ją wzrokiem i zawstydzona koleżanka umilkła.
Tatarka przyjęła z rąk Dońki kubek, upiła kilka łyków, odetchnęła głęboko dwa razy i wypaliła:
– A rano otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz Kurczaczka! Pochylał się nade mną, a w ręce miał wielki bukiet czerwonych róż! Powiedział, że był głupi, ale teraz zrozumiał swój błąd… I czy mu wybaczę… I wybaczyłam, dziewczyny!
Rozejrzała się triumfalnie. Z tajonym politowaniem patrzyła na wzruszone koleżanki. Kilka z nich miało łzy w oczach, a Dońka szlochała histerycznie.
Tatarka odczekała kilkanaście minut.
– I wiecie, co? Ja go wczoraj spotkałam jeszcze raz! Tego człowieczka! – oznajmiła. – I… pewnie sobie pomyślicie, że jestem głupia… – zawiesiła głos – ale ja mu z tej wdzięczności… no… on nie chciał, ale ja mu wcisnęłam pieniądze…
Zaległa cisza.
Tatarka czuła, że nadszedł decydujący moment.
– Dobrze zrobiłaś – orzekła Dońka, a reszta odetchnęła z ulgą.
Ale najszczerzej odetchnęła ona – Tatarka.
Gdy dziewczyny trochę się uspokoiły, Malusia westchnęła.
– Myślisz, że ten człowieczek jeszcze tam jest? – spytała nieśmiało.
– Nie wiem – odparła Tatarka. – Ale jak go spotkam, mogę ci powiedzieć… A co? – udała naiwną.
– Nie… nic… – Malusia posmutniała.
Dziewczyny obróciły w jej stronę zaciekawione twarze.
– Bo ja… też mam takie jedno marzenie… – powiedziała cichutko.
Znowu zaległa cisza.
Tatarka pogłaskała skłębiony lep i wyszła do łazienki. Kiedy usłyszała trzask drzwi, nie drgnęła, udając, że jest zajęta myciem rąk.
– Tatarka… – usłyszała przymilny głos Dońki.
Nieśpiesznie odwróciła głowę.
– Ym?
– Bo tego… Słuchaj… Jakbyś spotkała tego człowieczka… No… wiesz… – wcisnęła jej do ręki banknot i uciekła.

Po powrocie do domu Tatarka skrupulatnie przeliczyła zebraną gotówkę i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Zjadła obiad, pozmywała, ubrała się i spokojnie powędrowała do osiedlowego wielobranżowca po lepy.

Mimikra

Podkredensiak Łysy cierpiał.
Całe jego jestestwo buntowało się przeciwko takiemu okrucieństwu świata.
Czemu? Czemu akurat jego musiał spotkać ten los!
Może był przeklęty?
– Jestem przeklęty! – zawołał dramatycznie i z rozpaczy zaczął rwać włosy.
Z klatki piersiowej, bo, jako rzekło się wcześniej, należał do Podkredensiaków Łysych.
I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu żył sobie beztrosko, nieświadom zbliżającej się Katastrofy.
A Katastrofa nadciągała wolno lecz nieubłaganie.
I właśnie tego ranka objawiła się w swej całej, wstrętnej Podkredensiakowi, postaci.
Była wielka i nalana. W twarzy o kształcie odwróconego trapezu pobłyskiwały złośliwością mętne oczka.
Człapała na grubaśnych kończynach, sapiąc i mamrocąc pod nosem.
Już wtedy Podkredensiak miał przeczucie, że stanie się coś niedobrego.
Ale nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczał, że to będzie aż tak straszne.
Kiedy cień padł na jego wiotkie, ukryte pod starym kredensem ciało – zadrżał i instynktownie cofnął się. Przycupnął za nóżką od kredensu i miał nadzieję pozostać niezauważonym, dopóki zagrożenie nie minie.
Skulił się strategicznie i nawet wstrzymał oddech. Zamknął rozszerzone strachem oczka i przyłożył do uszu ręce, które niemal natychmiast odjął z powrotem, logicznie rozumując, że nie wolno mu pozbawiać siebie wszystkich atutów.
I ta przezorność uratowała Podkredensiakowi coś więcej niż życie. Uratowała jego godność. Osobistą i obywatelską.
Ponieważ kiedy jego mały światek otulił się tyleż błogą, co pożądaną (głównie przez Podkredensiaka) ciszą, a w nim samym zatliła się mikra iskierka nadziei, że oto wszystko wraca do normy, usłyszał.
Tak. Najpierw, nim poczuł drgania powietrza, usłyszał dalekie człapanie. Człapanie było podwójne, co najpierw uznał za efekt echa, dopiero po paru chwilach odgadując, że to nie dźwięk odbija się od ścianek jego niewielkiego świata, ale, tenże światek jest eksplorowany przez dwóch intruzów na czterech (w sumie) kończynach.
Zanim zdecydował, co dalej, nóżka kredensu, za którą był ukryty, drgnęła i, ślamazarnie, acz nieuchronnie, zaczęła się przesuwać. A wraz z nią zadygotała cała Podkredensiakowa rzeczywistość. Tak dobrze znana mu i bliska!
Nim zdążył uskoczyć, zalała go fala obrzydliwej jasności, w którą wdarł się rozdzierający szumo-warkot. Naprzeciwko Podkredensiak dostrzegł okrągłą, wsysającą czeluść. Resztką instynktu schował skołataną głowę w ramiona, rzucił się w dół i przeturlał do ostatniego, tonącego w półmroku kątka.
Gdy wreszcie przestał dygotać, zebrał się na odwagę i zerknął. Warcząca czeluść szalała po jego światku, wsysając wszystko, co spotkała na swojej drodze. Po paru oddechach nie pozostało tam już nic!
Znikły płachty przepięknych pajęczynowych arrasów – dzieł sztuki tkackiej zaprzyjaźnionych sióstr Prząśliczek Odwłocznych.
Kartonowe Szczyty ułożone wieki temu przez Dryblasa Pryszczatego rozsypały się w proch! No, może niedosłownie, bo ich smętne resztki wciąż jeszcze poniewierały się wokół, ale dla Podkredensiaka było to właśnie pełne symboliki rozsypanie w proch czegoś najbardziej trwałego i nienaruszalnego.
Przywodząca tyle ciepłych wspomnień, przytachana w pomrokach dziejów przez Klamotnika Chwiejnego, Diabelska Taczka z karuzelą, kaskaderską trasą wspinaczkową i odkrytym basenem, z hukiem wyleciała do jakiegoś bliżej niesprecyzowanego Nikąd.
Nawet sukcesywnie zapełniana i opróżniana Cudownym Sposobem, dostarczająca w podkredensiakowym dziecięctwie niezapomnianych emocji, Skrzynia Życzeń została brutalnie zlikwidowana.
Podkredensiak patrzył na to spustoszenie z bólem serca, powstrzymując cisnące się do oczu łzy i czując, że na to jawne bestialstwo włosy stawałyby mu dęba, gdyby tylko takowe posiadał.
Bezwiednie zacisnął oczy, a kiedy je otworzył, ponownie zaatakowała go potworna jasność, która niemal natychmiast przygasła, a Podkredensiak poczuł, jak głowę i ramiona mota mu coś obrzydliwie mokrego i lepkiego. Czuł, że przylepia się do nieznanego wroga i mimo wysiłków, nie jest w stanie uwolnić się z unieruchamiającego uścisku. Podkredensiak daremnie szarpał się i wierzgał – agresor ani myślał ustąpić!
Nagle z przerażeniem skonstatował, że jego drobne ciałko odrywa się od ziemi i leci w nieznanym kierunku, by nagle zanurzyć się w odmętach cuchnącej detergentami kipieli. Poniewierany, wciskany i wypychany, próbował resztką sił łapać oddech, nie bacząc na strzępy ohydnej piany wciskającej się w każdy przytwarty otwór. Po trwającej wieki kotłowaninie w czymś przypominającym studnię, znowu przeleciał w powietrzu i boleśnie wylądował na twardym gruncie. Nim zdołał pomyśleć, został brutalnie przeciągnięty po chropowatej powierzchni i ponownie wtłoczony w pienistą topiel.
Po jakimś czasie przestał liczyć cykle powtarzających się tortur. Stracił też nadzieję na ocalenie. Marzył już właściwie tylko o tym, by po raz ostatni odetchnąć podkredensowym powietrzem.
Mężnie czekając najgorszego, nie zauważył początkowo zmiany. Nie dostrzegł, że lot trwał tym razem znacznie dłużej i – miast skończyć się zanurzeniem w smrodliwej cieczy – został zwieńczony nawet dość miękkim lądowaniem. Odeszło go też uczucie spętania.
Odurzony rozwojem sytuacji, dopiero po chwili poczuł, że się dławi. Rozpaczliwie próbował wyrównać oddech, czekając nieuniknionego.
Ponieważ nie nadchodziło, odważył się wreszcie otworzyć lewe oko.
Blask słońca uczynił go niemal ślepym, parząc białko i wypalając źrenicę.
Z wrażenia zapomniał o wyrównywaniu oddechu i zaciągnął się pełną mocą zmaltretowanych płuc.
Smród świeżego powietrza, trawy i drzew oszołomił go. Czuł się jak oczadziały.
W głowie zakołatała mu pełna rozpaczy myśl: oto upadł tak nisko, że stał się jednym z – pogardzanych przez cały jego ród – emigrantów-banitów!
I, że wobec utraty azylu, nie pozostało mu nic innego, jak dobrowolnie dołączyć do wyrzutków!
Oszołomiony, uniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na wygrzewającego się w słońcu Ździebłoja Pręgowatego.
Westchnął z rezygnacją.
– Dzień dobry – odezwał się, podchwyciwszy zaciekawione spojrzenie – Jestem… Śródtrawiak Łysy…

Samo życie

Mateuszek zaginął.
Ta wieść obiegła wioskę lotem błyskawicy. Niby to wszyscy współczuli Aguni, ale tak w duchu to każdy się cieszył.
Nie z tego, rzecz jasna, że się Mateuszkowi coś mogło stać, ale, że trochę strachu mu nie zaszkodzi. Nikt tam przecież na poważnie nie myślał, że się nie odnajdzie.
No bo czemu niby? Ani to wielkie miasto, żeby go jaki samochód potrącił, ani taka metropolia, żeby się zabłąkał. Rzeki ni jeziora też w pobliżu nie było. Las tylko. A właściwie – lasek, co w nim pięć brzózek na krzyż rosło.
Nie takie tam też znowu u Aguni bogactwa, żeby dla okupu ktoś chciał Mateuszka porywać. Ani dla urody, bo – szczerze mówiąc – paskudny był dosyć. Włos miał rzadki, ryży, policzki buraczane i oczy wyłupiaste. Na krótkich nóżkach się kolebał i okrągłym zadkiem zarzucał.
Pewnie znowu wlazł w jakąś dziurę, a teraz się z tych niepokojów Aguni śmieje.
Nawet sama Agunia polatała trochę po uliczkach, pokrzyczała, a potem spokojnie do Zakroczymskiej na kawkę pobiegła. Na kawkę i ploty. Przecież wszyscy wiedzieli, że Agunia bez plot by umarła, choć ona sama mówiła, że – bez kawki.
Ale kiedy pod wieczór Mateuszka wciąż nie było, ludzie zaczęli się martwić. Nawet Kowalek, co tu policjantem był. Zorganizował paru chłopa i łąkę postanowili przeczesać, bo im do głowy przyszło, że może w jaki wykrot Mateuszek wpadł i nogę złamał. Choć w duchu myśleli, że chyba taki głupi by nie był, żeby o pomoc nie wołać wtedy.
– Chyba, że zemdlony – rezolutnie zauważył Wasiak.
– Chyba że – przytaknęli zgodnie inni i już bez ociągania na łąki wyruszyli.
Agunia zaś z tego zmartwienia jeszcze raz do Zakroczymskiej poleciała. Na herbatkę, bo kawka z wieczora szkodzi.
Mimo że szukający wykazali się niespotykaną gorliwością – zguby nie odnaleźli. Skonsternowani nieco, zebrali się pod gospodą i głośno deliberowali. Nic nie wymyślili. Nawet wtedy, gdy dołączyła do nich wracająca od Zakroczymskiej Agunia, która udawała, że nie rozumie znaczących spojrzeń rzucanych w kierunku gospody i ponaglających chrząkań.
– Nic tu chyba po nas, chłopy – znowu bystro zauważył Wasiak.
Poszukiwacze niemrawo przytaknęli, oglądając się na Agunię.
I wtedy w pobliskiej kałuży coś zabulgotało, a na wierzch wypłynął wielki, błotnisty bąbel, który zaraz pękł. Wszyscy odwrócili się w tamtym kierunku. Po dłuższej chwili na powierzchni pojawiło się jeszcze kilka bąbli, a potem wynurzyła się głowa. Obserwujący cofnęli się przezornie parę kroków. Tymczasem za nosatą głową pokazały się ramiona, a zaraz po nich wydatny brzuch i odstający zadek. Ubłocony stwór wypełzł z kałuży i niepewnie stanął na krótkich nóżkach. Rozejrzał się niespiesznie i zrobił:
– Bu!
Na to oniemiała gromada zafalowała i cofnęła się jeszcze trochę.
Stwór zaś pochylił się nad zmętniałą taflą i zanurzył w niej rękę. Parę sekund później obecni dojrzeli ułapiającą solidny przegub mniejszą dłoń, ramię i głowę. Zaraz też obok kałuży stanął drugi dziwoląg, a apetyczne krągłości sugerowały, że jest odmiennej płci.
Stwory popatrzyły na tłumek, spojrzały sobie głęboko w oczy i – nie odzywając się do nikogo – ruszyły przed siebie.
Gromadka podążyła za nimi. W bezpiecznej odległości.
Szli tak jakiś czas, mijając kolejne zabudowania, aż stało się jasne, że kierują się do domu Aguni.
Kiedy wszyscy znaleźli się pod bramką, męski stwór odwrócił się, tupnął nogą i powtórzył:
– Bu!
Następnie zniknął za bramką, przepuszczając przodem towarzyszkę.
Po jakimś czasie w domu rozbłysło światło, a z wnętrza zaczęły dochodzić dziwne odgłosy.
Agunia bezradnie rozejrzała się po zbaraniałych twarzach.
– Ani chybi, złe do waszej chałupy się sprowadziło – po raz trzeci tego dnia popisał się umiejętnością wnioskowania Wasiak.
– Ani chybi! – potwierdziły zatroskane głosy.
– I co ja mam teraz robić, sierota! – załamała ręce Agunia.
– Trzaa stworę przepędzić – zaopiniował ktoś z tłumku.
– Ano – trzaa. Ale nieczysta to jakaś siła i bez wielebnego nie poradzimy… Idź dziś Agunia do Zakroczymskiej, a jutro z księżą pomocą złego się pozbędziemy.
Agunia popatrzyła na gromadkę, wydęła usta, wzięła się pod boki i zajazgotała:
– O ludzie, ludzie! A co ja jakaś szmaga jestem, żeby cudze kąty wycierać? Czy to ja swego domu nie mam! A niedoczekanie! A choćby i złemu – to nie popuszczę!
Przygięła się, uniosła wojowniczo ramiona, pochyliła się, jakby zamierzała nieznane zaprawić bykiem i – nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać – wkroczyła na dróżkę za furtką.
Nie minęło wiele czasu, gdy rozległ się wrzask Aguni.
Ludzie rzucili się na ratunek.
Wpadli do domu.
Przy stole siedział spokojnie Mateuszek i właśnie podawał pajdę posmarowanego masłem chleba zielonej stworze. Ta – chwyciła ją błoniastą łapką, uniosła do szerokich mięsistych ust, rozwarła je i z lubością odgryzła kawałek.
Nad tym wszystkim szalał tajfun w postaci Aguni.
– Toś ty taki! – krzyczała. – Wywłokę jakąś żabiastą do domu przyprowadzasz? Własnej matki uszanować nie potrafisz! Patrzcie, ludzie – obejrzała się na falujący tłumek – kochanicę z błota sobie sprowadził, krzywdziciel jeden! A won mi stąd, szkarado!
Mateuszek spokojnie smarował masłem kolejną kromkę chleba. Stwora mrugała wypukłymi oczkami, pomlaskując cichutko.
Ludzie powoli zaczęli się wycofywać i – jeden po drugim – znikali w mroku.

Windą do nieba

Rozochotek Kolczasty nie należał do najszczęśliwszych na świecie.
Skonstatował to pewnego pięknego dnia – chyba poniedziałku – a ponieważ z urodzenia był filozofem, westchnął sobie cichutko i zadumał się nad naturą rzeczy. Potem na paluszkach podkradł się do kredensu i, rzucając raz po raz płochliwe spojrzenia w kierunku rozpartej na drewnianym krzesełku Megierki Notorycznej, wyciągnął mały pakunek owinięty sfatygowaną papierową torbą.
Zamknął drzwiczki i z gracją primabaleriny przemknął obok podrzemującej z otwartymi ustami żony. Przez chwilę dzielnie walczył z pokusą, by nie włożyć w jej rozwarte paszczęki palca.
Zwyciężył!
To, i udana akcja nastroiły go przyjaźnie do świata.
Rozochotek potruchtał do namiastki przedpokoju, ucapił pantofle i skupił się na bezszelestnym naciśnięciu klamki. Zamek puścił, a drzwi rozwarły się cichutko. Było to tylko i wyłącznie jego zasługą, ponieważ raz w tygodniu, gdy Megierka biegła na zebranie CBR-u*, starannie oliwił zawiasy.
Przez chwilę butnie podziwiał własną zapobiegliwość, ale zaraz porzucił tę przyjemną czynność i ostrożnie przekroczył próg mieszkania.
Wbrew pozorom – nie było to łatwe, ponieważ Megierka jako fanatyczka porządku czyściła stare gumoleum z zapałem godnym lepszej sprawy. Używała do tego jakichś sobie tylko znanych mikstur, które śmierdziały niemożliwie, ale efekt rzeczywiście był powalający. I to – dosłownie. Nie raz i nie dwa wykopyrtnął się na śliskiej podłodze, sunąc na pośladkach lub brzuchu przez cały korytarzyk i zatrzymywał się dopiero pod kuchennym oknem. Było to dość upokarzające i Rozochotek podejrzewał nawet, że całe dbanie o porządek miało na celu tylko i wyłącznie zdyskredytowanie jego osoby. W słuszności takiego mniemania utwierdzało go zachowanie Megierki – nigdy w podobnej sytuacji nie szczędziła mu złośliwych prychnięć i szyderczych uwag.
Westchnął i szczęśliwie bez przygód wydostał się na klatkę. Zamknął drzwi i podążył w kierunku jedynego miejsca, w którym Megierce nie przyszłoby do głowy go szukać – do windy.

Nacisnął guzik i, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, czekał na swój azyl. Kiedy rozległo się miłe dla ucha łomotanie i winda stanęła, otworzył drzwi i skierował się do swojego kącika. Rozsiadł się na wydeptanej wykładzince, wzuł pantofle i zaszeleścił zawiniątkiem.
Sięganie do pogniecionej torebki uważał za jeden z najcudowniejszych momentów dnia. Odkąd pamiętał, czynności tej towarzyszyło zawsze radosne bicie serca, a na widok omszałej flaszeczki oczy przyjemnie wilgotniały. Dźwięk zgrzytającego o gwint korka brzmiał jak najpiękniejsza muzyka, a szklany dotyk szyjki chłodził spragnione wargi. Pierwszy łyk rozkosznie szczypał w język i łagodnym pieczeniem pieścił gardło. Potem spływał do żołądka, sympatycznie rozgrzewając jego ścianki.
Rozochotek przymykał z lubością oczy, opierał potylicę o ścianę i upajał się czarownością tej chwili.
Łagodne bulgotanie przywoływało go do porządku – unosił się lekko i naciskał klawisz z literką N. Dźwig dygotał i majestatycznie unosił go w górę. Do nieba. Rozochotek był przekonany, że to właśnie oznacza symbol na guziczku…

Finezyjka Zaprzestała siódmy raz z rzędu nacisnęła przycisk windy. Jej nalana twarz zaczerwieniła się z irytacji, a skrzydełka okazałego nosa rozdęły od posapywania. Zatupała w miejscu i ponownie dźgnęła palcem przycisk. Potem spojrzała na wypakowane do granic możliwości reklamówki. Oparte po obu stronach nóg uniemożliwiały poruszanie się, o czym na moment zapomniała. Ze zgrozą patrzyła na bardzo wolno przesuwające się bułki. Schyliła się, by pochwycić rączki i zapobiec nieuchronnej katastrofie i… zamarła. Nastawiła ucha, bo wydało się jej, że słyszy charakterystyczny łomot.
Nie pomyliła się. O! Słuch Finezyjka miała rewelacyjny!
Choć niewygodna pozycja przypomniała jej o chorym krzyżu, zmobilizowała się i dźwignęła siaty. Wprawnym ruchem stopy szarpnęła drzwi, które rozwarły się na całą szerokość i sprężystym krokiem weszła do windy.
Nieprzyjaznym wzrokiem omiotła stojącego obok Rozochotka i odmruczała powitanie.

Jadąc w dół, Rozochotek powstał. Pieczołowicie owinął swoją flaszeczkę, ukrył ją i grzecznie stanął w kąciku.
Kiedy otworzyły się drzwi, dobiegł go szelest reklamówek i ciasne pomieszczenie wypełniło się Finezyjką.
Rozochotek stał skromnie z tyłu i ukradkiem przyglądał się towarzyszce.
Kiedyś chwila, w której wsiadała do windy, była jedną z tych najbardziej wyczekiwanych. Właściwie, na samym początku, najbardziej wyczekiwaną.
Finezyjka przyjaźniła się z Megierką i – w przeciwieństwie do jego żony – była piękna. Rozochotek kochał się w niej bez opamiętania. Mógł godzinami wpatrywać się w nią, gdy siedziała przy kuchennym stole, popijając małymi łyczkami cienką kawinę. Mógł słuchać szemrania jej głosiku i dzwonienia jej śmiechu. Przyglądać się drobnym, białym ząbkom i pąsowym usteczkom.
– I co to się z tej Finezyjki zrobiło? – zadał pobrzmiewające cierpieniem pytanie i spłoszył się.
Spojrzał na masywny kark Finezyjki. Na szczęście akurat coś chrobotnęło i jego słowa utonęły w hałasie…

Finezyjka nie raczyła odwrócić głowy, choć dobrze słyszała niewyraźne mamrotania Rozochotka.
Nie znosiła go.
O! Już ona dobrze wiedziała, co to za ziółko! Megierka nie raz żaliła się na tego nieudacznika!
Tu rozmyślania Finezyjki o Rozochotku urwały się raptownie, ponieważ winda stanęła. Chwyciła ciężkie torby i godnie wyszła przez usłużnie przytrzymywane przez Rozochotka drzwi. Nie zadała sobie nawet trudu, by mu podziękować.
Też!

Gdy półtoratonowe żelastwo ruszyło w górę, Rozochotek sięgnął za pazuchę.
Przy akompaniamencie miłych dla ucha szelestów zgniecionego papieru pociągał z flaszeczki i przez szybkę przyglądał się mijanym widokom. Mimo, że znał je na pamięć, zawsze jakoś ta pierwsza jazda wywoływała wzruszenie.
Była zapowiedzią czegoś nieoczekiwanego…
Każdy nieplanowany przystanek mógł zainicjować przygodę…

* CBR – Ciche Bohaterki Rodzinne

Pokusa

– Jesteś.
Tak. Jestem i zawsze będę.
– Bałem się… Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałem…
Czego?
– Że cię tu nie zastanę.
Ale jestem…
– Ale jesteś… Obiecaj… Obiecaj mi, że nigdy się nie rozstaniemy…
Nie mogę ci tego obiecać.
– Chcesz odejść?
Nie…
– Więc czemu…
Bo to ty zostawisz mnie… Nadejdzie dzień, w którym przestaniesz mnie potrzebować i odejdziesz…
– Nigdy do tego nie dojdzie!
Ależ tak. Już teraz przychodzisz dużo rzadziej…
– Przecież wiesz – czemu. Tłumaczyłem ci tyle razy.
Tłumaczyłeś…
– No właśnie… Nie wierzysz mi?
Wierzę…
– Nie wierzysz…
Wierzę. Tylko… trochę zapomniałem…
– Wytłumaczę ci jeszcze raz.
Nie trzeba.
– Trzeba.
Nie. Porozmawiajmy o czymś miłym.
– Na przykład?
Opowiedz mi, co robisz, kiedy nie ma cię ze mną.
– Przecież wiesz. Mówiłem ci ostatnim razem.
To było tak dawno…
– Wczoraj…
Przecież mówię, że bardzo dawno.
– Nie kłóćmy się!
Czy ja się kłócę? Mówię tylko…
– Wstałem jak zwykle… Umyłem się. Zjadłem śniadanie i już musiałem biec…
Nie musiałeś…
– Przecież wiesz, że musiałem.
Ale nie lubisz tego…
– Nie znoszę!
A co lubisz?
– Najbardziej?
Najbardziej.
– Być z tobą.
Nie wierzę ci… Gdyby to była prawda, nie odchodziłbyś…
– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym zostać…
I co ci przeszkadza?
– …
Widzisz? Sam wiesz, że nic cię nie trzyma. Mógłbyś robić wszystko, na co masz ochotę. Oddychać wolnością… Ale nie chcesz…
– Chcę…
Więc co cię powstrzymuje?
– Ja…
Ostatni raz.
– Co – ostatni raz?
Spotykamy się.
– Nie żartuj!
Nie żartuję.
– Ale czemu?
Nie jesteś już taki sam.
– Jestem!
Nie… Powoli oddalasz się ode mnie. Nadejdzie czas, w którym będę czekać daremnie…
– To nigdy się nie wydarzy!
Nie. Masz rację. Nigdy się nie wydarzy, bo odejdę wcześniej…
– …
Zaraz…
– Proszę…
Teraz.
– Nie… Nie!
Jest tylko jeden sposób, byśmy zostali razem… Wiesz – jaki.
– Wiem…
Widzisz? Nie chcesz!
– Chcę… tylko…
Tylko – co?
– Trochę się boję…
Nie bój się… Pomogę ci…
– Dobrze…
Jesteś zdecydowany?
– Tak…
Siedzisz?
– Tak…
Przełóż nogi… Już?
-…
Zamknij oczy.
– Pochyl się.
– Jeszcze.
– Jeszcze trochę…
– Spokojnie…
– Spokojnie…
– Rozluźnij palce…

– Zrobiłem to! Teraz już zawsze będziemy razem! Zrobiłem to!
– …
– Hej! Jesteś tu? Odezwij się! Odezwij się. Odezwij się…

Kara

Trawa jest taka cudownie chłodna.
Drobne łezki deszczu odbijają się od skrzyżowanych nóg. Muskają obnażone ramiona.
Wyciąga przed siebie ręce i rozcapierza palce, by poczuć tę kojącą wilgoć.
Wszędzie wirują drobinki. Tysiące. Miliony. Miliardy. Składa się z nich każda kropla wody, każde pasmo światła. Migocą delikatnie, krążąc wokół własnych osi i łączą się w rozmyte drganiami szepty.
Nie musi nawet uchylać powiek. One też są tylko szarfą wibrujących punkcików.
Tak jak klęczący naprzeciwko mężczyzna.
Jasna tunika oblepia jego ciało. Wybrzusza się na podrażnionych chłodem sutkach i marszczy śmiesznie w okolicach słonecznego splotu.
Jego myśli są jak pikselowy wydruk. Bezskutecznie hamowane emocje płyną ku niej strumieniem fluktuujących kryształków. Zgrzyt napiętych mięśni uderza w nią kaskadą histerycznego lęku.
Jego mocne, ukryte za plecami palce zaciskają się na kościanej rękojeści. Smak potu rozpełza się wokół. Pięść unosi się gwałtownie…
Jej skronie tętnią wysiłkiem, gdy myślą wdziera się w strukturę śmiercionośnego narzędzia. Pochyla głowę i skupia się, nie otwierając oczu.
Nóż rozsypuje się w jego palcach. Uwolnione cząsteczki chrobocą, rozpraszają się bezładnym niedokształtem. I nagle znowu materializują.
Jego rozpędzona pięść nie jest już w stanie się cofnąć. Mknie impetem, rażąc spazmem cierpienia, którego nie przewidział. Wspólny ból paraliżuje go – w ostatnim momencie próbuje zatrzymać cios.
Jego ręka zawisa tuż nad jej ramieniem. Ich rozchylone nozdrza łowią landrynkową woń filigranowych pąków.
Czuje zalewającą go falę zwierzęcego strachu. Na mgnienie ślepnie razem z nim i wzdraga na widok ciernistych pędów rozrywających jego pulsujące oporem żyły. Tonuje wspólny ból i pozwala mu opuścić rękę, która na jego oczach przybiera kształt różanej odrośli…

Kontakt

– Żadne tam takie! – powiedziała kategorycznie pani Jusia i zatrzasnęła drzwi. Na głośny łomot spragnionego natręta przestała reagować.
Kładła się już spać, gdy zza zamkniętych balkonowych drzwi dobiegło ją ciche bzyt. Próbowała je zignorować, ale bzyt powtórzyło się. Głośniej i bardziej nachalnie.
Westchnęła ciężko i niemrawo zaczęła się wygrzebywać spod kołdry. Usiadła, spuściła nogi i po omacku odnalazła kapcie. Wsunęła w nie stopy i z ciężkim stęknięciem podniosła się z tapczanu. Nie zapalając światła, powędrowała do dużego pokoju. Przy akompaniamencie szurania wsłuchiwała się w dochodzące zza okna bzytania.
Gdy tylko przekroczyła próg pokoju, dostrzegła dziwne sinoniebieskie błyski. Przyśpieszyła kroku, i, znalazłszy się przy szklanych drzwiach, przybliżyła twarz do szyby.
Na balkonie majaczył dziwny baniak. Miał kształt grubego cygara. Lewitował sobie dziesięć centymetrów nad balkonową posadzką, migając kolorowymi światełkami. Po chwili zaczął drżeć i idealnie w jego środku pojawiła się rysa. Oniemiała pani Jusia patrzyła, jak górna część odkręciła się niczym wieko termosu, obróciła o sto osiemdziesiąt stopni i zawisła w identycznej odległości od podłoża jak dolna.
Kiedy części się rozdzieliły, z wnętrza wylazły trzy skurczone postaci i, wydając mało zrozumiałe warkoty, zaczęły rozglądać się dookoła.
Były niewysokie, przygarbione i pomarszczone. Miały po troje wyłupiastych oczu i śmieszne trąbki zamiast nosów.
Pani Jusi, którą z początku ogarnął strach, wydały się sympatyczne, więc wpatrywała się w nie z niekłamanym zaciekawieniem.
Postaci żywo o czymś dyskutowały. Nastawiwszy uszu, pani Jusia usłyszała niezrozumiałe słowa, dzięki żywiołowo warkocącemu rrr, brzmiące jednak bardzo swojsko.
W tej właśnie chwili jedna z postaci uniosła głowę i dostrzegła panią Jusię. Ich oczy spotkały się i znieruchomiały na moment w nieoczekiwanym porozumieniu. Wreszcie postać oderwała wzrok od małych oczu pani Jusi i klepnęła towarzysza w kark. Ten podskoczył, zaperzył się i już, już gotował się do rewanżu, gdy kątem oka również dostrzegł panią Jusię. Na ten widok jego usta przybrały kształt litery u, a trąbka zafalowała wzruszeniem.
Trzecia postać tymczasem uniosła pazurzastą łapkę i pomachała pani Jusi. Ta – odmachała niepewnie. Nagle bowiem uświadomiła sobie, że jest w mieszkaniu zupełnie sama i poczuła się nieswojo. Coś szepnęło jej, że powinna brać nogi za pas.
Nim jednak zdołała posłuchać głosu rozsądku, pierwsza postać podeszła do drzwi i na migi pokazała, by pani Jusia otworzyła balkon. Tyle w jej wzroku było błagania, że pani Jusia nie potrafiła się oprzeć.
Po pierwszych, dość nieudolnych próbach porozumienia, nić przyjaźni została zadzierzgnięta. A choć pani Jusia ni w ząb nie mogła pojąć, o co właściwie poczwarkom chodzi, dostrzegła coś, co sprawiło, że zaprosiła je do środka, posadziła przy stole i – zapaliwszy górne światło – postawiła cztery kieliszki i flaszkę.
Początkowo szkaradki węszyły nieufnie. Dopiero, gdy pani Jusia uniosła kieliszek i jednym haustem opróżniła zawartość, poczwarki poszły w jej ślady.
Właściwie dopiero teraz, gdy w pokoju zrobiło się jasno, mogła dokładniej się im przyjrzeć. Rzeczywiście były niewielkiego wzrostu, przygarbione, ale w zasadzie podobne do ludzi. Gdyby nie te trąbki i oczy, można byłoby wziąć je za staruszków. Nawet skóra w kolorze dorodnej węgierki okazała się być przy bliższym kontakcie kombinezonem.
Ale pani Jusia pojęła to już wcześniej. Tym zaś, co przesądziło o chęci kontaktu, były diamentowe smugi wydobywające się spod uniformów.
To wtedy w głowie pani Jusi zapaliła się czerwona lampka i zrodził się pewien plan. Od tamtej chwili było jej wszystko jedno, kim są przypadkowi goście.
Jak się okazało, pani Jusia nie tyle może znała się na ludzkich reakcjach, ile na mocy sprzedawanego od lat trunku.
Nim w butelce pokazało się dno, stworki straciły kontakt z rzeczywistością.
Jeden zasnął z trąbką w kompocie, w którym co chwila bulgotały bąbelki powietrza wydychane licznymi otworkami.
Drugi zawisł bezwładnie na krześle, przebierając od czasu do czasu zwiotczałymi kończynami. Trzeci – spadł ze swego siedziska, poturlał się pod stół i od tej pory ani drgnął.
Najpierw pani Jusia zajęła się tym spod stołu: związała go i bez większego wysiłku przetransportowała do wanny. Powróciła do pokoju i uwięziła dwóch pozostałych delikwentów.
W drodze powrotnej wstąpiła do kuchni, rozejrzała się bystro i zdecydowała się na spory tasak oraz – tak na wszelki wypadek – na toporek do mięsa. Z korytarzowej szafy wyjęła foliowy płaszcz przeciwdeszczowy i płachtę czarnego podkładu, który został jej po malowaniu sufitu.
Kiedy znalazła się w łazience, zaścieliła podłogę folią, żeby niczego nie zabrudzić, a potem podeszła do wanny i jednym precyzyjnym ciosem pozbawiła szkaradka głowy. Przyznać trzeba, że więcej w tym było szczęścia niż umiejętności, co nie zmieniało faktu, że szkaradek był martwy.
Dopiero po odłożeniu głowy zdecydowała się rozebrać stworka. Rozcięcie uniformu ostrym nożem, po który cofnęła się do kuchni, bardzo uważając, by nie zachlapać chodniczka w przedpokoju, nie nastręczało zbyt wielu trudności. Następnie wprawnie uniosła kadłubek za nogę i oceniła jego wagę. Doszła do wniosku, że haki, na których rozciągnięte były sznury na pranie wytrzymają potrójny ciężar, przecięła więc jedną z linek, sprawnie omotała nogi bezgłowego stworka i zawiesiła go nad wanną.
Wszystkie czynności powtórzyła jeszcze dwukrotnie i wreszcie mogła chwilę odpocząć. Cofnęła się do drzwi i z dumą spojrzała na trzy ociekające korpusiki.
Potem rozejrzała się dookoła i z zadowoleniem stwierdziła, że prawie nie narobiła bałaganu. Głowy włożyła do zlewu i ostrożnie zdjęła płaszcz. Opłukała go mocnym strumieniem z prysznica, strzepnęła i powiesiła do wyschnięcia. Podobnie zrobiła ze śliwkowymi wdziankami i płachtą od malowania sufitu.
Poczekała, aż ze szkaradków spłynie cała posoka. Trwało to krócej, niż myślała, a gdy się dokonało, umyła wannę, zdjęła pierwszego stworka i oniemiała z zachwytu po raz drugi. Tym razem z powodu pięknej, srebrzyście lśniącej skóry. Najpierw myślała, że gruzełki to prawdziwe diamenty. Dopiero po baczniejszych oględzinach stwierdziła, że ma do czynienia z – grubą, bo grubą, ale – łuską. To ją nawet ucieszyło. Po raz kolejny powędrowała do kuchni i z pewnością wytrawnej gospodyni skierowała się do szuflady w stole. Pobrzęczała chwilę i wyjęła z niej okrągłą tarkę do okoni. Po namyśle dorzuciła jeszcze tę do tarcia kartofli. Ot, tak, na wszelki wypadek.
Powróciła do łazienki, zatkała odpływ, by nie stracić ani jednej łuski i raźno zabrała się do roboty. Tarka do ziemniaków okazała się być idealna do większych partii, okrągła na okonie – do zakamarków.
Na szczęście skóra poczwarek nie była pokryta śluzem, wystarczyło więc srebrzyste łuski przesiać przez durszlak, po który po raz kolejny pomaszerowała do kuchni, polać wodą i rozsypać na frotowym ręczniku, który przezornie rozłożyła w przedpokoju, wędrując po nóż.
Najpierw uporała się z łuskami: osuszyła je, zawinęła w rulony i skrzętnie ukryła w wydrążonych nogach krzeseł. Następnie zabrała się do dalszej roboty. Napuściła do wanny zimnej wody i zanurzyła w nich głowy, upewniając się wcześniej, czy szkaradki nie posiadają jakiegoś zbędnego owłosienia. Nie posiadały, co skonstatowała z radością, bo ten fakt oszczędzał jej opalania nad palnikiem gazowym. Następnie wypatroszyła i rozbroiła tuszkę po tuszce, elegancko ofoliowała posegregowane części, pięknym okrągłym pismem opatrując każdy pakunek nazwą i datą. Schludnie poukładała wszystko w zamrażarce, a każdej z tych czynności patronowała myśl o zbliżających się milowymi krokami świętach.
Głowy zdążyły w tym czasie odleżeć swoje, napełniła więc ogromny gar wodą i wrzuciła je do obgotowania. Gdy wywar zaczął bulgotać, a głowy mięknąć, dorzuciła obraną marchew, korzeń pietruszki i selera, cebulę i kilka ząbków czosnku. Wsypała garść przypraw i sól do smaku. Po domu rozszedł się przyjemny zapach angielskiego ziela i laurowego listka.
Nie przykrywała wielkiego gara, żeby nie wyszumiał z niego smak. Zmniejszyła płomień i spokojnie powędrowała na balkon, by w świetle wstającego dnia przyjrzeć się cygaru.
Wciąż było otwarte, a jego części lewitowały tuż nad terakotową posadzką, lekko wibrując. Światełka pulsowały nikłym blaskiem, a całość wydawała z siebie od czasu do czasu niegłośne ale niepokojące bzyt.
Przyglądając się dziwacznemu pojazdowi, pani Jusia przez skórę czuła niepokój. Wiedziała, że musi usunąć jakoś kompromitujący przedmiot, by ślad po stworkach zaginął jak najprędzej. Wiedziała też, że jeśli nawet ich zniknięciem nie zainteresują się pobratymcy, to jej właśni sąsiedzi – na pewno.
Balkon miała średni, a cygaro wylądowało jakieś trzydzieści centymetrów od bocznych drążków. Przykrycie ich kwiecistymi kapami okazało się być złym pomysłem – drgające jaskrawe kwiaty bardzo przyciągały wzrok.
Pani Jusia uparła się jednak i, dokonując nadludzkich wysiłków, udało jej się części cygara przeciągnąć w dwa przeciwległe końce balkonu. Zajęły wprawdzie całą szerokość i zasłoniły widok na sąsiednie lodżie, bo sięgały dwóch trzecich wysokości mieszkania, ale przestały się tak bardzo rzucać w oczy.
Zanim głowy w garze ugotowały się do miękkości, zdążyła jeszcze wepchnąć pod spód półcygar po odwróconej dnem do góry, plastykowej misce mającej imitować podstawkę.
Dopiero po wyłączeniu palnika i pozostawieniu głów do ostygnięcia, pani Jusia zajrzała do środka lewitujących części. Posiadały trzy niezbyt szerokie komory, które wyglądały jak okrągłe trumny. Domyśliła się, że każda z nich była przeznaczona dla jednej poczwarki i wzruszyła ramionami, bo ta wiedza niewiele jej mogła pomóc w kamuflowaniu pojazdu.
Wprawdzie miała już z grubsza nakreślony plan, ale po racjonalnej ocenie własnych sił musiała go zmodyfikować – wypełnienie komór ziemią i zasadzenie w nich kwiatów trwałoby zbyt długo.
Siedząc przy kuchennym stole i obierając głowy z mięsa, myślała bardzo intensywnie. Przy odławianiu ósmego oka coś jej zaświtało. Podczas krojenia pietruszki doznała olśnienia.
Spokojnie dokończyła siekanie w piękną kosteczkę mięsa, poukładała na dnie miseczek marchewkowe kwiatki z pietruszkowym środkiem i zalała rosołową zawiesiną, rozpuszczając w niej wcześniej kilka torebek żelatyny, nie miała bowiem pojęcia, z jakim rodzajem mięsa ma właściwie do czynienia.
Dopiero, gdy poustawiała miseczki na kuchennym parapecie i obrała spory gar ziemniaków, zaczęła realizować plan.
Jakiś czas temu w ścianie pod zlewem zrobiła się dziura, z której wyłaziły pająki. W telewizji wypatrzyła reklamę szybkoschnącego specyfiku. W pobliskim markecie udało jej się nabyć to, czego potrzebowała. Niestety, dała się otumanić uśmiechom sprzedawcy oraz wizji, że może produktu zabraknąć i nabyła ilość, która okazała się być bardzo nadmierna.
Pani Jusia jako kobieta doświadczona życiem i nauczona zapobiegliwości nie wyrzucała jednak niczego. Nigdy.
Jak się okazało – po raz kolejny miała rację.
Przytachała ciężki wór z przedpokoju na balkon i sumiennie rozdzieliła proszek na dwie części. Zasypała dokładnie oba półcygara i pognała po wodę. Po zalaniu bardzo się sprężała z mieszaniem, bo sprzedawca w jednym nie kłamał – specyfik był produktem bardzo szybkoschnącym.
Kiedy wszystko stężało, pani Jusia sypnęła na wierzch trochę ziemi nabytej w tymże wielobranżowym markecie i wetknęła po jednym ładnie płożącym się bluszczu, który i tak miała lada dzień przesadzać do większych doniczek.
Dopiero gdy uprzątnęła niewielki rozgardiasz i sprawdziła stopień stężenia głowizny, pozwoliła sobie na zrobienie kawy z mleczkiem.
Wyniosła kubek na balkon i podreptała po ciasto. Wreszcie zasiadła przy małym plastykowym stoliku na małym plastykowym krzesełku i odsapnęła. Rozejrzała się wokół, delektując się swym dziełem. Była z siebie naprawdę dumna.
Zapatrzyła się w okrojone niebo i upiła łyk kawy. Do jej uszu dobiegło ledwo słyszalne, kojące bzyt.

Przysługa

Od kilku dni w mieszkaniu panowała cisza.
Temperatura przekraczała czterdzieści stopni i otwieranie okien nic nie dawało. Nawet noc nie przynosiła ożywczego chłodu. Na zewnątrz wszystko zamarło. Jakby miasto także postanowiło zaprotestować przeciwko upałom. Nie było samochodów, przechodniów. Czuło się tylko smród rozgrzanego asfaltu i wiszącego w powietrzu kurzu.
A mimo to w tej domowej ciszy wyczuwało się coś nienaturalnego…
Długo zastanawiał się, o co chodzi. Dopiero wieczorem zrozumiał. Muchy! Od kilku dni nie zabrzęczała ani jedna mucha.
Kiedy zlokalizował źródło niezwykłego spokoju, przestał się tym zajmować.
Miał dużo pracy, a ostateczny termin zbliżał się nieubłaganie.
Tego wieczora coś drgnęło na zewnątrz i zrobiło się odrobinę chłodniej, więc pierwszy raz od dawna wziął się do roboty bez przymusu. Wciągnęło go. Ogłuchł i oślepł na to, co działo się wokół.
Krańcami świadomości odbierał dziwne dźwięki, ale nie utożsamiał ich z niczym znanym, więc starał się je ignorować.
Dopiero brzęk wybijanej szyby i skowyt Reksa sprawił, że poderwał się na równe nogi. Wybiegł do przedpokoju. Reks leżał na podłodze wśród odłamków szkła. Przycisnął łapami uszy i lekko rozwarłszy szczęki – wył.
Podbiegł do psa. Na szczęście nie był pokaleczony. W oczach zwierzaka dojrzał przerażenie. Reks był tak przestraszony, że nie miał nawet sumienia skrzyczeć go za rozbitą szybę z drzwi. Posprzątał szkło i wrócił do przerwanej pracy. Zdumiało go, że Reks nie odstępował go na krok. Nigdy wcześniej nie zdarzało się, by zlegał tuż przy nogach. Był indywidualistą i chodził swoimi drogami.
Może gdyby nie te terminy, zastanowiłby się nad zachowaniem psa…

W ciągu następnych dni temperatura spadła i zrobiło się znośnie. Dzięki temu nadgonił z robotą. Dopiero późnym wieczorem uświadomił sobie, że jest głodny. W lodówce nie znalazł niczego, co nadawałoby się do jedzenia. W szafkach – też nie.
Plątał się po domu w poszukiwaniu herbatników. Na parapecie w małym pokoju, obok roślinki, którą dostał na przechowanie, znalazł dziwne paprochy. Wzruszył ramionami i zrzucił je niedbale na podłogę. Ponownie zahaczył wzrokiem o krzewinkę. Uświadomił sobie, że obiecał ją podlewać. Zapomniał. Mimo to wydało mu się, że roślinka ma się całkiem dobrze.
Poszedł po wodę, omijając rozwalonego na środku korytarza psa.
Od pamiętnej akcji z szybą Reks unikał małego pokoju, choć tam właśnie było jego ulubione miejsce do spania.
Dzwonek do drzwi zaskoczył go w trakcie podlewania. Odstawił słoik i ruszył, by otworzyć. W drzwiach stał jego przyjaciel.
Wpuścił Olka do środka i zrobiło mu się głupio – nie miał nawet kawy.
W trakcie rozmowy okazało się, że przyjaciel pokłócił się z dziewczyną i chce przenocować.
Nie miał nic przeciwko temu…

W nocy zbudził go skowyt psa. Zerwał się z łóżka i pobiegł do przedpokoju. Półprzytomnie namacał kontakt.
Miał wrażenie, że wciąż śni. Na podłodze wił się wyjący Reks. Nad nim pochylał się Olek z nożem w ręce.
Światło sprawiło, że przyjaciel spojrzał przytomniej i puścił przerażonego psa. Ten, z podkulonym ogonem czmychnął do kuchni.
Patrzył na Olka, który – jak obudzony z koszmaru – oglądał nóż.
– Byłem głodny – oznajmił naraz żałośnie. – Tak strasznie głodny. Zjadłem tą roślinkę z parapetu… – dodał płaczliwie.
Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Przyjaciel od lat był weganinem. Co nie znaczyło, że pożerał u znajomych kwiatki.
Mimo późnej pory postanowił wyjaśnić sytuację. Już otwierał usta, by zadać pierwsze pytanie, gdy poczuł na sobie wzrok tamtego. Zaniepokoiło go coś w tym spojrzeniu, więc powoli zaczął się wycofywać w kierunku kuchni.
Przyjaciel skulił się, przyczaił i ostrożnym krokiem podążył za nim, gwałtownie łykając napływającą do ust ślinę. W jego niebieskich, łagodnych niegdyś oczach czaił się nieposkromiony głód…

Sansara

Każdej nocy od lat śnił ten sam sen.
Wzbijał się powoli i majestatycznie zawisał w przestworzach.
Z tej perspektywy domy wyglądały jak różnokolorowe figury geometryczne. Na niektórych dachach zbierała się woda i odbijała pasma nieba. Czasami wielkie kałuże wyglądały, jakby były w ruchu, gdy wiatr przeganiał nad nimi obłoki. Ulice przypominały wolno płynące rzeki, a przechodnie byli migocącymi plamkami. Korony drzew miały kształt zielonych kół, które wraz z oddaleniem szarzały…
Lubił ten moment, gdy opuszczał miasto, a pęd powietrza muskał jego napięte ciało. Przypatrywał się prostokątom pól, wstęgom rzek. Wznosił się coraz wyżej i wyżej, by za chwilę zapikować i poczuć ten spin całym sobą. Czasami opadał łagodnie, pozwalając, by wiry powietrza porywały go i władały nim całkowicie…
Kiedy budził się we własnym łóżku, bywał tak wyczerpany, jakby odbył całodzienną pieszą wycieczkę. A jednak za nic nie oddałby tego szaleńczego bicia serca, przyśpieszonego oddechu, uczucia niemierzalnej wolności…
Kiedy usłyszał o reinkarnacji, postarał się w nią uwierzyć i wyobrażał sobie, że po śmierci odrodzi się w ciele ptaka. Orła. Imponowało mu stalowe ciało, wielkie skrzydła, mocny dziób i szponiaste pazury. Marzył o podniebnych lotach, lądowaniu w miejscach niedostępnych człowiekowi, dreszczu emocji spowodowanym polowaniem…
Przyszedł czas, że modlił się, by zasnąć i któregoś dnia obudzić się w białopiórym ciele.
Tak zachłysnął się swoim pragnieniem, że przestał odczuwać lęk przed śmiercią. Przeciwnie – nie mógł doczekać się momentu, kiedy przemierzy tę ostatnią drogę i stanie się tym, kim pragnie…
I ziściło się. Tak, jak sobie wymarzył.
Pewnego dnia, gdy powrócił ze swojego nocnego lotu – jego serce zatrzymało się, oddech zamarł, a on w bliżej niesprecyzowanej jeszcze postaci spłynął obok tego niedoskonałego truchła i przeniknął je, nie odczuwając żadnego żalu, najmniejszej tęsknoty…
Nagle przeczuł, że jakaś siła każe mu podążyć ku moszczącemu się oczekiwanym spełnieniem kształtowi.
Bezwiednie zwabił nicość i błąkał się w niej jakiś czas. Wreszcie poczuł, że coś się zmieniło. Krew zatętniła w żyłach, serce zadudniło w piersi i ciepły oddech wypełnił płuca…
Otworzył oczy.
Był ptakiem. Mocą własnych pragnień stał się istotą doskonałą.
Rozpostarł skrzydła, wyciągnął szyję i z półotwartym z zachwytu dziobem uczynił kilka kroków, by wziąć rozbieg i wzbić się w powietrze.
A gdy już, już miał oderwać się od ziemi, jego wzrok zahaczył o lustro kałuży.
Potknął się nagle.
Zatrzepotał rozpaczliwie skrzydłami.
Tłustym kuprem rozorał miękką ziemię.
Zarył w grzęźli.
Rozkurczył i zakurczył pożółkłe pazury.
W zeszklonych oczkach łysnął strach.
Szarpnął się w ostatnim błysku świadomości.
Uniósł głowę i zagdakał bezmyślnie.