Wspomnień czar. Znowu Wielkanoc.

Kiedyś furtka skrzypiała inaczej.

Gdy spod śniegu wyglądały pierwsze śnieżyczki, a na przydomowych lipach pojawiały się różyczkowe pączki, wiedziało się, że lada dzień wyruszy się z domu. Czekało się niecierpliwie, kręcąc się nieustannie wśród dorosłych i zanudzało ich najważniejszym dla smarkatego istnienia pytaniem: Kiedy?.
Uwielbiało się przedświąteczne wyprawy, towarzyszącą oczekiwaniu niepewność i radość z rychłego spotkania z rodziną.

Wyjeżdżało się zazwyczaj rankiem w Wielki Czwartek, a że droga nie była daleka, niebawem zajeżdżało się pod bramę. Czekało się, aż Tatuś zaparkuje przy chodniku urokliwej uliczki i gramoliło z samochodu. Dostawało się porcję pakunków i statecznie ruszało wyłożoną kolorowymi kamieniami dróżką. Już za bramą czuło się charakterystyczny zapach budzących się z zimowego snu grabów i klonów.

Maszerowało się szeroką alejką, witając się cichutko z zupełnie jeszcze nagimi krzewami janowca z miotełkowo rozgałęzionymi pędami, zwanego zabawnie żółcidłem. Podchodziło się do rokitnika o srebrnych, lancetowatych listkach i pomarańczowawych jagodach i wspominało gorzkawy smak ciotczynych galaretek i soków.
Słyszało się za sobą kroki rodziców i szmer ich rozmowy, więc czym prędzej wracało się na dróżkę, obiecując sobie, że wybiegnie się później jeszcze na chwilkę, by przywitać się z pachnącymi kiszonymi ogórkami kłokoczkami i purpurowo-listnymi świdwami.
Dochodziło się do ganku i machało na dzień dobry wciąż nagim gałązkom białego bzu i wionącym cytryną i kamforą bożym drzewkom.

Popychało się ciężkie odrzwia i wchodziło w mrok sionki. Wdychało się zapach drewna przesączonego wonią pobliskiej rzeki i niemal po omacku odnajdowało właściwe drzwi. Uchylały się, nim zdążyło się ich dotknąć i w rozsłonecznionej smudze dostrzegało się radośnie uśmiechniętą Olgę i wyglądającą zza framugi, nienaturalnie wyprostowaną ciotkę Jagę. Odkładało się pakunki i rzucało w objęcia Olgi, a potem grzecznie ściskało rękę Jagi. Pod jej karcącym wzrokiem zbierało się rozrzucone rzeczy i wędrowało w głąb domu.
Przysiadało się na kuchennym stołeczku i z niecierpliwością popatrywało na wejście, jak zbawienia wyczekując marudzących nie wiedzieć czemu rodziców. Wsłuchiwało się w piękny głos Olgi i nie dające się zrozumieć pomrukiwania Tante Hedwig.

Wreszcie drzwi szczękały ponownie i z przyjemnością przyglądało się rozjaśnionym oczom Olgi, i – z niedowierzaniem – uniesionym cieniem uśmiechu policzkom ciotki Jagi. Po powitaniach i szybkiej wymianie informacji wpadało się w wir przygotowań. Pomagało się Tatusiowi w przesuwaniu ciężkiego kuchennego stołu. Snuło się za Olgą roznoszącą świeżą pościel. Uczestniczyło się w rozpakowywaniu przywiezionych wiktuałów, co i rusz biegając pod drzwi spiżarki nazywanej przez Tante Hedwig szauerem.

Przedświąteczny czwartek upływał pod znakiem radosnej krzątaniny: zwiedzało się troszkę zapomniane zakamarki i sprawdzało, jakie zmiany zaszły od ostatniej wizyty.
Prócz wspomnianej spiżarki, najbardziej lubiło się oczywiście przebywać w kuchni o podwójnych oknach, odświeżanych co roku białą farbą, z szerokimi parapetami, na których pyszniły się ciemnozielone skrzynki z wysianymi ziołami – pietruszką, selerem, lubczykiem i bazylią.

Oprócz białego kredensiku z pięknie rżniętymi szybkami i porcelanowymi gałkami, specjalną atencją darzyło się ciężki, zrobiony z litego drewna stół. Muskało się sfatygowany blat, na którym widać było ślady wieloletniego używania – koronkę jaśniejszych słojów od częstego przecierania na brzegach i ciemnobrązową wysepkę pośrodku. Wodziło się dłonią po lekko chropawej powierzchni i miało się wielką ochotę pochylić się i posłuchać, czy aby stareńki stół nie mruczy jakiejś tajemniczej opowieści. Nie robiło się jednak tego, bo niemal natychmiast był on anektowany przez Olgę, która zabierała się za przygotowywanie świątecznych potraw. Usuwało się na bok, by zrobić miejsce stającej po drugiej stronie ciotce Jadze.

Uwielbiało się obserwować ciotki i rodziców przy pracy. Samą też bywało się angażowaną w przedświąteczną krzątaninę.
Jeszcze w domu, dwa tygodnie wcześniej, było się świadkiem przygotowywania wołowej polędwicy, bez której Wielkanoc u ciotek obyć się nie mogła. Patrzyło się, jak sprawne ręce Mamusi odżynają wszystkie zbędne skrawki, by sztuka mięsa nabrała odpowiedniego, podłużnego kształtu. Pomagało się w ucieraniu w kamionkowym moździerzu ziół, nie bacząc nawet, że miałki czarny pieprz i zmielone ziarnka gorczycy pobudzają do nieustannego kichania.

Kręciło się śmiesznym porcelanowym tłoczkiem, wsłuchując się w zgrzytanie kryształków kamiennej soli i popatrywało, jak suszone listki cząbru i estragonu łączą się z korzeniem lubczyku, papryką i ziołowym pieprzem i stają się szarawym pudrem. Podawało się utartą mieszankę Mamusi i przyglądało, jak zręcznymi ruchami wciera przyprawy w mięso, obracając co chwila polędwicę na wielkiej stolnicy na nową, nieprzyprawioną jeszcze stronę. Z niecierpliwością wyczekiwało się momentu, gdy obrabiany kawałek puści sok i Mamusia obtoczy go jeszcze w grubej soli z kawałkami poduszonych ziaren gorczycy i czarnego pieprzu i wciśnie między dwie deseczki. Wołało się Tatusia, który wynosił spreparowaną sztukę w chłodne miejsce.

Wiedziało się, że ciotki miały swój sposób na wołową polędwicę, ale wtedy jeszcze nie znało się ich receptury. Co zupełnie nie przeszkadzało zajadać się tym, pokrojonym w bardzo cieniutkie plasterki specjałem podczas wielkanocnego śniadania, zupełnie nie umiejąc zdecydować, która z wędlin jest smaczniejsza.

Za to doskonale wiedziało się, jak ciotki przygotowują weisswursten – maleńkie, pięcio- może -centymetrowe kiełbaski z bardzo drobno siekanego wołowego i wieprzowego mięsa. Znowu było się zatrudnianą do ucierania przypraw i miało się nawet przyjemność wsypania ich do pięknie lśniącej, rubinowej masy. Potem towarzyszyło się Tatusiowi, który przez śmieszną tubkę w maszynce na korbkę wyciskał do wąskiego jelita posiekane mięso i co kilkanaście sekund osobiście zakręcało się napełniony wężyk, uważając, by produkowane kiełbaski były równej długości. Po skończeniu dzieła wędrowało się do szauerka i rozwieszało kiełbasiane korale na specjalnie przygotowanych żerdkach, by nieco obeschły.

Wracało się do kuchni i ani na krok nie odstępowało burczącej ciotki Jagi. Narażało się na nieprzychylne spojrzenia, ponieważ nie wyobrażało się sobie, by nie uczestniczyć w fascynującym procesie przygotowania szinkenbraten. I nie tyle miało się na uwadze dobór przypraw, bo ten specjalnie nie zaskakiwał, co specjalną panierkę, zwaną przez ciotki bajce. Nie tylko uwielbiało się wsłuchiwać w cichutkie strzelanie łączonego z przyprawami i mąką chrzanu, ale także obserwować Tante Hedwig zasmarowującą półpłynną panierką mięso przy pomocy małej szpachelki. Dostępowało się nawet zaszczytu pobejcowania, i rychło przekonywało się, że czynność ta tylko wygląda na łatwą i przyjemną. Po minucie żmudnego mazania z ulgą przekazywało się narzędzie w bardziej doświadczone ręce i od tej pory skupiało głównie na obserwacji i nieśmiałym wskazywaniu ewentualnych ubytków. Po całej operacji pomagało się włożyć szynkę do podłużnej brytfanny i umieścić ją w piecu.

Następnie, jako gewiurcemajster, stawało się przy stole obok ciotki Jagi i kroiło drobno słodką, czerwoną paprykę. Siekało się zieloną pietruszkę, zerkając od czasu do czasu na Jagę ciachającą surową wieprzowinę na hackepeter – coś w rodzaju tatara. Doprawiało się potrawę solą, białym pieprzem i oliwą i cieszyło, że ciotka, znając awersję niektórych do cebuli, litościwie umieszczała ją w oddzielnej miseczce, konserwując kilkoma kroplami oliwy. Pomagało się wynieść wymieszaną potrawę do chłodnej spiżarki i brało się za następne danie.

Popisowym daniem Jagi był pieczony w warzywach szczupak, po którego zajeżdżało się w drodze do ciotek do znajomego pana Właściciela wylęgarni ryb. Pod czujnym okiem Taty wybierało się kilka pływających w specjalnym zbiorniku okazów i przed odłowieniem uciekało czym prędzej do samochodu, by nie oglądać zdezorientowanych, chwytających gwałtownie powietrze ryb.
Nie asystowało się też przy ich sprawianiu, pojawiając się dopiero, gdy żywe stworzonka stawały się różowawymi płatami. Niby rozumiało się, że inaczej się nie da, ale nie znosiło się woni towarzyszącej skrobaniu, ucinaniu głów i rozpłatywaniu brzuchów. Nazywało się tę woń w myślach zapachem strachu.

Za to chętnie uczestniczyło się w obieraniu i krojeniu warzyw – fioletowych bakłażanów, jędrnej trójkolorowej papryki, seledynowej cukinii i tryskających sokiem pomidorów. Rozciskało się czosnek w śmiesznych metalowych szczękach z dziurkami, i, po dodaniu soku z cytryny, oliwy i ziół prowansalskich, mieszało się warzywa, aż puściły sok. Towarzyszyło się Jadze w drodze do piekarnika i pilnowało, by warzywna mieszanka zaczęła bulgotać. Wtedy wołało się ciotkę i z podziwem obserwowało jej precyzję w układaniu doprawionych solą i cytrynowym pieprzem filetów na podpieczonych jarzynach. Po ozdobieniu każdej tuszki plastrem cytryny czekało się, aż ciotka umieści brytfankę na powrót w piekarniku i biegło się pomagać Mamusi przy robieniu kartoffelnsalat.

Dostawało się deskę i ostry nóż i kroiło w dość grubą kostkę ugotowane wcześniej na parze i obrane kartoffelnpele czyli ziemniaki w mundurkach. Nie przepadało się za tą czynnością, bo mączyste kawałki przylepiały się do noża i rozpadały w zupełnie nieprzewidywalne kształty. Nawet lubiło się te fantazyjne obłamania, ale karcący wzrok Tante Hedwig nie pozostawiał złudzeń, co ona myśli o radosnych kartofelkach. Potem czekało się, aż Mamusia wkroi gotowane na twardo jaja i różową, gotowaną szynkę, doprawiało się sałatkę solą i pieprzem i dosypywało własnoręcznie posiekaną zieloną pietruszkę, której część zostawiało się do przyozdobienia upieczonego szczupaka.

Kiedy nadchodził czas na przygotowywania szpekuchów, starało się nie przegapić ani sekundy. Uczestniczyło się zarówno w wyrabianiu drożdżowego ciasta, którego główną atrakcją był drobno posiekany świeży lubczyk, jak i przy smażeniu kosteczek wędzonego boczku, doprawionego ziołowym pieprzem. Przy smażeniu asystowało się z daleka, nie chcąc narażać się na bolesny kontakt z pryskającym gorącym tłuszczem, ale chętnie brało się udział w lepieniu maleńkich pierożków, układaniu ich na blasze i wsuwaniu do buchającego żarem pieca. Kochało się zapach lubczyku, mimo że kichało się od niego nieustannie.

Nie widziało się natomiast niczego szczególnego w przygotowywaniu szpacli – kładzionych klusek. Niekoniecznie przepadało się też za wonią gałki muszkatołowej, która obok białego pieprzu, była nieodzownym komponentem tej potrawy.
Zostawiało się więc Mamusię i wędrowało do Olgi, która specjalizowała się w produkowaniu słodkości – serników, owocowych strudli, bab drożdżowych z rodzynkami, jajek z lukrem i – najpyszniejszego na świecie maślanego ciasta. Z oczywistych powodów przygotowywania dwóch ostatnich rarytasów nie można było przegapić.

Było się nieco zawiedzioną, że Olga nie do końca potrzebowała pomocy w przygotowywaniu kruchego ciasta na pisanki, ale szybko pocieszało się możliwością wykrawania przy pomocy specjalnej foremki owalnych, spłaszczonych z jednej strony krążków i wycinania w części z nich okrągłych otworków. Sporo wysiłku poświęcało się także ukręceniu błyszczącego, białego lukru. Po upieczeniu jajeczkowych ciasteczek, z wielką radością smarowało się spodnią część śliwkowymi powidłami. Więcej kłopotów miało się z samodzielnym posmarowaniem części z dziurką lukrem, ale każde udane ciastko zlepiało się z tym śliwkowym i odkładało do ostygnięcia. Uwielbiało się smak cierpkich mirabelkowych powideł połączonych ze słodyczą lukru i było się naprawdę dumną, że przyłożyło się rękę do potrawy tak pięknie przystrajającej świąteczny stół.

Ciasto maślane nie było zbyt skomplikowanym wypiekiem, choć jego walory smakowe mogłyby temu przeczyć, więc bez przeszkód pomagało się w robieniu kruchego ciasta, wyklejaniu nim formy i smarowaniu surowych placków ubitą waniliową bezą. Potem cierpliwie czekało się, aż Olga wyjmie cieniutkie, bardzo kruche krążki i pomagało w przekładaniu ich maślano-śmietanowym kremem z dodatkiem utartej wanilii. Na koniec ostrożnie zasypywało się górny placek płatkami migdałów i z żalem żegnało znikającą za drzwiami szauerka Olgę.

Wielkanoc u ciotek nie mogła obyć się bez faszerowanych jajek, zostawało się więc zapędzonym do ich mycia. Po ugotowaniu ich na twardo stawało się jednym z trybików produkcjonmaszine: wyjmowało się jajka z zimnej wody i obierało, podając Tatusiowi, który przekrawał je na pół, następnie wkraczała Mamusia, wyłuskująca żółtka z białek. Od czasu do czasu zerkało się na Olgę, która zajmowała się płukaniem wydmuszek do innej potrawy i Jagę, mozolnie przecinającą jajka wzdłuż, by nie uszkodzić skorupki, w której miał się znaleźć jeszcze inny smakołyk.

Kiedy białka były gotowe, uczestniczyło się w krojeniu składników do farszu. Przeważnie zajmowało się ucieraniem specjalnej żółtkowej masy, krojenie warzyw, mięs i śledzi pozostawiając dorosłym. Wypełniało się białe łódeczki kolorowymi, cudnie pachnącymi masami, przyozdabiając je plasterkami rzodkiewki, listkami selera, posypując rzeżuchą i kiełkami. W Niedzielę, bezpośrednio przed śniadaniem pomagało się układać wszystko na wielkich półmiskach, wyłożonych liśćmi sałaty i plastrami pomidora i zanosiło na stół.

Na przygotowanie kezeajer czekało się z niecierpliwością. Nie tyle fascynowało się robieniem szynkowo-twarogowej masy, doprawionej drobno posiekanym koperkiem i czarnuszką, ile – techniką ich formowania. Szybko przekonało się, że największy kłopot sprawia scalenie dwóch wypełnionych farszem połówek skorupki i późniejsze zdjęcie wapiennej foremki w taki sposób, by serowe jajko pozostało jajkiem, a nie plackiem.

Nic jednak nie było w stanie przebić jajek z galaretki i na ich przygotowanie czekało się najbardziej. Nie pomagało się w wycinaniu otworków w wydmuszce – tym zajmował się Tatuś, ale z przyjemnością wypełniało się ją kolorowymi dodatkami – zielonym groszkiem, niteczkami żółtego sera, paprykowymi i marchewkowymi sześcianikami i czym tylko dusza zapragnęła. Po wszystkim podawało się skorupkowy pojemniczek Mamusi albo Oldze, a te, specjalną, podobną do strzykawki szprycą napełniały go letnią galaretką. Po włożeniu gotowych wydmuszek do wytłoczek wstawiało się wszystko do lodówki i zbroiło w cierpliwość, by tym większą przyjemność mieć z obierania w trakcie wielkanocnego śniadania.

Właściwie Wielki Czwartek spędzało się głównie w kuchni, od czasu do czasu zahaczając o resztę domu.
Po zakończeniu prac kuchennych szło się z dorosłymi do największego pokoju, w którym zazwyczaj toczyło się życie. Po skromnej kolacji, bo chociaż post nie był obowiązkowy, zarówno ciotki jak i Mamusia przestrzegały go z potrzeby serca, bardzo lubiło się przesiadywać przy okrągłym stole, przyglądając się Oldze stawiającej pasjansa albo czytającej coś z rękoma równiutko ułożonymi na blacie.

Jeśli miało się szczęście, można było posłuchać grającej na fortepianie Tante Hedwig. Ale to zdarzało się rzadko, przeważnie ciotka Jaga wyszywała coś w milczeniu i zagadywanie do niej nie dawało żadnych efektów.
W końcu zaczynało się potwornie ziewać i pozwalało zaprowadzić Oldze do malutkiego pokoiku. Po szybkim i średnio dokładnym myciu biegło się do łóżka i czekało na rodziców, a choć bardzo starało się nie zasnąć, przeważnie nie miało się już nawet siły odpowiedzieć na ich niegłośne dobranoc.

Następnego ranka wstawało się dość wcześnie i podążało do łazienki. Po wejściu do kuchni czuło się niezwykłość krążącą wokół. Patrzyło się na ciemne stroje ciotek i rodziców, na ich uroczyste miny i w milczeniu zasiadało się do stołu. Wiedziało się, że ciotki poszczą, więc ograniczało się śniadanie do dwóch kromek chleba z chudym twarożkiem i gorącej gorzkiej herbaty. Po posiłku ubierało się szybciutko i wędrowało do kirchy.

Pierwszym, co dawało się zauważyć jeszcze przed wejściem były cisza i skupienie – nie biły dzwony, nie przygrywały organy. Wchodziło się między milczących wiernych, którzy na znak żałoby przywdziali czarne szaty. Patrzyło się na ołtarzowy krzyż przesłonięty czarnym kirem, na czarne szaty pastora i brak naczyń na ołtarzu i czuło się niezwykły smutek. Współuczestniczyło się w nim, nie tyle – świadomie, co poprzez zachowanie zebranych w świątyni ludzi.

Słuchało się kapłana wyśpiewującego na przemian ze zborem Improperia, a choć nie wszystko wydawało się jasne, wiedziało się, że są to skargi ukrzyżowanego Jezusa. Potem uczestniczyło się w ewangelii pasyjnej polegającej na czytaniu fragmentów Męki Pańskiej. Po odśpiewaniu kilku pieśni o udręce Chrystusa wysłuchiwało się kazania o Krzyżu. I choć nie do końca się wszystko rozumiało, idea Boga umierającego, by żyć mógł człowiek wydawała się czymś bardzo niezwykłym i pięknym. Potem słuchało się zapowiedzi Zmartwychwstania i patrzyło na wiernych pragnących przystąpić do Sakramentu Ołtarza. Było się zaskoczoną, słysząc, że pod postaciami chleba i wina ukrzyżowany i zmartwychwstały Jezus jest obecny prawdziwie i realnie. Zadziwiało tak dosłowne potraktowanie przesłania: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje; bierzcie i pijcie, to jest krew moja….

Po nabożeństwie wracało się do domu.
Wiedziało się, że nie ma nakazu, by rezygnować z jakichkolwiek rozrywek, ale dostosowywało się do gospodarzy i nie włączało się ani radia ani telewizora. Jakiś czas siedziało się z dorosłymi w dużym pokoju, a potem wymykało do swojej sypialenki. Było się nieco zawiedzioną, że tego dnia wszyscy dobrowolnie odstępowali od wykonywania ulubionych czynności. Miało się wielką ochotę porysować albo poczytać, rozumiało się jednak, że czynienie czegokolwiek po kryjomu albo wbrew zwyczajowi w takim dniu sprawiłoby przykrość nie tylko ciotkom, ale także Rodzicom.
Snuło się więc po domu, poszukując sobie zajęcia, które nie byłoby ani pracą ani rozrywką.

Jakiś czas siedziało się w pokoju Rodziców, który wcześniej należał do Grossmutter. Lubiło się klimat tego miejsca. Miało się niejasne wrażenie, że dawna właścicielka wciąż jest w nim w pewien sposób obecna. Nie wierzyło się w duchy, czy może raczej – nie wierzyło się, by Grossmutter była duchem, więc nie obawiało się tej obecności, zaklętej chyba w pozostałych po niej bibelotach. Z wielką przyjemnością, za pozwoleniem Olgi, oglądało się te pamiątki, biorąc je ostrożnie do rąk i przypominając sobie związane z nimi opowieści. A choć wiedziało się doskonale, że cała wiedza pochodzi od ciotek, wyobrażało się sobie czasami, że to same przedmioty wyszeptują swoje historie.

Kiedy miało się dość emanującego pietyzmem miejsca, wędrowało się do pokoju Olgi. W słonecznym wnętrzu oddychało się pełną piersią i z radością nie przystojącą Dniu Ukrzyżowania buszowało wśród kolorowych albumów i zaczytanych woluminów. Miało się wieczyste pozwolenie dotykania wszystkiego, oczywiście doskonale rozumiejąc, że mowa o rzeczach znajdujących się na zewnątrz. Nigdy nie pomyślało się nawet, by otworzyć którekolwiek drzwiczki albo zajrzeć do zamkniętej szkatułki.
W pokoju Olgi spędzało się mnóstwo przyjemnych chwil. Biegało się też do niego tysiąc razy w ciągu dnia, nawet po nic, tak sobie, by nacieszyć się jego słonecznością.

Do pokoju Tante Hedwig nie zaglądało się natomiast prawie nigdy, choć wcale nie dlatego, że było to zabronione. Z jednej strony – nie bardzo lubiło się to chłodne pokmieszczenie, w którym wszystko było dziwnie kanciaste: i drewniane jednoosobowe łóżko, i trzydrzwiowa szafa, i komoda, i stół, i nawet kwadratowy żyrandol.
Podziwiało się go, zresztą, skrycie, a choć nie przepadało się za ołowiano-granatowym wystrojem tego wnętrza, musiało się w duchu przyznać, że wszystko tam do siebie pasowało i było bardzo eleganckie, a najbardziej do tego pokoju pasowała Tante Hedwig – była tak samo nieprzytulna.
Z drugiej strony, czuło się, że ciotka nie byłaby zadowolona ze spontanicznych wizyt. Wiedziało się, że jest zbyt dobrze wychowana, by powiedzieć to wprost, ale z pewnością umiała dawać do zrozumienia, czego sobie nie życzy.

Za najbardziej kuszące miejsce uważało się jednak gabinet, w którym na trzech ścianach od podłogi po sufit umieszczono regały z książkami. Czasami próbowało się którąś wydobyć, ale były tak ciasno ułożone, że bez pomocy dorosłych nie dawało się sobie rady. Uwielbiało się siadać przy ogromnym ciemno-orzechowym biurku i mościć się w wielkim fotelu. Zapalało się antyczną lampkę, którą Tatuś zelektryfikował i przeglądało wiekowe księgi o pożółkłych kartach i kolorowych rycinach. Musiało się bardzo uważać przy przewracaniu stron, bo niektóre woluminy były tak stare, że papier łamał się w palcach.

Lubiło się dotykać blatu wyklejonego grubym ciemnozielonym suknem. Często dotykało się też akcesoriów do pisania – pióra, tłoczka do atramentu i kałamarza. Brało się w palce cieniutki zamykany brifmesser i wywijając nim dziarsko, udawało bardzo poważną panią urzędniczkę.

Ale najbardziej fascynującym przedmiotem w tym pokoju była stara biblia, którą otwierało się z dziwnym onieśmieleniem. Często przyglądało się jej grubej, niegdyś chyba granatowej okładce, na której ledwo można było się domyślić napisu Die Bibel, tak bardzo zatarł się przez lata używania. Kiedy zerkało się na nią z boku, dostrzegało się tłoczenia, układające się w geometryczny wzór. Domyślało się, że kiedyś część rombików musiała być pokryta taką samą srebrną farbą jak napis. Czasami wodziło się delikatnie palcem po grzbiecie, wyczuwając składający się z wklęsłych literek powtórzony z okładki, ale mniejszy napis. Nie potrafiło się powiedzieć, czym pokryte były okładki wiekowego tomiszcza, jedynie z szorstkości domyślało się, że musiał to być rodzaj zaimpregnowanej w bliżej nieznany sposób skóry.

Na pierwszej stronie widziało się wydrukowany tytuł, a na drugiej portret pana w dziwacznym kapeluszu podpisany drukowanymi literami. Patrzyło się na kartę obok i próbowało rozszyfrowywać literki, które Tante Hedwig nazywała szwabachą.
Nie miało się zakazu zaglądania do biblii, więc często otwierało się ją na chybił trafił i próbowało czytać. Męczyło się jednak szybko, bo zarówno kształt liter, jak i trudne, niewiele mówiące słowa nie dawały spodziewanej satysfakcji.

Często widywało się ciotkę Jagę siedzącą przy tym biurku zatopioną w lekturze. Zazwyczaj starało się jej nie przeszkadzać, ale czasami przemagało się i wchodziło do gabinetu. Jeśli trafiło się na dobry humor, prosiło się o przeczytanie fragmentu tekstu i przetłumaczenie. A może nie tyle nawet o przetłumaczenie, bo sens słów już się z grubsza chwytało, ile o wytłumaczenie. Mogło się słuchać bez końca przekładów Tante Hedwig, wypowiadanych zupełnie innym, cieplejszym i bardziej miękkim niż przy wydawaniu poleceń głosem. W ogóle uwielbiało się słuchać ciotki Jagi mówiącej po polsku albo po rosyjsku, bo jej głos tracił wtedy zwyczajową warkotliwość, tak charakterystyczną dla języka niemieckiego i stawał się łagodny i nieco bezbronny. Odnosiło się nagle wrażenie, że ma się przed sobą zupełnie inną osobę – empatyczną i troskliwą.

Po zwiedzeniu większości zakamarków wracało się do dużego pokoju i przysiadało cichutko, słuchając rozmów dorosłych. Czuło się zmęczoną i na pierwsze napomknienie Mamusi o spaniu bez protestów wędrowało się do łóżka.

Wielką Sobotę rozpoczynało się zjedzeniem dietetycznych kanapek z twarożkiem, następnie ubierało się i wędrowało na cmentarz, by wysłuchać nabożeństwa Słowa Bożego. Nie było się zaskoczoną, że nie bierze się ze sobą koszyczka. Wiedziało się, że dzięki modlitwie i Słowu Bożemu wypowiadanym przed posiłkiem każdy pokarm jest poświęcony i nie musi tego robić oddzielnie kapłan.

Maszerowało się cmentarnym traktem i przyglądało nagrobnym tablicom umieszczonym na kamiennych płytach. W kaplicy po wspomnieniu przyjścia Izraela do Ziemi Obiecanej słuchało się o zwiastowaniu Słowa Bożego i radości z jego głoszenia. W drodze powrotnej przeważnie milczało się, wiedząc, że ten dzień powinien być czasem refleksji i zadumy nad znaczeniem śmierci Jezusa. W uszach wciąż miało się nie do końca pojmowane słowa, że Wielka Sobota była czasem odpoczynku Boga, chwilą, w której Jezus spał spokojnie snem śmierci, a Bóg pozostawał bezczynny, pozwalając swojemu umiłowanemu Synowi pozostawać w grobie. Raczej przeczuwało się, niż naprawdę rozumiało absurdalność sabatowego odpocznienia i jego tragizm. Próbowało się zgłębić sens słów śmierć Boga i postawić się w sytuacji wiernych czekających na to, czy zostanie on wskrzeszony. Byłą się małą dziewczynką i z jednej strony przyjmowało wszystko bez rodzącego się dopiero wraz z wiedzą sceptycyzmu, z drugiej – broniło przed niekonsekwencją boskich relacji Ojca i Syna.

Wracało się do domu i cały dzień próbowało uwolnić się od nękających dylematów.
Wreszcie, by zająć umysł czymś innym umykało się na podwórko i długo błąkało pośród ogródkowych krzewów. Odwiedzało się szklano-koralowe hordowiny, buszowało między lubiącymi wilgoć psiankami i wspominało żółte pomponiaste kwiaty złotlinów. Przypominało się sobie śmieszne nazwy tawulca, który był pogięty i żylistka dla odmiany – wysmukłego i, w lepszym już nastroju, wracało się do domu.

Potem kręciło się w pobliżu szauerka, zastanawiając się, czy ciotka Jaga bardzo się pogniewa, jeśli dołączy się do niej.
Wreszcie z drżeniem serca decydowało się na zejście po stromych, bardzo wąskich schodkach do wkopanej w dwóch trzecich w ziemię piwniczki, mając przed oczyma własne, leżące w dole ciało ze skręconym karkiem. Uwielbiało się klimat tego mrocznego pomieszczenia. Z zachwytem wpatrywało się w szeregi półek z kolorowymi słojami i butlami. Nieśmiało dotykało się szklanych naczyń, ulegając złudzeniu, że ich barwna zawartość unosi się w powietrzu. Przyglądało się nienaturalnie powiększonym warzywom i owocom, zachłystując się niewidocznymi zazwyczaj detalami. Podziwiało się konsekwencję w ustawianiu tego dostatku i już wiedziało się, po kim Mamusia odziedziczyła swoje umiłowanie ładu.

Wędrowało się wzdłuż szerokich półek i co i rusz odkrywało kolejne specjały. Słysząc w tle pohukiwania poirytowanej Jagi, przystawało się tylko przed niektórymi, szczególnie pięknymi okazami.
Wpatrywało się w płatki czerwonej papryki ustrojonej czarnymi ziarnkami pieprzu i perłowymi – gorczycy. Kontemplowało złotawy odcień słodko-octowego wywaru i migocące w nim drobinki cynamonu. Przyglądało się foremnym plastrom cukinii przypominającym czterodziurkowe guziki, które od szczypty kurkumy dodawanej do marynaty nabierały słonecznego rozzłocenia. Zerkało się na ukiszone ogórki, nad którymi jak plażowe parasole rozpinały się baldachy kopru.

Nie mogło się oderwać oczu od kalafiorowych różyczek, przylegających do szklanych ścianek niczym dziecięce nosy do chłodnych szyb. Nawet szparagowych strączków, wciąż intensywnie zielonych, przemieszanych z bardzo drobno posiekaną ostrą papryką i świeżo utartym imbirem z czosnkiem nie potrafiło się ominąć wzrokiem. Nie wspominając już o kiszonych w całości pomidorach, nicowanych zielenią porzeczkowych liści, cieniutkimi łodyżkami bazylii i rozgwiazdkowymi listeczkami cząbru.
Wędrując od półki do półki, żałowało się tylko jednego: że nie czuje się aromatu tymczasowo uwięzionego w szklanych bańkach.

Ponaglaną przez Tante Hedwig, dochodziło się do sąsiedniej popółkowanej ściany, na której królowały owocowe rozmaitości.
Uśmiechało się do malinowych owoców, zanurzonych w gęstej rubinowej zalewie i ciemno-purpurowej mozaiki poziomkowego miąższu i jaśniejszych pesteczek okiełznanych przeźroczystymi ściankami. Podziwiało się jędrność granatowych jeżynowych kul, połyskujących w amarantowym ulepku. Obracało się słoje z bursztynową konfiturą z brzoskwiń w poszukiwaniu pestek, dodawanych do części przetworów, by złamać goryczką ich słodki smak. Obejmowało się dłońmi słoje z rajskimi jabłuszkami, patrząc na leniwie przelewający się różowawy syrop z niteczkami pomarańczowej skórki. Z żalem omijało się konfiturowe rarytasy z pigwy, derenia czy tataraku, nie mówiąc już o tych z wiśni, kaliny i cytryny, by choć na momencik przystanąć przy tych z włoskiego orzecha. Nie mogło się nadziwić ich głębokiej czerni, wyczarowywanej z zupełnie zielonych owoców.
Przemykało się obok szpalerów z dżemami, galaretkami i powidłami, obiecując sobie, że wróci się tu jeszcze, by powspominać wakacyjne warzenie soków, przecierów i marmolad.

Potem dochodziło się do półek z nalewkami i winami. Na owocowych ledwo zawieszało się wzrok, bo najbardziej lubiło się przyglądać tym ziołowym. Uwielbiało się patrzeć na delikatnie drżące w blado-seledynowym intrakcie listeczki estragonu, na połyskujące fioletowawym refleksem ukwiecone łodyżki wrzosu, na ciemnobrunatną tynkturę z korzenia pięciornika. Mogło się godzinami wypytywać Olgę o receptury, a szczytem zaufania była zgoda na wejrzenie w gruby, zapełniony pięknym pismem kajet z przepisami, który był własnością Tante Hedwig. Niestety, tego zaszczytu dostępowało się rzadko, głównie latem, gdy towarzyszyło się ciotkom w produkcji domowych specyfików.

Wreszcie gramoliło się na górę i ze zdumieniem stwierdzało, że nadeszła noc.
Było się zmęczoną i nawet cieszyło się egoistycznie, że zaniechano zwyczaju nocnego czuwania w świątyni, choć ciotki wydawały się tym faktem niepocieszone. Z przyjemnością mościło się w pachnącej pościeli i nie wiadomo kiedy – zasypiało.

Niedziela była pierwszym dniem Świąt. Wstawało się bardzo wcześnie, by zdążyć na Jutrznię o piątej rano, obwieszczanej przez milczące od Piątku dzwony. Wędrowało się tłumnie na cmentarz, nie do końca podzielając radość innych wiernych. Było się zbyt zaspaną, by cieszyć się, że Jezus Chrystus zmartwychwstał.

Po powrocie do domu zasiadało się do świątecznego śniadania. Po wysłuchaniu Słowa Bożego, modlitwy i odśpiewaniu radosnej pieśni wielkanocnej dostawało się ugotowane jajko i malowało się je. Wiedziało się, że jest ono symbolem zmartwychwstania Chrystusa, który pokonał śmierć, sprawiając, że przestała ona być nieodwołalna i bardzo starało się sprostać zadaniu i ozdobić ten symbol najpiękniej, jak się potrafiło. Po wyschnięciu kładło się jajko na maleńkim talerzyku i wreszcie przystępowało się do śniadania.
Jadło się powoli, dystyngowanie, pamiętając, że pożywienie powinno być tylko jednym z elementów świętowania, a nie – celem samym w sobie.

Przed dziewiątą ubierało się odświętnie, zauważając, że ciotki zamieniły ciemne suknie na białe bluzki i popielate spódnice i wędrowało na Główne Nabożeństwo ze Spowiedzią i Sakramentem Ołtarza. Wchodziło się do ustrojonej świątyni, patrząc na białe szaty kapłana, białe naczynia liturgiczne i przystrojony białym kwieciem ołtarz i czuło się tę wszechobecną radość z Pańskiego Zmartwychwstania. Wysłuchiwało się pełnej radości liturgii i pieśni śpiewanych przez chór i wiernych oraz okrzyków Alleluja i miało się wrażenie, że nawet dzwony cieszą się z wskrzeszenia Jezusa. Po wyjściu z kirchy zewsząd słyszało się życzenia radości z otwartego grobu i w podniosłym nastroju maszerowało do domu.
Na miejscu oddawało się wreszcie zasłużonemu świętowaniu. Znowu słyszało się śmiech Olgi i pohukiwania Jagi i mogło bez obawy skakać i biegać. Aż do wieczora brykało się po ogrodzie, rekompensując sobie przymusowy bezruch poprzednich dni.

W świąteczny Poniedziałek ponownie szło się do kirchy, by wysłuchać opowieści o dwóch uczniach idących do Emaus. A choć znało się tę historię, słuchało się jej z niekłamanym zaciekawieniem.
Drogę powrotną pokonywało się błyskawicznie.
Po lekkim posiłku wychodziło się na zewnątrz i było pierwszą witającą zjawiających się z życzeniami sąsiadów.
Pod wieczór towarzyszyło się Oldze w rewizytach, z których wracało się do domu tak opitą i objedzoną, że nie miało się już miejsca na kolację.

Następnego ranka wyjeżdżało się z uczuciem pięknie spędzonego czasu i nadzieją na rychły powrót do tego maleńkiego domku i jego mieszkanek.

Witam.

Z okazji trwającej właśnie Wielkanocy życzę wszystkim zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności. Oraz, by świąteczna radość towarzyszyła Wam przez cały rok.

Pozdrawiam:)

Lena

Wspomnień czar. Sanna.

Kiedyś kulig wyglądał inaczej.

Jeśli tylko spędzało się Boże Narodzenie w domu, wiedziało się, że drugiego dnia będzie sanna. Odkąd tylko oswoiło się z trudną sztuką dreptania na własnych kończynach, uczestniczyło się we wspomnianym wydarzeniu z entuzjazmem i nieopisaną przyjemnością.
Nocny kulig był tak zakorzeniony w tradycji rodziny, że miało się pewność, iż bez niego Bożemu Narodzeniu nie stałoby się zadość. Święcie wierzyło się też, że jest ceremonią powszechną, obecną w każdej rodzinie jak barszcz czy łazanki i należy do świątecznych rytuałów.

Drugiego dnia Świąt już od rana było się podekscytowaną i nie mogło się na niczym skupić. Popatrywało się na Rodziców i trwało w nieustannej gotowości, by odstroić się w kuligowy mundurek.
Składał się on z ciepłego podkoszulka i takich-ż niewymownych, które w myślach nazywało się majtasami i szczerze ich nie znosiło, skrzętnie tę niechęć skrywając, w obawie, że najlżejszy protest może zaowocować pozostaniem w domu.

Na dany przez Mamusię znak bez grymaszenia naciągało się grubaśne rajtuzy i gryzące wełniane skarpety oraz podbitą całkiem miłym, mięciutkim puszkiem bluzkę z długim rękawem. Wzuwało się ciepłe buty, polarową kamizelkę i puchatą czapę, którą bezskutecznie próbowało się wcześniej ukrywać w najprzeróżniejszych zakamarkach. Białej czapy nie cierpiało się chyba jeszcze bardziej niż barchaniastej bielizny, bo miało się w niej dwa razy większą głowę i w połączeniu z jasną, puchową kurtką wyglądało się jak śniegowy bałwanek. Stroju dopełniał szalik w kolorowe paski oraz skórzane rękawiczki.

Było się jednak w stanie znieść naprawdę wiele, byle tylko móc zająć miejsce w saniach i nie zostać pozbawioną świątecznej atrakcji, nawet – kutanie grubym pledem.
Kiedy już wymościło się sobie siedzonko, nadchodził czas na obserwowanie krewnych.
Przypatrywało się trzy razy grubszym ciotkom i równie bezkształtnemu starszemu rodzeństwu i z ulgą stwierdzało, że nie odstaje się tak bardzo od reszty przebierańców. Właściwie widziało się tylko ich oczy i obłoczki niemal natychmiast marznącej na chustach i szalach pary.

W końcu słyszało się, jak pan Woźnica z fantazją wymachiwał nad głowami batem, wołał „wio!” i zaprzężony do sań konik ruszał statecznie przed siebie skrajem ubitej szosy. Wsłuchiwało się w brzęk dzwoneczków przy uprzęży i odprężało się. Właściwie miało się już gwarancję, że nie zostanie się odesłanym do domu. Nieznacznie lecz metodycznie wysupływało się z koców i z ciekawością rozglądało wokół.
Zazwyczaj siedziało się w pierwszych saniach, tyłem do kierunku jazdy i mogło obserwować sznur pozostałych zaprzęgów. Widziało się wyjeżdżające z mijanych dróg i dołączające do kawalkady pojazdy i wciąż od nowa próbowało się je zrachować.

Do lasu dojeżdżało się całkiem pokaźną gromadką i zanurzało w fosforyzującą biel. Śnieg otulał wszystko wokół i czuło się jego wilgotną miękkość. Uszczelniony leśny dukt sprawiał, że robiło się cieplej, więc ostrożnie rozluźniało się szalik i zsuwało nieco na tył głowy czapę.

Mimochodem słuchało się rozmów dorosłych i wpatrywało w skupiska drzew, które przybierały niesamowite kształty. Słyszało się świst płóz sunących po wyjeżdżonym przez służby leśne śniegu i próbowało dopatrzeć w przerażających cieniach czegoś bliskiego i znajomego. By poczuć się raźniej, nadawało się monumentalnym okazom imiona i wymyślało zabawne opowiastki. Zadzierało się głowę i wypatrywało rozgwieżdżonych skrawków nieba. Wdychało się pachnące sosnowo lodowe igiełki i wsłuchiwało w klekocące mormorando lasu.
Czuło się na policzkach muśnięcia wilgoci i niezbyt przyjemny dotyk namarzniętego na szaliku oddechu.

Wreszcie docierało się do miejsca przeznaczenia – starej, nieużywanej bindugi – i zatrzymywało na chwilę przy potężnym stosie drewna. Wysiadało się z sań i rozprostowywało nogi, czekając aż pojazdy zostaną wyposażone w płonące żagwie.
Zajmowało się swoje miejsce i z duszą na ramieniu zjeżdżało po dość stromym usypie, by po chwili znaleźć się na jeziornym szlaku.

Natychmiast odczuwało się zmianę temperatury. Od przysypanej cieniutką warstwą śniegu tafli ziało przenikliwym ziąbem. Czym prędzej nasuwało się całkiem nagle sympatyczną czapę, zawiązywało rozchełstany szalik i szczelniej otulało kocami. Przysuwało się do Mamusi i z podziwem patrzyło na rozżarzający się korowód sunący po jeziorze. Słyszało się zawodzenie osiadającego lodu i wyobrażało sobie, że jest się głową widzianego kiedyś ognistego smoka, który wbija się diamentowymi pazurami w szklistą gładź.

Czuło się lodowe tchnienia przenikające na wskroś całe ciało i słyszało gwizd wiatru towarzyszący rozpędzającemu się kuligowi. Jakby z oddali łowiło się pokrzykiwania woźniców na koniki, które zdawały się świetnie rozumieć, co znaczy Hetta! albo Wiśta!. Mroźne smagnięcia paraliżowały nos, usta i podbródek, wtulało się więc twarz w ramię Mamusi i naciągało głębiej kaptur.
Nie mogło się jednak przecież przegapić choćby chwilki widowiska, więc gdy tylko odzyskiwało się czucie, odwracało się głowę, ciesząc się, że niemal cały impet wiatru pozornego skierowany jest na plecy. Kuliło się pod jego naporem i jak urzeczoną, wpatrywało w odbijające się w lodowym zwierciadle pomarańczowe kule.

Wsłuchiwało się w sprawiający niesamowite wrażenie trzask lodu i jego zawodzący śpiew i dostawało się gęsiej skórki na myśl o pękającej nagle gładzi i rozchodzących się grubych krach, które wielokrotnie miało się okazję oglądać w trakcie wiosennych roztopów. Żeby nie poddawać się lękowi i podszeptom własnej wyobraźni, kierowało się wzrok na niebo, wypatrując znanych konstelacji, albo na przybrzeżne palisady trzcin i oczeretów.

Z zazdrością przypatrywało się śmiałkom, którym dane było podróżowanie w małych, doczepionych do tylnych płóz saneczkach. Podziwiało się ich akrobacje, zanudzało rodziców o pozwolenie na podobną jazdę i wielkim rozczarowaniem reagowało na krótkie, niepodlegające dyskusji Nie!.

Po zatoczeniu popisowego koła płomienisty korowód zwalniał i znowu można było oddychać w miarę swobodnie. Prostowało się więc i nie potrafiło oderwać oczu od igrających na rozsuniętym śniegu jutrzenek i hipnotyzującej łuny ciągnącej się za zaprzęgami.
Gdy spoglądało się w górę, miało się wrażenie, że wpadło się do miedziano-szklistej kopuły okolonej tajemniczo pełgającymi cieniami drzew.

Wreszcie łowiło się, dalekie jeszcze głosy, które po chwili zmieniały się w zniekształconą odległością, ale rozpoznawalną melodię. Słowa pieśni wplątywały się między łagwie i nagle, uchwyciwszy ich sens, zaczynało się je bezwiednie powtarzać, najpierw cichutko i nieśmiało, później – coraz głośniej i pewniej.
Nie myślało się wtedy, co się śpiewa, ani – czy jest to stosowne i poważne. Po prostu dawało się upust własnej radości, pomnożonej radością innych uczestników kuligu. Z tym śpiewem na ustach kierowało się ku wielkiemu ognisku, pokonywało ostatnie metry i łagodnie wjeżdżało na brzeg szeroką przesieką nieopodal nieużywanej bindugi.
Po powrocie na wykarczowany plac wysiadało się ostrożnie z sań i podążało do ogniska, które wabiło nie tylko ciepłem ale i nieziemskimi zapachami.

Dostawało się wielki kubek gorącej herbaty, tackę parzącego bigosu i solidną pajdę razowego chleba.
Siadało się przy ogniu między rodzicami i w mgnieniu oka pochłaniało otrzymane pyszności.
A potem opierało się o ramię Mamusi albo kładło głowę na kolanach Tatusia i, choć bardzo się starało, nie dawało się rady rozewrzeć sklejonych nagle snem powiek…

Wspomnień czar. Sierpniowy dzień.

Kiedyś szczęście pachniało inaczej.

Przeważnie nie liczyło się czasu. Trwoniło się go z niefrasobliwością godną tych kilku lat, które się już przeżyło.
Każdego ranka patrzyło się na świat z niezachwianą pewnością, że dzień przyniesie coś miłego i rwało się do tych niezwykłych codzienności z niesłabnącym entuzjazmem.
Każdą porę roku, dnia, ba! każdą pogodę – przyjmowało się jak najpiękniejszy dar losu.
Nie kaprysiło się. Nie wybrzydzało. Nie kręciło nosem.
Żyło się według tego specyficznego kalendarza, w którym dni ważne przeplatały się z najważniejszymi…

Do takich niewątpliwie zaliczało się pewien późno-letni czy też może wczesnojesienny dzień, poprzedzony wzmożoną krzątaniną w kuchni i niepowszednią ruchliwością dorosłych.
Już od rana, z pośpiechem, jakby mimochodem, poddawało się rytuałom czystości, zjadało śniadanie i niecierpliwie zerkało w okno, jakby stamtąd właśnie miały te niezwykłości nadpłynąć.
Kipiało się nieziemską jakąś energią i czuło, że jeśli zaraz, natychmiast, nie wybiegnie się na dwór, to po prostu się eksploduje…

Wybiegało się więc i gnało pod górę, by jak najprędzej znaleźć się na Naszej Drodze.
Wychynało się z chłodnego gąszczu i niemal traciło oddech od diamentowego gorąca żwirowo-żytniego pyłu unoszącego się wokół.
Łowiło się aromat wypłowiałych chabrowych pióropuszy i odmrugiwało filuternym rumianom.
Puszczało się oczka do kąkolowych plączy i odsyłało pocałunki karminowym makom.
Potem łapało się oddech, poważniało i statecznie podążało zbielałym traktem do miejsca przeznaczenia…

Tego dnia nie było się tak całkiem oderwaną od rzeczywistości. Tego dnia wykonywało się – zaplanowaną podczas bezsennych nocnych godzin – misję.
Wędrowało się zatem do Świerkowego Zagajnika i z żalem pozostawiało kuszące złocistościami koronkowe szyszki.
Brodziło się wśród kocanek, arcydzięgli i jastrunów i dzielnie ignorowało zaproszenia wytwornych niestrzępków i wielobarwnych dostojek do wspólnego pohasania.
Przemykało się między pniami sosen i z bólem serca odkładało zbiór żywicznych korali na jakieś niewiarygodnie odległe później.
Ze skruchą tłumaczyło się brzozom brakiem czasu i przepraszało, że tym razem nie skorzysta się z ich pochyłości, by przejść na drugą stronę Leśnego Oczka…

Bo musiało się zdążyć. Nie tylko dotrzeć, ale także – wrócić. A wędrowało się na Macierzankową Polankę.
Odkryło się ją kiedyś, przypadkiem, gdy próbowało się dogonić wciąż umykającego, żółto-brzuchatego dzięcioła. Odkryło się i od razu schowało w Skarbcu Miejsc Najbardziej Ukochanych.
Nie tylko dlatego, że nie mogło się nadziwić bujności cyklamenowych koszyczków i ich upajającej woni.
Nie tylko dlatego, że pośród płożących się bliźniczek odkryło się gniazdko z dwoma ślepymi pisklakami, o potężnych, wiecznie rozwartych dziobach i ścięgniastych, niemal łysych ciałkach.
Ani nawet nie dlatego, że między plątaniną korzeni wypatrzyło się misterne żeremiowe konstrukcje…

Poziomki. To one sprawiły, że Macierzankowej Polance oddało się swoje serce. Ostatnie, sierpniowe poziomki – ogromne, pękate, niemal czarne od soku i przesycone zapachem dojrzewającego lata – których smaku nie umiało się przyrównać do niczego znanego.
Klękało się i delikatnie rozgarniało kępki palczatek i boimek. Lawirowało się między nimi ostrożnie, uparcie sięgając w głąb, aż poczuło się ciepło ziemi. Wtedy zaciskało się palce na łodyżce i zrywało ciężką od owoców bylinkę.
Musiało się być nad wyraz skupioną, by przejrzałe owoce nie spadły z szypułek.
Posuwało się na czworaka między skupiskami ostnic i perłówek, dopóki nie uzbierało się naręcza ledwo mieszczącego się w dłoniach. Dopiero wtedy pomalutku wstawało się z kolan i ruszało do letniego domu…

W drodze powrotnej nie widziało się niczego.
Nie czuło się potu roszącego czoło. Nie słyszało się szelestu listków wplątanych we włosy. Nie reagowało się na przyjazne pobrzękiwania dzikich pszczół i wojsiłek. Koncentrowało się na doniesieniu znaleziska w całości. Sunęło się, prawie nie odrywając stóp od podłoża, bo wiedziało się, że gwałtowniejszy ruch może nieoczekiwanie zakończyć żywot aromatycznej kompozycji.
Liczyło się kroki i miało się wrażenie, że droga nigdy się nie skończy.
Wreszcie kończyła się jeddnak i stawało się przed gankiem.
Tu traciło się cierpliwość i, nie wkraczając na stopnie, wołało się Mamę, która pojawiała się niemal natychmiast, jakby czekała tuż za drzwiami.
Powoli wyciągało się rękę w jej kierunku, a kiedy poziomkowy bukiet bezpiecznie spoczął w jej dłoniach, nie mogło się dłużej wytrzymać. Rozwierało się ramiona, łapało za szyję pochylającą się Mamę i wykrzykiwało najpiękniejsze urodzinowe życzenia, jakie tylko potrafiło się wymyślić…

Wspomnień czar. Pascha.

Kiedyś żonkile kwitły inaczej.

Pewnego dnia po prostu wstawało się, wchodziło do kuchni i mrużyło oczy od dosytu kanarkowego blasku. Podbiegało się do parapetu i nie mogło się powstrzymać, by nie pogłaskać delikatnych żonkilowych płatków. Wsadzało się nosek w kielichy i próbowało ułowić delikatny zapach, a potem kichało i ocierało łzy.
Wiedziało się, że to jedne z ulubionych kwiatów Mamusi, więc cieszyło się, że wreszcie zakwitły. Cieszyło się także z innego powodu – żonkile zwiastowały rychłą podróż do świata, który uważało się za na poły czarodziejski, na poły zaskakujący, ale zawsze jednakowo bliski.

Rzeczywiście – parę dni później bladym świtem wsiadało się do samochodu i żegnało rodzinne zakątki.
Patrzyło się na rozmyte przedwiosenną wilgocią lica kamienic, ich szare okna i zaroszone podparapecia. Zaglądało się w otchłań mijanych bram i przyprószone przedrannym mrokiem uliczki. Wsłuchiwało się w burawą muzykę uśpionego miasta i przykładało policzek do chłodnej tafli, by nie dać się morzącemu zmęczeniu.

Wyjeżdżało się za rogatki i nie mogło nadziwić zmianom: zamiast mięciutkiej bieli popatrywało się na plątaninę nagich odrośli w kolorze khaki, smutno-szare pnie jesionów i sokor. Przyglądało się wilgotnym brązom świerków i pomarańczowawym sosen. Rzucało zdegustowane spojrzenia ogołoconym z liści malinowym krzewom oraz smętnym badylom pokrzyw i arcydzięgli. Niemal czuło się zapach butwy, wydzielanej przez pozimowe sterty liści i darni.

Wypatrywało się wykrotów zrytego przez dziki czarnoziemu i łat łyka na pniach młodych brzózek. Przenosiło się wzrok na ołowianą szarfę i wyobrażało sobie, że płynie się żaglówką. Prawie dostrzegało się drgające w mokrej powierzchni odbicie białych żagli.
Gdy powieki robiły się ciężkie, unosiło się twarz i przez boczne okno wypatrywało między kłoniącymi się gałęźmi skrawków nieba. Gdy udawało się wreszcie coś dojrzeć, czuło się zawód, że zamiast spodziewanego błękitu napotykało się plamy niewiele różniące się barwą od stalowej szosy. W końcu czuło się odrętwienie karku i z ulgą opuszczało głowę. Przytulało się do miękkiego oparcia i zaczynało marzyć o wielkiej przygodzie na wzburzonym morzu.

Kiedy ponownie uchylało się powieki, świat za oknem rozmazywał się smugami deszczu. Przybliżało się twarz do okna i czuło chłód kropli spływających śmiesznymi wibrującymi zygzaczkami w szparę szyby. Wodziło się palcem po wodnych ścieżkach i próbowało odgadnąć, w którym miejscu strużka załamie się i popłynie po karoserii drzwiczek. Wreszcie marzło się w palce i niechało zabawy. Kołysało się w rytm mruczenia silnika i łowiło szmer toczącej się na przedzie rozmowy.

W wilgotny szum Puszczy wsłuchiwało się z niedowierzaniem, tak różny był od tego, którym żegnał przydomowy Las. Z podziwem patrzyło się na potężne, wiecznie zielone świerki. Wyławiało się bursztynowe nacieki na grubych pniach i z zachwytem patrzyło na złote plamy wokół drzew. Wiedziało się, że te, wyglądające jak samorodki, bryłki to trociny pachnące i skrzące kroplami żywicy. Zmianę nawierzchni czuło się każdą cząstką, gdy po twardości szosy koła zapadały się w miękkość leśnego duktu osypanego świerkowymi strużynami.

Droga do chaziajstwa witała pokłonem bezlistnych brzóz. Wjeżdżało się aleją wysypaną jantarowym grysem i przekraczało rozwartą bramę, przy której straż pełnił okutany w ciemną chustę tłumoczek.
Po ustrojonych wierzbowymi witkami wierzejach i domostwie poznawało się, że nadchodzi Wierbnoje Woskriesienie.
W pośpiechu narzucało się kurtkę i wyskakiwało z samochodu. Biegło się w kierunku korpulentnej figurki i pomagało w zawarciu bramy. Dopiero później przyskakiwało się do nieforemnej postaci i rozpoznawało w kukiełce ukochaną Baboczkę.
Po serii tańców-łamańców brało się ją za rękę i na jednej nodze doskakiwało do drzwi. Wstępowało się na ganek i nie rozpoznawało oszklonej werandy, w której nad cebulowy aromat wynosiła się woń jabłek i cynamonu.
Z lekkim żalem stwierdzało się, że po jołoczce nie został nawet ślad, a choinkowy zapach ustąpił miejsca słodkawemu ziewowi wierzbinowych witek.

Od razu kierowało się do kuchni i czekało na Baboczkę, która pojawiała się z wiedziorkom pełnym baziowych gałązek. Wyjmowało się cieniutkie pędy i układało z nich najpiękniejszy bukiet świata, wsłuchując się w radosne podśpiewywania Baboczki. Ustrajało się go nitkami farbowanej wełny, plamiąc sobie palce i wdychając ostry zapach turczeni.

Kiedy bukiet był gotowy, wychodziło się na podwórko i witało z zaprzężoną do wozu Łoszadką. Potem ruszało się do cerkwi. Przyglądało się delikatnym kotkom, głaskało ich ciemnoszary puszek i nie mogło nadziwić, że zdążyły wyrosnąć mimo panującego na zewnątrz chłodu.
Jechało się puszczańską drogą i wdychało gorzkawy aromat wiekowych drzew. Wsłuchiwało się w chrzęst żwiru i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, ptasie świergoty.
Otulało się szczelniej kocami, uważając, by nie zniszczyć wierzbinowego naręcza, którego nie chciało się wypuścić z rąk nawet na chwilę.

Przed cerkwią przyglądało się skupionym, uroczystym minom ludzi, którzy przybyli, by wspólnie przeżywać Wchod Gospodzień w Ijerusalim. Spotykało się wielu wiernych z wierzbowymi wiązankami, ale żadna nie wydawała się tak piękna jak własna. Wchodziło się do środka i z niecierpliwością czekało na batiuszkę. Rozglądało się wokół i dostrzegało dziwnie napięte twarze o uśmiechających się oczach. Potem wysłuchiwało się nabożeństwa.
Jakimś dziwnym sposobem rozumiało się sens modlitwy, chociaż nie znało się wtedy jeszcze wielu słów.

Czuło się wszechobecny, podniosły nastrój oczekiwania.
Słyszało się go w słowach przewijającej się podczas nabożeństwa pieśni rozpoczynającej się od słów:
Na priestolie na niebiesa, na żpiebiati na ziemli nosimyj, Christe Boże… (O Ty, Któryś na niebiosach na tronie, a na ziemi na źrebięciu zasiadł, Chryste Boże…).
Łowiło się go dzięki rozdawanym podczas mszy pączkującym gałązkom, symbolizującym witanie palemkami wchodzącego do Jarusalem Jezusa, które dołączało się do własnego bukietu.

Po powrocie do domu pieczołowicie wstawiało się poświęcone naręcze w wiedziorko i wynosiło w prochładku, by w świeżości dotrwało do Wielkiej Soboty. Dopiero po Świętach wynosiło się je w czerdak, by, ususzone w przewiewnym miejscu, chroniły chaziajstwo i domowników.

Wbiegało się do kuchni i z zachwytem patrzyło na piękną podłogę z żółciutkich desek, które nieodmiennie kojarzyły się z najbardziej migotliwym słonkiem. Przypadkiem znało się sekret Baboczkowej podłogi. Podpatrzyło się, jak Baboczka po dokładnym wyszorowaniu desek ryżową szczotką, spryskiwała je cebulnikiem i przecierała prawie do błysku. Przypatrywało się labiryntom słojów i dostrzegało dziwną analogię między nimi a pożyłkowanymi wysiłkiem rękoma Baboczki. Pamiętało się pot kroplący się na jej skroniach i bardzo współczuło się jej, że musi tak ciężko pracować. Wtedy jeszcze nie rozumiało się, ile radości dawała Baboczce ta wychuchana podłoga i jaką napawała ją dumą.

Ostrożnie stąpało się po wielobarwnych szmaciakach, rzuconych na tę złotą podłogę. Uwielbiało się siadać na którymś z nich i wpatrywać w kolorowy deseń. Wodziło się palcami po wypukłych skrawkach i z radością odnajdowało znajome gałganki.

Rozglądało się po kuchni, wdychało zapach przygotowań i patrzyło na lśniące czystością szyby dubeltowych okien. Z niecierpliwością oczekiwało się Wielkiej Soboty, by asystować przy zawieszaniu sztywno nakrochmalonych firan i, wdychając zapach ażurowych kwiatów, z całą mocą czuć wagę i piękno Bożego Zmartwychwstania.

Tymczasem biegało się po całym domu i witało z ulubionymi szlaczkami z kwiatowych gałązek, które w wiosennym blasku sprawiały wrażenie prawdziwych.
W każdym zakamarku odnajdowało się zapowiedź czegoś wyjątkowego.
Wreszcie wracało się do kuchni i zasiadało do stołu.
Nie bardzo kojarzyło się Wielki Post z Mięsopustem czy Maslienicą, ale mimochodem łowiło się informacje, że po czterdziestu dniach nadszedł czas, w którym nie powinno się jeść właściwie żadnego nabiału z wyjątkiem chudych ryb. Nie brało się sobie do serca tej diety, bo bardzo lubiło się wszelkie bezjajeczne makarony i przyrządzaną na różne sposoby kiszoną kapustę. A już szczególnie przepadało się za ziemniaczanymi przysmakami – wszelkiej maści smażonymi na lnianym oleju oładkami, wariennikami i gołąbkami. Nie gardziło się także pieczonymi hałuszkami i zupami – uchą, solanką, szczi i razsolnikom.

Podczas Strastnoj Siedmicy nieustannie było się w coś zaangażowaną.
Przede wszystkim pomagało się w przygotowywaniu szpiczastej, symbolizującej Chrystusowy Grób paschy – twarogowej pyszności z bakaliami i czekoladą, pachnącej wanilią i kardamonem, nazywanej przez Baboczkę – niebiesnoj.
Nie opuszczało się oczywiście przygotowywania mięs, pasztetów i kulebiaków. Uczestniczyło się w wypiekaniu wysokich drożdżowych bab oraz tej najważniejszej – zwanej kuliczem.

Gdy patrzyło się na poważne oblicze zazwyczaj uśmiechniętej Baboczki, zaczynało się rozumieć, że przygotowanie tego wypieku jest równie ważne, jak samo jedzenie go. Z niezwykłą uwagą towarzyszyło się w procesie łączenia produktów, rośnięcia i pieczenia. Miało się wrażenie, że uczestniczy się w mistycznym obrzędzie, szczególnie, gdy Baboczka polewała gotową babę czekoladową pomadą i ozdabiała bakaliami, układając na jej szczycie inicjały X.B. (Christos Woskries). Po wszystkim nie mogło się oczywiście nie pomagać w wyniesieniu kulicza w chłodne miejsce, szło się więc za Baboczką – dostojnie – jakby było się uczestniczką orszaku.

Pierwsze dni Strastnoj Siedmicy spędzało się na porządkach i przygotowywaniu potraw.
Kręciło się też trochę po podwórku, ale wolało się spędzać czas w towarzystwie Mamusi i Tatusia. Kiedy dzień był bezwietrzny, wychodziło się na podwórko i słyszało bicie dzwonu. Wiedziało się, że w Wielkim Tygodniu każdy ma prawo wejść na dzwonnicę i bić w dzwon, by zamanifestować radość z okazji zbliżającego się Chrystusowego Zmartwychwstania. Gdy nadarzała się sposobność, samej też próbowało się tej trudnej sztuki – niestety – nie miało się aż tyle siły. Na szczęście – zawsze można było liczyć na pomoc Tatusia w ciągnięciu sznura, właściwie tylko po to, by natychmiast po rozbujaniu „wspólnymi siłami” kołokoła puszczać linę i zatykać uszy.

Kiedy miało się okazję znaleźć się w pobliżu cerkwi, z fascynacją przypatrywało się ludziom. Odczuwało się wielką przyjemność, gdy usłyszało się od zupełnie nieznajomej osoby: Christos Woskriesie! i mogło odpowiedzieć: Woistinu Woskriesie!. Dopiero później poznało się sens słów, które – niczym magiczne zaklęcie – wywoływało życzliwe uśmiechy.
Za trzema pocałunkami w policzek, które także należały do tradycji Wielkiego Tygodnia, już się tak nie przepadało i przeważnie udawało się od nich wymigać.

Wielki Post oznaczał nie tylko rezygnację ze smakołyków, ale także z zabaw i przyjemności – nie śmiało się więc poprosić o włączenie telewizora i, po powrocie z cerkwi, wieczory spędzało na słuchaniu Baboczkowych opowieści i dekorowaniu pisanek. Na ugotowanych w cebulniku – tylko czerwonych, ponieważ miały symbolizować przelaną krew Jezusa – skorupkach wyskrobywało się cieniutką igłą najpiękniejsze wzorki, jakie tylko przyszły do głowy i natłuszczało pisanki oliwą. Robiło się ich zawsze ogromne ilości, wiedząc, że nie tylko znajdą się w korzince do poświęcenia i na wielkanocnym stole, ale że będzie się też nimi obdarowywać napotkanych znajomych.

Zanim jednak można było kogokolwiek obdarować paschalniczkami nadchodził Wielki Czwartek, który Baboczka nazywała żylnikom albo czistym czetwiergom.
Tego dnia wstawało się bardzo wcześnie i biegło do łazienki, w której naszykowana była kąpiel. Dopiero później dowiedziało się, że tego właśnie dnia wszystkie kobiety – małe i duże – powinny były przed pójściem do świątyni w szczególny sposób zadbać o czystość i urodę, by zapewnić sobie zdrowie i młody wygląd w dalszym życiu. Oprócz wypluskania się w przyniesionej z pobliskiej rzeczki, podgrzanej wodzie, dostawało się nakaz pójścia pod wierzbę i własnoręcznego rozczesania włosów, co miało zapewnić dozgonną bujność tychże.
Gdy wracało się do domu, zastawało się Baboczkę na myciu zupełnie czystej chlebowej dzieży, i uzyskiwało informację, że to najlepszy sposób, by zapewnić dostatek na cały rok.

Po bardzo skromnym śniadaniu wynosiło się z kletoczki przygotowane wcześniej pakunki i wyruszało do cerkwi, by złożyć na ręce batiuszki dary dla bardziej potrzebujących i chorych. Po południu wracało się na Jutrznię Wielkiego Piątku. Wchodziło się do świątyni i z biciem serca patrzyło na rozedrgane blaskiem świec wnętrze. Stawało się pośród wiernych i niemal rozpływało przy dźwiękach przepięknego tropara. Potem wsłuchiwało się w opowieści o męce i śmierci Jezusa.

Całą drogę powrotną nie mogło się otrząsnąć z przygnębienia. Czuło się smutek i chyba właśnie po czwartkowym nabożeństwie najbardziej uświadamiało się sobie wagę późniejszego Zmartwychwstania i cudowność tego wydarzenia. Oczywiście nie umiało się tego wyrazić, raczej – przeczuwało się to miarą własnego, dziecięcego pojmowania świata.

Żeby jakoś to w sobie ułagodzić, szło się z Baboczką do stajni i długo głaskało wyprzężoną Łoszadkę. Słuchało się jej przyjaznego pochrapywania, szeptało i przypatrywało strzygącym śmiesznie uszom. Wreszcie wracało się do domu; w ciszy jadło skromną kolację – postny pieróg zalany barszczem z grzybami – i patrzyło w pełgający płomyk świecy.
Tuż przed zaśnięciem wspominało się jeszcze ustawiony na środku cerkwi krzyż nazywany przez Baboczkę Golgotą i stojących pod nim Marię i Jana. Wreszcie zasypiało się, wciąż czując w nozdrzach zapach krzyżma, którym pozwoliło się namaścić po Jutrzni wyłącznie dlatego, by nie robić przykrości Baboczce.

W Wielki Piątek od rana było się wyciszonym i skupionym, mając świadomość, że nadszedł dzień symbolicznego pogrzebu Zbawiciela. Podczas Królewskich Godzin wysłuchiwało się dalszej części opowieści o męce Chrystusa i wracało do domu, by po południu pojawić się na pogrebieniju. Tego dnia jadło się bardzo skromnie i z podziwem patrzyło na Baboczkę, która pościła całkowicie. W drodze do cerkwi poddawało się nastrojowi dorosłych i milczało. Wsłuchiwało się w popiskiwanie kół i smutną melodię hołobli. Patrzyło się na Łoszadkę i tylko w niej nie dostrzegało się zamyślenia.
Wchodziło się do cerkwi i szło w głąb świątyni, by złożyć na specjalnym podwyższeniu przywiezione kwiaty. Słuchało się batiuszki czytającego fragmenty Ewangelii. Kiedy słyszało się pierwsze słowa intonowanej przez chór sticherii, patrzyło się na kapłana, który z ładanem zbliżał się do prestołu i okadzał płaszczenicu. Widziało się, jak całun z wizerunkiem Chrystusa złożonego do grobu wędruje na środek świątyni i zostaje ułożony na specjalnym stole mającym symbolizować Grób Pański.

Zawsze było się trochę rozczarowaną, gdy zamiast spodziewanego Jezusa wychodzącego z grobu, widziało się jego zstąpienie do otchłani. Oczywiście nie miało się wtedy pojęcia ani o typie tej ikony, ani o niedającej się opisać Tajemnicy Chrystusowego Wskrzeszenia. Nie rozumiało się, że dosłowne przedstawianie takiego wydarzenia może być przez niektórych odbierane jako profanacja. Bardzo chciało się zobaczyć reakcję kogoś, kto powrócił do życia. Zamiast tego wpatrywało się w odzianego w białe, powiewające szaty Chrystusa, otoczonego niebiańskimi kręgami, depczącego skruszone bramy piekieł, pod którymi spoczywał stary ciemnoskóry mężczyzna, w którym odgadyawało się szatana.
Po skończonym nabożeństwie czekało się, aż batiuszka i inni duchowni pokłonią się przed płaszczanicą, by móc uczynić to samo i ucałować rąbek materii.

Przed poranną Liturgią Wielkiej Soboty pomagało się w przygotowaniu korzinoczki.
Czuło się dumę, kiedy pod czujnym okiem Mamusi mogło się zająć udekaroweniem wielkanocnego koszyka. Wykładało się go śnieżnobiałą salfietoczką z ręcznie wyhaftowanymi na rogach literkami X.B. Brzegi ozdabiało się drobniutkimi giętkimi wierzbowymi witkami i ukwieconymi gałązkami forsycji. Było się zdumioną jego rozmiarem i z lekkim oszołomieniem patrzyło się na Baboczkę umieszczającą w koszu bochen chleba, ser, pęto kiełbaski i pieczone mięso. Potem dokładało się jeszcze jajka, sól i chrzan, a także – paschę i kulicz. Wszystko nakrywało się bliźniaczym białym płatoczkiem i umieszczało kosz w wozie.

Jechało się do cerkwi, by odwiedzić symboliczny Grób Chrystusa, i miało się wrażenie, że wszystko wokół jest o wiele bardziej radosne niż poprzedniej nocy.
Na miejscu wysłuchiwało się starotestamentowych wyimków o Męce Pańskiej i rychłym Zmartwychwstaniu. Było się bardzo zaskoczoną, gdy w trakcie liturgii duchowni zmieniali ciemne szaty na białe, a na prestole wymieniano nakrycia. Słuchało się wygłaszanych przez stojącego przed płaszczanicą kapłana ektenii i uczestniczyło w symbolicznym wejściu ze Świętym Darami, któremu towarzyszyły wyśpiewywane słowa: Pust mołczit… i wykrzykiwane gromko Alleluja!.
Czekało się, aż Liturgia dobiegnie końca i będzie można poświęcić przyniesione wiktuały.

Następnie wracało się do wozu i jechało na pobliski żalnik.
Zawsze było się pod jednakowym urokiem maleńkiego, śródleśnego cmentarzyka, okolonego kamiennym murkiem, chroniącym zmarłych przed niepożądanymi wizytami zwierzątek. Wąską bramką wchodziło się do środka i maszerowało między przygarbionymi pomnikami ku kilku dopiero zieleniejącym krzewom bzu. Przysiadało się na ławeczce i oddawało krótkiej modlitwie. Następnie na jednym z nagrobków rozkładało się przyniesiony płatoczek i umieszczało na nim maleńki koszyczek z gościńcem. Zapalało się okrągłe znicze i ustawiało na mogiłkach w znak krzyża. Potem patrzyło się na szepcącą cichutko Baboczkę i ocierającą ukradkiem załzawione oczy. Odchodziło się nieco dalej, by nie przeszkadzać jej w wielkanocnym spotkaniu z bliskimi.

Wielką Sobotę kojarzyło się z przyozdabianiem domu obrusami, wieszaniem przepięknych, na sztywno wykrochmalonych firan, przeczuciem czegoś niezwykłego i… burczeniem w brzuchu. Smętnie patrzyło się na pełną smakołyków korzinoczkę i szerokim łukiem omijało klietoczkę. Nie było się zmuszaną do ostrego postu, ale miało się jakiś irracjonalny, wewnętrzny przymus, by w tym dniu jednoczyć się z bliskimi także w taki sposób. Snuło się niemrawo z kąta w kąt i było się chwilami bardzo marudną. Żeby jakoś zapełnić czas do Połunoszcznicy, myszkowało się po obejściu. Zaglądało się do Łoszadki i Milieńkiej, odwiedzało się Sobaczkę. Uganiało się za półdzikimi kociakami, które – złapane – bardzo niechętnie poddawały się torturom głaskania. Nie zawsze wychodziło się z takich spotkań w stanie nienaruszonym – miewało się podrapane ręce i pogryzione palce.

Tego dnia miało się całkowity zakaz łażenia po drzewach i płotach, nudziło się więc niemiłosiernie. Próbowało się obchodzić zakazy i wymykało nad pobliską rzeczułkę, by chociaż popuszczać sobie kaczki. Kiedy zaczynało się ściemniać, wracało się do przytulnej chyżynki i trochę naprzykrzało dorosłym. Wreszcie lądowało się z książką na kuchennym przypiecku i nie wiadomo kiedy – zasypiało.

Gdy ponownie otwierało się oczy, na zewnątrz było już całkiem ciemno. Ubierało się ciepło i kolejny raz pokonywało drogę do cerkwi. Wsłuchiwało się w niesamowite odgłosy tętniącej nocnym życiem Puszczy i miało wrażenie, że zboczyło się na jakąś całkiem nieznaną drogę. Próbowało się uspokoić rozkołatane wyobraźnią serce i szukało ratunku w twarzach rodziców. Przytulało się do Mamusi i mocno ściskało jej rękę. Z ulgą rozpoznawało się odcinek prowadzący do cerkwi.

Wielkosobotnie obchody rozpoczynały się Połunoszcznicą – nabożeństwem, w którym wysłuchiwało się jednego z psalmów i wyśpiewywało, zaczynający się od słów: Światyj Boh… Kanon Wielkiej Soboty. Przyglądało się batiuszce rozwierającemu Carskije Wrota i okadzającemu płaszczanicę, którą wynosił przez tę-że Królewską Bramę i kładł na ołtarzu. Wrota ponownie zamykano, i zaczynało się śpiewać, obserwując duchownego, który rozściełał tkaninę i gasił wszystkie lampki za wyjątkiem ołtarzowej, w której płonął Święty Ogień dowieziony z Grobu Pańskiego w Jerozolimie.

Około północy słyszało się bijące dzwony i patrzyło na kapłana odpalającego od ołtarzowej lampki świecę i dzielącego się Ogniem z uczestnikami liturgii. Z niedowierzaniem przyglądało się śmiałkom zanurzającym w nim dłonie i obmywającym własne twarze. Nie miało się odwagi na zrobienie czegoś podobnego.
Kiedy cerkiew ponownie została rozświetlona, wiedziało się, że za chwilę rozpocznie się Jutrznia Paschalna. Wysłuchiwało się batiuszki trzykrotnie odśpiewującego Woskriesienie Twojo i czekało na ponowne otwarcie Carskich Wrót, które miały już takie pozostać przez cały Tydzień Wielkanocny .

Następnie czekało się, aż całun zostanie uniesiony i przy biciu biła ruszało się za okadzającym go celebransem, trzykrotnie okrążając świątynię od zachodu na wschód. Patrzyło się na zamykane drzwi cerkwi i podążało za śpiewającymi Woskriesienie duchownymi. W pewnym momencie naprawdę ulegało się wrażeniu, że przeniosło się między podążające do grobu Jezusa, mające namaścić Go, niewiasty. Jakąś cząstką istnienia odczuwało się pragnienie, by spotykać na swojej drodze Zwycięzcę Śmierci.

Wreszcie stawało się przed zawartymi drzwiami świątyni symbolizującymi zapieczętowany Chrystusowy Grób. W przedsionku wysłuchiwało się Ewangelii o Zmartwychwstaniu i czekało, aż batiuszka, trzymający w lewej ręce krzyż, prawą ręką okadzi płaszczanicę i wiernych, odwróci się ku wschodowi i trzykrotnie uczyni kadzielnicą znak krzyża. Wsłuchiwało się w słowa doksologii i trzykrotnie śpiewanego na głosy chóru i kapłana troparionu Chrystus wstał z martwych. Wreszcie łowiło się głos batiuszki wołającego Christos Woskriesie!, na który odpowiadało się – Istotnie Zmartwychwstał! i czekało, aż celebrant pchnie krzyżem i trójświecznikiem drzwi i – niby anioł odsuwający kamień sprzed wejścia do Grobu Chrystusa – pierwszy przekroczy próg świątyni.

Po powrocie do cerkwi uczestniczyło się w dalszej części Wsienocznogo Bdienija. Po odśpiewaniu kanonu Zmartwychwstania, hymnów pochwalnych i wielokrotnych okrzykach radości, bardzo niechętnie wymieniało się jeszcze pocałunki paschalne. Następnie wysłuchiwało się Homilii Jana Chryzostoma. Po zdających się nigdy nie skończyć godzinkach wielkanocnych, doczekiwało się wreszcie święcenia kwaszonego pszennego chleba z wizerunkiem Zmartwychwstałego Chrystusa, który przechowywany był na pulpicie przed ikonostasem, i – w Sobotę Tygodnia Paschalnego – rozkruszany i rozdawany wiernym. Dostawało się zawsze okruszek artosa do zjedzenia, a resztę Baboczka przechowywała jako relikwię do następnych Świąt.

Wreszcie – tak zmęczoną, że zupełnie już zobojętniałą na głód – wracało się do domu, trzymając w zgrabiałych palcach nakrytą kapturkiem gromniczkę płonącą Świętym Ogniem. Z podziwem zerkało się na powożącą Baboczkę, która po całej nocy na nogach wyglądała jakby wypoczywała w najdelikatniejszych piernatach.

Nawet jeśli było się zdrętwiałą i zmarzniętą, nawet jeśli na nic nie miało się siły, patrząc na rozradowaną Baboczkę, musiało się uśmiechnąć i przegonić muchy z nosa. Do chaziajstwa dojeżdżało się już w znacznie lepszym humorze. Tym bardziej, że w perspektywie miało się nie tylko śniadanie wielkanocne, ale także wizytę wołoczebników.

Rozchmurzało się więc smętne oblicze i już w pogodniejszym nastroju zajeżdżało do domu.
Łaczużka witała ciepłem i przytulnością. Z ulgą zdejmowało się wierzchnie okrycie i obmywało twarz chłodną wodą. Potem patrzyło się na zupełnie odmienioną Baboczkę – wystrojoną w biały płatoczek i kwiecistą sukienkę, krzątającą się wokół wielkanocnego stołu i podśpiewującą jakąś wiesnuszkę. Przebierało się szybciutko i pomagało w przygotowaniach do śniadania. Na obrusie, który raził oczy bielą, ustawiało się misy z poświęconymi jajkami, pieczonym mięsem i wędlinami. Kładło się pachnący świeżością żytni chleb i pilnowało, by nie zabrakło soli, chrzanu i ćwikły. Wnosiło się sery i ciasta, wśród których – obok chleba – najważniejsze były pascha i kulicz.
Przypatrywało się rozradowanym dorosłym i zasiadało wraz z nimi do stołu, by wreszcie bez ograniczeń cieszyć się Woskriesienijem.

Siedziało się za stołem i patrzyło na powoli rozjaśniający się za oknem dzień. Czekało się na wschód słońca, którego obejrzenie miało zwiastować pomyślność na cały kolejny rok. Z opowieści Baboczki wiedziało się, że słońce wschodzące po Wielkiej Nocy nigdy nie jest zwyczajne i bardzo pragnęło się o tym przekonać samej. I rzeczywiście – kiedy wreszcie blada obłość pojawiała się na horyzoncie, dostrzegało się jej dziwnie drgające kontury na tle porannej zorzy i, okalającą ją, złotawą obręcz. Siedziało się nieruchomo i wpatrywało w niecodzienne zjawisko, niemal zapominając o jedzeniu.

Przebudzało się jednak w końcu i z przyjemnością wdychało drażniące nozdrza zapachy unoszące się nad wielkanocnym stołem. Dopiero po wzięciu do ust pierwszego kęsa czuło się, jak bardzo zgłodniało się podczas przedpaschalnego umartwiania. Najchętniej zjadłoby się wszystko, ale pod czujnym okiem dorosłych próbowało się dań z umiarem, spokojnie, doceniając po dniach postu smak każdej potrawy. Ulegało się wrażeniu, że nawet zwykłe jajka czy chleb smakowały inaczej – intensywniej, lepiej. Siedziało się za stołem, mrużyło oczy przed blaskiem przyniesionego z cerkwi Ognia i zastanawiało, kiedy gromniczka wypali się do końca.

Po śniadaniu nie miało się czasu na odpoczynek, ponieważ zaraz pojawiali się pierwsi wołoczebnicy, wyśpiewujący gospodarzom życzenia wszelkiej pomyślności. Po występie wynosiło im się pisanki, kiełbasę z chlebem i inne smakołyki. Ponieważ było się dziewczynką, w dodatku – małą, bo małą, ale jednak – panienką, wysłuchiwało się jeszcze dowcipnej konopielki. Czasami najchętniej zatkałoby się uszy, by nie słuchać okropnego fałszowania zapiewajły i rzępolenia harmonijki, nie robiło się jednak tego, z grzecznym uśmiechem wysłuchując balladki do końca. W gruncie rzeczy – miało się przecież trochę przyjemności z faktu, że choć przez krótką chwilę mogło się poczuć prawie dorosłą.
Właściwie cała Niedziela upływała pod znakiem radości i wizyt kolędujących muzykantów.

Poniedziałek rozpoczynał Swiatłuju Niedzieliu i tego dnia odwiedzało się krewnych, albo przyjmowało ich u siebie. Zawsze miało się na podorędziu pisanki i słodkości, ponieważ Świetlisty Poniedziałek był dniem wzajemnego obdarowywania się drobnymi prezentami.
Po południu wyruszało się z domu i zajeżdżało pod cerkiew, by wspólnie cieszyć się ze Zmartwychwstania. Podpatrywało się dorosłych i dzieci grające w taczanki. Czasami dołączało do którejś z grup i próbowało swoich sił w zbijankach.
Żałowało się, że nie ma tu zwyczaju polewania się wodą. Ale – tylko troszeczkę. Za to z wielką niecierpliwością czekało się na bicie cerkiewnego kołokoła. Uwielbiało się jego dźwięk i mogło się go słuchać godzinami.

Trzeciego dnia Wielkanocy jeszcze raz odwiedzało się cmentarz. Oprócz zniczy i kwiatów obdarowywało się też bliskich czerwonymi pisankami, symbolizującymi Zmartwychwstanie. Czekało się na batiuszkę, który tego dnia święcił mogiły. Spędzało się tam sporo czasu, modląc się za dusze zmarłych i chcąc zjednoczyć się w radości Świąt także z nimi.
Pod wieczór wracało się do chałupki i zasiadało do ostatniego wspólnego posiłku. Następnego dnia wczesnym rankiem żegnało się z ukochaną Baboczką i wyruszało w drogę powrotną.

Witam.

Za kilka dni nadejdzie Wielkanoc – czas radości i nadziei. Z tej okazji chciałabym życzyć wszystkim szczęścia i wszelkiej pomyślności, a także wielu pięknych i niezapomnianych chwil w gronie Najbliższych.

Pozdrawiam:)

Lena

Wspomnień czar. Soczelnik.

Kiedyś Objawienie Pańskie wyglądało inaczej.

Na ten dzień czekało się z utęsknieniem, bo wszystko z nim związane od pierwszej minuty było niezwykłe.
Poprzedniego wieczora szło się do siebie bez ociągania, wskakiwało do łóżka i gasiło lampkę. Wsłuchiwało się w odgłosy dochodzące z głębi mieszkania i nie mogło się zasnąć. Wymykało się więc cichutko z pościeli i podchodziło do okna. Patrzyło się na rozświetlony śnieżnym blaskiem świat i przykładało rękę do szyby, na której mróz wyczarowywał weneckie hafty. Przyglądało się baletowi płatków wirujących w ciepło-oranżowym świetle ulicznych latarni. Odgadywało się ziąb czający się tuż za szkłem i uprzytamniało podobieństwo między zalegającym na zewnętrznym parapecie puchem a własną, mięciutką poduszką. Kołysało się w rytm gwiżdżącego wiatru i ziewało rozdzierająco. Czuło się ciężar powiek i ostatkiem sił wracało pod kołderkę…

Kiedy ponownie otwierało się oczy, miało się wrażenie, że przyłożyło się zaledwie przed chwilą. Zerkało się w okno, za którym nadal królowała noc.
Słuchało się ciepłego głosu Mamy i opieszale opuszczało rozbujane snem łóżko. Myło się i ubierało. Zjadało się lekkie śniadanie i dopiero podczas posiłku uświadamiało się sobie, że nadszedł ten wyczekiwany od roku dzień.
Nagle nabierało się wigoru i już nie mogło doczekać się wyjścia na zewnątrz…

Z ciemnej sionki zstępowało się wprost w labirynt wąskich ścieżynek, przyprószonych lepkim, wciąż sypiącym śniegiem.
Wsiadało się do samochodu i ze wzgardą odsuwało przygotowane poduszki i koce, ponieważ miało się niezachwianą pewność, że nie zaśnie się całą drogę. Przylepiało się nos do zimnej samochodowej szyby i czekało na pokasływania silnika. Pełną piersią wdychało się zapach ciepłego kurzu wydobywającego się z kratek ogrzewania i próbowało opanować kichanie. Odciskało się na zaparowanej tafli swoje dłonie, smarowało palcami esy-floresy i machało otynkowanej ścianie bramy, którą wyjeżdżało się na ulicę…

Czuło się dziwny dreszczyk, gdy przejeżdżało się przez uśpione miasto. Ze zdziwieniem wgapiało się w umykające kamieniczki, które w nocnym oświetleniu wyglądały zaskakująco obco. Obserwowało się tańczące na fasadach cienie, zniekształcone kurzawą wystawowe okna i nietknięte ludzką stopą chodniki. Po chwili przestawało się słyszeć szum silnika i doznawało wrażenia, że płynie się w nieznaną dal czarodziejskim wehikułem. Przenosiło się wzrok na przednią szybę i patrzyło, jak atakują ją świetliste spiralki. Odwracało się głowę i próbowało podpatrzeć, dokąd podążają fosforyzujące zygzaki. A potem nagle miasto gasło i wjeżdżało się w ciemność…

Dopiero wtedy zdejmowało się kurtkę i sadowiło wygodniej. Czekało się, aż wzrok przywyknie do mroku i będzie można powrócić do kontemplowania niezwykłego widowiska.
Powoli zaczynało się rozróżniać kontury mijanych drzew. Początkowo widziało się tylko czerń ściany przetykanej z rzadka jaśniejszymi, pionowymi pasmami. Z czasem rozpoznawało się fluoryzujące pnie wierzb i brzóz.
Dostrzegało się szachownicę śródleśnych skarp i lodowy szlaban ciągnący się wzdłuż szosy.
Wpatrywało się w połyskującą w świetle reflektorów białą nawierzchnię i wyobrażało sobie, że leci się Mleczną Drogą, omijając meteorytowy krusz i niemal czuło się muśnięcia gwiezdnego pyłu…

W końcu podkładało się pod głowę wzgardzoną poduszkę, okrywało puszystym pledem i przymykało oczy. Poddawało się rytmowi lotu i zapadało w krótsze i dłuższe drzemki.
Najczęściej przecykało się, gdy światła napotkanych miejscowości rozzłacały noc. Omiatało się rozespane domy i dalej śniło swój sen o kosmicznej podróży. Wsłuchiwało się w szum z rzadka mijanych pojazdów i mrużyło przymknięte powieki.
Pozwalało się ciału kołysać i traciło kontakt z rzeczywistością…

Kiedy ponownie otwierało się oczy, świat za szybą już się nieznacznie rozbłękitniał. Uszy porażała cisza, mącona od czasu do czasu dalekim szczeknięciem, po którym poznawało się, że podróż dobiegła końca. Patrzyło się nieprzytomnie i czym prędzej chowało głowę pod koc, żeby skryć się przed strumieniem mroźnego powietrza z otwieranych właśnie, tatusiowych drzwiczek. Marudziło się jeszcze parę minut, by ulec jednak w końcu dochodzącym z zewnątrz głosom. Wyściubiało się ostrożnie nos spod przykrycia i szukało po omacku ubrań…

Niemrawo naciągało się buty i kurtkę, nasadzało na głowę czapkę i, nie zawracając sobie głowy czymś tak nieważnym jak zapinanie czy zawiązywanie, wyskakiwało się z samochodu prosto w górkę odgarniętego śniegu. Oczywiście wpadało się w nią i natychmiast – przewracało. Może i tam nawet czasem coś się sobie stłukło, ale dzielnie gramoliło się na wierzch i, ile sił w nogach, biegło ku majaczącym w dali postaciom. Rozpościerało się ramiona i z impetem wpadało w mięciutki brzuszek kogoś, kogo nazywało się Baboczką, chociaż doskonale wiedziało się, że to słowo wcale nie oznacza babci lecz – motylka. Wtulało się w szorstki kremowy sweter i wdychało specyficzną woń gręplowanej wełny. Czuło się na swoich ramionach silne ręce i słyszało wyśpiewywane radosnym głosem powitanie…

Już od drzwi tonęło się w zapachu suszącej się w rogach oszklonej werandy bazylii i dwukolorowych wianków cebuli. Wchodziło się głębiej i rozkoszowało drożdżowym ciepłem kuchni. Zrzucało się wierzchnie okrycie i wspinało na cieplutki, kuchenny przypiecek. Mościło się na przygotowanych poduszkach i z przyjemnością przyglądało nieśpiesznej krzątaninie dorosłych. Patrzyło się w rozradowaną twarz Baboczki i cieszyło, że będzie można spędzić z nią trochę czasu.
Dostawało się gorącą gorzką herbatę i kawał drożżewoj buły i dopiero wtedy nabierało się pewności, że długa droga wcale nie była mirażem.
Po skończonym poczęstunku układało się wygodniej, przypatrując się pijącym herbatę rodzicom i – przestrzegającej tego dnia ścisłego postu – Baboczce…

Tęskniło się za tą kuchenną krzątaniną – tak inną od domowej, a jednak – podobną. I za pogodną obecnością Baboczki, która natychmiast po skromnym poczęstunku dreptała w klietoczku i zjawiała się z michą pszenicy. Patrzyło się, jak skrapia ziarno wodą, przesypuje je do lnianego worka i kładzie na podłodze. Kibicowało się Tacie, obtłukującemu drewnianym drągiem pszenicę i Mamie, rozwiązującej co parę minut worek i zwilżającej zawartość. Czekało się na Baboczkę, która przesypywała całość na wielkie sito i przepłukiwała ją, by oddzielić ziarnka od oderwanych twardych łusek.
Łowiło się kwaskowaty zapach gotującej się pszenicy i ucieranego w donicy maku. Patrzyło, jak Baboczka łączy je z podgrzanym miodem i pokruszonymi orzechami, jak wrzuca napęczniałe w ulepku rodzynki i uciera wszystko z miałką waniliową korą.
Zazwyczaj w tym momencie miało się dosyć wylegiwania, zeskakiwało się więc z pieca i towarzyszyło Baboczce w wyniesieniu socziła do chłodnej piwniczki…

Nie mogło się, oczywiście, opuścić przygotowywania żadnej potrawy.
Zaglądało się do wielkiego gara, z którego unosił się burgundowy aromat zalanych wcześniej wodą, gotujących się, suszonych borowików.
Plątało się między Mamą a Baboczką i przeszkadzało w lepieniu pierogów z grzybami. Podnosiło się pokrywę innego gara, z którego buchała grzybowo-kapuściana para. Zgłaszało się chęć pomocy w doprawianiu kartoflanego farszu sercowatym kminkiem i suszonym koprem, oraz zawijaniu go w liście kapusty. Asystowało się przy gotowaniu gołąbków w słonym wywarze i zapiekaniu na wielkiej blasze w chlebowym piecu. Uwielbiało się pomagać w okładaniu ich grubą warstwą kapuścianych liści i sprawdzaniu, czy już doszły…

Ze średnim zainteresowaniem śledziło się robienie drożdżowego ciasta na racuchy, ale ochoczo układało się je w piecu i pilnowało, by się nie spaliły. Wyczekiwało się, by podwoiły swoją objętość i rozzłociły smakowicie na blasze i alarmowało dorosłych.
Chętnie podglądało się gotowanie warzywnego wywaru na uszeńkę z knelkami. Uwielbiało się patrzeć, jak ze zmielonych ugotowanych warzyw i filetów rybnych powstaje lśniąca, pachnąca biełym pierczikom i czosnkiem masa, z której Baboczka formowała maleńkie pulpeciki i wrzucała do wrzącego wywaru. Pomagało się później wyławiać je ogromną łyżką cedzakową i wdychało aromat bulionu…

Z wielkim upodobaniem towarzyszyło się też w przygotowywaniu koliadniczków – niewielkich pierożków z drożdżowego ciasta. Nie tyle może interesowało się ciastem, co – farszem. Nigdzie indziej nie jadło się pierożków nadziewanych słodką gruszkowo-makową masą. Najbardziej zachwycało się, pachnącą wanilią i cytryną, szklistą gruszkową konfiturą, którą mieszało się z utartym i osłodzonym makiem i układało na wyciętych krążkach. Dalszą część znało się z wypiekania kulebiaków, więc porzucało się zdradziecko Baboczkę i biegło do drewnianej półeczki, na której stał wielki słój z owsianym zakwasem na żytnim chlebie…

Wodziło się wzrokiem za drobniutkimi bąbelkami, które odrywały się od ziaren owsa i cieszyło, że bańka jest przykryta, ponieważ nie znosiło się zapachu fermentującego chleba. Czekało się, aż Baboczka zabierze się za przecedzanie trójwarstwowej zawiesiny, a w międzyczasie robiło się z miodu i wody sytę, którą dodawało się do wytrąconej owsianej skrobi. Nie miało się przekonania do specyficznego smaku kisielnicy i jej ostrego zapachu, ale kochało się gęsty, żurawinowy sok, który był niezbędnym dodatkiem do owsianego kisielu…

Resztę potraw uważało się za banalne – ani smażone w naleśnikowym cieście grzyby, ani ryba, ani nawet pachnący goździkami szczułok z suszonych owoców – nie były w stanie zainteresować na długo. Miało się przecież wciąż jeszcze w pamięci własną, przygotowywaną w domu Wigilię. Odchodziło się więc od stołu i z radością wracało na cieplutki piec. Mościło się na poduchach, okrywało kocem i chociaż bardzo nie chciało się zasnąć – w końcu zawsze zapadało się w drzemkę…

Kiedy ponownie otwierało się oczy, w kuchni panowała cisza. Zsuwało się z kaflowej półki i dreptało do pokoju. Zawsze z jednakowym zachwytem patrzyło się na pomalowane na błękitno ściany, na których czyjaś dłoń wymalowała tuż pod sufitem poprzeczny szlaczek z gałązek kwitnącej jabłoni. Głaskało się ten chłodny błękit i przenosiło wzrok na choinkę – zgrabny, zielony świerczek, ustrojony plecionymi ozdobami ze słomy, czerwonymi rajskimi jabłuszkami i cukierkami w błyszczących papierkach. Podziwiało się przeźroczyste, szklane bombki i przepiękną, siedmioramienną gwiazdę, królującą na czubku drzewka. Zerkało się na mrugające orzechy, zawinięte w sreberka i złotka i nie mogło doczekać chwili, gdy choinka rozjarzy się blaskiem cieniutkich woskowych świeczuszek i zimnych ogni…

Siadało się między Baboczką a Mamusią i przysłuchiwało rozmowie. Opierało się o Mamę i chłonęło spokojną radość emanującą z przycupniętych komódek i kaflowego pieca.
Uwielbiało się słuchać Baboczki, wypowiadanych przez nią, tchnących tajemniczym urokiem słów, przywodzących na myśl prastare zaklęcia. Zapadało się w miękkość spółgłosek i przeciągnięte sylaby, które brzmiały jak nucona cichutko do niezwykłej melodii pieśń…

Rozglądało się po pokoju, zerkając na stojącą w rogu pieriepielicę i bardzo chciało się, żeby do osypanych ze snopka ziarenek zakradła się jakaś głodna myszka. Z niecierpliwością rzucało się spojrzenia w kierunku porcelanowego zegara. Kiedy wydzwaniał swoje divertimento, wstawało się i szło za Baboczką do sypialni, by przynieść trzeszczący krochmalem, biały pieriebor. Rozściełało się go na stole, głaszcząc misternie haftowane w rogach gałązki świerczyny przeplecione głagolicowymi runami. Pod obrus wkładało się sianko, w którym między szmaragdowymi ździebełkami granatowiły się zasuszone koszyczki wasilijek, pachniały miodem fioletowe synoczki i pomarszczone płatki żółtych knotniczek…

Potem patrzyło się na Tatusia, który na specjalnej, drewnianej podpórce ustawiał maleńką, prostokątną ikonę. Uwielbiało się wdychać zapach starej deski i wpatrywać w podłużne, ascetyczne twarze z pięknymi, prostymi nosami, w surowe usta i z łagodnością popatrujące oczy. Zachwycało się brązową suknią Matki Bożej, jej pofałdowanym czepcem i falbaniastą koszulką małego Jezuska. Kiedy stawało się naprzeciw obrazu, doświadczało się uczucia wszechogarniającego spokoju, a gdy dotykało się delikatnie powierzchni – czuło się lekkość i radość, ale także – trudną do opisania żałość…

Obok ikony stawiało się gliniany kubek bez uszka, do którego wsypywało się ziarna pszenicy i wstawiało bardzo cienką i długą świecę. Zawsze miało się z nią kłopoty, ponieważ była woskowa i wyginała się w ciepłych dłoniach. Na rogach stołu umieszczało się po główce czerwonawego jędrnego czosnku, by przez cały rok dopisywało zdrowie. Przynosiło się w porcelanowej miseczce miód, który miał zapewnić sładosć i szczastje, sól w kieliszku, symbolizującą wszelką obfitość, oraz – chleb, domyślając życzenie, by nigdy go nie zabrakło.
Na centralnym miejscu stawiało się socziło – przyrządzoną wcześniej kutię – żeby podziękować Bogu za pomyślność w poprzednim roku. Dopiero później rozmieszczało się pozostałe dania. Z zachwytem dotykało się białej porcelany, będącej niezwykłym tłem dla potraw, których musiało być dwanaście. Pilnowało się także, by na stole nie zabrakło nakrycia dla pożądanego, bo zwiastującego pomyślność – zbłąkanego gościa…

Kiedy wreszcie wypatrzyło się Pierwszą Gwiazdkę, szło się do stołu i stawało przy swoim krześle. Gdy zapłonęła świeczka, wysłuchiwało się krótkiej modlitwy i pieśni, nazywanej przez Baboczkę troparom w cześć Christu. Następnie dzieliło się przyniesioną wcześniej z cerkwi, pokrojoną w kosteczkę, maleńką i zupełnie niesłoną prosforą – okrągłym chlebkiem z pszennej mąki i wody święconej – wypiekaną przez matuszkę i składało sobie nawzajem życzenia.
Kolację zawsze rozpoczynało się od kutii – patrzyło się, jak Baboczka nabiera pierwszą łyżkę potrawy i wyrzuca jej zawartość pod powałę. Liczyło się przylepione ziarenka, bo ich ilość miała decydować o pomyślności nadchodzącego roku…

Nie musiało się przestrzegać kolejności potraw, ale przeważnie zaczynało się od gorących dań, słodkości zostawiając na deser. Podczas kolacji nie rozmawiało się za wiele, nie podnosiło się głosu. Czuło się onieśmielenie, gdy patrzyło się na podsuwającą półmiski i salaterki Baboczkę. Widziało się uśmiech na drżących wargach i błysk szarych oczu.
Po spróbowaniu wszystkich potraw Baboczka intonowała przepiękną koliadkę Spij, Isusie, spij.
Potem śpiewało się Etu nocz swiatuju, Wstawajtie, wstawajtie i wiele innych bożonarodzeniowych pieśni. Słuchało się tych kolęd z biciem serca, prawie nie oddychając, by nie spłoszyć magii chwili…

Po sprzątnięciu ze stołu ubierało się i wychodziło na dwór. Szło się do obórki i częstowało zwierzątka obrusowym sianem. Podtykało się łodyżki puchatym owieczkom, jednocześnie podejrzliwie popatrując na rozłożonego w kącie baranka. Nie miało się do niego zaufania.
Patrzyło się na łaciatą Milieńkę i na wszelki wypadek pozwalało innym nakarmić ją siankiem. Czuło się przed krówkami niczym nieuzasadniony lęk, którego nigdy się, zresztą, nie wyzbyło.
Za to odważnie podchodziło się do gniadej Łoszadki. Ani troszkę nie dziwiło się, że konik może się nazywać po prostu – Konikiem. Gładziło się jego długą grzywę i częstowało chrzęszczącym przysmakiem, wsłuchując w dochodzące z nozdrzy pochrapywanie, w którym chwilami jakby wychwytywało się nawet słowa…

Zaglądało się też do kurek, gąsek i kaczek i przyglądało, jak Baboczka wlewa im do poidła święconą wodę. W tym samym celu odwiedzało się Sobaczkę, która, niestety, nie była smakoszką sianka, ale bardzo chętnie piła święconą wodę i jadła pierogi, przemycane w tajemnicy z wigilijnego stołu.
Po powrocie nurkowało się pod choinkę i rozdzielało prezenty.
Wszystkimi cieszyło się prawie jednakowo, ale jeden szczególnie wzmagał bicie serca. Po rozpakowaniu obracało się na wszystkie strony niezwykle miękki i delikatny płatoczek. Dotykało się pięknej, ręcznie tkanej chusty i wyczuwało każdą kwiatową wypukłość. Przymierzało się ją przed lustrem i ledwo rozpoznawało własną twarz okoloną krasnuszkami. Biegło się do Baboczki i pytało, skąd wiedziała, że różyczki to najpiękniejsze kwiaty…

Delektowało się ciepłem promieniującym od pieca i wdychało zapachy krążące po domu. Patrzyło się na migocące płomyki choinkowych świeczek i słuchało Baboczkowych opowieści…
A potem nagle okazywało się, że już czas, ubierało się więc w pośpiechu i wychodziło na zewnątrz. Stało się przed domem i patrzyło na sypiący śnieg, aż usłyszało się dźwięk kołokolczików i dojrzało podjeżdżający pod ganek okutany tłumoczek, w którym, w blasku osadzonych po bokach pochodni, z trudem rozpoznawało się Baboczkę. Gramoliło się do sań, zakopywało w baranie skóry i słuchało poprychiwania Łoszadki…

Drogę do cerkwi przebywało się z zapartym tchem.
Tuż za bramą skręcało się w Puszczę. Patrząc na okólny gąszcz, miało się wrażenie, że wjeżdża się do niezgłębionego tunelu z poruszającymi się, żyjącymi własnym życiem, miedzianymi ścianami. Spoglądało się na uginające się od śniegu gałęzie i niemal słyszało ich mroźny oddech. Kuliło się przed ukłuciami sypiących z nieba, lodowych igiełek i ścierało z twarzy mokre łezki. Próbowało się przebić wzrokiem czarną równię lasu i dostawało gęsiej skórki, dostrzegając seledynowo jarzące punkciki. Zaciskało się oczy i wsłuchiwało w tamburynowy brzęk dzwonków. Perswadowało się sobie, że w Wigilijną Noc żadne zwierzątko nie może skrzywdzić człowieka i na chwilę zapominało się o strachu. Z kakofonii obcych dźwięków próbowało się wyłowić choć kilka zrozumiałych słów…

Gdy wreszcie wyjeżdżało się z Puszczy – oddychało się z ulgą. Z oddali słyszało się muzykę, w której rozpoznawało się dzwonki sań puszczańskich sąsiadów. Od czasu do czasu zjeżdżało się na pobocze i dawało wyprzedzić zdążającemu na Nocne Czuwanie samochodowi.
Rozświetlony budynek cerkwi witało się z radością. Ostrożnie wychodziło się z sań i rozprostowywało nogi. Przyglądało się zmierzającym na nabożeństwo ludziom i wsłuchiwało w śpiewny pogwar. Podsłuchiwało się rozmowy nieznajomych i starało zrozumieć coś z mieszaniny argotu…

Po wejściu do świątyni dawało się porwać tej niesamowitej atmosferze. Mrużyło się oczy przed blaskiem stojących po obu stronach ikonostasu jołoczek. Kroczyło się puszystym kobiercem i wtapiało w krąg wiernych. W powodującym zawroty głowy kadzidlanym dymie wyczuwało się ostrą woń bergamotki i olibanum. Wdychało się zapach wetwerii i sandraku. Oczywiście – nie miało się pojęcia, jak nazywają się komponenty palonego przez batiuszkę ładanu, ale zapamiętało się ten aromat na całe życie…

Po przejściu w głąb stawało się naprzeciw ikony przedstawiającej historię Narodzenia Pańskiego. Mimo, że niewiele wiedziało się o samym przedstawieniu, było się pod wrażeniem kolorystyki i układu postaci. Przyglądało się purpurowym szatom Maryi śpiącej w czymś przypominającym kokon, odwróconej od spoczywającego wyżej Dzieciątka i uchwytywało się nieokreślony smutek malujący się na jej znękanej twarzy. Wodziło się wzrokiem od Józefa do pasterzy i zastanawiało się, czemu Dzieciątkiem bardziej interesują się anioły niż jego mama. Odczuwało się niepokój, wpatrując się w czarną bezdeń i piaskowe tło. Zamierało się w przeczuciu i ledwo słyszało kapłana prowadzącego nabożeństwo…

Szukało się ręki Mamy i ciągnęło ją bliżej wyjścia. Przysiadało się na wąskiej ławeczce, zamykało oczy i pozwalało niskim głosom chóru ukoić niespokojne myśli, wyciszyć dziecinne wątpliwości. Trwało się tak do końca mszy, opartą plecami o ścianę i nie mogło zdecydować, czy wpuścić między te dźwięki chybotliwy blask świec.
Ulegało się przeczuciu, że jakaś nieznana siła pragnie zawładnąć wszystkimi zmysłami i trwożyło się, nie mogąc pojąć jej intencji. Czuło się bezbronną i przeźroczystą, jakby nagle przestało się istnieć. A jednocześnie miało się przeogromne pragnienie, by zrobić… Coś. Nie wiedziało się – co. Nie umiało się tego określić…

Wychodziło się powolutku na zewnątrz, łudząc się, że mroźne powietrze powoli zatrze tamto niesamowite wrażenie. Całą powrotną drogę przemierzało się w dziwacznym otumanieniu, nie zwracając uwagi na iskrzący śnieg, trzaskające mrozem drzewa i ciężki zapach dymiących pochodni. Rejestrowało się wszystko – chłód każdego płatka na policzku, skrzypnięcie każdej bryłki lodu pod płozą, żywiczne krople ognia odrywające się od łagwi – ale było się jakby poza tym, i tylko nie wiedziało się – obok czy może wewnątrz…

Z ulgą witało się szczekanie psa i rżenie Łoszadki. Wyskakiwało się z sań i biegło przez kurhany, zapadając po uda w wilgotną biel. Dopadało się drzwi, łapało lepką klamkę i wślizgiwało w domowy blask. Zatrzymywało się w progu i czekało na bliskich.
Pozwalało się przebrać w piżamę i zanieść do łóżka. Wypijało się gorącą lipową herbatę i nakrywało po uszy pierzynką. Przytulało się do leżącej obok Mamy, zamykało oczy i bez protestu godziło na głaskanie po włosach. Wsłuchiwało w szelest puchu i jeszcze raz, kadr po kadrze, przewijało niedawne zdarzenia, aż zlewały się one w migocący plamkami światła granat, z którego co jakiś czas dochodził radosny półszept: Christos rożdajetsia – sławitie jego

Witam.

Późno już. Wokół cisza, delektuję się więc nią i odpoczywam po bardzo pracowitym tygodniu. Za parę dni Boże Narodzenie.
Życzę wszystkim, by nadchodzące Święta spędzili wśród Osób Kochanych i Kochających, szczęśliwie i radośnie. Oraz – by ta Bożonarodzeniowa Moc dawała siłę przez cały następny rok.

Pozdrawiam:)

Lena

Wspomnień czar. Wigilia świętego Andrzeja.

Zazwyczaj wolało się zabawy z chłopakami. Było się bardzo żywym dzieckiem i nad gadanie o sukienkach przedkładało się zabawę w kota albo łażenie po drzewach.

O tym, że jest się jednak dziewczynką, przypominało się sobie dzień przed Andrzejkami. Wiedziało się, że chłopaki do wróżb za bardzo się nie nadają – robią sobie z tych – bardzo przecież poważnych – spraw śmichy chichy i nawet potrafią dokuczać…
Miało się kilka koleżanek do rzeczy, z którymi od czasu do czasu bawiło się nawet lalkami, chociaż zarówno dyskusje o strojach jak i przyjęcia – trochę nudziły. Wolało się już budować z klocków albo rysować.

Dzień przed Andrzejkami nabierało się więc ochoty, by zakosztować tej tajemniczości, sekretów dostępnych tylko własnej płci. O dziwo – mimo chłopackich upodobań – było się lubianą i chętnie zapraszaną do dziewczyńskich zabaw. Wieczorne wyjście musiało się uzgodnić z Rodzicami. Wtajemniczało się tylko Mamę, obawiając się, że Tata mógłby nie zrozumieć…
Mama rozumiała świetnie – dostawało się pozwolenie i, z torbą pełną smakołyków, wędrowało do koleżanki.
Na miejscu zanosiło się wszystko do kuchni i szło do pokoiku.

Oczywiście zabawa nie byłaby ważna, gdyby nie miało się odpowiedniego stroju – butów na obcasie, długiej po kostki, czarnej, pożyczonej od jednej z pań sąsiadek spódnicy w błyszczące kwiaty, takiejż bluzki z falbaniastymi rękawami i brokatowego szala. Tak naprawdę – wyglądało się okropnie, ale patrząc w lustro nie widziało się, że ubrania są za duże, a pantofle spadają z nóg. Tego wieczora było się najpiękniejszą i najbardziej tajemniczą Wróżką. Z zadowoleniem przyglądało się podobnie wyglądającym koleżankom i pobrzękiwaniem cieniutkimi, srebrnymi bransoletkami, bez których kreacja wiele traciłaby na wytworności, rozpoczynało się Andrzejki.

Gasiło się górne światło, zostawiając tylko małą lampkę, ponieważ świece można było zapalać wyłącznie w obecności dorosłych. Zasłaniało się okno i na podłodze rozkładało koc. Na kocu wspólnie ustawiało się przyniesione z kuchni smakołyki. Potem zapraszało się do Tajemnego Kręgu. Mówiło się Najważniejsze Zaklęcie i wymyślało na poczekaniu Przysięgę, którą reszta powtarzała z bardzo poważnymi minami. W Przysiędze uwzględniało się przede wszystkim dyskrecję i – pod groźbą Straszliwej Zemsty – zaklinało do dochowania Tajemnicy.

Po Przysiędze robiło się losowanie za pomocą przyniesionej z domu Magicznej Kości, która tak naprawdę była zwykłą kostką do gry. Pierwsza wylosowana osoba zdejmowała but – koniecznie z lewej nogi, tej od serca – i stawiała go pod oknem. Następnie – zgodnie z kolejnością losowania – ustawiało się następne lewe buty; dziewczynka, której but pierwszy znalazł się na progu pokoju – miała w przyszłości jako pierwsza wyjść za mąż.

Następną wróżbą było jedzenie ciastek. Do zwykłych markiz wkładało się wypisane wcześniej karteczki z imionami chłopaków i życzeniami. Losowało się je ze szklanej patery, gryzło i – jeśli znalazło się kartkę – czytało się głośno zapis. Aby wróżba została spełniona – należało obrócić się trzy razy w lewo i… zjeść kartkę bez popijania. Jeśli imię było takie, jakiego się oczekiwało – żuło się potem tę nieszczęsną kartkę pół wieczoru; jeśli nie – można było próbować ponownie. Był całkowity zakaz wymieniania się kartkami, którego nigdy się nie przestrzegało.

Po wróżbie ciastkowej przychodziła pora na tę z przedmiotami. Zasłaniało się oczy Czarodziejską Szarfą, którą był podłużny kawałek czarnego weluru i – po trzykrotnym klaśnięciu – sięgało do okrągłego czerwonego pudełka, zadawszy wcześniej pytanie – najczęściej o miłość – rzecz jasna. Gdy wyciągnęło się przedmiot, który pasował do obiektu uczuć, podskakiwało się w miejscu trzy razy (trójka była Liczbą Najmagiczniejszą we wszystkich wróżbach) żeby przyklepać jej spełnienie.
Potem odpoczywało się jakiś czas, konsumując przyniesione smakołyki.

Po uczcie wołało się mamę koleżanki, która zapalała świecę i zaczynało się wróżenie z wosku przez Wielki Magiczny Klucz, który na co dzień był zwykłym kluczem od furtki.
Brało się rondelek z ciekłym woskiem i ulewało kształt do wody. Wosk w garnuszku szybko stygł, więc czekało się z oglądaniem i komentowaniem swojego dzieła do ostatniego lania. Zazwyczaj były to jakieś, niepodobne do niczego paskudki, ale na cieniu rzucanym na ścianę widziało się najcudowniejsze rzeczy – serca, róże, karety, królewskie pantofelki, suknie księżniczek. Wymyślało się później odpowiednie historie, podejrzliwie patrząc na mamę koleżanki, bo miało się wrażenie, że ta z całej siły próbuje się nie roześmiać.
Oczywiście – odlany skarb chowało się pieczołowicie do lewej kieszeni kurtki, ponieważ powinien on był przetrwać w nienaruszonym stanie trzy dni i – natychmiast się o nim zapominało.

Po wróżeniu z wosku ze zniecierpliwieniem czekało się na wyjście koleżankowej mamy. Gdy tylko zamykały się za nią drzwi – z wewnętrznej kieszeni kurtki wydobywało się ściągniętą jednej z cioć talię tarota…
Wróżenie z Kart Prawdy lubiło się najbardziej – dopiero tu miało się prawdziwe pole do popisu. Pozwalało się wyciągać koleżankom po jednym kartoniku i opowiadało niestworzone rzeczy, od których uczestniczkom oczy robiły się okrągłe ze zdumienia, a policzki płonęły żądzą poznania Tajemnic Przyszłości.
Gdy wszystkie koleżanki usłyszały swoją porcję wróżb i poczuły się usatysfakcjonowane – chowało się karty do kieszeni i jeszcze jakiś czas dyskutowało o wieczornych rewelacjach. Wysłuchiwało się sekretów koleżanek, ich nadziei i marzeń…

Aż wreszcie nastawała pora powrotu do domu – ubierało się więc w pośpiechu i wychodziło z ciepłego domu. Na ulicy leżał już zazwyczaj śnieg, a przedgrudniowe powietrze trochę wywiewało z głowy andrzejkowy klimat…
W domu zjadało się kolację, a potem – już w łóżku – opowiadało Mamie o przebiegu wizyty, nie ujawniając, rzecz jasna, żadnych sekretów, i pytało, czy wróżby andrzejkowe naprawdę się spełniają.
Patrzyło się na uśmiechającą się Mamę i z tym obrazem Jej twarzy – zasypiało…

Wspomnień czar. Wielka Niedziela.

Kiedyś Wielki Tydzień wyglądał inaczej.

Od wyprawy do lasu miało się wrażenie, że czas wyczynia jakieś dziwne harce. Czasami, w ogólnej krzątaninie nie wiedziało się, kiedy nastał wieczór. Innym razem czuło się, że wszystko wlecze się, jakby dzień nigdy miał się nie skończyć…

Oczywiście kuchnia znowu stawała się najważniejszym miejscem w domu i musiało się, po prostu – musiało – w niej plątać.
Do najważniejszych potraw należał żur i nie można było opuścić robienia zakwasu. Patrzyło się, jak Mama wyparza bańkę, sypie do środka żytnią mąkę, zalewa ją przegotowaną wodą, miesza i dodaje parę zgniecionych ząbków czosnku, kilka ziaren angielskiego ziela i listek laurowy. Wdychało się zapach skórki z razowego chleba, która też lądowała w naczyniu, po czym osobiście nakrywało się wszystko płócienną ściereczką i obwiązywało gumką.
Odstawiało się zawiesinę w ciepłe miejsce i absolutnie nie asystowało się w późniejszym mieszaniu, ponieważ szczerze nie znosiło się zapachu zakwasu…

Do żuru obowiązkowo musiała być biała kiełbasa, więc podczas jej robienia nie ruszało się z kuchni nawet na krok.
Prawie się nie ruszało, bo szlamowania jelit nie lubiło się chyba jeszcze bardziej, niż mieszania fermentującej żytniej zawiesiny. Wracało się, gdy czynność ta została wykonana, a kuchnia solidnie przewietrzona. Kiedy patrzyło się na różowawe niteczki zanurzone w roztworze z sody, nie bardzo dowierzało się, że jeszcze niedawno były takim paskudztwem.
Tym, co fascynowało, było krojenie mięsa. Patrzyło się na wychodzące spod noży rodziców równiutkie kosteczki brunatnej wołowiny, jasnoczerwonej szynki wieprzowej, łaciatej łopatki i różowawej słoniny.

Sypało się do wielkiej michy cudnie pachnące, złote ziarna gorczycy, odrobinę posiekanego czosnku, igiełki tymianku, czarny i ziołowy mielony pieprz. Na koniec dodawało się sól i cukier, a potem patrzyło, jak Tata miesza wszystko zamaszystymi ruchami, aż kolorowe sześcianiki zrobią się lśniące od puszczanego soku. Mięso musiało swoje odstać, więc z niecierpliwością czekało się na moment wkręcenia śmiesznej tubki do maszynki, smarowanie jej olejem i naciąganie bielutkiego jelita. Pomagało się w robieniu mięsnych kul, które Tata umieszczał w maszynce do mięsa i zachwycało równiutkimi, wychodzącymi z tubki kiełbaskami. Potem uczestniczyło się w dzieleniu kiełbasianych sznurów na trzy części – jedną wieszało się na specjalnym drągu, by odpowiednio przesłoniała do wędzenia, drugą zostawiało się do pieczenia, a trzecią – do ugotowania.
Towarzyszyło się też w bejcowaniu wędlin do wędzenia i pieczenia. Spośród wszystkich przypraw najbardziej uwielbiało się zapach kozieradki i lubczyku i męczyło się Mamę, by dodawała ich do wszystkiego…

Wśród krewnych było wielu amatorów galaretki wieprzowej i wiedziało się, że żadna Wielkanoc nie byłaby bez niej pełna.
Na początku nie bardzo uświadamiało się sobie, czym są te zabawne różowe wałeczki. Kiedy już się do tego doszło, odczuwało się dziwny smutek, patrząc na moczące się nóżki. Umykało się i przychodziło do kuchni dopiero, gdy poczuło się zapach zimninowego wywaru. Gdy w całym domu pachniało klejem, liśćmi laurowymi i zielem angielskim, wiedziało się, że można już spokojnie wrócić. Rozstawiało się na stole kokilki i układało w nich kwiatki o białych, pietruszkowych środkach i marchewkowych płatkach. Dokładało się gałązkę zielonej pietruszki i patrzyło, jak Mama zakrywa je pokrojonym gotowanym mięsem i zalewa pachnącym czosnkowo wywarem. Potem ostrożnie przenosiło się naczynka w chłodne miejsce i nakrywało płatkami ligniny…

Do wielkanocnych zimnych nóżek nie mogło zabraknąć ćwikły. Pomagało się więc myć buraczki, odkrawać zgrubiałe części i po ugotowaniu – trzeć. Po wszystkim wyglądało się jak Lady Makbet, choć wtedy jeszcze nie miało się pojęcia o istnieniu takiej osoby.
Po starciu buraczków biegło się z Tatą do składówki, by pomóc mu w przyniesieniu słoja chrzanu. I właśnie wtedy przypominało się sobie, jak jesienią poprzedniego roku Tata własnoręcznie ten chrzan przygotowywał.

Oczywiście nie mogło się tego przegapić, więc uczestniczyło się zarówno w obieraniu białych korzeni, jak i w krojeniu ich i namaczaniu. A potem patrzyło się na Tatę i nie mogło się wyjść ze zdumienia, że taki duży Tata płacze; płacze, mamroce coś pod nosem i jednocześnie śmieje się, pochylony nad michą, do której spada coraz więcej białego przecieru. Nie rozumiało się tego, póki nieopacznie nie podeszło się zbyt blisko i nie zaciągnęło ostrą wonią. Potem płakało się i śmiało razem z Tatą wszystko już rozumiejąc. Towarzyszyło się też wtedy przy doprawianiu chrzanu sokiem z cytryny, solą i cukrem i umieszczaniu go w słoikach.
Myślało się o tym, przyglądając się, jak Mama miesza z tym chrzanem buraczki i doprawia ciemno-różową ćwikłę do smaku, podtyka Tacie do spróbowania i po jego orzeczeniu „kriepka” – szczelnie zakręca słoiki…

Z okazji Wielkiej Nocy pomagało się też w przygotowaniu musztardy, która była nieodzownym dodatkiem do pieczonych mięs. Uwielbiało się wrzucać brunatne i oranżowe ziarnka do młynka i patrzeć, jak pod wpływem obrotów zmieniają się w miałki gorczycowy talk. Wsypywało się go do wielkiego słoja, dodawało ocet, białe wino i utarty chrzan i mieszało energicznie. Potem doprawiało się jeszcze musztardę miodem i solą, dodawało uprażone w całości ziarnka białej gorczycy i wstawiało do lodówki, podziwiając jej żółto-zielonkawą barwę…

Kolejnym daniem był klops z jajkiem. W mieleniu mięsa nie widziało się niczego ciekawego, więc umykało się do swoich spraw i wracało, by popatrzeć, jak Mama umieszcza w mięsie gotowane jaja i zgrabnie formuje półokrągłe klopsy w specjalnych foremkach. Kiedy lądowały w piekarniku, zaczynało się taniec wokół Taty, który był specjalistą od pasztetów.
Patrzyło się, jak do wielkiego gara wrzuca różne rodzaje mięs i wątróbkę. Pasztetu robiło się dwa rodzaje – wieprzowy i drobiowy i oba lubiło się tak samo.

Do pasztetu wieprzowego dodawało się prócz wieprzowiny także cielęcinę i odrobinę wołowiny. Patrzyło się, jak po ugotowaniu i wystudzeniu mięsa, Tata miele wszystko trzy razy przez maszynkę, dodaje przyprawy, z których najważniejsza była gałka muszkatołowa, nadająca masie specyficzny, piernikowy aromat. Lubiło się nakładać cichutko szeleszczący farsz do natłuszczonych, osypanych bułką tartą blach i podglądać, jak rumieni się pod wpływem wysokiej temperatury.
Pasztet drobiowy robiło się z ugotowanego mięsa kurzego, indyczego i gęsiny z dodatkiem drobiowej wątróbki. Delektowało się jego puszystą konsystencją, lekko imbirowym posmakiem i delikatnie spękaną brązową skórką; był aksamitnie kremowy i po prostu rozpływał się w ustach…

Kiedy pasztety piekły się spokojnie, nadchodził czas robienia kulebiaków i – oczywiście – nie mogło się w tym nie uczestniczyć. Patrzyło się, jak Mama przygotowuje ciasto drożdżowe i zostawia je do wyrośnięcia. W tym czasie przygotowywało się farsz.
Pomagało się dzielić na kawałeczki smażoną rybę i szatkować kapustę, którą gotowało się w niewielkiej ilości wody, a po wyjęciu doprawiało podsmażoną cebulką i dusiło wszystko jeszcze kilka minut. Potem dodawało się ugotowane na twardo jajka pokrajane w plasterki i ryż. Doprawiało się całość solą, białym pieprzem i odrobiną estragonu.
Kiedy ciasto wyrosło, wałkowało się je na owalny placek, układało na nim farsz i zlepiało brzegi. Podziwiało się wielki pieróg z falistym brzegiem i poddawało myśl, by na przyszłą Wigilię zamiast pracochłonnych uszek ulepić podobny do barszczu.

Drugi rodzaj farszu robiło się z wieprzowiny i pieczarek. Do pokrojonego w kostkę mięsa dodawało się podsmażone pieczarki, które w połączeniu z nacią pietruszki i masłem drażniły nozdrza nieziemskimi wręcz rozkoszami. Asystowało się też w wałkowaniu prostokątnego placka, który po wypełnieniu farszem i sklejeniu przypominał długie, wąskie pudełko, które Mama ozdabiała dodatkowo ażurową kratkownicą i szeroką, zawiązaną na kokardę szarfą z kruchego ciasta…

Za największą atrakcje uważało się jednak pieczenie niewielkich, drożdżowych przysmaków. Przede wszystkim – kapuśniaczków – okrągłych placuszków o średnicy szklanki, w których formowało się rant, a we wgłębienie wkładało farsz i wyrównywało do płaska nożem. Szczególnym sentymentem darzyło się kopertki – drożdżowe kwadraty, na środku których umieszczało się rozpłaszczoną kulkę z farszu, a potem przykrywało ją rogami z ciasta, które łączyło się na środku. Lubiło się też rastiegaje – rodzaj pierożków, zlepionych tylko na rogach, tak, by na środku pozostała szczelina, przez którą widać było farsz. Wszystko smarowało się roztrzepanym jajkiem, układało na płytkiej blasze i piekło…

Nieodłącznym elementem Wielkiej Nocy – stanowiącym rarytas przede wszystkim dla zjeżdżającej rodziny, choć samej też nie gardziło się tym wypiekiem – był sękacz. Niestety, nie istniała możliwość zrobienia go w domu, więc rokrocznie jeździło się z Tatą do zaprzyjaźnionej pani Gospodyni, która uchodziła za mistrzynię. Jeśli miało się szczęście – trafiało się w sam środek akcji. Można było wtedy podziwiać specjalistkę w działaniu. Uwielbiało się patrzeć w płomienie i wdychać aromat przypiekanego ciasta. Z niekłamanym podziwem przyglądało się sprawnym ruchom pani Gospodyni, która chochlą lała na obracany ręką pomagiera wałek kolejne porcje żółciutkiego ciasta. Słyszało się syk i obserwowało zastyganie rzadkiej masy, tworzącej maleńkie sęczki. Czekało się cierpliwie, aż Gospodyni będzie mogła odejść od swojego zajęcia, zaprowadzi do chłodnego pomieszczenia i wybierze odpowiedniego „dziada”. Wracało się do domu i czuło się bardzo ważną, mając pod opieką słodki wypiek. Oczywiście – nie potrafiło się oprzeć pokusie i nie odłamać tego czy owego, najpiękniej uśmiechającego się sęczka. Na szczęście droga nie była zbyt daleka i nigdy nie zdążyło się doprowadzić pnia do całkowitej gładkości.
Po powrocie do domu za dobrze wypełnione zadanie dostawało się porcję przysmaku i wielką przyjemnością było oddzielanie cieniutkich, złotych warstw i pakowanie ich sobie do ust…

Kiedy nadchodził czas gotowania żuru – zwiewało się, gdzie pieprz rośnie i czujnie nastawiało ucha. Że nadszedł kres warzenia nielubianej potrawy, poznawało się po trzaśnięciu składzikowych drzwiczek. Odczekiwało się jeszcze jakiś czas i, nieufnie węsząc, wędrowało do kuchni…

Kiedy wszędzie unosił się zapach smażonej skórki pomarańczowej – wiedziało się, że przyszła pora na pieczenie ciast.
Wchodziło się do kuchni, w której kręciło w nozdrzach od drobinek szafranu.Bardzo lubiło się obserwować łączenie składników na babkę wielkanocną. Patrzyło się na żółciutkie smugi, które szybko rozpływały się cieście. Z przyjemnością rozgryzało się kilka szczypiących w język kryształków waniliowego cukru i pochylało nad misą, by poczuć opary stopionego masła. Wrzucało się pokrojone rodzynki i drobniutkie kosteczki skórki pomarańczowej. Na koniec wlewało się zabarwiony szafranem spirytus, który miał przepiękny pomarańczowy kolor.

Patrzyło się, jak Mama wyrabia ciasto i wkłada je do posmarowanych masłem form. Nie rozumiało się, gdy Mama ze śmiechem nazywała je „posażnymi” i długo myślało się, że te ścięte, ząbkowane stożki mają po prostu taką nazwę. Lubiło się moment, gdy po wyrośnięciu wkładało się ciasto do pieca i po całym domu rozchodziła się waniliowo-pomarańczowa woń. Gdy upieczone babki trochę ostygły – posypywało się ich spiralnie skręcone brzegi cukrem pudrem i wynosiło do składzika…

Okrągłe mazurki zawsze robiło się z kruchych placków i przekładało masą kajmakową. Aż rwało się do warzenia kajmaku i czasami dostawało się pozwolenie. Rzadko, ponieważ najczęściej myślało się o niebieskich migdałach i haniebnie przegapiało kulminacyjny moment, serwując rodzinie „coś” o posmaku spalonego karmelu.
Te prostokątne zaś – piekło się z gotowanych żółtek i migdałów. Lubiło się ucierać sypkie żółtka z migdałami i cukrem na gładką masę. Po dodaniu białek piekło się je w blaszkach, a potem przekrajało na trzy i przekładało kwaskowatym dżemem morelowym.
Nie lubiło się jeść mazurków – uważało się je za zbyt słodkie. Za to uwielbiało się je dekorować. Patrzyło się, jak Mama przyozdabia wypukłe brzegi czekoladowymi szlaczkami. Potem układało się na wklęsłym środku orzechy włoskie i laskowe, rodzynki albo konfiturowe owoce, tworząc z nich girlandy, kwiaty lub fantazyjne wzorki. Na koniec wszystko polewało się ostrożnie lukrem, czekoladą albo karmelem i odstawiało do zastygnięcia…

Z twarogu, do którego dodawało się śmietanę, żółtka, masło i cukier, robiło się też paschę. Nie gotowało się jej, po prostu ucierało się bardzo suchy biały ser z resztą ingrediencji i zamykało w śmiesznej drewnianej doniczce z dziurkami. Naczynko było bardzo stare i trochę zdeformowane, ale dobrze spełniało swoją rolę. Bardzo ubolewało się, gdy w dorosłym życiu pewnego dnia po prostu się rozpadło. Odsączanie – w zależności od jakości twarogu mogło trwać nawet kilkanaście godzin, wynosiło się więc paschę w chłodne miejsce, przyciskało ciężkim wyparzonym kamieniem i co jakiś czas zaglądało, by sprawdzić, czy serwatka ściekła…

Ale tak naprawdę najbardziej czekało się na robienie marcepanu. Dostawało się miskę sparzonych wrzątkiem migdałów i sprawnie usuwało z nich brązową skórkę. Czekało się, aż Tata zmieli białe łezki, dosypywało się do migdałowych grudek cukier puder, dodawało białka i ucierało na gładką masę. Od woni aż kręciło się w głowie. W czynności tej nie tyle jednak chodziło o sam marcepan, ile o robienie baranków. Nie miało się wprawdzie takiej wprawy jak Mama i zwierzątka wychodziły zazwyczaj bardzo koślawe i całkiem łyse, ale taki drobiazg absolutnie nie był w stanie zepsuć przyjemności. Patrzyło się później, jak Mama z wprawą zanurza je w białym albo różowym lukrze, domalowywało się czekoladowe oczy i kopytka i stawiało na parapecie, by grzecznie trwały tam do Niedzieli…

Wielkiego Piątku oczekiwało się z niecierpliwością, ponieważ tego dnia zawsze farbowało się jajka. Nie używało się chemii – wystarczyły naturalne barwniki. Chociaż nie znosiło się zapachu gotującego się cebulnika, w skrytości ducha uznawało się barwione w nim na kasztanowo jajka za najpiękniejsze. Żółty kolor uzyskiwało się z kurkumy, a czerwony z soku żurawinowego. Bardzo lubiło się też niebieskie odcienie jaj gotowanych wraz z czarnymi jagodami i te kurkumowe, zanurzane w jagodach i dające niepowtarzalny wachlarz zieleni.
Kiedy po wyjęciu i odsączeniu, brało się takie parzące kolorowe kule do rąk i delikatnie natłuszczało olejem, nie mogło się powstrzymać zachwytu. Przyglądało się koronkowej strukturze skorupek, niepowtarzalnym deseniom i odkładało do specjalnego przeźroczystego koszyczka.

Kiedy nadchodziła Niedziela wstawało się bardzo wcześnie, bez zwykłych dyskusji wtłaczało w odświętną sukienkę i z przygotowanym przez Mamę koszykiem niecierpliwie czekało na Tatę. Potem szło się do pobliskiego kościółka, lawirowało między wiernymi i, wysuwając przed siebie koszyk, czekało na poświęcenie.
Następnie szybciutko wracało się do domu i pomagało w przygotowaniu stołu.
Na białym obrusie rozkładało się nakrycia. Przynosiło się flakon z kolorowymi gałązkami i pisanki.
Zaglądało się do koszyka ze święconką i przekładało na specjalny półmisek chleb, wędlinę, jajka i sól. Powoli zapełniało się całą przestrzeń, biegając co chwila do drzwi, by przywitać gości. W pewnym momencie przystawało się i myślało sobie, że ten bajecznie kolorowy stół jest naprawdę bardzo piękny i wesoły i świetnie pasuje do rozradowanych twarzy krewnych…

Czynnościom tym towarzyszył zapach pieczonego ciasta chlebowego, na który tylko łykało się ślinkę.
Kiedy wszystko było gotowe, a rodzina z grubsza usadowiona, wstawał Tata, witał wszystkich i obdzielał święconką. Dopiero później składało się życzenia i następował moment, którego nigdy się specjalnie nie lubiło – wymiana pisanek. Nie leżało w zwyczaju obdarowywanie się innymi prezentami, ale przyjście bez podarunku w postaci pianki było po prostu wstydem. Nie rozumiało się, czemu traktowano to tak poważnie, dopóki nie usłyszało się pewnej rodzinnej historii. Tymczasem z niepokojem obserwowało się ręce kuzynów przebierające w koszyku i cichym jękiem żegnało prawie każdą pisankę. ponieważ te „obce” uważało się za dużo brzydsze…

Wreszcie siadało się i wypatrywało Mamy i jednej z kuzynek, które wchodziły z tacami chlebowych miseczek; w każdej wydrążonej miseczce była porcja żuru z jajkiem, suto posypana zielonym koperkiem i przykryta odkrojoną wcześniej piętką.
Niestety, nawet tak smakowite nakrycie nie było w stanie przełamać awersji do żurku, jadło się więc suchy chlebek z białą kiełbasą i przysłuchiwało rozmowom…

Śniadanie przedłużało się zazwyczaj do obiadu i jeśli niebo zaciągnięte było ciemnymi chmurzyskami, przygotowywało się pokój do gier.
Wstęp stanowiło wybranie kolorowego jajka i zawsze miało się dylemat, czyimi wskazówkami się kierować, ponieważ szkół na znalezienie tego najlepszego było właściwie tyle, ilu uczestników.
Przede wszystkim szukało się jajka bez drobnych rys i pęknięć. Wiedziało się też, że nie może być ono ani za duże, ani – za małe. Dobrze, gdy nie miało zbyt wielkiego szpica i płaską dupkę. Ale sekretu mocy upatrywało się – nie wiedzieć czemu – w odbarwieniach i nienaturalnej odporności na farbę.
Po dokonaniu wyboru najpierw grało się w wybitki, polegające na wzajemnym stukaniu jajkiem w jajko. Jeśli przypadkiem trafiło się mocną sztukę, nie zjadało się jej, lecz odkładało do następnej zabawy.

Na podłodze budowało się wąski labirynt i turlało swoje jajko. Cała rzecz polegała na tym, by w jak najszybszym czasie pokonać labirynt nie trącając „zawodnikiem” o ściankę. Dotknięcie jej cofało jajko do najbliższego zakrętu. Gra toczyła się o wysoką stawkę, ponieważ zwycięzca zabierał jajko przeciwnika i miał prawo wykorzystać je w następnym konkursie.
Potem konstruowało się krótki, otwarty z obu stron tunel, klękało się i próbowało tak trafić w toczące się jajko przeciwnika, by zostało rozbite.
Kiedy zabawa dobiegała końca, obierało się potłuczone jajka i zgodnie pałaszowało je, posypując solą albo smarując majonezem.
Zwycięskie jajo oszczędzało się i mogło dumnie spoczywać na szczycie nieuszkodzonej jajecznej sterty do następnego dnia.

Jeśli natomiast pogoda dopisywała, sprzątało się ze stołu i jechało do lasu.
Biegało się dookoła spacerujących dorosłych i nie poznawało się tak niedawno przecież widzianych miejsc. Miało się wrażenie, że wszystko jest piękniejsze, bardziej kolorowe i radośniejsze.
Na przyjeziornej polance nakrywało się składany stół i pomagało ustawić przywiezione jedzenie. Patrzyło się na wiosenny świat i ogrzewało dłonie, obejmując kubek z gorącą herbatą…

Do domu wracało się późnym wieczorem i ostatkiem sił wykonywało przednocne czynności. Nie marzyło się już właściwie o niczym, prócz ciepłego łóżka.
I może jeszcze o tym, by następnego dnia wstać najwcześniej i oblać wodą niczego niespodziewających się, rozespanych rodziców i krewnych…

Witam.

Wielkanoc to czas radości, rodzących się nadziei i przypływu nowych sił…
I właśnie tej kolorowej radości, nadziei i sił życzę wszystkim…
A także, by ten rok był czasem spokoju, miłości, szczęścia i wzajemnego szacunku…

Pozdrawiam 🙂

Lena

Wspomnień czar. Wielkanoc.

Kiedyś Wielkanoc nadchodziła inaczej.

Zawsze lubiło się ostatnią niedzielę karnawału. Nie tylko ze względu na moc smakołyków i odwiedziny krewnych. Wiedziało się, że kilka dni później nastąpi długo wyczekiwana wyprawa do lasu.
Od samego rana wyglądało się przez okno i sprawdzało stan nieba.
Jeśli było pogodne, niecierpliwie snuło się z kąta w kąt i zanudzało Mamę pytaniami, które niezmiennie rozpoczynały się od słowa „Kiedy…”.
Jeśli było ciemne, zaklinało się wiatr, by przegonił wredne chmurzyska. Wiedziało się, że deszcz skutecznie uniemożliwi wspólny wyjazd. Zazwyczaj wietrzysko spisywało się na medal i po południu wychodziło się na rozświetlony słońcem zaokienny świat…

Las witało się radosnym biciem serca i zdumieniem – tak bardzo różnił się od tego, który zostawiało się w styczniu.
Wdychało się rześkie powietrze i z radością stwierdzało się, że zatykająca nozdrza mroźność ustąpiła ciepłej wilgoci. Rozglądało się wokół i wsłuchiwało w zapomniane szmery i szelesty.

Patrzyło się pod nogi i pośród bezlistnych, prawie nagich bruzd dostrzegało się pierwsze, niemrawo budzące się do życia oznaki nadchodzącej wiosny.
Przede wszystkim skupiało się wzrok wszędobylskich, czarno-czerwonych dwuplamkach, które w wielkim pośpiechu krzątały się w nasłonecznionych miejscach. Nie przepadało się za ich towarzystwem, ponieważ potrafiły wspinać się po ubraniu, niecnie wykorzystując chwilową nawet nieuwagę.
Mimo to, przykucało się i kładło rękę na nagrzanej ziemi, muskało nagie jeszcze pędy i nieśmiało wychynające z gruntu bylinki.
Głaskało się mizerne trawki, po których często wspinały się rdzawo ubarwione poskrzypki albo tęczowe złotki…

Opuszczało się ten mikroświatek i całą energię kierowało na poszukiwanie zawilców i przylaszczek.
Uwielbiało się moment, gdy pośród szarawego poszycia dostrzegało się kilka fiołkowych cętek. Podążało się ich tropem i natrafiało na ogromne skupiska liliowych albo bladoniebieskich punkcików, zlewających się w różnokształtne plamy.
Podchodziło się i z radością dotykało delikatnych, przylaszczkowych koszyczków, kanarkowych środków i zdmuchiwało z palców złotawy pyłek.

Potem biegło się dalej i natykało na niewielkie kępki białawych zawilców. Przyklękało się i próbowało uchwycić ich zapach, ale jedynym, co uderzało w nozdrza, była błotna woń pobliskich mokradeł. Przy odrobinie szczęścia udawało się wypatrzeć płaskiego, jasnopomarańczowego glinika, który z dostojnym furkotem opuszczał zawilcowy gąszcz dostrzegłszy intruza…

Szło się dalej i na obrzeżach błock mrużyło się oczy od blasku jaskrawożółtych, jarzących się wśród dorodniejszej bagiennej zieleni knieci. Łowiło się odgłosy cichutkiego bulgotu wydobywającego się z tających bagien i próbowało uchwycić tę specyficzną, korzenną woń zeszłorocznego tataraku i pijanic…
Po kilku krokach natykało się na szafranowe pięciorniki, które płożyły się na piaszczystym brzegu pobliskiego jeziora. Dotykało się drobnych listeczków i podziwiało ich błękitno-srebrne zabarwienie. Słuchało się skrzypu beżowego żwirku i wdychało unoszące się wszędzie cząsteczki piaskowego pyłu wzruszanego chłodnymi podmuchami jeziornego wiatru. Z lekkim niepokojem przyglądało się harcom smukłych, pomarańczowo-czarnych szczerklinek, kopiących swoje norki…

Wsłuchiwało się w pluskającą melodię jeziornych fal i wędrowało wydeptaną dróżką.
Szczególny sentyment miało się do filigranowych kwiatuszków zajęczego szczawiu – ni to białych, ni różowych. Klękało się i obserwowało chwilę szmaragdowe, przywodzące na myśl koperty drobne listeczki, wokół których uwijały się wszędobylskie jątrewki i wzbudzające mało sympatii czerwone mrówki…

Następnie szło się przyjeziorną ścieżką i wypatrywało kosmatych kielichów, które z daleka wyglądały, jakby były zmrożone. Miało się specjalną zabawę – przemierzało się zbocze kilkanaście razy i liczyło wyłuskane z poszycia sasanki. Podchodziło się do każdej i bardzo delikatnie gładziło się białawy meszek, pokrywający je od łodygi do liliowo-błękitnawego dzwonka. Kiedy nasyciło się wzrok mszystymi bylinkami – maszerowało się dalej…
Wyszukiwało się rozkrzewione rurki skrzypu i nie mogło się powstrzymać przed zerwaniem choć jednej, której człony rozdzielało się i dopasowywało na powrót, by usłyszeć miłe dla ucha skrzypienie i poczuć zapach siarki. Trącało się chwiejne kule zabawnie zwiniętych, ledwo wyglądających z ziemi języczków paproci i patrzyło, jak kolebią się lekko i pod własnym ciężarem przyginają do podłoża…

Jeśli miało się szczęście – na bezlistnych, zdrewniałych, gruzełkowatych łodygach dostrzegało się bladoróżowe kwiaty wilczegołyka, nad którym krążyły ospałe leśne pszczoły. Dotykało się mięsistych, drobnych płatków i długo potem czuło na palcach mydlany zapach…

Kiedy już nacieszyło się oczy kwiatowym urodzajem, wracało się do Taty i można było przystąpić do głównego celu całej wyprawy – wynajdowania gałązek.
Przede wszystkim szukało się wierzbiny.
Wędrowało się wzdłuż miedz obsadzonych rosochatymi drzewami, na których ledwo widać było maleńkie zawiązki. Ścinało się witki, które wyglądały jakby były martwe i tylko po sprężystości można było poznać, że jednak żyją. Jeśli początek wiosny był słoneczny, podziwiało się rozwinięte już, seledynowe, sterczące kwiaty, albo muskało te nieco ciemniejsze i bardziej wiotkie. Wsłuchiwało się w trzeszczenie rozeschłych na słońcu konarów i ususzonych traw i łowiło chlebową woń ziaren.

Czasami trafiało się na niewysokie krzewinki o krótkich, brunatno-purpurowych odroślach, na których zaznaczały się płaskie pąki. Nie ścinało się ich. Podchodziło się i głaskało mechate gałązki. Pamiętało się małe, kosmate listeczki o lekko fioletowawym zabarwieniu i śmieszne, czarno-beżowawe kotki.

Potem wędrowało się dalej i szukało iw. Poznawało się je po oliwkowych pędach i wielkich, szarawych albo świetlisto-zielonych baziach. Wybierało się odrostki nagie, pokryte drobnymi, tabaczkowymi pączkami. Przy ścinaniu wychwytywało się ich nikły, cytrynowy aromat i z przyjemnością gładziło lśniącą korowinę.
Lubiło się też podziwiać szare pnie rozłożystych wierzb, rosnących przy drogach. Wpatrywało się w ich grube, żółtawe, lekko połyskujące gałęzie. Czasami tu i ówdzie widziało się maleńki zielono-błękitnawy listeczek, albo miotełkowaty, pojedynczy kwiat. Muskało się pobrużdżone pnie i ciekawie zaglądało do dziupli, licząc w duchu na spotkanie z jakimś kłobukiem, albo innym leśnym dytkiem. Przeważnie znajdowało się tam tylko zmurszałe, tchnące ciepłą wilgocią próchno, które mazało się po palcach, zostawiając bure, wionące zgnilizną smugi.

W swojej wędrówce trafiało się też na kępy krzewiastych łóz o brunatnych, omszonych pasynkach. Ścinając je, wyobrażało się sobie śmieszne, jajowate listeczki o ostrych czubkach i ząbkowanych brzegach i miotełkowate, jasnozielone kwiatostany. Przywoływało się z pamięci tajemniczą szemrzącą melodię listowia i próbowało zlokalizować natrętne, wdzierające się w uszy brzęczenia.

Za najbardziej imponującą z wierzb uważało się tę płaczącą. Dzięki opadającym, wiotkim rosochom trudno było pomylić ją z jakimkolwiek innym drzewem. Stawało się pod naturalnym parasolem i w myślach wtórowało klekocącej melodii nagich rózg. Podziwiało się siłę wiatru targającego potężne korony i upór drzewa, które – najbardziej nawet zmierzwione – powracało do pierwotnego kształtu.
Jako najpiękniejszą określało się jednak zawsze wiklinę z jej purpurowo-czerwonymi, gładkimi witkami, na których maleńkie srebrne kotki wyglądały jak rzeczne perełki. Uwielbiało się patrzeć na liszkowate kwiaty i dotykać puchatych kuleczek. Nie mogło się oprzeć pokusie, by nie ściąć choć kilku pędów, które wydzielały słodki, kleisty aromat…

Potem wędrowało się dalej w poszukiwaniu leszczyn. Poznawało się je po szarozielonych, wzniesionych ku górze gałęziach i gładkich, łuszczących się pniach w kolorze khaki, barwą i fakturą nieodmiennie przywodzących na myśl ziemniaczane mundurki. Lubiło się patrzeć na zabawnie zwisające, podługowate kotki i drobne, twardawe pączki. Wtykało się nosek między zwisające robaczki i kichało od unoszącego się wokół leszczynowego proszku.

Czasami wypatrzyło się pociemniały, moszczący się w ziemi orzech i myślało sobie, że kiedyś wyrośnie z niego nowa krzewinka. Pod stopami wyczuwało się też często twarde łupiny ze śladami wiewiórczych zębów i odruchowo zadzierało się głowę w nadziei, że może uda się podejrzeć wśród nagich gałęzi leśnego rudzielca. Gdy się go czasem zobaczyło, zamierało się i wgapiało w niego tak długo, aż – wiedziony nieomylnym instynktem – dostrzegał niebezpieczeństwo i błyskawicznie smyrgał w górę…

Gnało się za nim, ale nie miało się większych szans, więc przeważnie przystawało się w pierwszym zazielenionym miejscu i ostrożnie dotykało ostrych igieł wiecznie zielonego jałowca. Omijało się pokryte rdzawymi kolkami poszycie, by uniknąć żmudnego wyciągania natrętnych igiełek z butów. Wdychało się żywiczny aromat i wyłuskiwało delikatnie pomarszczone mrozem, granatowe jagódki, których gorzkawy smak kojarzyło się z Bożonarodzeniowym bigosem…

Potem dochodziło się do grabów o gładkich, prawie czarnych pniach, i przyglądało szpiczastym, jasnobrązowym pąkom i szyszkowatym kwiatom. Wsłuchiwało się w ksylofonowy stukot nagich konarów i próbowało zetrzeć z palców cierpko pachnącą posokę…

Wreszcie natrafiało się na blado-szare, bruzdowate dęby o wyglądających na zdrewniałe pąkach. Zdarzało się natknąć czasami na jasnozielone kwiaty zwisające między soczyście zielonymi listeczkami i podziwiało się ten widok z nigdy nie słabnącym zauroczeniem. Przyglądało się czarnym, zaaferowanym swoimi sprawami mrówkom, przemierzającym tam i na powrót spierzchnięte pnie. Przytulało się policzek do ciepłej kory, a potem wyciągało się z włosów zdrewniałe okruszki…

Lubiło się też obserwować długie sosnowe igły i klujące się w szczytach gałęzi łuskowate, czerwonawe kwiaty. Dotykało się łuszczącego się cieniutkimi, pomarańczowymi płatami pni i patrzyło na lepkie od balsamicznej żywicy palce. Dotykało się jej językiem i czuło cierpką goryczkę. Czasami trafiało się na zeszłoroczną, maleńką szyszkę mocno przytwierdzoną do gałązki i przypominało się sobie klejkie, ciemnozielone owoce z zabawnymi, oranżowymi oczkami na każdej łusce. Przykucało się i wyszukiwało pod przywianymi szeleszczącymi liśćmi ciepłych, wychwytujących puls ziemi korzeni…

Z upodobaniem zerkało się też na gładkokore dęby czerwone o wiotkich, oliwkowo-szarych gałązkach i delikatnych pączkach i nie chciało się wierzyć, że niedługo zapłoną one oranżami i czerwieniami i niewiele pozostanie z ich subtelnej zieloności…

Wędrując po mało jeszcze zazielenionych partiach lasu często natykało się na rdzenie świerkowych szyszek, zakończonych zdrewniałymi pędzelkami, które wyglądały jak przedziwne, ceglaste kwiaty. Dreptało się po opadniętych łuskach i przypatrywało jasnozielonym, mięciutkim kitkom na końcach gałązek. Wdychało się ostry świerkowy aromat i głaskało łuskowatą korę. Dotykało się stwardniałych, żywicznych nacieków i ze współczuciem przyglądało zastygłym w nich piżmówkom, złotookom i czarnym mrówkom…

Przykładało się ręce do gładkich, oliwkowo-szarych pni jesionów i muskało pomarszczoną korę cienkich gałązek zakończonych czarnymi gruzełkami. Potrząsało się opylone czarnymi ziarenkami kwiaty zebrane w pokaźne wiechy i łowiło ich ziemisty aromat…

Najbardziej chyba jednak kochało się gładkie, szare lipowe pnie. Uwielbiało się lipy za najpiękniejsze na świecie różowo-zielone, filigranowe pączki i żałowało się, że kwitną dopiero w lipcu. Ścinało się rozcapierzone witki i z przyjemnością wdychało lekko mączysty zapach…

Nie dało się przegapić białych pni brzóz. Wędrowało się po lesie i szukało małych drzewek, by ściąć choć kilka gibkich, czerwonawych rózg o drobniutkich, ciemno-zielonkawych pączkach. A gdy się to udało, rozcierało się w palcach delikatnie gałązkę i wdychało słodkawy, jakby owocowy aromat. Potem zbliżało się ucho do pnia i nasłuchiwało. Czasami słyszało się we wnętrzu brzozy tajemnicze bulgoty i jęki. Wreszcie obejmowało się gruby pień i przytulało całym ciałem do chropawej kory. Z bliska dostrzegało się w pęknięciach pomarańczowo przezierające pasma…

Maszerowało się przez las, wypatrując na jeziorze łabędzi, perkozów i kaczek. Uwielbiało się chodzić do zatoczki i patrzeć na sino-ołowiany, przesycony wodą lód. Nie wchodziło się na niego – był już zbyt kruchy i częściowo pokryty wodą. Lubiło się też stać na brzegu i przyglądać się krom zalegającym daleko od brzegu. Marzyło się, żeby się tam dostać i poskakać z lodu na lód, zupełnie jak bohaterowie kreskówek…

Zawsze z żalem żegnało się las i wracało do domu. Przywiezione gałązki wstawiało się do wody i przez kilka kolejnych dni czekało, czy pączki się rozwiną. Rozkwitająca latorośl miała zwiastować pomyślność na cały następny rok…

Pierwszego wieczora biegało się co chwila i sprawdzało, czy choć jeden, najmniejszy bodaj listeczek raczył się zazielenić. Następnego dnia już się o tym nie pamiętało, więc kiedy w sobotnie popołudnie na stole pojawiał się zieleniejący bukiet, zawsze było się trochę zaskoczonym. Dzień przed Palmową Niedzielą robiło się Palmy. Właściwie były to palemki raczej, ale i tak miało się mnóstwo radości w ozdabianiu wierzbowej gałązki, której szczyt stanowiła zielona korona. Najpierw czekało się, aż Tata oplecie trzpień palmy łodyżkami malin, które przysparzały mnóstwo kłopotów ze względu na drobne ale dokuczliwe ciernie.

W tym czasie wybierało się najładniejsze bylinki wrzosu i widłaku, by za chwilę bardzo ostrożnie owinąć wokół pnia kruche pędy. Następnie własnoręcznie wykonywało kwiaty z bibuły. Najpierw robiło się białe i cyklamenowe goździki i różowo-białe stokrotki z żółtymi środkami, okręcając karbowanym papierem cienki drucik. Lubiło się też robić maki z czarnymi, postrzępionymi środkami i wielkimi płatkami w kolorze soczystej czerwieni. Produkowało się liliowe fiołki, żółte żonkile i chabrowe bławatki.

Najbardziej jednak kochało się formować róże. Zostawiało się je zawsze na koniec, ponieważ bordowa bibuła, z której wywijało się płatki, barwiła palce i wszystko, czego się dotknęło. Barwnik trudno się zmywał i trzeba było bardzo uważać, by nie poplamić innych bibułkowych kwiatów podczas mocowania ich do swojej żerdki. Między kwiatami umieszczało się zielone, bibułkowe liście i wzmacniało całą konstrukcję kolorowymi nićmi. Mimo, iż rzadko udawało się zrobić idealną palemkę i tak pucho się z dumy, niosąc ją w Palmową Niedzielę do kościoła. Zawsze w skrytości ducha żałowało się, że takie cudeńko zostanie spalone…

Nie brało się sobie jednak tego za bardzo do głowy, bo parę dni później przychodził czas na dekorowanie pozostałych gałązek, szykowanie koszyczka do święconki i – najbardziej ulubione – malowanie pisanek.

Do dekorowania bukietów używało się skrawków bibułki, z której robiło się drobne, różnokolorowe kwiatuszki i umieszczało je między żywymi pączkami. Przyklejało się uformowane w palcach barwne kuleczki, a z kolorowego kordonku wywiązywało się fantazyjne kokardki. Tak przystrojone gałązki umieszczało się w szklanych wazonach. Kompozycje wynosiło się w chłodne miejsce, ponieważ musiały dotrwać aż do Wielkiej Niedzieli. Wtedy ustawiało się je na środku stołów i skakało z radości, że tak pięknie wyglądają na tle śnieżnobiałego obrusa…

Do święconego zawsze używało się tego samego, wiklinowego koszyczka. Koszyczek sam w sobie był bardzo ładny – upleciony z cieniutkich wiklinowych warkoczyków, z wywiniętą figlarnie rączką – ale nie mogło się przecież poprzestać na ozdobie w postaci haftowanej serwetki.
Jego brzeg ozdabiało się więc wianuszkiem czerwonych i białych róż, a wokół kabłąka plątało wyjątkowo skomplikowaną konstrukcję z żółtych i ciemnozielonych nici…

W piątkowy, przedwielkanocny wieczór zasiadało się do malowania pisanek. Używało się do nich tylko wydmuszek i oczywiście co roku w tenże piątkowy wieczór solennie składało się sobie obietnicę, że przez cały następny rok będzie się te wydmuszki zbierało. I rokrocznie przypominało się sobie o tym niedotrzymanym przyrzeczeniu zawsze w chwili, gdy na stole pojawiały się akcesoria malarskie.

Szło się do kuchni i z nadzieją patrzyło na Mamę, która udawała, że nie wie o co chodzi, a potem z szafki wyjmowała pudełko z wydmuszkami.
Zasiadało się do kuchennego stołu, patrzyło na roześmianych rodziców i myślało się sobie, że są niezniszczalni. Kompletnie bowiem nie zauważało się na ich twarzach śladów zmęczenia. Dostawało się swój pędzelek, gąbkę i patyczek.
Najczęściej najpierw malowało się tło. Wydmuszkę umieszczało się na szaszłykowym drewienku i ostrożnie obracało, pokrywając powierzchnię za pomocą gąbki maczanej w barwniku. Nie zawsze udawało się nie pozostawić śladów palców na szybko schnących ściankach. Potem odkładało się jajko do doschnięcia i robiło kolejne tło. Malowało się różne rzeczy – szarawe zajączki z długimi słuchami, żółciutkie kurczątka z maleńkimi dzióbkami, kolorowe kurki i kogutki. Najbardziej jednak lubiło się malować wzory z wymyślanych na poczekaniu kwiatów i w tej dziedzinie często wychodziło się na prowadzenie.

Ukradkiem zerkało się też na cacuszka, które wychodziły spod pędzelka Mamy. Mama była mistrzynią w malowaniu najpiękniejszych, bajecznie kolorowych motyli, ptaszków i rybek. Wszystkie te malunki łączyła jakaś tchnąca klimatem azteckich legend kolorystyka. Z równym podziwem obserwowało się, gdy Mama pokrywała ciemną, gładką powierzchnię białymi, koronkowymi wzorami, tworząc przedziwne i bardzo piękne, przywodzące na myśl malowane mrozem na szkle labirynty grubszych i cieńszych białych kreseczek.

A potem przenosiło się wzrok na Tatę i nie miało się słów dla obrazków, które wymalowywał. Z fascynacją śledziło się postacie księżniczek w zwiewnych sukienkach, królewien w koronach, rycerzy i książąt. Patrzyło się na osiołki, baranki, koniki i dziwnym trafem kojarzyło się je z dalekowschodnimi, przesyconymi przepychem baśniami…
Lubiło się też oklejać pomalowane wydmuszki wyciętymi z papieru rombikami, serduszkami i łezkami. Robiło się błyszczące gwiazdki i półksiężyce, które posypywało się później różnokolorowym brokatem. Z resztek lalczynych tkanin wycinało się frymuśne kwiaty i doklejało do nich nitkowe łodyżki i koralikowe środki.

Kiedy pisanki wyschły, układało się je ostrożnie w specjalnym koszu z białej porcelany i stawiało na parapecie.
Długo jeszcze później biegało się i oglądało każdą sztukę, myśląc ze smutkiem, że po Wielkanocnym śniadaniu zostaną one rozdane przybyłej rodzinie, a ich miejsce zajmą inne, zrobione lub kupione przez krewnych…

W końcu jednak rozchmurzało się zafrasowane oblicze, bo w nagrodę za dzielne pomaganie miało się możliwość wybrania jako pierwszej kilku najpiękniejszych pisanek i ustawienie ich w małej szklanej miseczce we własnym pokoju…
Po całym pracowicie spędzonym dniu zasypiało się przy nikłym światełku nocnej lampki, snując w półśnie opowiastki o pisankowych bohaterach…

Wspomnień czar. Szept wiosny.

Kiedyś uliczki tajały inaczej.

Pewnego poranka budziło się z niezachwianym przeczuciem, że właśnie tego dnia zdarzy się coś miłego. Nie otwierało się oczu, by jeszcze przez kilka chwil pozostać w tym błogim przekonaniu. I wtedy czuło się na twarzy miłe ciepełko, a do uszu zaczynały dochodzić trochę zapomniane dźwięki.
Leżało się i wsłuchiwało w delikatne dudnienie kropel o metalowy parapet, łowiło się cichutki bulgot wody w rynnach i trzask spadających sopli. Przysłuchiwało się pierwszym ptasim przekomarzankom, skrzypowi nienaoliwionych jeszcze rowerowych kół i tępym odgłosom motyczek w pobliskich ogródkach.
Powoli unosiło się powieki i pozwalało wiosennemu słońcu zajrzeć w oczy. Czuło się wzbierające łzy i już wiedziało się, że właśnie dziś, w tym momencie – przyszła wiosna…

Po śniadaniu wychodziło się z domu i z radością wskakiwało do pierwszej napotkanej kałuży, rozchlapując brudną wodę i opryskując wszystko wokół.
Patrzyło się na fasady mijanych budynków i śledziło wzrokiem wyżłobione przez cieknącą wodę ścieżki. Dostrzegało się podbarwione wilgocią ściany i wdychało zapach mokrego tynku.
Wędrowało się uliczkami i zaglądało do ogródków w poszukiwaniu rożowawych śnieżyczek, blado-fioletowych krokusików i kobaltowych szafirków.
Dostrzegało się zieleniejące drzewa i pąki uwięzione w kroplach. Wyciągało się rękę i potrząsało gałęzią, robiąc wiosenny prysznic…

Podpatrywało się kociska gnuśnie wylegujące się na blaszanych parapetach albo składzikowych daszkach. Próbowało się podejść śpiewającego w ukryciu skowronka, kanarkowo błyskającego wśród gałęzi dzięcioła, albo zabłąkaną czajkę…

A kiedy już przywykło się do codziennie zmieniającego się świata, zaczynało się rozmyślać o zabawach…

Pożądanym, a nawet – koniecznym rytuałem zaakcentowania, że nadeszła wiosna, było przygotowanie i utopienie Marzanki. Ale nie tej, robionej w szkole przez Panią i dzieciaki ze starszych klas, kojarzonej głównie z nudną wycieczką, połajankami i jękami. Nie. Chodziło o kukłę wykonaną wraz z podwórkowymi kolegami.

Najpierw gromadziło się materiały – gruby drąg, watę, sznurek i części odzieży. Z trzema pierwszymi nie miało się większego kłopotu. Kijów potrzebnych do zrobienia korpusu w okolicy nie brakowało. Watę na wypchanie Marzankowej osoby podwędzało się po prostu z domowych zapasów. Sznurków na włosy – rozciąganych każdej wiosny przez zapobiegliwe gospodynie – również miało się do wyboru do koloru.

Największym problemem było wystrojenie Marzanny – potrzebowało się sukienki. Nie wiedzieć czemu – skoro zima była biała – obowiązkowo kwiecistej. Potrzebowało się też czerwonego swetra.
Zazwyczaj znajdowało się pożądane elementy przyodziewku w rodzicielskich szafach i zanosiło do weryfikacji – odzież musiała spełniać pewne określone wymogi.

Zrobienie Marzanki nie nastręczało wielu trudności: do nawleczki i sukienki, której zawiązywało się rękawy, wpychało się watę i obwiązywało wszystko na drągu. Przy pomocy pożyczonych od którejś z mam kosmetyków malowało się kukle twarz. Na czubku głowy robiło się otworki, przez które przesadzało się sznurek i zaplatało warkocze. Najczęściej poświęcało się do tych warkoczy własne czerwone kokardy.

Panią Zimę wręczało się najsilniejszemu koledze i triumfalnie rozpoczynało się pochód. Maszerowało się ze śpiewem na ustach nad rzekę, zahaczając o wszystkie okoliczne podwórka. Repertuar miało się nieustalony, po prostu się improwizowało. Raz nawet przemaszerowało się główną ulicą miasta gromko wyśpiewując kompletnie wówczas niezrozumiałe, zasłyszane gdzieś słowa: Równać krok, przyjaciele! Komsomolcy na czele…

Wyprawy nad rzekę były surowo zakazane, więc minąwszy ostatnie uliczki – cichło się. Dochodziło się do mostku i tu następował kulminacyjny moment – podpalało się Marzankę i czym prędzej wrzucało do wody, bo użyte wcześniej materiały bardzo szybko się paliły. Topieniu Pani Zimy towarzyszyły mniej lub bardziej złośliwe okrzyki. Potem stało się przy barierce i patrzyło na odpływającą z nurtem Marzankę. A jeszcze później brało się nogi za pas, żeby nie wpaść w ręce rozjuszonych widowiskiem nadrzecznych mieszkańców, którzy całe przedstawienie mieli możliwość podziwiać z okien, choć może niekoniecznie mieli też na to podziwianie ochotę.
Przeważnie z pożegnania z Panią Zimą wychodziło się bez szwanku…

Kiedy wiosna została oficjalnie zaproszona, całe popołudnia spędzało się w ogródkach. Nie było niczego bardziej fascynującego niż znoszenie zrudziałej trawy i uczestniczenie w jej paleniu. Nie tyle może chodziło o porządkowanie świata, ile o możliwość wrzucania do ogniska różnych przedmiotów i patrzenie na efekty. Po tych eksperymentach na całe życie zapamiętywało się, że torebka po mące pali się błękitnym płomieniem, a ta po cukrze – zielonym; plastykowe butelki skręcają się i topią w mgnieniu oka, a szklane – pękają, rozpryskując się z hukiem. Wiedziało się, że najwięcej dymu daje mokra słoma i kawałki wiórowej płyty, a benzyna bucha małymi płomyczkami i strasznie śmierdzi.
Zazwyczaj na benzynie kończyło się doświadczenia z ogniem – gospodarz ogródka tracił cierpliwość i przeganiał badaczy…

Do ulubionych zabaw należało też łażenie po dachach. Było się wśród wybrańców, którzy nie mieli lęku wysokości i śmigało się między budynkami jak górska kozica. Z niedowierzaniem patrzyło się na delikwentów, którzy nie czerpali z tej zabawy najmniejszej przyjemności. Nie naśmiewało się z nich – po prostu nie dawało się wiary, że takiego skikania można nie lubić. Oczywiście – posiadało się dachowe preferencje i wiele czasu spędzało się na dyskusjach, który dach jest ok, a który do bani i – czemu.

Najbardziej lubiło się wspinać w miejscach, w których budynki nierównej wielkości przylegały do siebie. Szczególnie upodobało się sobie dachy przy Straży. Wędrówkę rozpoczynało się od niewysokiego, płaskiego daszku, z którego podciągało się wyżej i wyżej, aż docierało się do wielkiego komina z metalowymi drążkami. Wspinało się po tych drążkach na komin i nie posiadało się z dumy, bo było się jedyną osobą, która bez oporów właziła na jego szczyt, stawała na wąskiej krawędzi i machała maruderom. Nie rozumiało się, czemu najsilniejsi koledzy nie dawali rady zawisnąć na jednej ręce, podciągnąć się na wierzch komina i – drugą – uchwycić poziomej rurki. Resztę – czyli wpełznięcie, uklęknięcie i stanięcie na rancie – uważało się za łatwiznę. Nie miało się też problemu z pokonaniem drogi powrotnej. Bardzo żałowało się, kiedy za sprawą wrednej sąsiadki dostało się całkowity zakaz włażenia na komin. Długie godziny ziało się do baby wielką niechęcią za zepsucie tak wspaniałej zabawy.

Zaraz jednak pocieszyło się wynalezieniem innego cudownego miejsca – stromego dachu miejscowej świątyni. Wspinało się nań, szukając punktów oparcia dla rąk i nóg, a potem siadało okrakiem na szczycie i wydawało okrzyki radości.
Kiedy i stamtąd dostawało się eksmisję, właziło się na starą nieczynną dzwonnicę i połatane dachy gołębników. Szczególnie te dachy gołębników uważało się za fajne – można było po nich biegać i skakać, a unikanie niezbyt solidnych łat, przez które łatwo było wpaść do środka, tylko dodawało szaleństwu dreszczyku emocji…

Oddzielną i równie pasjonującą zabawą było łażenie po drzewach. Najlepsze drzewa rosy w parku, ulubionym miejscu wszelkiej maści niań i staruszków, więc siłą rzeczy zaglądało się do niego dopiero pod wieczór. Ukochanym zajęciem było strącanie pustych wronich gniazd. Wymagało to silnych nóg i dobrej równowagi. Wdrapywało się najwyżej, jak to było możliwe, co nie należało do rzeczy prostych, ponieważ miało się ze sobą żerdź. Następnie siadało się na gałęzi i mocno obejmowało ją kolanami, wychylało się i – ujmując drąg w obie ręce – dość silnie dźgało gniazdo od spodu. Nigdy nie udawało się zwalić go za pierwszym razem – zabawa wymuszała dużo samozaparcia i determinacji. Za to strącenie gniazda witane było głośnymi wybuchami entuzjazmu, co niezmiennie sprowadzało parkowego stróża. Wielką sztuką było w takiej nerwowej atmosferze nie spaść z drzewa przy schodzeniu i zdążyć uciec. Parkowy stróż nie był tak wyrozumiały jak właściciel stawu i często z ukrycia obserwowało się złapanego nieszczęśliwca prowadzonego za ucho do rodziców…

Trudno ukryć, że bywało się prowodyrem większości akcji i z powodu tego zamiłowania do włażenia, gdzie nie trzeba, miewało się poważne kłopoty zarówno z właścicielami dachów, tępiącymi amatorów miejskiej wspinaczki z zaciekłością godną lepszej sprawy, jak i z parkowym stróżem, który zupełnie nie miał zrozumienia dla tej młodzieńczej miłości do drzew. Na szczęście – nim którykolwiek z nich podejmował jakieś radykalniejsze próby wytępienia intruzów – nadchodził czas przeprowadzki do letniego domu i sprawa umierała śmiercią naturalną do następnej wiosny…

Wspomnień czar. Ostatnia niedziela.

Kiedyś zapusty wyglądały inaczej.

Właściwie wszystko zaczynało się w niedzielne popołudnie. Tego dnia telefon dzwonił jakąś niepoliczalną ilość razy i po tej częstotliwości poznawało się, że przyszedł czas ostatków.
Przez następne dni było się świadkiem wielu rozmów, narad i ustaleń.
A potem nadchodził czwartek…
Tłustego czwartku kompletnie nie kojarzyło się z wielkim postem. Zapusty były słowem niezrozumiałym i niekoniecznie potrzebnym.
Zawsze miało się problem z kalendarzem, więc smażenia pączków i chrustu absolutnie nie identyfikowało się z żadnym dniem tygodnia.
Po prostu pewnego dnia wchodziło się do kuchni i widziało stojące na blacie słoiki z wiśniowymi konfiturami – to był znak, że właśnie dziś będą smażone pączki.

Czekało się na Tatę, ponieważ był to także jeden z nielicznych dni w roku, w którym… paliło się w kaflowym piecu. To stanowiło dodatkową atrakcję, ponieważ zawsze miało się obawy, że z powodu rzadkiego używania coś może się nie udać; obawy płonne i nieuzasadnione, ale zawsze dające jednakowy dreszczyk emocji.

Wiedziało się, że kiedyś piece były rzeczą powszechną i bardzo żałowało się, że przyszło nowe i wygodne w postaci centralnego ogrzewania i kaloryferów. Uwielbiało się przytulać do rozgrzanej kaflowej powierzchni, a najlepszą zabawą było wychwytywanie tego momentu, kiedy opuszkami czuło się milutkie ciepełko i odrywało palce od gorącej powierzchni, zanim ta zacznie parzyć.
Oczywiście nie mogło się oprzeć pokusie, by nie pogrzebać w dziwnym pojemniku na węgiel, co przeważnie kończyło się nieplanowanym szorowaniem. Poddawało się tym zabiegom z rezygnacją – usmarowanych od stóp do głów węglowym miałem obowiązywał bowiem kategoryczny zakaz wchodzenia do kuchni.
Dopiero, gdy pozytywnie przeszło się niełatwy test czystości, mogło się pokazać w przybytku robienia pączków.

Od tego momentu nie opuszczało się kuchni, żeby przypadkiem czegoś nie przegapić.
Na polecenie Mamy biegło się tylko jeszcze sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna są pozamykane, ponieważ wiedziało się, że pączki uwielbiają ciepło, nie znoszą zaś przeciągów i hałasu.

Wracało się do kuchni, zamykało za sobą drzwi i siadało przy stole.
Lubiło się patrzeć na robienie zaczynu. Podpatrywało się, jak Mama rozciera drożdże z cukrem, dodając po parę kropel ciepłego mleka i mąkę. Wsłuchiwało się w trzeszczące na ściankach kamionkowej kokilki kryształki cukru. Wdychało się kwaśny zapach rozczynu i patrzyło, jak cukier powoli rozpuszcza się w beżowej zawiesinie. Towarzyszyło się Tacie do dużego pokoju i asystowało w ustawianiu przykrytej bawełnianą ściereczką miski z zaczynem na piecu.

Po cichutku wracało się do kuchni, bardzo uważając, by nie trzaskać drzwiami i patrzyło się, jak Mama oddziela żółtka od białek, wsypuje cukier i robi ogromną ilość kogla mogla. Dostawało się kubeczek z własnym żółtkiem i ucierało się je mozolnie przez jakieś trzy sekundy, po czym oddawało Tacie i statecznie wychodziło załatwić jakąś strasznie poważną i niecierpiącą zwłoki sprawę. Snuło się po korytarzu i zastanawiało, czy już można bezpiecznie wrócić. Miało się nosa, więc zazwyczaj pojawiało się, gdy kubeczkowy smakołyk był prawie gotowy – jasny, puszysty, szumiący pęcherzykami powietrza. Odbierało się Tacie naczynko, zjadało jedną łyżkę i krzywiło niemiłosiernie, bo nigdy nie przepadało się za słodkim…

Kiedy zaczyn podrósł, przynosiło się go do kuchni i patrzyło, jak Mama dodaje do niego resztę składników – żółtka utarte z jajkiem i cukrem, mąkę i mleko, sok oraz skórkę z cytryny. Przyglądało się, jak Mama wlewa rum, wsypuje startą wanilię i szczyptę soli. Asystowało się przy wyrabianiu ciasta na lśniącą, gładką masę. Wdychało się specyficzny zapach drożdży z cukrem, który wybijał się ponad aromat rumu i cytryny. A kiedy ciasto zaczynało odstawać od misy, patrzyło się na żółte ścieżki masła, żłobiące na powierzchni delikatne kanaliki. Po powtórnym wyrobieniu ciasta szło się z Tatą do pokoju i patrzyło, jak stawia na piecu misę i otula ją szczelnie białą płachtą.

Kiedy ciasto na pączki rosło sobie w ciepełku, pomagało się przy robieniu chrustu.
Znowu przypatrywało się rytuałowi oddzielania żółtek i ucierania ich z cukrem, masłem i spirytusem, łączenia ze śmietaną i mąką. Obserwowało się wybijanie przez Tatę gładkiej masy drewnianym wałkiem, dopóki nie ukazały się w niej pęcherzyki. Po rozdzieleniu jej na kilka części, dostawało się swój kawałek i próbowało jak najcieniej rozwałkować. Następnie nożem ze specjalnymi ząbkami wycinało się dwu-centymetrowej szerokości pasy o ząbkowanych brzegach. Dzieliło się je na trzy krótsze, kilkunasto-centymetrowe kawałki i robiło nacięcie w środku każdego. Następnie przewlekało się jeden koniec przez wycięty otwór i układało na pergaminie. W tym czasie słyszało się, jak tłuszcz w garnku zaczyna strzelać i pierwsze faworki lądują we wrzątku. Wałkowanie i nacinanie nie było zbyt skomplikowanym zajęciem, po skończeniu miało się więc czas na obserwowanie, jak cieniutkie paseczki rumienią się i wypływają na wierzch.

Patrzyło się, jak Mama wyjmuje je z tłuszczu i układa na papierowych płatkach do odsączenia. Dopiero, gdy przestygły, układało się je w misterne konstrukcje na półmiskach i przesypywało cukrem pudrem.
Z reszty rozwałkowanego ciasta wycinało się trzema różnymi szklanicami koła trojakiej wielkości, nacinało je po bokach, smarowało środki białkiem i łączyło, przyciskając mocno palcem.
Po wyjęciu ich z tłuszczu podziwiało się zapustowe róże – złociste, kuszące bąbelkową powierzchnią i koronkowymi brzegami płatków.

W międzyczasie sprawdzało się ciasto na pączki. Kiedy wyrosło należycie, przynosiło się je razem z Tatą do kuchni i zaczynał się rytuał formowania pączków. Patrzyło się, jak Mama dzieli ciasto na części i rozwałkowuje każdą na grubość dwóch centymetrów. Potem dostawało się szklankę i pomagało wykrawać krążki. Na środku każdego krążka umieszczało się łyżeczkę wiśniowych konfitur. Następnie próbowało się zlepić brzegi, patrząc jednocześnie z podziwem na Mamę, której ta sztuka wychodziła zawsze. Nim zlepiło się jednego, dwa pączki, przed Mamą leżała już zazwyczaj cała stolnica idealnie okrągłych cudeniek. Dokładało się swoje dzieło i maszerowało za Tatą, który kładł stolnicę z pierwszą, przesypaną mąką i przykrytą, partią na piecu. Potem razem z Tatą było się strażnikiem surowych pączków – pilnowało się, by nie wyrosły za bardzo, bo to groziło wycieknięciem nadzienia. Ponieważ zajęcie trąciło nudą, szybko wracało się do kuchni, i przyglądało, jak Mama przygotowuje kolejne partie.

Właściwie czekało się na moment, w którym wszystko będzie już gotowe, bo wtedy z reszty ciasta wykrawało się jeszcze kilka pączków z dziurką zrobioną kieliszkiem w szklankowym krążku.
Kiedy pierwsza stolnica wracała do kuchni, tłuszcz był już rozgrzany i patrzyło się, jak Mama wrzuca delikatne, żółte kule do specjalnego garnka. Słyszało się szum i podziwiało, jak Mama przewraca pół-brązowe kule na drugą, bladą stronę. Rozkładało się na blacie papierowe serwetki i wdychało aromat ułożonych na nich pączków. Od razu poznawało się swoje dzieło, ponieważ najczęściej było ono rozklejone i czarne od zapieczonej konfitury.
Gdy pączki ostygły, układało się je na okrągłych półmiskach i przesypywało cukrem pudrem. Nigdy nie robiło się do nich polewy, ponieważ nie było w domu amatorów na lukrowane pączki. Za to do wielkich obwarzanków ubijało się śmietanę.

Potem nakrywało się stół. Kładło się piękny, zupełnie biały obrus bez żadnych zdobień, rozkładało deserowe talerzyki i filiżanki. Na środku stawiało się półmiski z chrustem i pączkami, i czekało na gości.
Kiedy zjawiała się rodzina, biegło się do kuchni i pomagało Mamie ozdobić pączkowe obwarzanki. Kładło się je na oddzielnych talerzykach, na wierzchu umieszczało usmażoną małą kulkę, ozdabiało schłodzoną, bitą śmietaną z rękawa i posypywało startą uprzednio gorzką czekoladą, zmieloną kawą, orzechami i wiórkami kokosowymi. Wnosiło się je wraz ze świeżo naparzoną herbatą w dzbanku i można było wreszcie zasiąść do uczty.
Zazwyczaj ledwo dawało się radę zjeść swojego pączka z dziurką, na resztę smakołyków zaś już tylko smutno się popatrywało. Słuchało się rozbawionych krewnych, patrzyło na topniejące stosiki faworków i pączków i obiecywało sobie, że w przyszłym roku zje się wszystko. Samej…

Oczywiście o groźbach zapominało się natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Zapominało tym chętniej, że parę dni później przychodziła niedziela, którą uważało się za ważniejszą może nawet od czwartku.
Już od samego rana czuło się w domu atmosferę niepokoju i lekkiego pośpiechu. Po wstaniu dostawało się szybkie śniadanko i starało się nie przeszkadzać. Szło się do siebie i wytrzymywało jakieś koszmarnie długie dwadzieścia minut, a potem przemykało do kuchni.
Siadało się cichutko i przyglądało krzątaninie rodziców.

Patrzyło się na Tatę, który w głębi kuchni skrobał ryby. Obchodziło się go z daleka nie tyle ze względu na niezbyt miły zapach, ile z powodu współczucia biednym, małym rybkom, współczucia, które jakimś tajemnym sposobem znikało wraz z pojawieniem się złocistych dzwonków na półmisku.

Odwracało się wzrok i natykało na Mamę.
Wyrażało się chęć pomocy, więc dostawało się kokilkę, w której rozcierało się drożdże z cukrem, dodawało dwie łyżki ciepłej wody i trzy łyżki pszennej mąki, mieszało, a potem czekało się, aż roztwór podwoi swoją objętość i zaczną z niego iść bąbelki. Wtedy patrzyło się, jak Mama łączy białą pszenną mąkę z nieco ciemniejszą gryczaną, wlewa szklankę mleka i rozczyn i zagniata ciasto, które po przykryciu zanosi na ciepły piec.
Wracało się do kuchni i zostawiało się Mamę obierającą warzywa do wywaru, by towarzyszyć Tacie w ucieraniu twarogu.
W momencie, gdy wywar stał na ogniu, a twaróg był gładki, zaczynało się dostawać oczopląsu, nie bardzo wiedząc, czy towarzyszyć Tacie w czarach nad bulionem, czy Mamie w przygotowywaniu syrniczków.

Po głębszym namyśle odpuszczało się sobie wrzucanie do bulionu ryb i pozostawało przy stole. Lubiło się wsypywać do białej masy cukier i cynamon, wbijać jajka i patrzeć, jak składniki łączą się z serem. Potem dodawało się odrobinę mąki i namoczone w rumie rodzynki. Patrzyło się, jak Mama wykłada łyżką na wysypaną mąkę porcje luźnego twarogowego ciasta i delikatnie je przewraca. Nie mogło się wyjść z podziwu, kiedy z wielką wprawą wrzucała je na rozgrzany tłuszcz, a one wciąż były w jednym kawałku.
Rozkładało się papierowe serwetki i czekało, aż wsiąknie w nie nadmiar tłuszczu z rozłożonych rumianych krążków. Wtedy przekładało się je do żaroodpornego naczynia i wstawiało do ciepłego piekarnika, by nie ostygły.

Po około trzech godzinach przynosiło się ciasto na bliny. Patrzyło się, jak Mama dodaje pozostałą mąkę i ponownie je zagniata, a następnie odnosi na piec na kolejne dwie godziny.
W czasie, kiedy ciasto na bliny rosło, pomagało się w robieniu innych jeszcze placków, nazywanych dla odróżnienia blinkami. Musiało ono mieć konsystencję gęstej śmietany, więc suszone drożdże rozpuszczało się w dużej ilości ciepłego mleka i łączyło je z gryczaną mąką, jajkami i cukrem, a po dokładnym rozmieszaniu ustawiało na piecu, by placuszki po usmażeniu były puszyste.

Kiedy przychodził czas na sałatkę rybną, przynosiło się wyjęte z wywaru, ostudzone warzywa i patrzyło, jak rodzice sprawnie filetują ryby i kroją wszystkie składniki w drobną kostkę. Było się głównym mieszającym i bardzo się lubiło to odpowiedzialne zajęcie – mieszało się delikatnie marchewkowe sześcianiki z białymi kostkami selera i pietruszki, żółtawymi ziemniakami i kawałkami gotowanej ryby. Potem wszystko posypywało się zieloną, posiekaną pietruszką i doprawiało do smaku białym pieprzem i solą. Patrzyło się, jak Mama uciera specjalny sos z gotowanych ziemniaków i cebuli, doprawia go do smaku odrobiną czarnego pieprzu i soli i rozrzedza warzywno-rybnym wywarem. Wszystko pomagało się wynosić w zimne miejsce i niecierpliwie czekało na smażenie blinów.

Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było dodać jeszcze do ciasta mleko, roztopione masło, żółtka i gęstą śmietanę, przyprawić do smaku solą i cukrem. Patrzyło się, jak Mama wlewa doń jeszcze pianę z białek i miesza wszystko, a następnie pozostawia w cieple na jakieś pół godziny.
Smażenie blinów i blinków odbywało się na dwie patelnie i nie miało się pojęcia, jak udaje się Mamie nie pomylić ciast. Uwielbiało się patrzeć, jak rzadkie ciasto zmienia się w cieniutkie okrągłe placki, które lądują w specjalnych salaterkach, tworząc pokaźną stertę.
Gdy wszystko było prawie gotowe, biegło się do pokoju i pomagało nakryć do stołu. Używało się tej samej porcelany i sztućców, co podczas Bożego Narodzenia i dzięki temu czuło się, że ten dzień jest naprawdę wyjątkowy.

Potem stało się w korytarzu i wpuszczało rodzinę, która ten jeden jedyny raz zjawiała się punktualnie. Odbierało się przygotowane przez innych placki i sałatki i zanosiło do kuchni.
Gdy już wszystkie miejsca były zajęte, wnosiło się ciepłe potrawy.
Z upodobaniem patrzyło się na placki, które musiały być okrągłe i złociste, bo miały symbolizować słońce, a jednocześnie – koniec zimy i początek wiosny.
Z ogromnym apetytem pochłaniało się wielkie krążki, które smarowało się cebulowym sosem, nakładało rybną sałatkę i zawijało jak naleśnik albo składało na cztery.

Uwielbiało się też słodkie syrniczki, suto polane kwaśną śmietaną i malinowymi konfiturami. Potem jadło się jeszcze cieniutkie blinki posypane cukrem pudrem albo posmarowane śmietaną.
Czuło się, że atmosfera pośpiechu całkowicie się ulotniła i z przyjemnością patrzyło się na uśmiechnięte twarze krewnych.
Słuchało się żartów i przekomarzań, wesołych wspomnień i opowieści o tych, którzy już w tym poczęstunku uczestniczyć nie mogli.

A potem następował najprzyjemniejszy chyba moment – wszyscy wstawali, podchodzili do siebie, szeptali coś, dotykali swoich rąk i ramion, czasami obejmowali się i przytulali. Patrzyło się na wzruszone twarze, na kręcącą się czasem łezkę i czuło się, że ta ostatnia zapustowa niedziela jest naprawdę niedzielą wybaczania i pojednania…