ażurowe drugie

woda w strumieniu
opowiada dzbanowi
baśń o echu

WP_20180219_295.jpg

Reklamy

Wspomnień czar. Sierpniowy dzień.

Kiedyś szczęście pachniało inaczej.

Przeważnie nie liczyło się czasu. Trwoniło się go z niefrasobliwością godną tych kilku lat, które się już przeżyło.
Każdego ranka patrzyło się na świat z niezachwianą pewnością, że dzień przyniesie coś miłego i rwało się do tych niezwykłych codzienności z niesłabnącym entuzjazmem.
Każdą porę roku, dnia, ba! każdą pogodę – przyjmowało się jak najpiękniejszy dar losu.
Nie kaprysiło się. Nie wybrzydzało. Nie kręciło nosem.
Żyło się według tego specyficznego kalendarza, w którym dni ważne przeplatały się z najważniejszymi…

Do takich niewątpliwie zaliczało się pewien późno-letni czy też może wczesnojesienny dzień, poprzedzony wzmożoną krzątaniną w kuchni i niepowszednią ruchliwością dorosłych.
Już od rana, z pośpiechem, jakby mimochodem, poddawało się rytuałom czystości, zjadało śniadanie i niecierpliwie zerkało w okno, jakby stamtąd właśnie miały te niezwykłości nadpłynąć.
Kipiało się nieziemską jakąś energią i czuło, że jeśli zaraz, natychmiast, nie wybiegnie się na dwór, to po prostu się eksploduje…

Wybiegało się więc i gnało pod górę, by jak najprędzej znaleźć się na Naszej Drodze.
Wychynało się z chłodnego gąszczu i niemal traciło oddech od diamentowego gorąca żwirowo-żytniego pyłu unoszącego się wokół.
Łowiło się aromat wypłowiałych chabrowych pióropuszy i odmrugiwało filuternym rumianom.
Puszczało się oczka do kąkolowych plączy i odsyłało pocałunki karminowym makom.
Potem łapało się oddech, poważniało i statecznie podążało zbielałym traktem do miejsca przeznaczenia…

Tego dnia nie było się tak całkiem oderwaną od rzeczywistości. Tego dnia wykonywało się – zaplanowaną podczas bezsennych nocnych godzin – misję.
Wędrowało się zatem do Świerkowego Zagajnika i z żalem pozostawiało kuszące złocistościami koronkowe szyszki.
Brodziło się wśród kocanek, arcydzięgli i jastrunów i dzielnie ignorowało zaproszenia wytwornych niestrzępków i wielobarwnych dostojek do wspólnego pohasania.
Przemykało się między pniami sosen i z bólem serca odkładało zbiór żywicznych korali na jakieś niewiarygodnie odległe później.
Ze skruchą tłumaczyło się brzozom brakiem czasu i przepraszało, że tym razem nie skorzysta się z ich pochyłości, by przejść na drugą stronę Leśnego Oczka…

Bo musiało się zdążyć. Nie tylko dotrzeć, ale także – wrócić. A wędrowało się na Macierzankową Polankę.
Odkryło się ją kiedyś, przypadkiem, gdy próbowało się dogonić wciąż umykającego, żółto-brzuchatego dzięcioła. Odkryło się i od razu schowało w Skarbcu Miejsc Najbardziej Ukochanych.
Nie tylko dlatego, że nie mogło się nadziwić bujności cyklamenowych koszyczków i ich upajającej woni.
Nie tylko dlatego, że pośród płożących się bliźniczek odkryło się gniazdko z dwoma ślepymi pisklakami, o potężnych, wiecznie rozwartych dziobach i ścięgniastych, niemal łysych ciałkach.
Ani nawet nie dlatego, że między plątaniną korzeni wypatrzyło się misterne żeremiowe konstrukcje…

Poziomki. To one sprawiły, że Macierzankowej Polance oddało się swoje serce. Ostatnie, sierpniowe poziomki – ogromne, pękate, niemal czarne od soku i przesycone zapachem dojrzewającego lata – których smaku nie umiało się przyrównać do niczego znanego.
Klękało się i delikatnie rozgarniało kępki palczatek i boimek. Lawirowało się między nimi ostrożnie, uparcie sięgając w głąb, aż poczuło się ciepło ziemi. Wtedy zaciskało się palce na łodyżce i zrywało ciężką od owoców bylinkę.
Musiało się być nad wyraz skupioną, by przejrzałe owoce nie spadły z szypułek.
Posuwało się na czworaka między skupiskami ostnic i perłówek, dopóki nie uzbierało się naręcza ledwo mieszczącego się w dłoniach. Dopiero wtedy pomalutku wstawało się z kolan i ruszało do letniego domu…

W drodze powrotnej nie widziało się niczego.
Nie czuło się potu roszącego czoło. Nie słyszało się szelestu listków wplątanych we włosy. Nie reagowało się na przyjazne pobrzękiwania dzikich pszczół i wojsiłek. Koncentrowało się na doniesieniu znaleziska w całości. Sunęło się, prawie nie odrywając stóp od podłoża, bo wiedziało się, że gwałtowniejszy ruch może nieoczekiwanie zakończyć żywot aromatycznej kompozycji.
Liczyło się kroki i miało się wrażenie, że droga nigdy się nie skończy.
Wreszcie kończyła się jeddnak i stawało się przed gankiem.
Tu traciło się cierpliwość i, nie wkraczając na stopnie, wołało się Mamę, która pojawiała się niemal natychmiast, jakby czekała tuż za drzwiami.
Powoli wyciągało się rękę w jej kierunku, a kiedy poziomkowy bukiet bezpiecznie spoczął w jej dłoniach, nie mogło się dłużej wytrzymać. Rozwierało się ramiona, łapało za szyję pochylającą się Mamę i wykrzykiwało najpiękniejsze urodzinowe życzenia, jakie tylko potrafiło się wymyślić…

Z piątku na niedzielę. Wróbelek.

Za oknem upały, więc aż prosi się o zagajenie łatwe, lekkie i przyjemne.
Nie mam pojęcia, czy wróbelki to stworzenia łatwe i przyjemne, ale na pewno są lekkie:

Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istota niewielka(…).
Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbel druh nasz jest szczery?!
………………………………………………..
kochajcie wróbelka, dziewczęta,
kochajcie do jasnej cholery!

Nim przejdę dalej, jeszcze kilka dźwięków. Może nie tyle dla urody, co – ochłody:

Nie słyszałam chyba niczego mniej udanego niż próba zaśpiewania tekstów Staszka Staszewskiego przez Jacka Kaczmarskiego. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nawet najlepsi mogą czasem chybić…
Miałam wrażenie, że to po prostu nie jest poetyka, w której pan Kaczmarski dobrze się czuje, a ponieważ bardzo cenię jego twórczość [ i nie – nie myślę tu o Naszej klasie, albo – może nie tę piosenkę uważam za sztandarową…] – nigdy już do tego wykonania nie wróciłam.
Za to z niekłamaną przyjemnością wracam do płyty Tata Kazika, a szczególnie do utworu Wróci wiosna, baronowo! z tekstem K.I. Gałczyńskiego…

Mówisz, że cię miłość mierzi,
zmierź mnie sobie, wołam, zmierź…

Czy tylko ja mam wrażenie, że niektóre słowa aż iskrzą od perwersji…

Pozwolę sobie pozostawić tę kwestię otwartą i wrócić do sprawy wróbelka.
Otóż…

Wróbelek… wciąż brzydką stonogę pochłania…

Dziwny typ (2)

Po jakimś czasie na marmurowej fryzurze Suwińskiego pojawiła się niewielka rysa, która rozgałęziała się na dziesiątki podobnych jej pęknięć. Szczeliny wolno wędrowały ku czołu i nosowi, zahaczając o usta i podbródek. Wreszcie rozpełzły się po szyi i ramionach, nie omijając wyciągniętej ręki.
Dziwny typ beznamiętnie wsłuchiwał się w towarzyszące pękaniu trzaski i przekładał z ręki do ręki drewniany kostur.
Tymczasem kamienne odłamki zaczęły odpadać od spągu. Uderzały o podłoże i rozpadały się na drobinki, mieszając z popielnym pyłem.
Nagle masywne ramię Suwińskiego drgnęło, a palce poruszyły się nieznacznie. Spomiędzy nich wypadło kilka odłupków. Po kolejnych paru minutach figura na pomniku zaczęła się prostować. Niepewnie poruszyła głową i rozejrzała się wokół. Uniosła ku górze zdrętwiałe ramiona, przeciągnęła się i westchnęła ciężko. Spojrzała w dół i wyciągnęła lewą nogę. Chwilę balansowała na cokole, po czym zdecydowała się zeskoczyć.
Płyty rozpękły się pod jej ciężarem.
Wzbijając tumany pyłu i powodując koszmarny zgrzyt miażdżonego gruzu,
odkamieniały Suwiński uczynił krok. Zachwiał się. Przystanął. Rozejrzał się uważnie. Jego wzrok padł na oddalony nieco pomnik Patronki Miasta.
Zawahał się. Patronka nie należała do najpiękniejszych. Uznał jednak, że lepsze takie towarzystwo niż żadne i podjął wędrówkę.
Nim dobrnął do pomnika, Patronka zdążyła zgramolić się z postumentu i wygładzić staromodną suknię. Gdy podszedł, spojrzała na niego wymownie. Ponieważ była wyższa o dwie głowy i dużo szersza w barach – podał jej ramię i potulnie ruszył obraną przez nią drogą.
Maszerowali pomnikową aleją. Większość cokołów była już pusta.
Nad nimi krążył ożywiony brodaty Gryf, wydając z siebie odgłosy podobne nieco do chichotu puszczyka.
Pod nogami plątały się hordy swarliwych Krasnoludków.
Nieopodal Sierotka Marysia próbowała uformować stadko ze swoich Gąsek.
Do uszu niedobranej pary dobiegł skrzyp nienaoliwionych, żelaznych obręczy, a po chwili zza zakrętu wyłonił się człekokształtny osiłek zaprzęgnięty do potężnego głazu z kołami. Suwiński rozpoznał w nim Kresowego Madźwedzia uginającego się pod Brzemieniem Sztuki.
W mijanej fontannie pluskała się rozkoszna Syrenida i Suwiński, patrząc na jej lśniące, nagie ciało, poczuł pragnienie, by do niej dołączyć. Niestety, Patronka wzmogła uścisk. Zrezygnowany, zdusił w sobie żądzę pobaraszkowania z ogoniastą pięknością i pomaszerował dalej.
Z naprzeciwka wyszedł im na spotkanie Zasłużony Weterynarz. Dookoła niego hasał młody Dog Komendanta Straży. Zza pazuchy lękliwie wyglądał Kiciuś Wojewodziny, a na ramieniu śmiesznie podskakiwała Kakadu Prezesa.
Zasłużony Weterynarz dołączył do napotkanej dwójki i wszyscy troje, ramię w ramię, ruszyli na pobliski cmentarz. Już z daleka usłyszeli potworny ryk. Nad ich głowami zawirowały dwa Serafiny. Ruch ich potężnych, podwójnych skrzydeł wzbijał tumany spopielonego kurzu. Z pylistych chmur wylatywały stadka płochliwych Amorków. Bestyjki podlatywały bardzo blisko, napinały łuki i – zaśmiewając się radośnie – wypuszczały maleńkie strzały, po czym rozpierzchały się błyskawicznie.
Pochód dotarł wreszcie do cmentarnej bramy. Na niej trzy ogromne Cherubiny dęły w szofary. Głos instrumentów był tak donośny, że nawet ziemia drżała zlękniona.
Dziwny typ nasłuchiwał jakiś czas. W końcu leniwie uniósł się z ławeczki. Chwilę niewzruszenie obserwował wypłukaną z kolorów, szaro-czarną rzeczywistość.
Bez zainteresowania popatrzył na wijące się w miłosnym uścisku węże. Pstryknął i węże posłusznie wpełzły na kostur, oplotły go i znieruchomiały.
Typ ziewnął. Mocniej chwycił kij i dostojnie zasiadł na – przybyłym nie wiadomo skąd – diamentowym obłoku. Pogładził pieszczotliwie jednego z węży, przymknął oczy i majestatycznie odpłynął w dal.