o trzeciej

umyka czerń z zakamarków
wypełza wczorajsza pustka
rozsiewa się blask ogarków
rudawym płomykiem muska
domy śnią dzień zapomniany
granatem mieni się w bramie
żarówki śpiew rozełkany
spóźnionych przechodniów mami
latarnia dreszczem wzruszona
rzeka się światłem zalewa
miękko w niebieskich ramionach
księżyc srebrnieje i ziewa

Reklamy

Z piątku na niedzielę. Miotła.

La befana

Skoczył stołek do wiaderka,
zaprosił je do oberka.

Biedna miotła w kącie stoi,
Też by chciała, lecz się boi,
Bo jak w tańcu się rozluźni,
To ją będą zbierać później.

Abstrahując od, sympatycznego skądinąd, Tańca Juliana Tuwima, poszukiwanie etymologii słów bywa fascynujące. Dzięki niemu można czasami przeżyć ekstremum szokowe, dowiadując się, że nie tylko stara, poczciwa miotła, ale także niezbyt sympatycznie kojarzące się wymiociny, czy powracająca znowu do łask śmietana [że o takim motłochu już nie wspomnę] pochodzą od zapomnianego niemal czasownika mieść.

Zamiast rozwodzić się nad przegłosem polskim i wyrównaniami analogicznymi tylko po to, by z miecenia uczynić miotłę, zajmę się sprawami naprawdę istotnymi.

Trudno dziś orzec, jak starym sprzętem jest tytułowa miotła. Osobiście – nie mam najmniejszych wątpliwości, że skoro gatunek ludzki nie sczeznął w kipieli brudu, musiała towarzyszyć temuż gatunkowi od początku jego istnienia.

Nie wiem, czy kolejna dygresja nie okaże się zbyt śmiałą, ale [jak to mawiają w kręgach – kto bogatemu zabroni biednie żyć] nie da się wykluczyć, że powodem wyginięcia takich choćby dinozaurów mógł być właśnie owej miotły brak.

Nim przejdę do atutów nietuzinkowego sprzętu, pragnę nieśmiało pochwalić się moją osobistą miotlaną teorią. Mianowicie – jestem w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przekonana, że wynalazcą miotły jest osobnik płci żeńskiej.
Przemawia za tym wiele. Bardzo wiele.

Przede wszystkim fakt, że stała się atrybutem istot niezwykłych.
Tak. Mam na myśli istoty wieszczące, wiedzące więcej, więcej widzące – słowem – wiedźmy.
To one, piękne, eleganckie i kuszące:

były gotowe stanąć do nierównej walki z przeciwnościami losu.

Albo zaniedbane i umęczone:

Befana-02

przeciskały się przez komin za lampkę młodego wina, by każda skarpetka została w stosownym czasie napełniona

A jednocześnie życzliwe, dzielące się swoją wiedzą, służące pomocą każdemu i zawsze; niezazdrosne:

kajko miotła

z empatią podchodziły do najbardziej ekstremalnych pomysłów.

Radujące się sukcesami innych:

nie mąciły tej radości eksponowaniem własnego profesjonalizmu.

By nie popaść w nadmierną, choć w pełni uzasadnioną, euforię nad dokonaniami wiedźm, skupię się teraz na kolejnym dowodzie uzasadniającym postawioną tezę.

Miotła jest jedną z nielicznych [a bodaj czy – nie jedyną…] reprezentantek tak zwanego spektakularnego pragmatyzmu.

Świadczy o tym choćby ogólna dostępność materiałów, z których ją wykonywano – kijów i witek. Wystarczyło kilka kroków w tę lub we w tę, by się w owym budulcu niemal pławić.

Żeńskości genialnego umysłu dowodzi również niepozorność tego sprzętu. Rzec by można – prostota doskonała. Bez upiększeń, bajerów i gadżetów, służących wyłącznie do podbudowania ego [żeńskie ego nie potrzebowało setek guziczków, tysięcy światełek, milionów uchwytów… i bez nich było i pozostało bujne i dorodne…].

Postawioną tezę potwierdza także łatwość obsługi, a co za tym idzie – naprawy.

Wziąwszy pod uwagę zaprezentowane wyżej cechy, dochodzi się do jedynego możliwego wniosku: miotła jest formą skończoną, trącającą swą nieskomplikowanością o geniusz.

A, by dobić wieko metaforycznej trumny, ostatnim gwoździem jest jej ekonomiczność – by zaczęła działać potrzeba naprawdę niewielkiej siły fizycznej [przy mniej skomplikowanych czynnościach] bądź – zaklęcia [przy bardziej]. Zauważyć przy tym należy, że oba czynniki napędzające są w swej nowatorskości nie tylko ekologiczne, ale także – bioodnawialne.

Po uporaniu się z technicznymi walorami miotły pora przejść do jej, tyle fenomenalnych, co niezliczonych zastosowań.
Prócz aspektu higienicznego, warto napomknąć o mobilności. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia czczono tę niezwykłą właściwość, tworząc pieśni i wykonując rytualne tańce:

[hej, chodź tu, kochanie, przeskoczymy miotłę,
chodź, chodź, weź mnie za rękę!
hej, chodź tu kochanie, wsiądźmy na miotłę!
No chodź, zrobimy węża!
Pędź do Alabamy z Texarkana.
Przeleć cały świat.
Wracaj do Alabamy z Texarkana.
Pędź przez cały świat!
]

Była nieodzownym elementem najpoważniejszych terapii. Wystarczyło użyć jej do wymiecenia piasku z grobu i podać ów choremu, by odbiegły go wszelkie dolegliwości [nieodwracalnie i ostatecznie…].

Położona w progu odstraszała każdą poczwarę i odsyłała ją w piekielne czeluści.

Obmiatanie nią własnych stóp skutkowało niewyobrażalnym bogactwem, a taniec – rychłym znalezieniem miłości.

Mogła wreszcie, w zależności od potrzeb, być łagodnym środkiem perswazji lub niezwykle groźnym orężem.

Nie było i nigdy już nie będzie równie genialnego wynalazku.

Ostatecznie za żeńskością demiurga niech przemówi poniższy przykład.
Oto, do czego został zdegradowany ten, na mgnienie oka pozostawiony bez nadzoru, wszechstronny przedmiot, dostawszy się w niepowołane ręce:

Do szurania po garach.

Obrazki. Babstwo.

Śmierdzi – myśli i w tym samym momencie z boku dobiegają ją słowa:
– Coś huknęło!
Podrywa się z fotela i nim udaje jej się wydobyć jakikolwiek dźwięk, obraz wykwita w mózgu wnioskiem:
– Pali się!
Nie wie – krzyczy, czy może szepce, ale już jest w połowie schodów i przedziera się przez zsiniały smród spalenizny.
Im niżej – tym ciemniej, łapie więc poręcz i prawie po omacku dociera do kuchni…

Refleksja przyszła później. Dużo później. Wraz ze strachem. Ale wcześniej, nim naprawdę poczuła ból.
Siedziała na kanapie i liczyła uderzenia zegara.
Rozglądała się wokoło, z trudem przełykając ślinę.
I wtedy… Dopiero wtedy uzmysłowiła sobie, co się stało.
Łomot przerażonego nagle wspomnieniem serca był stokroć głośniejszy od zgrzytu sczezłych w płonieniach, odrywających się drzwiczek…

Dym jest tak gęsty, że maże się po skórze kleistą pulpą.
Przyklęka. Chce przedrzeć się do zarzewia ognia. Za plecami słyszy kroki.
– Pali się! Otwórz okna! Wszędzie! – wydaje polecenie i mimochodem rejestruje oddalający się tupot.
Wyciąga ręce. Pełznie po omacku. Próbuje wstrzymać oddech. Twarz oblepia wrząca siność. Płuca gotują się od gorąca.
Wszystko cuchnie wędzoniną.

Kilka dni wcześniej zastanawiała się nad ponownym wstawieniem drzwi do kuchni. Nie miała pojęcia, co ją wtedy powstrzymało. Jakoś tak, z niechęcią odniosła się do własnego pomysłu. Wzruszyła ramionami i dała sobie spokój.
Nawet nie chciała sobie wyobrażać, co mogłoby się stać, gdyby te szczelne drzwi zostały przypadkiem otwarte. Bo przecież żadne z nich nie poczułoby dymu. Ogniowy tajfun zmiótłby ich jak ździebełka słomy…

Prze naprzód. Próbuje wyłączyć myślenie. Wyje w niej jedno słowo:
Gasić!
Wreszcie wyciągnięte ręce zderzają się z gładką powierzchnią.
Palce wymacują kurek kuchenki.
Przez dym przesącza się czerwona smuga diody. Dwie czerwone kropki. Zeruje gałki z pamięci.
Dostrzega płomienie.
Ciało kurczy się do odskoku. Lewa ręka sięga po płonący garnek.
Wrzuca go do zlewu.
Odskakuje.

Przejechała bosą stopą po umazanej mieszanką sadzy i wody podłodze. Spojrzała na swoje ręce. I nagle przyszło jej do głowy, że chyba jednak jest mańkutem, skoro w chwili zagrożenia chwyciła ten garnek lewą ręką, choć zlew był z prawej strony. Ta myśl wydała się jej tak bezsensowna, że – roześmiała się głośno.
I od razu ucieszyła się, że nie miała żadnego świadka – nikt normalny nie śmieje się, siedząc na zgliszczach.
I co z tego, że była to, histeryczna, zresztą, reakcja na to, co jeszcze stać się mogło, ale – nie stało…

Ramiona rejestrują kanciastość framug, kark – chłodniejszy powiew. Twarz topi się od waru.
Unosi głowę. Zerka na górę. Szafki płoną.
Gasić! – powtarza.
Ogląda się za siebie.
Nie!
To nie! Sztuczne! Stopi się…
Pokrywki! Płoną! Nie dojdę!
Stolnica!

Patrzyła na nadpalony krąg.
Dostała tę stolnicę od taty. Sam ją zrobił. Z dębiny, więc była bardzo ciężka. Ale o taką właśnie go poprosiła – solidną stolnicę do szatkowania kapusty. Kładła ją na stole i cieszyła się, że nie przesuwa się z miejsca na miejsce. Nie mieściła się w zlewie, więc myła ją w wannie.
Przez lata używania pociemniała trochę, ale nawet ogień nie zdołał jej wypaczyć.
Ta decha jest taka jak on. Mój tata… Byle co jej nie zmoże…
Przejechała palcami po osmolonym wrębie. Pochyliła się i westchnęła. Przez odór spalonego drewna przebijała delikatna woń dębiny.
A może tylko się jej zdawało…

Robi krok w tuman. Charczy. Ręka mechanicznie sięga między lodówkę a szafkę.
Jest!
Zaciska palce. Drewno jest ciepłe. I ciężkie. Przesuwa deskę po podłodze. Chwyta drugą ręką. Przygarbia się. Nurkuje w tłusty swąd. Nakrywa garnek.
Bulgot.
Słyszy skwierk płonącego tłuszczu. Ucieka. Źle wymierza. Lewym ramieniem uderza o framugę. Klnie.

Pogłaskała okaleczony sprzęt. Opuszki zahaczały o drobne nierówności.
Była zdziwiona, gdy pierwszy raz zobaczyła wygładzone sześcianiki.
Brała je w palce i śmiała się, gdy tata ostrzegał, że nie będzie mogła domyć rąk. A przecież nie umiała odmówić sobie przyjemności pogłaskania tych kostek.
Potem wielokrotnie miewała ubrązowione lekko palce, gdy przecierała paski kapusty solą.
Lubiła zapach soku, zintensyfikowany dębowymi garbnikami. Przypominał dzieciństwo. Czas, gdy mama wysyłała ją po dębowe liście, które dodawały kapuście nie tylko koloru, ale także jędrności i swoistej cierpkości…

Zlew odkształca się z hukiem. Dębowa stolnica śpiewa.
Szafki wciąż płoną.
Wie, że musi tam wrócić. Pod zlew.
Odwraca głowę. Łapie haust jaśniejszego powietrza.
Zaciska zęby.
Podpełza do szafki. Wyciąga wiadro. Słyszy brzęk pękającego szkła.
Szyba. Z górnych drzwiczek – rejestruje.
Gna do łazienki.

Nozdrza podrażnił swąd spalenizny. Z lękiem przepatrywała przestrzeń, niepewna, czy koszmar nie powraca.
W grząskiej mazi pobłyskiwały szklane odłamki.
Rozpoznawała w tych szczątkach roślinny motyw rżniętej szyby, kolorowy szlaczek kubka, nieregularny deseń patery.
Rozglądała się wokół i doznawała osobliwego wrażenia nierealności. Jakby wszystko działo się w kilku wymiarach.
Przede wszystkim – nie dotyczyło jej, ale kogoś znanego może nawet, lecz – niespecjalnie bliskiego. Czuła tę obcość. Siebie i nie siebie. Nie sobowtóra nawet, bo ta figurka skurczona i przerażona, z bosymi stopami, w które wżynała się poprzeczna podpórka krzesła, to na pewno nie była ona…

Napełnia wiadro wodą. Wraca.
Kątem oka dostrzega pod schodami zjeżony, warczący kłębek.
– Weź ją! Idźcie na dół! Na dwór! – skanduje w biegu.
Wpada w sczerniały odór. Hamuje w połowie kuchni. Napina ramiona.
Unosi wiadro. Chlusta na płonące szafki.
Ogień bucha.
Parny wyziew przepłasza ją. Cofa się – zlękniona. Stopy ślizgają się po tłustej posadzce.
W ostatnim momencie łapie równowagę. Chwyta się ościeży.
Ściga ją kłąb mgławego ukropu.

Niesforne myśli rozpierzchły się nagle.
Wzdrygnęła się.
Na wspomnienie mrozu we własnym głosie. Tonu – chłodnego, wyważonego. Wyrazów, rozdzielanych, cedzonych prawie, którym towarzyszył rzęchot zdradzający zwierzęcą trwogę. Nie o siebie. Nie o siebie przecież.
Siedziała, wciąż wpatrując się w szarawą paćkę rozsmarowaną na kafelkach i próbowała jakoś scalić tę wielowymiarowość.
Bo przecież była także trzeźwą matką, robiącą dobrą minę do złej gry. Tą, która musiała być silna za siebie i nie za siebie. Każdym dendrytem odbierała przelęknione spojrzenia dwóch powierzonych jej pieczy istot, słyszała lęk w ich urywanych oddechach, czuła chropawy zapach ich potu…

Brzęk. Słyszy brzęk szkła.
Na górze!
– Na dół. Mieliście iść na dwór! – krzyczy.
Droga do łazienki skraca się wraz z zanikiem płomieni.
Wreszcie ogień zamiera, sycząc i pryskając odorem stopionego forniru.
Zbiega po schodach.
Wilgoć wrześniowej nocy przygarnia świeżością.

Palce ślizgały się po ziarnistej powierzchni, mimowolnie przywołując niechciane analogie.
Ostatni raz siedziała na żelbetonowych schodach w czasach licealnych.
Był nieśmiertelny żółty październik i liście kasztanowców całkiem już zrudziały…
Dziwaczne było to doznanie.
Jakby jednocześnie istniała w kilku przestrzeniach.
Nie umiała powiedzieć, czemu niespodzianie jej postrzeganie przybrało rozmiary nadnaturalnych jakichś rojeń.
Dostrzegała rysunek mikroskopijnych plamek na tamtych liściach, tożsamy nagle z błotnym rozbryzgiem nad futryną. Jednocześnie rozróżniała każdą głoskę w wypowiadanych przez kogoś na ulicy słowach.
Pamiętała zapach tamtego wiatru, identycznego z wonią wydobywającą się z pękniętej flaszeczki z goździkowym olejkiem.
Czuła lekko balsamiczny smak kołyszącego się za oknem świerku, gdy jej oparte łokcie wgniatały pofałdowane ciepło odkształconego zlewu…

Zwaliste ramiona tulące maleńkie drżące ciałko wzbudzają w niej uczucia, których nie potrafi i nie chce nazwać.
Podchodzi i przysiada obok na zimnych schodach.
Opiera czoło o to umięśnione ramię i przez chwilę nie ma siły zareagować na niezdarną próbę czułości.
W końcu pokonuje niemoc, unosi głowę i krzepiąco poklepuje zaciśniętą na jej przegubie rękę.
– Dzwoń po straż – mówi cicho.

Postanowiła wziąć się w garść. Zamknąć się na doznania. Utonęła w kojącym braku bodźców.
Wszystko zasnuł nieprzeźroczysty całun. Odpłynęła w świat iluzorycznych spirali. Sama stała się jedną z nich, wirującą poza rytmem. Przekonana, że nie istniało od tego wiru nic ważniejszego.
Podobnego zawieszenia doświadczyła dawno temu, gdy podmuch rozrywanego śmietnika rzucił nią jak gałganianą lalką. Wciąż pamiętała ciepło własnej, sączącej się z uszu krwi i dramatyczną pantomimę ogłupionych eksplozją ludzi…

Powietrze jest kobaltowe.
Wygląda przez barierkę. Niebo sprawia wrażenie przyprószonego ftalowym pyłem.
Cisza wokół jest aż niewiarygodna.
Próbuje odetchnąć głębiej, ale podrażnione gardło odpowiada rzężeniem. Jakby w ciągu ostatnich minut odwykło od tlenu.
Zanosi się suchym kaszlem.
Ból w skroniach jest nie do zniesienia…

Nie umiała nazwać widm anektujących zmysły.
Cienie.
Echa.
Smugi.
Sensualne slow emotion.
Przegoniła absurdalną myśl o zapisaniu nieba systemem binarnym.
Dobrze. Jak to dobrze, że bezkarne zaglądanie do cudzych głów wciąż było niemożliwe…

Podjeżdżają od złej strony. Szczęście, że stoi na balkonie i może ich pokierować.
Wchodzą i rozglądają się po kuchni.
– Proszę sprawdzić, czy gdzieś się nie tli – mówi rzeczowo.
Wędrują po domu z termo-kamerą.
Wyrywają poczerniałe lica szafek, porcelanowe płytki.
Sprawdzają, czy nie ma spięcia w kablach opalonych halogenów.

Nachyliła się nad stołem. Podłożyła ręce pod brodę. Z tej perspektywy wszystko wydawało się płaskie. Próbowała skupić się na jakimkolwiek punkcie, który był w zasięgu wzroku. Wodziła spojrzeniem od przedmiotu do przedmiotu.
Czuła falę nadchodzącego zdenerwowania, które objawiało się skrajną lakonicznością. Bez jednego zbędnego słowa, gestu. Tylko ta sztywność. W głosie i postawie.
Nie pomagało. W relacjach z ludźmi nie pomagało. Uchodziła za oschłą. Sardoniczną.
Przydało się dopiero później. W pracy.
Dostała od Matki Natury umiejętność wzbudzania respektu na kredyt…

– Dobrze się pani czuje? – pyta jeden z nich, kiedy nie może powstrzymać tego dychawicznego kaszlu.
– Nałykałam się dymu – odpowiada spokojnie i pyta o objawy zatrucia czadem.
Rejestruje odpowiedź.
Spisują protokół. Kręcą się przez jakiś czas.
Ma wrażenie, jakby nie bardzo wiedzieli, co jeszcze mogą zrobić.
Odjeżdżają wreszcie.
Przysiada na progu i przypatruje się zostawionemu pod szafą strażackiemu kaskowi…

Dotykaj delikatnie bezszelestnie ciepłem palców… dotykaj aksamitnie rzęs pokłonem…
Przyplątało się. Trudno jej było określić – słowami czy melodią.
Kolebała się do muzyki słów, przeciągając w nieskończoność akcentowane zgłoski.
Spokój. To ją chyba uspokajało. Odrywało od okropności zewnętrza. Nie tego, które trwało, ale tego, które mogło się ziścić…

Zagląda w przerażoną bladą twarz. Udaje, że nie dostrzega drżących ust.
– Wszystko w porządku? – pyta cicho.
Niby dorosła, ale dziecinna jeszcze buźka odwraca się w jej stronę.
Powolne potaknięcie uspokaja ją.
Dotyka miękkiego, zarośniętego policzka.
W ten nieporadny trochę gest wdziera się mokry zimny nos.
I od razu wszystko wraca na swoje miejsca, bo oboje próbują okiełznać wybuchy bezwarunkowej miłości skaczącego wokół nich ciałka…

Uniosła rękę. Przebierała palcami w zagęszczonej cielesności.
Czasy spontanicznej czułości minęły bezpowrotnie.
Ustąpiły kanciastości w obyciu, sileniu się na nieprzepuszczalność.
Zabawne było obserwowanie przyczajonych manewrów, gdy dziecięcość brała górę nad klującą się dorosłością.
Jakby widziała siebie z tamtego czasu. Była równie zagubiona. Chciała i nie chciała. Potrzebowała i nie potrzebowała. Zainteresowania. Serdeczności.
Płynące życie wymagało ciągłej weryfikacji kodu, poszukiwania nowych znaków, by wyartykułować nagromadzone emocje, nie naruszając przy tym kruchej granicy…

Za oknem ciemno.
Krząta się po kuchni, wrzucając do kartonów zniszczone przedmioty.
Ich fetor przyprawia o mdłości.
Nie czuje zmęczenia. Adrenalina robi swoje. Mimo, że poprzedniej nocy spała tylko trzy godziny – jest rzeźwa jak skowronek.
Od czasu do czasu zerka na znękaną twarzyczkę…

Dziwne, że właśnie teraz…
Zacisnęła palce na metalowej rękojeści stołowego noża. Safianową powierzchnię pokryła warstwa skrystalizowanego spieku.
Wyrzuciła z pamięci tamten czas.
Szczęścia i bezrozumnego lęku o najbliższych.
Projektowania możliwego – najbardziej przerażających opcji.
O tyle niedorzecznych, że dotyczyły zadzianego. Już spełnionego.
Spazm strachu nie dawał się z niczym porównać. Powtarzał się latami po przeżyciu, wdzierając się podstępnie w sen, dźgając rozsądek, rozszarpując na strzępy równowagę…

W milczeniu wysłuchuje pełnych skruchy tłumaczeń.
Nie krzyczy. Nie poucza. Nie prawi kazania.
Jest spokojna.
Najważniejsze, że nic się nam nie stało – urealnia się w niej. Po chwili wypowiada tę myśl głośno.
Wskazuje pełen karton…

Ukojenie…
To nie najlepsze słowo.
Ale w dookreślaniu własnych uczuć była i będzie beznadziejna. I przesądna.
Zachowywała się niczym dziecko – przerażone nieznanymi skutkami wypowiedzianego.
Nawet w myślach nie chciała nazywać, pozwalając niesprecyzowanemu pozostać przeczuciem…

Niebo jest rozgwieżdżone. Chłodne powietrze muska policzki i wilgotnymi płatkami przysiada na powiekach. Przynosi ulgę suchym oczom.
Próbuje odetchnąć. Założony nos śmiesznie gwiżdże.
Otwiera usta i zaciąga się granatem.
Ma wrażenie, że atramentowa świeżość koi ból gardła i rozsadza ściśnięte płuca…

Uszkodzony nóż wywołał falę wspomnień. Wyrzuciła go, ale nie pomogło.
Rozedrgały ją. Rozwarstwiły.
Czuła się jak naczynie z niejednorodną mieszaniną, której składniki wegetują oddzielnie.
Czekała na potworną jakąś solwolizę, lękając się, że reakcja doprowadzi do samounicestwienia.
Była gmatwaniną niepasujących do siebie elementów, które oddzielnie – nie istniały. Nie miały szansy istnieć.
Pełna dziecięcych ograniczeń – bała się poruszyć.
Jakąś cząstką trwała obok i kalkulowała, ile jeszcze zostało czasu…

Daje się szarpać i ciągnąć frygającej rudości. Nie ma czasu protestować – obserwuje potężną sylwetkę uginającą się pod ciężarem kartonów ze zwęglonymi przedmiotami.
– Popatrz – wyciąga wolną rękę w kierunku jedynego rozświetlonego okna. Ich okna. Przez pozbawioną firanki ramę widać czarny sufit.
Jego pełne poczucia winy spojrzenie sprawia jej przykrość.
– Moglibyśmy namalować gwiazdy – mówi żartobliwie i klepie go po plecach.
Łowi jego wdzięczne spojrzenie…

Odległy szmer przerwał rozmyślania. Ocknęła się i spojrzała w nagie okno.
Tłuste smugi ułożyły się w obraz innej nocy. Pierwszej, po wielu miesiącach poniewierki, w znowu własnym domu.
Jak dawno to było.
Kiedy nie mieli jeszcze na czym spać, ani czego zawiesić w oknach.
Zrobiła mu klosz z konstelacjami południowego nieba. To miała być niespodzianka, więc siedziała po nocach i wycinała wyrysowane wcześniej punkty. Ptaka Rajskiego, Cyrkla, Pawia, i wielu innych gwiazdozbiorów. Zaimpregnowanie grubego kartonu, wygięcie w odpowiedni sposób, nadanie sferycznego kształtu pochłaniało mnóstwo czasu.
A potem miała tę swoją cichą chwilkę radości, gdy wszedł po kąpieli do siebie, włączył lampę i zaniemówił. Sączące się przez niewielkie otworki światło rozsiadło się na ścianach i suficie, nadając im głębię nieba…

Kołomyja ogłupia.
Tam i na powrót. Tam i na powrót.
Nawet nie próbuje liczyć, który raz tak kursują.
Wystarcza jej rzut oka na zwieszone ramiona, krótki oddech – cały jest jednym wielkim zmęczeniem. Zasypia niemal na stojąco.
W niej wciąż buzuje napięcie…

Rozchybotała się na osmolonym krześle. Kopeć jak płachta gazy opadał powoli ale nieprzerwanie.
…ja muzykę zacznę sam, tęgo gram, tęgo gram…
Mimowolnie poddała się chocholemu tańcowi. Ciało przenikało ledwo widoczną, ołowiową zawiesinę. Pozwalało otulać się wonią melodii, tumanić błyskami wyimaginowanych pawich piór. Zapraszało do somnambulicznej podróży, kusząc obietnicą ukołysania…

Niby taki duży, a wciąż mały – uśmiecha się i wysłuchuje złowróżbnych dywagacji o zatruciu czadem.
Nie chce być okrutny – wie o tym.
Po prostu nie ma pojęcia o irracjonalnym strachu, nieprzerwanie towarzyszącym niemal każdej matce. Takim, który każe zrywać się w nocy i biec pod drzwi, by usłyszeć spokojny oddech.
Dziś też będzie czuwać. Nie zmruży oka nawet na chwilę.
Ale on nigdy się o tym nie dowie…

Zanurzyła się w mroczność, wsłuchała w lęgnące się szelesty – najwierniejszych towarzyszy w czuwaniu.
Znała na pamięć drogę pod tamte drzwi, ilość kroków, nawet – liczbę oddechów.
Wiele było tych bezsennych nocy. Przypieczętowanych muskaniem rozgrzanego czoła, przykrywaniem obnażonej stopy, strzepywaniem wyrzuconej podusi. Albo studiowaniem labiryntu nacięć w szybkach, wsłuchiwaniem się w jęk sprężyn z materaca, przykładaniem policzka do szpary w uchylonych drzwiach.
Czasami wpatrywała się w wygłaskane plecami miejsce na ścianie i jaśniejsze kółko po filiżance wprasowane w podłogę…

Ogarnia ją znużenie.
Coraz bardziej niemrawo porusza się po zdewastowanej kuchni. Ma wrażenie, że kolana trzeszczą przy każdym wejściu na krzesło, a ramiona przygina ciężar wyniesionych rzeczy. Tych ocalałych i tych nadających się już jedynie do wyrzucenia…

Bezwiednie objęła dłońmi kubek. Opuszki odruchowo próbowały polerować powierzchnię, nim przesłały oczom informację, że czarna kreska nie jest zabrudzeniem, a – pęknięciem.
Wpatrywała się w rzeczy, które zbierała od tylu lat. Gromadziła, nawet nie zdając sobie sprawy, ile tego jest.
Nie dlatego, że była zachłanna.
Po prostu nie potrafiła pozbywać się przedmiotów, z którymi wiązało się mnóstwo wspomnień. O każdym mogłaby opowiedzieć historię. Pamiętała, skąd się wzięły, kiedy i czemu ustawiła je w takim, a nie innym miejscu…

Wreszcie ma dość. Przysiada przy stole. Patrzy na okopcone ściany, wypaczone szafki, nadpalone i popękane blaty.
Ogarnia wzrokiem całe to pobojowisko i dochodzi do wniosku, że musi wyjść.
W domu hula wiatr – wszystko jest pootwierane. Niewiele to daje – wyziewy podtopionego plastiku i zwęglonego MDF-u unoszą się wszędzie…

Chciała uwolnić się od niemego wyrzutu okaleczonych sprzętów.
W niej one wciąż żyły. Opowiadały swoje istnienia dzień po dniu.
Niektóre były jak niemi obserwatorzy. Mądre trwaniem. Przyglądające się kolejnym troszczącym się o nie dłoniom, pielęgnującym je i darzącym szacunkiem.
Czasami wydawało jej się, że dostrzega mat refleksji w ich obłościach. Że – niezniszczalne – przyglądają się kolejnej obecności, uśmiechają i… porównują.
Czuła się jak nic nieznaczący pyłek, wietrzny i wątły naprzeciw ich długowieczności.
Paradoksalnie – miała wrażenie, że to ona należy do nich, a nie – one do niej…

Nocne miasto ma niepowtarzalny urok. Lubi tę dziewiczość wąziutkich uliczek. Unosi głowę i przygląda się Pasowi Oriona i Małemu Wozowi.
Tak.
Mały Wóz to oznaka nadchodzącej jesieni. Nigdy niebo nie jest tak piękne jak w ostatnich dniach września.
Spogląda na Kasjopeję i uśmiecha się.
To jedna z tych chwil, kiedy docenia kameralność swojego Miasta. W molochach nigdy nie widać gwiazd – przyćmiewa je plastikowe światło ulicznych lamp…

Wybiegła w czerń i wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia obecności.
Każdy zakamarek, każdy kamień pławił się w swojej historii.
Wszystko było tu dłużej od niej. Było u siebie.
Zwichrowane framugi okien wykrzywiały się urągliwie. Nagie gałęzie wyciągały patykowate szpony. Sfatygowane ściany szczerzyły się szczerbami. Jakby naigrywały się z niej i syczały: intruz.
Przystanęła. Pokręciła głową i zrobiła jedyną rzecz, jaka mogła przerwać ten nieproszony kontakt – spojrzała w niebo.
Kilka kropli spadło na twarz, a wiatr przyniósł skądś kleisty zapach jesionów…

Opuszcza głowę. Przystaje i czeka, by oczy przywykły do sztucznego blasku nielicznych latarni.
Zawraca. Po paru minutach jest w domu.
Swąd jest mniejszy. Zdążył już osiąść i przesiąknąć wszystko dookoła.
Czuje go we włosach, ubraniu, nawet – butach.
Napuszcza wody do wanny i dodaje kilka kropli olejku sandałowego…

Tak pachniało u ciotek. Kiedy otwierało się bieliźniarkę albo szafę, wokół rozsiewała się delikatna, egzotyczna woń.
Wtulała twarz w chłodną pościel i słuchała szelestu nakrochmalonych nawleczek.
Kojarzyły się z własnym łóżkiem i spokojnym, kojącym snem.
Wiedziała, że dbałe ręce jednej z ciotek nawlekły je specjalnie dla niej. By miała choć namiastkę ciepła. I naprawdę czuła się wtedy kochana i bezpieczna.
Może to dlatego tak lubiła ten zapach…

Przysiada na moment i delektuje się nocą. Poziom adrenaliny powoli spada. Czuje nadchodzącą falę senności. Obezwładnia ją to rozprężenie. Macha głową i wstaje. Robi kilka kroków.
Nagle dopada ją ból poparzonej ręki, który wcześniej dawał o sobie znać krótkimi ukłuciami.
Krzywi się. Zastanawia się, czy jest szare mydło. Podobno nic tak nie koi oparzeń jak szare mydło.
Jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi – konstatuje, przypatrując się popękanym pęcherzom.
Gorzej już nie będzie – pociesza się z wisielczym humorem.
Zagląda do jednej z łazienkowych szafek…

Zapachy zawsze były ważne. Z ich pomocą identyfikowała rzeczywistość. Inaczej pachniała beztroska, inaczej rozczarowanie.
Nawet ból miał specyficzną woń.
Spłaszczał skrzydełka nosa bagiennym odorem zapieczonej krwi. Drgały, podrażnione kwaskowatym buntem znękanej skóry.
Przypatrywała się sinawym podbiegnięciom zniekształcającym chirologiczną strukturę dłoni.
Starała się oszczędzać tę rękę. Chyba instynkt zadziałał. Zresztą, kontakt z gorącą wodą sprawiał ból. To wtedy pękł najrozleglejszy pęcherz.
Na przemian – klęła pod nosem, na czym świat stoi i zaciskała zęby, żeby nie krzyczeć.
Ale – uparła się przecież. Nie wyszła z wanny, póki nie zmyła z siebie odorku baganckiej masarni…

Drapie ją w gardle. Sama nie wie – od dymu, czy może to początek grypy. Noce są już bardzo chłodne.
W czołowych zatokach strzyka nieprzyjemnie. Wydychane powietrze boleśnie drażni przegrodę nosową.
Może anty-alergen złagodziłby objawy podduszania, ale nie wie, czy to wskazane w tej sytuacji.
Wytrzymam – myśli.
Kąpiel nieco ją rozgrzewa. Niweluje też uczucie uwędzenia.
Z przyjemnością wmasowuje szampon we włosy. Nabierają miękkości i sprężystości.
Wreszcie przestają pachnieć palonymi na kartoflisku łętami…

Próbowała pokonać niedoskonałość własnego ciała. Zignorować ją.
Złamała się! Złamała się, chociaż przysięgała, że wytrzyma.
Zadzwoniła do znajomego lekarza. Wstyd jej było, że zawraca mu głowę, ale ból wciąż się nasilał.
Może nie powinna była targać tego wszystkiego. Ale nie mogła przecież siedzieć z założonymi rękoma i szefować.
Przyjechał po dwudziestu minutach. Czymś popsikał. Czymś posmarował.
Poczuła ulgę.
Zakazał moczenia i używania tej ręki.
Poczuła złość.
Musiał się domyśleć, bo na odchodne postraszył gangreną i zapowiedział się na zmianę opatrunku.
Kiedy wyszedł, długo jeszcze przeżuwała swoją klęskę.
Ale obok rozczarowania sobą, kiełkowało w niej coś na kształt zadowolenia.
Może pokonanie awersji było większym zwycięstwem niż chciała przyznać…

Wbija się w mięciutki dres. Ma taki, udomowiony, w którym nie pokazuje się nikomu. Należy do jej osobistej strefy komfortu.
Bierze laptop i wychodzi na balkon.
Nad barierką faluje noc.
Otula się szczelniej kocem. Zagląda na bloga.
Musi oderwać myśli od dzisiaj. Chociaż na chwilę…

Widzenia rozjeżdżały się. Rozpływały. Traciły kontury.
Próbowała skupić się na dryfujących myślach.
Wreszcie udało się.
Przylgnęła do konkretu. Uchwyciła się kurczowo zepchniętego w zakamarki niepamięci programowania rzeczywistości.
Nazywała to oswajaniem.
Nie umiała powiedzieć, kiedy po raz pierwszy to zrobiła. Udomowiła zajmowaną przestrzeń.
Dawno. Na pewno bardzo dawno.
Nawet w tamtym strasznym miejscu, w którym wylądowali…
Uniosła głowę i odetchnęła kilka razy głęboko.
Wtuliła twarz w miękki rękaw. Doleciał ją nikły zapach bławatki. Uśmiechnęła się. Na wspomnienie ciotek, które święcie wierzyły w dezynfekującą moc olejku lawendowego…

Komentarze wywołują dreszcz. Czyta drugi raz, trzeci.
Na usta cisną się nieproszone słowa. Układają się pod palcami w rządki i wykwitają czernią na ekranie.
Odczytuje je i kasuje.
Nie może przecież opowiadać, co się im dzisiaj przydarzyło. Przywołuje się do porządku. W gruncie rzeczy o czymś takim woli napisać, ukryta za cudownym, niewiele o niej mówiącym zaimkiem osobowym ona

Zacisnęła dłoń na filiżance. Wygrzebała ją ze sterty skorup, pewna, że się pobiła.
Kiedy dostrzegła ją wśród rupieci, ścisnęło jej się serce.
To była ukochana filiżanka mamy.
Po jej śmierci woziła naczynko ze sobą. Nie dlatego, że uważała je za talizman. Po prostu ta filiżanka kojarzyła się jej z najlepszymi chwilami dzieciństwa, długimi palcami mamy obejmującymi kruche cudeńko, wiśniowym śladem warg na ściance i gorzkawym aromatem herbaty…

Marznie.
Przedświtny mrozek osiąga szczyt. Niedługo z pomroku zaczną wyłaniać się kontury i dookół nabierze znajomych kształtów.
Tymczasem może jeszcze chwilę podomyślać rozmazany horyzont. Opowiedzieć toczące się za pociemniałymi taflami życia. Uchylić zawarte na głucho podwórkowe bramy, zaludnić zamarłe zaułki…

Upiła łyk gorącego płynu. Uśmiechnęła się.
To zdumiewające, że przetrwała tyle lat – pogłaskała pękatą czaszkę.
Komplet był sześcioosobowy, ale ta jedna różniła się od reszty – miała odrobinę jaśniejszy deseń.
Nie wierzyła własnym oczom, gdy okazało się, że pod cuchnącym kożuchem nie było nawet drobnej ryski…

Ranek wita ją bolesnym kłuciem źrenic. Jak zwykle po nieprzespanej nocy. Miliony cieniutkich igiełek wbijają się w gałki oczne. Nie pomaga nawet zaciskanie powiek.
Słyszy dudnienie prysznica.
Podnosi się.
Całonocna bieganina na górę odzywa się rwaniem w łydkach.
Idzie do zmaltretowanej kuchni.
Lodowate powietrze z otwartych na oścież okien wprawia ją w mikrosekundowy stan hibernacji.
Otrząsa się…

Zadumała się nad kapryśnością fatum.
Ten czas miał upłynąć zupełnie inaczej. Spokojniej. Bez nerwowości. Bez pośpiechu.
Bez rozpraszania się drobiazgami.
Stało się inaczej, i jedyne, co mogła zrobić, to nie poddać się wkradającemu się uczuciu beznadziei.
Spojrzała w okno i postarała się uśmiechnąć do ciężkich ołowianych chmurzysk…

Musli pachnie wędzoną okładziną.
Migdałowe mleko ma smak rozgrzanego asfaltu.
Jest wstrętne, ale przemaga się i przełyka kilka kropel. Czuje zaciskające się gardło i przez chwilę walczy z jadłowstrętem.
Obok pobrzmiewa radosne mikstowe pochrupywanie. Nie dziwi jej to specjalnie. Tym dwojgu nic nie jest w stanie zepsuć apetytu…
Patrzy na spakowane torbiszcza.
Uśmiecha się…

Próbowała przepędzić zdenerwowanie. Nie chciała, by zdominowało poranek.
Stres objawiał się brakiem łaknienia. Wiedziała, że to sprawka mózgu.
Trochę trwało, nim nauczyła się go oszukiwać. Odwracać uwagę. Zajmować go błahostkami, by instynkt wziął górę…

Podrywa się na dźwięk domofonu.
Klucz w zamku obraca się z głośnym szczęknięciem. Naciska klamkę i – uspokojona – odchodzi od drzwi.
Właściwie jest zadowolona, że zostawia to piekiełko.
Przerwa dobrze jej zrobi. Pozwoli opanować emocje.
Ma wrażenie, że trzask samochodowych drzwiczek symbolicznie odcina ją od ostatnich przeżyć…

Przeskakiwała z projekcji w projekcję, aż wreszcie ułowiła tę ważną.
Doskonale pamiętała swój pierwszy wyjazd z domu. Była wprawdzie dużo młodsza, ale wiek niewielkie miał w gruncie rzeczy znaczenie.
Raczej – okoliczności.
Była bardzo nieszczęśliwa, bo choć mała – rozumiała więcej niż się dorosłym zdawało. Miała nadzieję, że jej samej uda się stworzyć choć pozór normalności. Wyeliminować niepewność i poczucie wyalienowania…

Budzi ją bliżej nieokreślony furkot. Otwiera oczy. Za szybą migocą pomarańczowe smugi. Zerka do przodu i zapada w ciężką drzemkę.
Gdy ponownie unosi powieki, wokół panuje cisza. Rozciera zdrętwiałe ramiona.
Uśmiecha się z wdzięcznością i z trudem wychodzi z samochodu.
Chwilę przygląda się czerwonemu pasmu stopów i otwiera furtkę.
Zostawia rzeczy w przedpokoju.
Pisze smsa, że dotarła. Bierze szybki prysznic.
Ma wielkie plany na ten wieczór.
Przysiada na łóżku. Tylko na chwilę. Chłodna pościel pachnie zmęczeniem.
Jutro – myśli. – Wszystko jutro.
Zapada w zgrzytliwy sen…

Szum deszczu niespodziewanie przyszedł jej z pomocą.
Nastrajał bardzo przyjemnie. Dawał złudzenie chłodu. Niebo nie zdążyło przybrać jeszcze tej melancholijnej szarości i świat sprawiał wrażenie radosnego.
Takim błękitem witało ją kiedyś niebo na pewnej maleńkiej wysepce. Każdej nocy budził ją grzechot obijającego się o szyby piasku, bo zawsze zapominała o zamknięciu okiennic. Musiała wstawać i szarpać się z ażurowymi zasłonami, a potem nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok i przez szpary widziała ten, z chwili na chwilę jaśniejący, błękit…

W świetle nowego dnia nie wygląda to tak tragicznie.
Rozgląda się uważnie.
Jeszcze czuje wczorajszą drogę. Napięty kark chrupie złowieszczo. Odruchowo ściąga łopatki i prostuje się. Może nie przynosi to trwałego efektu, ale daje choć chwilowe odprężenie.
Prawie osiemset kilometrów…

Ujarzmianie codzienności nigdy nie było łatwe.
Sama miała go odwieźć, ale prowadzenie jedną ręką wydało się jej niewykonalne.
Po namyśle – zadzwoniła do znajomej.
Ta – zgodnie z przewidywaniami – nie zadawała zbędnych pytań.
Po sześciu godzinach byli na miejscu.
Szczerzonego Pambuk szczerze – pomyślała słowami pewnej gospodyni spod Sajn, oglądając wynajęty pokój.
Warunki będzie miał dobre – uspokoiła się.
Wróciły późnym wieczorem…

Niechętnie powraca do rzeczywistości.
Połowa górnych szafek do wyrzucenia…
Nagle zdaje sobie sprawę, że cała góra jest do wymiany.
Nikt przecież nie podejmie się dosztukowywania mebli. Żmudna i niewarta świeczki robota.
Wzrusza ramionami.
Nic to – myśli. – Szafki rzecz nabyta.
Nie to, że odnosi się z lekceważeniem do dóbr materialnych. Po prostu szacuje je inną miarą…

Zanurzyła się w znanym zewnętrzu. Postrzegała je przez pryzmat wspomnień.
Bez nich czuła się pozbawiana cząstki tożsamości.
Osobisty magazyn zawsze bardziej przypominał graciarnię niż skarbiec.
Pełen był trucheł i nieoczywistości.
Miała ten komfort, że nie musiała tłumaczyć. Nikomu. Niczego ani – z niczego.
Lubiła obcować.
Odnalazła w szafie piękny bordowy szal, wkładany jedynie na wyjątkowe okazje. Szal pachnący egzotycznymi, a tak bliskimi perfumami, których używała wyłącznie do odtworzenia tamtego klimatu.
Dotknęła niepozornej kryształowej paterki, a jej delikatne dzwonienie nastroiło ją spokojem.
Rozejrzała się. Wzruszyła ramionami. Nawet sobie nie próbowała wyjaśniać, czemu wtedy bardziej cieszył ją blask odzyskanej cukierniczki niż pachnące nowością drewniane komódki…

Może nawet trochę jej smutno, że będzie zmuszona się ich pozbyć. Nie przepada za zmianami. Przyzwyczajanie się do nowego zawsze trochę u niej trwa.
Poza tym – sama przecież wybierała te mebelki.
Może jednak ktoś podejmie się je skopiować – zastanawia się, ale nie żywi zbyt wielkich nadziei…

Prześliznęła się spojrzeniem po wnętrzu. Bardzo chciała nie ulec magii wspomnień, ale układ słojów na drzwiczkach zaprzątnął ją całkowicie.
To takie drobiazgi ważyły często na jej decyzjach. Nagły błysk, wewnętrzny uśmiech i była uwiedziona.
Tak. Przedmioty ją uwodziły. Przeczuciem historii, którą mogłyby sobą opowiedzieć. A ona – razem z nimi.
Przyjemnie było wertować katalogi. Mieć świadomość, że zdjęcie może w każdej chwili zmaterializować się pod postacią konkretnego przedmiotu – czajniczka, zasłony, kuchennego stołu.
Miło było rozcinać pachnące tekturą paczki i patrzeć, jak biała płaszczyzna nabiera trójwymiarowości…

Wzdycha. Podchodzi do okaleczonych szczątków.
Poczerniałe kikuty straszą kanciasto.
Wszystko pokrywa warstwa tłustej brei.
Poprzewracane naczynia.
Bagno na blatach i podłodze.
Patrzy na ten armagedon i nie jest w stanie wydusić z siebie dźwięku.
Ma wrażenie, że jej pracujący na najwyższych obrotach mózg postanowił wygłuszyć niektóre funkcje, by odciążyć samego siebie…

Zapełniała tamto nowe życie powoli, z namysłem. Radował ją każdy, z trudem nabywany sprzęt. A przecież była w niej jakaś opieszałość w otaczaniu się obcym.
Mimo, że bardzo długo nie wierzyła w odzyskanie choćby skrawków niegdyś spisanej opowieści, podświadomie wydzielała im miejsca. I nie miało najmniejszego znaczenia, że nie uczestniczyła w odtwarzanej fabule osobiście. Te fragmenty były rodzajem medium.
Tak. Żałowała ich. Były cenne bliskością, którą pojąć mógł tylko ktoś, kto doświadczył obecności ukochanej osoby wyłącznie poprzez kontakt z używanym przez nią przedmiotem. Ktoś, kto pośród niewielu wspomnień zachował obraz głowy pochylonej nad partyturą, palców upinających staroświecką klamrą niesforne włosy, dłoni rozprostowującej świeżo wyhaftowaną serwetkę…

Mówienie nie jest jej chwilowo potrzebne. Ani odczuwanie bólu. Ani nawet – pragnienie.
Wystarczy, że rejestruje każdy skrawek tego chaosu. Przestrzenne wizje przesuwają się z prędkością serii z samopowtarzalnego karabinu.
Są wielobarwną mozaiką, natrętnym brzęczeniem, paraliżującym oparem. Przemieszczają się coraz szybciej. Wreszcie stają się jednolitym, pozornie nieruchomym strumieniem…

Nie miała nadziei, że jeszcze kiedyś uda jej się doświadczyć tamtej namiastki intymności.
Tym większe były zdumienie i radość, gdy powoli ale sukcesywnie nośniki odnajdowały do niej drogę.
Nie demonizowała tego. Nie postrzegała w kategorii znaków. Jakiegoś magicznego przeznaczenia, którego sens dane było zgłębić wyłącznie wtajemniczonym.
Ale każda ocalała skorupa, szmatka – przyprawiały ją o gwałtowne bicie serca. Dotykała pieszczotliwie bibelotów i w milczeniu dopełniała życie, napawając się mozolnie układaną mandalą coraz bardziej odległej przeszłości…

Czarne ściany działają depresyjnie.
Nim poszuka malarza, musi zrobić porządek. Pozbyć się przynajmniej części rzeczy. Poniewierająca się wszędzie zawartość wybebeszonych szafek nie daje najlepszych warunków do remontu.
Mogłaby poprosić kogoś o pomoc…

Przyglądała się odciśniętemu w czerni szlaczkowi, pochylających się ku sobie, większych i mniejszych, dłoni. Mimo różnic w wielkości, nietrudno było dostrzec podobieństwo. Nie tylko w kształcie. Także w geście – jednakowo odgiętych kciukach, ułożeniu odwodzicieli, kącie nachylenia reszty palców.
Był czas, gdy przykładała swoją rękę i porównywała z tamtą ciepłą łapką. Miękką i nieco pulchną na początku, coraz większą i bardziej męską później.
Nie tak odległy jeszcze czas…

Mogłaby. Ale… i tak musi w tym uczestniczyć. Poza tym – jak zna siebie – zżymałaby się z powodu własnej nieporadności.
To dlatego wzdycha ciężko i zabiera się za porządki.
Nie idzie zbyt szybko, ale właściwie – nie musi się spieszyć. Czasu ma aż nadto…

Przez chwilę balansowała na krawędzi. Wszelkie dywagacje o przemijaniu frustrowały ją. Prześlizgiwała się po temacie z gracją fugi g-moll Bacha, desperacko poszukując substytutu.
Skupiła się na wykonywanej czynności.
Odczuwała zmęczenie.
A jednak nawet przez chwilę nie pomyślała, by obarczyć kogoś własnymi frustracjami. By przerzucić choć gran brzemienia.
Może na tym polegało szczęście. Jej szczęście. Że nie musiała prosić o pomoc. Właściwie – nigdy nie postawała jej myśl, że ktoś mógłby ją w czymś wyręczyć.
Oczywiście – nie odmawiała, gdy ktoś wyrażał chęć pomocy. Było jej miło. Tyle, że nie nauczyła się traktować takich zachowań jak czegoś należnego. Zawsze starała się podkreślać wdzięczność za okazaną życzliwość. Doceniała i bardzo pilnowała się, by nie nadużywać…

Drepce cierpliwie, choć zdaje sobie sprawę, że to syzyfowa praca. Już widzi siebie wędrującą za parę dni z tymi klamotami z powrotem.
Ale wie, że to konieczne, więc niezmordowanie snuje się w tę i we w tę.
Jak jakiś pątnik – zauważa złośliwie…

Przyglądała się coraz gęściej zapełnianej foliowej płachcie.
Kto by pomyślał, że niewielkie, bądź co bądź, szafki mogły pomieścić tyle różnorakiego dobra.
Nagle mignęło refleksją, czy upodobanie ładu nie mściło się teraz na niej w najbardziej perfidny sposób.
Może pobłażliwe uśmieszki, na które niektórzy sobie pozwalali, nie były aż tak nieuzasadnione, jak sądziła…

Ciekawe, ile kilometrów zrobiłam? – myśli, popatrując na rozbrykane stworzonko.
Założenie szelek takiemu diablikowi to nie lada wyzwanie – śmieje się, wspominając niedawne akrobacje.
Daje się prowadzić pod ulubione drzewo i przenosi wzrok na jego podświetloną słońcem koronę.
Czuje w nogach ten długaśny hol.
Jakoś wcześniej nie wydawał mi się specjalnie duży – myśli i parska śmiechem.
Przymusowy spacer dobrze jej robi…

Przedwieczorne powietrze szkliło się na płotach
Spojrzała w okno. Wciąż jeszcze nie było w nim firanki.
Parapet zaanektowały kanciaste naczynka. W ich kołpakowatych pokrywkach krwawo odbijało się słońce. Wyglądały jak w bojowym szyku.
Gdybym trzymała wszystko w sklepowych opakowaniach…
Nie musiałaby dzisiaj walczyć z dziesiątkami pojemników. Zgarnęłaby wszystko z półek i wyrzuciła do kubła.
Nim myśl przebrzmiała w niej do końca – wiedziała, że była niedorzeczna.
Nie umiała żyć w rozgardiaszu. Prowizorka męczyła ją.
Sprawiała psychiczny dyskomfort.
Nie czuła się u siebie, tonąc w chaosie…

Tylko spokój może nas uratować… – kontynuuje, wchodząc w okaleczoną przestrzeń.
Uwielbia takie powiedzonka…
Umyka na chwilę w semantyczne dywagacje. Są bardziej interesujące niż likwidowanie nieładu. Nie przepada za babraniem się w brudzie.
Cmoka zdegustowana i zastanawia się, jak mogłaby usprawnić pracę…

Przysiadła na chwilę i rozejrzała się uważnie.
Nie miała pojęcia, czy zamiłowanie do porządku przypisano jej odgórnie, w genach, czy może wymusiły je okoliczności, w których przychodziło jej wieść życie.
Jednego tylko była pewna – zewnętrzna harmonia pozwalała nie marnotrawić czasu. Dzięki wypracowanemu przez lata systemowi mogła podczas prozaicznych czynności poświęcać się jednocześnie bardziej interesującym ją kwestiom…

Potrzeba matką wynalazków – śmieje się, ciągnąc ciężką płócienną torbę.
Do tego wystarczy jedna ręka. Do zapakowania i rozpakowania – także.
Przygląda się rosnącemu powoli w beżowym pokoju usypisku.
Ułożysku raczej – precyzuje w myślach.
Jest zadowolona. Ma nadzieję skończyć i powiadomić malarza.
Te czarnizne ściany doprowadzają ją do szału…

Była zupełnie zwyczajna – podobna w tym co robiła do setek innych ludzi.
Nigdy nie uważała się za pedantkę.
Dziwiło ją, gdy postrzegano ją tak tylko dlatego, że miotanie się po źle zorganizowanej przestrzeni uważała za nonsensowne. I – męczące.
Przykucnęła. Sięgnęła po leżący na samym wierzchu flakonik. Chwilę ważyła go w dłoni.
Przyjechał z daleka. Z bardzo daleka.
Stał sobie zawsze na jednej z półek, trwający tą mało uświadamianą, ale niezbędną obecnością, podnoszony przy wycieraniu kurzu. Czasami kupowała u straganowych babć irysy albo piwonie. Przycinała jeden kwiat i wstawiała do tego flakonika. A potem marudziła, bo jego kształt utrudniał czyszczenie…

Zająć się czymkolwiek…
Złości się.
Siedzi na balkonie i wsłuchuje się w szuranie wałka.
Woli już to, niż przyglądanie się czyjejś pracy.
Nie czuje się komfortowo, gdy inni są zajęci, a ona się byczy.
Nawet pisanie idzie jej niesporo.
Wystukiwanie literek trwa co najmniej dwa razy dłużej.
A kiedy pomyśli o stertach okopconych skorup, które musi odczyścić…

Przymusowa bezczynność źle wpływała na jej samopoczucie. Niemal fizycznie czuła strumień przeciekającego przez palce czasu.
Umiejętność zaklinania rzeczywistości nie była jej dana.
Spojrzała z wyrzutem na przyczynę własnej niemocy. Uśmiechnęła się.
Tak zanudzała kolegę o ten opatrunek, że wreszcie ją obhuczał.
Zaniemówiła. Sama rozumiała, że była nieznośna, ale to nie znaczy, że musiał tak od razu grozić jej amputacją kończyny.
Co prawda, zamoczyła tę rękę.
Zapomniała się. Ale nawet za bardzo nie przemokło.
Teraz zaczęła owijać to folią. Szeleściło wprawdzie niemiłosiernie, ale – nie zamakało…

Zmywa.
Idzie jak po grudzie, ale ma już dość tego siedzenia i wgapiania się w białe ściany.
Tak! Są białe.
Pachną świeżą farbą i czynią jasność.
Do pełni szczęścia brakuje jej tylko czystych jarzeniówek. Gdyby tak udało się wyciągnąć je z obudowy…

Może naprawdę była śmieszna w tym upraszczaniu spraw codziennych.
Ale tak lubiła wracać do miejsc znanych i niezmiennych. Zamknąć oczy i sięgać z niezachwianą pewnością, że zastanie to, co pozostawiła. Nieważne – godzinę czy pół roku wcześniej.
Chyba musiała nauczyć się radzić sobie z przestrzenią. By nie zniknąć w przytłaczająco ogromnym mikroświecie, którego współwłaścicielką nagle i wbrew sobie została.
Była mała. Nie miała doświadczenia, ale instynktownie próbowała chronić zastany układ. Nie ona go wymyśliła, ale sprawdzał się.
Jednak nawet gdyby się nie sprawdzał i tak nie miałaby odwagi ani siły, by go zniszczyć. Był ostatnim, co pozostało po szczęściu i stabilizacji…

Manewruje tuż pod sufitem.
Próbuje włożyć wyjęte godzinę wcześniej świetlówki.
Uniesione ręce omdlewają, a uparte bolce nie chcą wskoczyć na swoje miejsce.
Musi mocniej przytrzymać oprawę.
Zapiera się. Ułapia majtającą się lampę. Syczy, ale po chwili dobiega ją – jakże miłe dla uszu – klik

Wodziła wzrokiem za rozbujaną lampą. Jej zimne światło wyostrzało kontury. Wżynające się w tło ścian okruchy czerni sprawiały, że biel fosforyzowała.
Wszystko wydawało się być bardziej kanciaste.
Kiedyś wisiała tu inna lampa – okrągła drewniana obręcz z przykręconą misą klosza. Dawała ciepłe, żółtawe światło, bardzo przyjemne dla oczu, ale kompletnie nieprzydatne przy pracy.
Którejś nocy nie mogła spać. Zeszła na dół i po ciemku przysiadła przy stole.
Nagle rozległ się brzęk – ten mleczny klosz zupełnie bez powodu spadł na podłogę i roztrzaskał się w drobny mak. Tej samej nocy odszedł jej kuzyn. To była noc jej urodzin…

Oddycha ciężko.
Starość nie radość – komentuje.
Musi odpocząć.
Kiedyś się tak szybko nie męczyłam…
Ale spod tego zmęczenia wyziera coś na kształt dumy.
Zerka na płonące wreszcie naprawdę jasnym światłem jarzeniówki.
– Ha! Wyczyn nie w kij dmuchał! – stwierdza głośno i zaczyna się śmiać.
Wzdycha i wraca do pracy…

Wieczór turlał się powoli.
Rozkładała go na świeżo umytych półkach, przesypywała do wyczyszczonych pojemników.
Przekomarzała się z cieniami.
Najtrudniej bywało, gdy jakaś myśl – nagła, oryginalna czy choćby – zabawna – pojawiała się znienacka i nie było się nią z kim podzielić. Wypowiadała ją głośno, a pustka zniekształcała sens. Bladła, wsiąkała w smętnie powiewające zasłony i znikała bezpowrotnie.
Pozostawiała po sobie pogłos smutnego śmiechu i niedosyt…

Teraz najżmudniejsze – myśli.
Otwiera pękate pojemniki i przesypuje ich zawartość na przygotowane uprzednio papierowe serwetki. Wyciągnięcie szczelnej pokrywki sprawia nieco kłopotu – musi opierać pojemnik o klatkę piersiową i ciągnąć szklany dekiel, póki nie raczy puścić.
Męcząca to metoda i mało efektywna, ale pomalutku przybliża ją do końca.
Sapie – poirytowana. Jeśli tak dalej pójdzie, zacznie porządkować kolejną szafkę na Wielkanoc.
Jej wysiłek zostaje nagrodzony – uszczelka puszcza i pokrywka z mlaśnięciem wyskakuje z pojemnika.
Wszędzie rozchodzi się zapach ziół.
Jest tak intensywny, że czuje go, mimo zatkanego katarem nosa…

Rozpachniało się tymiankiem i rozmarynem. Drobinki wirowały w powietrzu, zabijając zapiekłą woń lakieru.
Męczyła się przy oddychaniu. Kichała raz za razem i bała się spojrzeć w lustro, by nie oglądać wrednie zaczerwienionych spojówek.
Uniosła ręce i próbowała złapać kilka złotych pyłków.
Załzawione oczy uczyniły je większymi. Bardziej świetlistymi.
Akompaniujący ich tańcowi szelest opatrunku przywiódł ją do jednego z najcudowniejszych wspomnień dzieciństwa.
Tamtej nocy wymknęła się z domu i z duszą na ramieniu wędrowała skrajem lasu. Pluskająca piosenka jeziora dodawała jej otuchy. Zagłuszała niepokojące szepty czarnych liści.
Kierowała się migocącym między drzewami blaskiem pomarańczowego księżyca, który wzięła za ognisko.
Kiedy dotarła do naroża, chmury zasnuły świat. Przystanęła w zupełnych ciemnościach. Nim zdążyła naprawdę się wystraszyć, ciepły podmuch czerwcowej nocy przyniósł znajomy zapach. Chwilę później wtulała rękę w ciepłą dłoń brata. I wtedy przed nimi rozmigotały się zielonkawe światełka. Patrzyła jak urzeczona na niespotykany balet.
Wokół gorzko pachniał dziurawiec.
A kiedy widowisko dobiegło końca, brodzili wśród wybujałych łąkowych traw.
Już zawsze tamto miejsce kojarzyło się jej ze świetlikami i przepiękną baśnią o zagubionych duszach, którą w drodze powrotnej opowiedział jej brat…

Stanie daje się trochę we znaki. Przygięte w idiotyczny zawijas plecy drętwieją.
Zaciska zęby i pochyla się nad zlewem.
Myje. Opłukuje. Odstawia do wyschnięcia.
Ma ograniczoną powierzchnię do suszenia. Postanawia wycierać choć część naczyń.
Mała rzecz, a cieszy – myśli, ściskając udami szklany walec.
Kolejny żmudny sposób. Ale – skuteczny…

Nie powinna była wychodzić boso. Ułomki przyniesionego z podwórza piasku raniły stopy. Przebierała śmiesznie palcami. Trochę z zimna, a trochę dlatego, że kwarcowy krusz uwierał.
Na plaży się tego nie czuje – zauważyła.
Przegięła się przez furtkę i odprowadzała wzrokiem nieznaną parę.
Usłużna pamięć podsunęła obrazek z jednej z wioseczek – drobną figurkę wychylającego się dziadka z małym kubeczkiem pełnym wiśni. W jego kierunku wyciągała się rączka pulchnej dziewczynki o wypukłym czole.
Pewnie nie zwróciłaby uwagi na tę scenę, gdyby nie kubeczek – biały, emaliowany, w karminowe serduszka. Taki sam dostała kiedyś od Baboczki.
Muszę go wyjąć – pomyślała. Odwróciła się i na palcach przeszła przez kłującą wycieraczkę…

Jak w fabryce przy taśmie – zauważa, powielając czynność po czynności.
Z transu wyrywa ją dźwięk telefonu.
Z przyjemnością słucha rozradowanego głosu. Relacja jest wesoła, więc i ona się cieszy.
Wymiguje się od odpowiedzi na pytanie, co robi. Nie lubi kłamać, więc zmienia temat.
Tym razem się udaje, ale wie, że to nie będzie trwać wiecznie.
Może zdążę, zanim przyjedzie – pociesza się.
– Ja też cię kocham – odpowiada i odkłada telefon…

Bezwiednie ugniatała spłaszczone kulki. W dotyku nie były zbyt przyjemne – szorstkie i zimne.
Ale na półce wyglądały jak hybryda owocu śnieguliczki i bawełny. Skusiły wrażeniem futerkowej miękkości.
Była zdumiona, że ocalały. Osłonił je drewniany pojemnik na chleb. Zachowały nawet swoją biel.
Pogłaskała czerwoną różę origami, która też była w bukiecie.
Pochodziła z czasów, gdy oboje nie śmieli nawet marzyć o wizycie w kwiaciarni. Zrobił ją ze zwykłego kolorowego papieru – czerwony kielich i zieloną łodygę i podarował na Dzień Matki.
Uśmiechnęła się. Delikatnie wstawiła różę do wazonika i postawiła w rogu, by – jak zawsze – mieć ją w zasięgu wzroku…

Czy te pojemniki nigdy się nie skończą?
Jest zniecierpliwiona. Brzękiem szkła. Chlupotem wody. Nawet skrzypieniem mydlin.
Od ściernej gąbki bolą ją palce.
Niestety, sodą nie wszystko daje się domyć.
Przysychający osad ma konsystencję towotu i trzeba go usuwać wszelkimi sposobami. Nawet najbardziej radykalnymi.
No nie. Najbardziej radykalne jest usunięcie maziai razem z przedmiotem – reflektuje się nagle.
Parska śmiechem…

Zaskrzypiała bramka. Wyjrzała przez okno. Fałszywy alarm.
W świetle zapadającego mroku drzewa wyglądały jak okopcone. Podziwiała ich eleganckie, ascetyczne może nieco, fryzurki. Pozwalały targać sobą na wszystkie strony, jakby sprawiało im to przyjemność.
Wytężyła wzrok. Z niedowierzaniem przyglądała się dziwacznemu deseniowi liści. Wreszcie uświadomiła sobie, że ten oryginalny wzorek to plamki na okiennej szybie.
Przejechała po tafli. Kropki pozostały nietknięte. Zaklęła. Przez ten obrzydliwy, tłusty dym miała w perspektywie rozkręcanie okien…

Dobrze, że nikt jej nie słyszy.
To właściwie jedyny plus bycia samej – nie trzeba pilnować się z reakcjami.
Śmiech przeradza się w kaszel.
Suchy. Męczący.
Nie musi iść do wróżki – przeziębiła się.
Ale żadna grypa nie powstrzyma jej przed sprzątaniem.
Ani gorączka.
Nie ją…

Miłe ciepło rozlało się po całym ciele.
Zdjęła czajniczek z podstawki i dolała senchy. Zadźwięczał balafonowo przy odstawianiu. Mogła bez końca wsłuchiwać się w klekot glinianych naczyń.
Dostała ten serwis od Tante Hedwig wiele lat temu.
Była bardzo zdziwiona. Wydawało jej się, że ciotka nie pała do niej zbyt wielką sympatią. Że w ogóle nie bardzo uświadamia sobie jej istnienie. Okazało się, że nie tylko uświadamiała, ale nawet – zauważyła, jak bardzo jej się te naczynia podobały.
Miała naście lat i nie wiedziała, jak powinna się zachować. Zastanawiała się, co sprawi ciotce większą przykrość – przyjęcie czy podziękowanie za prezent.
Wybrała to pierwsze. Jeszcze dziś pamięta wyraz ulgi w oczach Olgi i cień uśmiechu na ustach Tante Hedwig.
To dlatego tak się zmartwiła, kiedy z przepalonej półki posypały się pomarańczowawe kubeczki. Pół nocy spędziła na kolanach, szukając pobitych fragmentów
A potem zaciskała zęby i element po elemencie dopasowywała gliniane okruszki…

Budzi ją jakieś bliżej niesprecyzowane wycie.
Z trudem rozwiera zapuchnięte powieki. Rozgląda się nieprzytomnie.
Po chwili rozpoznaje dźwięk własnej komórki.
Jest trochę zdziwiona – nigdy nie bierze telefonu do łóżka.
Dopiero po chwili uświadamia sobie, że dziwaczna pozycja wcale się jej nie przyśniła – naprawdę zasnęła na dole, kiedy postanowiła chwile odpocząć na miętkim.
Sięga po nachalny sprzęt i odbiera…

Nie jest dobrze – przemknęło jej przez bolącą głowę, gdy zerknęła na wyświetlacz…

– I co sobie myślałaś?!? – słyszy i odsuwa odruchowo telefon od ucha.
Elwira!
– I co sobie myślałaś, pytam!
Jest pełna najlepszych chęci, by odpowiedzieć. Nabiera powietrza, ale zanim wykrztusza słowo, zalewa ją potok słów.
Gdy Elwira jest naprawdę wściekła, jej głos upodabnia się do głosu Józka z monologów Halamy.
Słysząc go nie potrafi powstrzymać śmiechu.
– Wesoło ci? – pomrukuje Elwira. – Wiesz, co ci powiem, Ola? To, co zrobiłaś… A raczej to, czego nie zrobiłaś, to jest… to jest zwykłe b a b s t w o!

Gorzej, Elwira. To jest olstwo – pomyślała, ale nie odważyła się powtórzyć tej odkrywczej myśli głośno…

Powinna przestać. Ale nie potrafi. Śmieje się coraz głośniej. Skrzypi właściwie, bo ma zupełnie założone gardło.
Po drugiej stronie zalega złowieszcza cisza.
A potem rozdziera ją chichot Elwiry.
Nagle zamiera przerażona, bo wydaje jej się, że śmiech rozbrzmiewa tuż za drzwiami.
– Źle ze mną – skarży się żałośnie.
– I dobrze ci tak!
W bezlitosną odpowiedź wdziera się zgrzyt klucza.
W pierwszej chwili – nie rozumie.
A potem zrywa się i pędzi do wejścia.
– Elwira! – chrypi.
W progu stoi jej przyjaciółka i puka się w czoło.
– Chyba nie myślałaś, że cię tak zostawię…

Sansara

Każdej nocy od lat śnił ten sam sen.
Wzbijał się powoli i majestatycznie zawisał w przestworzach.
Z tej perspektywy domy wyglądały jak różnokolorowe figury geometryczne. Na niektórych dachach zbierała się woda i odbijała pasma nieba. Czasami wielkie kałuże wyglądały, jakby były w ruchu, gdy wiatr przeganiał nad nimi obłoki. Ulice przypominały wolno płynące rzeki, a przechodnie byli migocącymi plamkami. Korony drzew miały kształt zielonych kół, które wraz z oddaleniem szarzały…
Lubił ten moment, gdy opuszczał miasto, a pęd powietrza muskał jego napięte ciało. Przypatrywał się prostokątom pól, wstęgom rzek. Wznosił się coraz wyżej i wyżej, by za chwilę zapikować i poczuć ten spin całym sobą. Czasami opadał łagodnie, pozwalając, by wiry powietrza porywały go i władały nim całkowicie…
Kiedy budził się we własnym łóżku, bywał tak wyczerpany, jakby odbył całodzienną pieszą wycieczkę. A jednak za nic nie oddałby tego szaleńczego bicia serca, przyśpieszonego oddechu, uczucia niemierzalnej wolności…
Kiedy usłyszał o reinkarnacji, postarał się w nią uwierzyć i wyobrażał sobie, że po śmierci odrodzi się w ciele ptaka. Orła. Imponowało mu stalowe ciało, wielkie skrzydła, mocny dziób i szponiaste pazury. Marzył o podniebnych lotach, lądowaniu w miejscach niedostępnych człowiekowi, dreszczu emocji spowodowanym polowaniem…
Przyszedł czas, że modlił się, by zasnąć i któregoś dnia obudzić się w białopiórym ciele.
Tak zachłysnął się swoim pragnieniem, że przestał odczuwać lęk przed śmiercią. Przeciwnie – nie mógł doczekać się momentu, kiedy przemierzy tę ostatnią drogę i stanie się tym, kim pragnie…
I ziściło się. Tak, jak sobie wymarzył.
Pewnego dnia, gdy powrócił ze swojego nocnego lotu – jego serce zatrzymało się, oddech zamarł, a on w bliżej niesprecyzowanej jeszcze postaci spłynął obok tego niedoskonałego truchła i przeniknął je, nie odczuwając żadnego żalu, najmniejszej tęsknoty…
Nagle przeczuł, że jakaś siła każe mu podążyć ku moszczącemu się oczekiwanym spełnieniem kształtowi.
Bezwiednie zwabił nicość i błąkał się w niej jakiś czas. Wreszcie poczuł, że coś się zmieniło. Krew zatętniła w żyłach, serce zadudniło w piersi i ciepły oddech wypełnił płuca…
Otworzył oczy.
Był ptakiem. Mocą własnych pragnień stał się istotą doskonałą.
Rozpostarł skrzydła, wyciągnął szyję i z półotwartym z zachwytu dziobem uczynił kilka kroków, by wziąć rozbieg i wzbić się w powietrze.
A gdy już, już miał oderwać się od ziemi, jego wzrok zahaczył o lustro kałuży.
Potknął się nagle.
Zatrzepotał rozpaczliwie skrzydłami.
Tłustym kuprem rozorał miękką ziemię.
Zarył w grzęźli.
Rozkurczył i zakurczył pożółkłe pazury.
W zeszklonych oczkach łysnął strach.
Szarpnął się w ostatnim błysku świadomości.
Uniósł głowę i zagdakał bezmyślnie.