a co jeśli

na włosach zima
a w sercu wiosna
śnieguliczkami ćwierka
w krtani skurcz
a po łuku wenus
poziomkowo turla się świt
u ramion skrzyp
a na języku wypukłość
chropawa kręgosłupa faluje
od ud wiotkość
a na wargach skóry woń
damarą przesiąkniętej drży
u stóp bossa nova
a między opuszkami fuga
smyrga żelaziście posrebrzona

Pięciolatka w trzy dni…

Witam.

Nie. Aż tak krótko to nie trwało, choć wydaje się, że niewiele dłużej.
Miło mi poinformować, że Kartka… obchodzi dziś piąte urodziny.
Nostalgicznie się zrobiło. Zwłaszcza, że pięć lat to jednak szmat czasu, czego by tam tytuł wpisu nie sugerował…
Aż się wierzyć nie chce, że niemal wszyscy, których poznałam na początku mojej przygody z blogowaniem nadal są obok.
Jak już pewnie zauważyliście, nie należę do zbyt wylewnych osób. Niewiele piszę o sobie, choć tak naprawdę – każdy mój tekst mówi o mnie więcej, niż mogłoby się wydawać.
Wbrew formie, ponieważ każdy wpis to zawsze bardzo osobiste, subiektywne spojrzenie na osobę, sytuację, zjawisko. Przefiltrowane moją wrażliwością, wspomnieniami, przemyśleniami.
Nie wiem, czy to najłatwiejszy sposób na poznanie drugiego człowieka, ale – myślę – nienajgorszy, skoro wciąż tu zaglądacie.
Nadal za równie sympatyczny uważam każdy rodzaj kontaktu z Wami i każdy jednakowo cenię.
Dziękuję za ten wspólnie spędzony czas i mam nadzieję, że długo jeszcze pozwolicie mi cieszyć się Waszym towarzystwem.

Pozdrawiam:)


Obrazki. Bej.


Nie chce mi się…
Chyba nic mi się nie chce.
Wychodzę na taras i przysiadam w rattanowym foteliku.
Zimno.
Cofam się po herbatę i znowu zalegam w rogu między przytachanym z lasu modrzewiowym korzeniem a kwietnikiem, w którym nic nie rośnie.
Jeszcze…
Łudzę się.
Wiem, że nigdy niczego w nim nie zasadzę, bo nie będę mogła dbać o to, co zakwitnie.
A skoro tak – nie ma sensu zaczynać.
Za to korzeń wciąż pachnie.
Po tylu latach nadal wypłakuje żywiczne krople o lekko smolistej, podwędzanej woni. Woni i fakturze suszonych gruszek zwisających pękami z belek drewnianych straganów.

– Dzień dobry!
Przestraszył mnie.
Prędzej spodziewałabym się tutaj dzika albo łosia.
Odwróciłam się. Może zbyt nerwowo, bo dojrzałam cień niemal natychmiast zgaszonego uśmiechu.
– Dzień dobry! – odparłam, lustrując go od stóp do głów.
Wyglądał wyjątkowo niekorzystnie. Chyba przez ten ściągnięty wokół twarzy kaptur.
– Przestraszyłem panią?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie sądziłam, że ktoś jeszcze może błąkać się po takich mamorach.
*
Zza pleców dochodzi wycie psa.
Jak on skawęczy! Jakby ktoś go maltretował.
A to tylko reakcja na ruch za ogrodzeniem.
Nieistotne – jaki ruch. Wróbel, przechodzień, porzucona reklamówka…
Wszystko, co się rusza, wyzwala w tym psisku gejzery skowytu.
Poczucie własności dorównujące człowieczemu.
Mawiają, że pies jest zdjęciem właściciela. Takim bez retuszu.
Kwintesencją.
Myśli. Pragnień. Instynktów.
Groźne.

Rzeczywistość objawiła się wypadkową strachów. Może realnych. Ale prędzej – usłużnie podsuwanych przez rozpasaną imaginację. Nadciągnęły nagle. Falą odległych pojękiwań.
Uśmiech podążającego obok mężczyzny, jawny teraz, zdawał się przeczyć atmosferze zagrożenia.
Podejrzewałam, że to te nieszczęsne mamory wywołały w nim tyle wesołości.
Zerknęłam i już tak pozostałam, bezwstydnie wgapiona w jego twarz. Nagle piękną.
Zmarszczki! – olśniło mnie.
To one sprawiły, że przestała być wklęsłym, absurdalnie powyciąganym bezkształtem.
Z trudem oderwałam wzrok od mimicznego widowiska i spojrzałam przed siebie.
W oddali majaczyła wtapiająca się w tło ambona.
*
Wyglądam przez barierkę.
Obfita dziewoja faluje na rowerze.
Jest zimno, a ona obleczona lyckrowymi kolarkami i gumowaną podkoszulką.
Sama już nie wiem, co jest bardziej nieapetyczne – bladość miękkich piersi wylewających się z rozciągniętego dekoltu czy bulgocące na siodełku pośladki.
Tego siodełka mogę się tylko domyślać. Całość wygląda jak zjadliwie różowa olszówka z metalowym trzonkiem. Bo kolarki są w odcieniu wściekłego różyku… A trykocik – żarówkowo-pomarańczowy.
Przy akompaniamencie psich lamentów neonowa rowerzystka znika mi z oczu.
Wreszcie.
Omal nie zamarzłam, patrząc na nią.

Pod stopami zamlaskało.
Zeszłoroczne liście nie zdążyły przeschnąć. Doznałam wrażenia, że oleista woń stęchlizny spowalnia moje kroki. Brnęłam, dopóki obciągniętej nogawką łydki nie czepnęło coś ostrego. Nie było twarde. Prawie bez oporu poddawało się mojemu napierającemu ciału. Po chwili pojęłam, że to podmarznięte źdźbła karłowato zdziczałej spartyny. Ciągnęło od niej chłodem. Poczułam to mimo wysokiej cholewki. Mimo mięsistości dżinsu. Wstrząsnął mną dreszcz.
Spojrzałam na towarzysza, ale chyba nie zauważył niczego. Maszerował dziarsko, rozglądając się dookoła. Nieodgadniony uśmiech wciąż igrał na jego twarzy.
– Bej. Jestem Bej – rzucił w przestrzeń.
A potem włożył rękę za pazuchę i jak bazarowy kuglarz błysnął matowo-irydowym termosem.
*
Sięgam po filiżankę z wystygłą herbatą i przyglądam się tęczowej powłoczce na rozkołysanej powierzchni.
Równie fascynującej jak zapamiętane z dzieciństwa kałuże przy cepeenie.
Uwodzące niczym łepek sposobiącego się do godów kaczora.
Rozdzierane znalezionym patykiem i pokrywające się po chwili benzynową błonką…
Przechylam naczynko i patrzę na porcelanową smużkę wolno sunącą po ściance.
Zanurzam palec i unicestwiam transparentny kożuszek.
Krzywię się. Zimna herbata jest gorzka. I pachnie inaczej. Bagiennie.

Balsamiczna woń turzycy splątana z błotnym posmakiem kosaćcowych kłączy otuliła przemarzniętą przestrzeń. Nad wszystkim rozsnuła się biaława smużka kwiatowego pyłku okrężnic.
– Jestem Bej – powtórzył, a ja nie zdołałam powstrzymać uśmiechu.
Ten dźwięk zdecydowanie nie mógł być ludzkim imieniem. Prędzej – kocim. Uwodzicielskim miauknięciem stroszącego czarne pędzelki rysia. Albo mającym przerazić parsknięciem rozsierdzonego żbika.
Zerknął w moim kierunku, jakby czegoś oczekiwał. Powątpiewania? Protestu?
– Ola – odpowiedziałam, nie kryjąc odrobiny satysfakcji, którą sprawiło mi jego zaskoczenie.
Jakby wahał się, czy postąpił słusznie, prowokując moją szczerość.
– Obawia się pan, że ktoś mógłby zyskać nad panem nieograniczoną władzę? – spytałam, nawet nie siląc się na żartobliwy ton.
W tyle głowy zawyło.
No nie! Flirtuję z zupełnie nieznanym facetem. Na pustkowiu! Tylko mi może się przytrafić taki idiotyzm.
Bacznie szukając w jego twarzy dezaprobaty, uchwyciłam nagle kątem oka coś znajomego. Błysk szyby. Napięłam się.
*
Przez otwarte drzwi słyszę cykanie zegara.
Telefon milczy.
Staram się nie zwracać uwagi na tamujący oddech, jątrzący się w dole brzucha lęk.
Spoglądam w odległe okna.
Właśnie ktoś otwiera jedno. O przesmarowanych zawiasach, więc – bezdźwięcznie. Ale tafla zdradziecko miga odbitym wieńcem przesrebrzonych chmur.
W marszową melodię cykadeł wdziera się agogowy stukot łapek po parkiecie.
Psiuła ma tę swoją przypadłość.
Każdy spacer grozi wyrwaniem rąk ze stawów.
Wszyscy psi kawalerowie są najpiękniejsi. Wszyscy jednakowo interesujący.
Smutno zerka przez tralki i pociąga nosem.
Pewnie wywęszyła kolejne samcze perfumy.
Przeganiam ją z werandy, nim wpadnie na pomysł, by zwabić tu jakiegoś czworonożnego poczciwca śpiewem…
Psich serenad nawet ja chyba nie byłabym w stanie znieść. Ja – wielbicielka alikwotowych wyczynów Shainkho Namtchylak, bardziej swojsko zwanej Ludką Namczyłak.

Niespodziane muśnięcie zdekoncentrowało mnie.
Z ulgą zerknęłam niżej, doskonale wiedząc, co zobaczę. Pochyliłam się i dotknęłam trójkątnego łebka. Czekałam na srogą reprymendę: w leśne ostępy psom bez smyczy i kagańca wstęp surowo wzbroniony.
Nie wybrzmiała.
Zamiast tego mój już znajomy przykucnął i świsnął cicho przez zęby, wyciągając rękę.
Psiuła nie warknęła, jak to miała w zwyczaju. Przysiadła i nieśmiało wysunęła pyszczek, by powąchać podetkniętą dłoń.
Prychnęła i zamerdała ogonem.
Zaskoczyła mnie.
Nie wiedziałam, jak zareagować, więc odgięłam się i poprawiłam zupełnie dobrze chroniący przed siekącymi podmuchami kaptur.
*
Wzdraga mnie nagle.
Wiatr jest bezlitosny. Wdziera się pod polar. Pikowana tkanina nie stanowi najmniejszej przeszkody.
Jest brutalny niczym przepędzony kandydat na kochanka.
Wściekły i agresywny.
Próbuje zedrzeć ze mnie bluzę. Przypiera do oparcia.
Wgniata w siedzenie.
Pęta ręce i uciska kolana.
Szarpie włosy i wtłacza oddech do gardła.
Jakby wiedział, że to, czego nie dostał po dobroci, może wyegzekwować siłą.
Przenika mnie na wskroś.

Schwyciłam brzegi kołnierza i otuliłam się szczelniej.
Nie było mi aż tak zimno. Chciałam wykazać się konsekwencją w bezsensownym, wynikającym z popłochu działaniu. I dać sobie trochę czasu na bardziej stonowaną reakcję.
Nie byłam zazdrosna o sympatię Psiuły. Raczej zaniepokojona.
A tego okazać nie mogłam.
Nie miałam pojęcia, czemu, ale czułam, że okazanie lęku nie byłoby najlepszym posunięciem.
Nawet jeśli miałam prawo odczuwać dyskomfort.
Obróciłam się lekko i pozwoliłam, by kaptur nadął się, a w uszach boleśnie zaborował wiatr.
*
A może to nie wiatr.
Może to ja.
Od dwóch tygodni boli mnie ząb.
Kolejne panie dentystki ze słyszalnym w głosie uśmiechem bardzo uprzejmie oznajmiają, że nie przyjmują. Proponują to i tamto. Ale nie na receptę. To wymagałoby konsultacji, więc… sama rozumiem… Przykro im.
Czas totalnej psychozy…
Pazerność też ma swoje granice. Jak widać.
Za to własne życie nie ma ceny.
Tylko czemu akurat ja muszę się o tym przekonywać.
Chodzę po ścianach.
Zastanawiam się, jak sobie pomóc.
Zaglądam do skrzynki z narzędziami.
Widok wiertarki w zębie wywołuje atak paniki.
Płaskoszczypy przyprawiają tylko o lekkie bicie serca.
Młotek wydaje się całkiem przyjemną alternatywą.
Chowam skrzynkę.
Nie zrobię tego.
Na razie…

Skurcz wiązadeł sprawił, że zmrużyłam oczy.
Przełknęłam ślinę.
Oczekiwałam bólu płaskim klinem wbijającego się w świadomość.
Nie pojawił się.
– Boi się mężczyzn – wyjaśniłam więc krótko, gdy rudzinka na zbytnią poufałość jednak się nie zdecydowała.
Pokiwał głową. Jakby nieufność rozumiała się sama przez się.
Zastrzygł palcami. Może domyślił się, że Psiuła jest ciekawska.
Była.
A jednak nie ruszyła się z miejsca.
Tkwili naprzeciw siebie i ważyli siły.
Wreszcie połowiczny pogromca zaśmiał się cicho. Tylko ja wiedziałam, że – pogromca. W końcu wyciągnięta ręka wciąż miała wszystkie palce. Ale nie zamierzałam go uświadamiać.
Poczekałam, aż cofnie dłoń i wstanie się z kucek.
Poklepałam Psiułę po grzbiecie. Ten gest chyba ją odczarował. Zerwała się, otrząsnęła i odbiegła na bezpieczną odległość. Dopiero tam przysiadła znowu i, przekrzywiwszy łepek, przekornie patrzyła na mężczyznę.
Dałabym głowę, że cała rudość chichotała w niej radośnie.
Sięgnęłam do kieszeni i kanapkowy papier zaszeleścił kusząco.
*
Powinnam coś zjeść, ale nawet myśl o otwarciu ust sprawia ból.
Tydzień temu waga pokazała czterdzieści siedem kilo.
Już nie zawracam nią sobie głowy.
Idę do kuchni i robię koktajl.
Awokado. Czarne oliwki. Garść migdałów. Parę listków kolendry. Woda. Sól.
Dorzuciłabym kilka makadamii, ale nie pozbędę się łupinek. Użycie siły do podważenia nożykiem skorupki wymaga zaciśnięcia zębów. Nie metaforycznego. Niestety.
Słomki to pożyteczna rzecz…
Wsłuchuję się w bolesne pulsowanie. W kości skroniowej coś chroboce. Usłużna wyobraźnia podsuwa makabryczną wizję larwy przypłaszczka wygryzającej kanaliki w okostnej.
Potrząsam delikatnie głową i staram się skierować uwagę na coś innego.
Drepcąca miękko Psiuła zaprząta ją skutecznie. Przez chwilę.

Pod łapkami zaskrzypiał mech.
Rytmowi naszych kroków towarzyszyły oddechy drzew, komponujące własną, z lekka zwariowaną melodię.
Zwichrowaną – uśmiechnęłam się.
Jak przyjemnie było słyszeć.
Zadyszane okrzyki leszczyn i jarzębin. Poufałe zwierzenia kruszyn. Trzepocącą paplaninę topól. Szmerliwie uśmiechające się brzozy i statecznie pomrukujące dęby. Kąśliwe uwagi świerków i łagodne falowanie wiotkich gałązek sosen.
Ściskałam lekką kulkę. Jej szelest wydał mi się równie przyjazny. Faktura zmiętego papieru łudziła opuszki odnalezieniem sensu w układzie zagnieceń i punktów przypominającym pisany brailem tekst.
*
Próbuję zająć ręce niemyśleniem. Oszukać znękany mózg.
Błądzę palcami po właśnie wyszytym, wypukłym wzorku. Koraliki świergocą i układają się w serie błysków.
Krótkie. Długie. Krótkie. Trzy po trzy. Plotą się jak moje skojarzenia… Razem dziewięć.
Pochylam się i kolejna triada zgrzyta w oczodole.
To nie do zniesienia.
Potrzebuję pomocy.
Ale to wiem i bez prostackich komunikatów od mojego ciała.
Może powinnam się upić.
Ba! gdyby to było takie proste.

Napór bodźców nieoczekiwanie objawił się zmęczeniem. Pragnieniem, by choć na chwilę zawiesić się, poddać otępiającemu nicnieczuciu.
Kojącemu spokojowi otoczenia towarzyszyło wewnętrzne larum. Stąpałam po skraju paniki, napięta i przerażona, bo każde ewentualne piknięcie jawiło mi się zagrożeniem. Zapowiedzią powrotu do doznań tak paskudnych, że nawet myślenie o nich skutkowało otchłanną czernią.
Wyrównywałam oddech, co krok podejmując próbę, by nie poddać się wspomnieniu o lęku. Bo wspomnienie było stokroć bardziej paraliżujące. Zniewalało, łamiąc wolę i wypierając resztki rozsądku.
Kolejny alarmujący wizg zagłuszył na chwilę wszystko inne.
*
Skądś dochodzi płacz. Dziecięcy.
Wplątują się weń poirytowane basowe pomruki. I pośpieszny tupot.
Płacz ustaje.
Przesycony nienawiścią dwugłos częstuje codzienną porcją frustracji. Wykrzyczane rozczarowania krążą chwilę wokół i spadają z łomotem na podłogę. Mają swój ciężar.
Oskarżenia żenują.
Śpiew jest dużo bardziej wkurzający.
O równie histerycznym, piskliwym brzmieniu.
Rozumiem, że ma wybić się ponad wznowiony szloch, ale żeby w aż takim natężeniu…
My nie potrzebujemy ukojenia.
A jeśli nawet – to nie takiego.

Szum lasu rozdarło kwilenie tak żałosne, że Psiuła instynktownie mu zawtórowała. Przysiadła, uniosła głowę i lekko rozwarty pyszczek zawibrował porażającym nerwy wyciem.
Nieoczekiwanie odległy zaśpiew przeszedł w ni to szloch, ni – chichot. Nie wiedzieć czemu, przejął mnie grozą. Jeżył włoski na karku, sprawiał, że ramiona pokryła gęsia skórka.
Którymś, nieidentyfikowalnym zmysłem czułam, że musiał pochodzić z najbardziej pierwotnego, barbarzyńskiego czasu. Z epok, w których siła istnień tkwiła w ich jedności. Gdy bezzasadne odebranie życia innemu stworzeniu było zbrodnią wyciskającą się piętnem na istności eksterminującego. Oddzierało z jego duszy cząstkę po cząstce, strącając w niebyt.
Rozpaczliwa pieśń sprawiła, że wszystko we mnie zamarło. Skuliło się. Jakbym wewnętrzna „ja” straciła wsparcie współistnień i stała się nieporadną w swym osamotnieniu kupką instynktów.
W ten marazm wplótł się swojski terkot. Brzeczki? Mniej istotne – czyj, bardziej, że miał moc odczyniania.

Gruch! Gruch! Gruch!
Dzika lokatorka z górnego tarasu też chyba wyraża swoje niezadowolenie.
Nie miałam sumienia wyrzucić jej z mozolnie uskładanego gniazdka. Teraz wysiaduje kolejne, szaro-nastroszone brzydulątka i grucha im kołysanki. Brzmią o niebo przyjemniej niż człowiecza pieśń pacyfikująca.
Staram się nie zakłócać im tego krótko trwającego życia rodzinnego. Tym bardziej, że w tym roku zachowują się z większą kulturą: brudzenie ograniczają do kilkucentymetrowego kręgu wokół gniazda. I plandeki na przyczepce sąsiada.
Przynajmniej jego codzienne pokrzykiwania skłaniają mnie do takich wniosków.
Na szczęście nie wpadło mu do głowy, że wypipczane gołębie hodują się u mnie.

Poddałam się rumotowi z przyjemnością, o jaką trudno było mi siebie podejrzewać.
Szklana tafla, którą sama sobie stworzyłam, rozprysła się niby majolika zrzucona przez nieostrożnego ignoranta.
Kto by pomyślał, że w tak mikrym gardziołku kryje się tyle wigoru. Mocy, która sprawiła, że znowu usłyszałam. To, co bliskie, klujące się pod stopami, w zasięgu rąk. I to, co dalekie, sygnalizowane gwizdami i zgrzytami cywilizacji.
Towarzyszące mi obecności urealniały wędrówkę. Nie pozwalały ugrzęznąć we własnych słabościach, napędzanych okolicznościami, które sama kreowałam.
– To raczej puszczyki albo sowy – uznałam za stosowne odezwać się.
Głównie po to, by przepędzić akustyczne demony.
*
Czas przecieka przez palce.
Dzielę go na płatki, wkładam między stronice czytanej właśnie książki i zasuszam w nadziei, że odrobina wilgoci pozwoli go kiedyś odzyskać.
Nie dzieje się nic. Wyglądam przez okno. Ulica dyszy od bezruchu. Jest już tak umęczona odpoczywaniem, że jej obłości pokrywają się sinymi odleżynami chwastów. Piołunem i mlecznobiałą bylicą, teraz szarawą od bitumicznego pyłu.
Wypatruję jakiegokolwiek ruchu. Najmniejszej bodaj, podążającej dokądś figurki. Niemrawo sunącego auta. Zaaferowanego swoimi sprawami psa.
Nic.
Cisza.

W przyczajonym milczeniu dotarliśmy do przesieki.
Niewiele tu było takich miejsc. Natura ukochała drzewny rozgardiasz.
Korzenie splatały się w spontanicznym tańcu, a gałęzie trącały, niby mimochodem. Jak naiwni konspiratorzy, którym wydaje się, że nikt nie wie o ich tajemnym porozumieniu.
W prześwicie zamajaczyła łączka. Zbyt duża na polanę, za mała na łąkę. Łączka.
Pod kolanem smyknął koszyczek krwawnika. O lekko błękitnawych kwiatach. Wielka rzadkość w tej okolicy. Większość gleb była zasadowa i sprawiała, że płatki różowiały. Jakby okrywały się delikatnym rumieńcem.
Pochyliłam się i odwzajemniłam muśnięcie.
Dłonie momentalnie nasiąkły zapachem lekko nadpsutego mięsa. Wystawiłam je na wiatr. Spojrzałam pod słońce. Wyglądały jak dwa nieforemne żagielki.
Wokół palców owinął się gorzkawy aromat kurdybanku. W ślad za zniewalającym zapachem przypłynął skrzyp rzadko używanych zawiasów.
*
Otwieram okno.
Do kuchni wpada wiatr.
Młodszy krewniak brutala z werandy.
Wydyma firankę. Przewraca plastikowy kubeczek. Zrzuca z parapetu zasuszone grabowe skrzydliki. Robi odrobinę zamieszania i wypada, pozostawiając po sobie wrażenie pustki.
Na nagiej gałązce mandżurskiej wierzby dostrzegam wróbla. Wygląda jak pomarszczone mrozem pepino.
Tak bardzo pragnę, by się poruszył, że wychylam się i donośnie klaskam. Nie ma najmniejszego zamiaru zrobić mi tej przyjemności, więc po kilku próbach rezygnuję.
Opieram się pokusie, by rzucić w niego suszącą się na parapecie żurawiną.
Trafiłabym na pewno, ale czy mój kaprys wart jest jego strachu?
Mogłoby nie wytrzymać ptasie serce i zostałby na tym pnączu niczym niemy wyrzut sumienia. Mojego sumienia.
A po paru dniach opasły kocur sąsiadów rozprawiłby się ze szpakowatym truchełkiem, już na zawsze pozostawiając mnie w poczuciu winy.

Rdzawy szurgot roztarł nienaoliwione części mechanizmu.
W leszczynowej plątaninie pełgały futrzane ogniki.
Tyle było w nich nieokiełznanej radości, że ulegliśmy niemal jednocześnie. Przystanęliśmy i wpatrywaliśmy się w hipnotyzujące akrobacje.
Nawet Psiuła zaniechała węszenia. Przysiadła i z niepokojem śledziła baletowe wyczyny, bezwiednie drobiąc w miejscu przednimi łapkami.
Skrzekliwe chichoty przerwały nasz obłąkańczy trans. Po chwili tylko chybocące się lekko witki były dowodem, że harców leśnych lich sobie nie wymyśliliśmy.
Otrząsnęliśmy się i ruszyliśmy ramię w ramię, zanurzając się w coraz mniej realną migotwę zieleni.
*
Jest tak gnuśnie, że zadowoliłabym się nawet wizytą tej kociej karykatury.
Uwielbiam koty, ale to, co zrobili temu stworzeniu, zakrawa na kpinę. Jest tak tłuste, że nie daje rady wskoczyć na murek. Przykro patrzeć na tę codzienną szamotaninę instynktu z fizycznością.
Za przestępstwo przekarmienia kota właściciele powinni zostać skazani na miesiąc przymusowego tuczenia.
Gorzej karałabym tylko zwyrodnialców, którzy usuwają kotu pazury. Na przykład wyrwaniem zębów. Nie. Nie wszystkich. Tylko górnych. Z wieczystym zakazem na zrobienie protezy.
Ale dziś nawet Miciuś nie wyściubia nosa na zewnątrz.
Miciuś! Jak można tak znieważyć szarego pręgusa. Rasowego kocura od wąsów po czubek ogona.

Coś zaszurało w nieodległym labiryncie świdw. Skrawki rudawego puchu sunęły nad zmatowiałymi paciorkami granatu. Psiuła przystanęła raptownie i postawiła uszy. Uniesiony ku górze czubek nosa marszczył się zabawnie. Niegłośne prychnięcie uświadomiło mi, że nie rozpoznaje, z czym ma do czynienia.
Zerknęłam na towarzysza.
Uśmiechnął się i położył palec na ustach.
Poczułam się lekko urażona zbędnym ruchem – nie zamierzałam wyśpiewywać arii.
Wyczuł moją irytację i wykrzywił się w pojednawczym grymasie.
Nie planowałam darować mu nietaktu tak szybko, ale głośniejszy szurgot odwrócił moją uwagę. Specyficzne szczekanie poprzedziło efektowne wejście. Z ledwo zieleniejącego wykrotu wychynęły najpierw zakończone miotełkami złotawe trójkąciki, by po chwili objawić się skołtunionym, okrągławym kształtem. Puchata kula zamarła na kilka sekund. Zaraz jednak schowała się, żeby niespodziewanie wyprysnąć słonecznym, przetykanym seledynowo łukiem.
Jeszcze chwilę pobłyskiwała w łysawym gąszczu, pozostawiając po sobie smużkę ostrego, rzeżuchowego tropu.
Spojrzałam w dół. Zjeżona Psiuła zdradzała oznaki zdenerwowania. Pochyliłam się i dotknęłam napiętego karku. Poczułam gruzły naciągniętych, pulsujących strachem ścięgien.
Zacisnęłam palce na sierści. Instynkt wziął górę i końcówka wyprężonego ogona rozchybotała się lekko.
Ruszyliśmy wolno.
Oktanowy zapach wijącej się w niewidocznej dali szosy przypomniał, gdzie jesteśmy.
*
Cofam ramiona i słyszę daleki warkot. Po chwili przejeżdża samochód. Rzadki widok od pewnego czasu, więc odprowadzam go wzrokiem, dopóki nie znika za łagodnym zakrętem.
Terkot cichnie, by nieoczekiwanie wybuchnąć tuż obok. Rozglądam się i dostrzegam pękatego trzmiela.
Jest nie mniej przerażony niż ja. Czuję jego znaczony ociężałym wirowaniem strach.
Zostawiam otwarte okno i wychodzę pospiesznie, przymykając drzwi. Mam nadzieję, że gdy zniknę mu z pola widzenia, odzyska rozsądek i odnajdzie drogę ku wolności.
Zapachnie mu kwitnąca za oknem wierzba i ulegnie pokusie. Albo instynktowi.
Ulega.
Gdy wracam, czujnie napięta, po wytwornym intruzie nie ma nawet śladu.
Oddycham z ulgą i zamykam okno.

Panorama rozkwitała stopniowo.
Jak na przecieranym z kurzu ekranie.
Mgliwy oddech parczelinowych pąków materializował się goździkowym zapachem, wabiąc złotawe, wszędobylskie morsznice. Wykonywały swój geometryczny taniec, nie zwracając uwagi na ciekawską Psiułę.
Podbiegła i, podskakując, próbowała rozgonić tancerzy zabawnymi kłapnięciami szczęk. Unosiła się na tylnych łapkach, łącząc przednie, jakby miała zamiar zaklaskać.
Obok mnie rozległo się chropawe podzwanianie do złudzenia przypominające potrząsanie mosiężnymi blaszkami tamburynu.
Obróciłam głowę. Mój towarzysz śmiał się, angażując w tę przedziwną kakofonię nie tylko usta i oczy, ale także ramiona i stopy.
Znowu ogarnęło mnie niepokojące wrażenie, że patrzę na rozbawionego irbisa.
Nie potrafiłam wyzwolić się spod uroku tego widowiska.
Jakbym nagle znalazła się w ogrodzie z baśniowych kart tysiąca i jednej nocy.
Fiołkowy aromat snuł się tuż przy ziemi klarnetowymi pasmami, dudnił kaskadami darbuk.
Zboczyłam ze ścieżki i wyciągnęłam rękę w kierunku najeżonej kępki dzikiego tymianku.
*
Mogę wreszcie zająć się tym, po co przyszłam.
Warzę miksturę. Remedium na ból. Mój prywatny, miałki bólik, niewiele mający wspólnego z bolączkami świata. Nie – kosmosu. Świata. Bo kosmos to porządek, antonim chaosu, a tego, co dzieje się dookoła, w żadnym razie ładem nazwać się nie da.
Ale uśmierzenie własnych przypadłości wystarczyłoby mi. Tak doraźnie. Jako wstęp do działań innego kalibru.
Czuję się jak wiedźma, ucierając dębowe grudki kory w starym moździerzu.
Niesporo mi idzie.
Złoszczę się.
Moździerz pochlipuje. Czasem jak karaibski hang, częściej jak nigeryjskie udu.
Nozdrza łechce mdławy, kardamonowy zapach dębowego pyłu.
Sypię szałwię i jej dezynfekująca woń przełamuje kamforową ostrość.
Szaro-różowe koszyczki krwawnika trzeszczą i pękają przygwożdżone tłuczkiem, rozsiewając wspomnienie sierpniowej łąki.
Zmiksowany goździkowy susz dodaje wszystkiemu pikanterii.
Mieszam nadzieję na ulgę.

Trącone dłonią bylinki rozsiały wokół smak ukojenia.
Zeszłoroczne rozłupki brązowiły się wśród badylastych łodyg. Gdzieniegdzie zaszemrał drobny listek.
Idący obok mężczyzna przykucnął.
Cynamonowy obłoczek spowił nas delikatnie. Opadł zapachem wonnej wiśni i osnuł lepką słodyczą daktyli. Miał kremową konsystencję wielbłądziego mleka i słonawym refleksem kładł się na wargach.
Myśl o seraju nie opuszczała mnie ani na chwilę. Odcienie zieleni układały się w barwny kilim, kusząc symetrią wzoru.
Wyczekiwałam korzennego powiewu muszkatu i stepowej ruty.
Spojrzałam na sąsiada. Wyszeptywał nieznane mi treści, które bardziej przeczuwałam, niż słyszałam.
Drgania głosu poruszały pastorałki zachylnika i kłosy sitowia, sugerując istnienie werbalnego klucza do zaczarowanych dawno temu miejsc.
*
Powinnam wymówić jakieś zaklęcie i gdyby ból nie był tak świdrujący, może pokusiłabym się o trochę rozrywki w tym całym szaleństwie.
Jakiś szamański taniec.
Kilka wersów utkanej na poczekaniu magicznej formułki.
Prywatne czary mary na domowy użytek.
Nic z tych rzeczy.
Zero mistyki.
Wyłącznie obrzydliwy, chłodny racjonalizm…
Choć może moje niezwerbalizowane pragnienie, by cierpienie się skończyło, ma większą moc niż wszystkie kiedykolwiek wypowiedziane kugle.
Nie wiem.
Stawiam rondelek na płytce i mieszam swoją tynkturę.

Zabulgotało. Zakipiało.
Z trudem oderwałam wzrok od transformującej się przede mną narecznicy. Het, na horyzoncie majaczyło kilka punkcików.
Wilgotne powietrze okazało się niezłym przewodnikiem fal akustycznych.
Wytężyłam wzrok.
Ruchome plamki połyskiwały metalicznym granatem.
Wyraźnie widziałam szlaczki karminowej czerwieni, choć odległość sugerowała, że to raczej nadinterpretacja.. Podbechtana domysłem imaginacja.
Reakcja na skrzekoty towarzyszące widzianym niejednokrotnie tokom.
Małe łapki pacnęły mnie w udo.
Pochyliłam się, chwyciłam Psiułę za uszy i potargałam uspokajająco.
Nie pomogło.
*
Powietrze przesiąka oczekiwaniem.
Pora. Zrobić coś dla innych. Zmierzyć się z zewnętrzem.
Osmyczona Psiuła czmycha przez drzwi.
Gwałtownym szarpnięciem niemal wyrywa mi rękę.
Zazwyczaj się tak nie zachowuje. Ale od paru dni nic nie jest takie jak zazwyczaj.
Robię krok i nagle tracę grunt pod nogami.
Koziołkuję, instynktownie próbując osłonić wolną ręką głowę. W drugiej zaciskam smycz.
Droga jest krótsza, niż mogłoby mi się wydawać, zważywszy, że przemierzam te schody kilkanaście razy dziennie.
Dziś wiem już na pewno, że, turlając się, można pokonać je o wiele szybciej, niż schodząc.
Ostrożnie rozprostowuję się z dziwacznego kłębka, w który zamotałam się, spadając.
Powoli unoszę głowę i wędruję wzrokiem po obwisłej smyczy. Na jej końcu kuli się przerażona Psiuła.
Przez ten cholerny jaszmak nie zobaczyłam, że zaczynają się schody.
„…pięć, sześć, siedem, osiem,
spadła Olka, klnąc pod nosem…”
Nie. Nawet w takiej chwili nie potrafię wyzbyć się idiotycznych skojarzeń.

W stłuczonym ramieniu łupnęło. Niemocno jeszcze. Ostrzegawczo. Ale nie miałam wątpliwości, że to dopiero preludium.
Skrzywiłam się.
– Powiedziałem coś nie tak?
Czy on musi być aż tak spostrzegawczy, do cholery!
Zaprzeczyłam i w dwóch zdaniach streściłam niefortunną przygodę.
Pokiwał głową.
Ze zrozumieniem, jak mi się wydało.
I – rozzłościłam się.
Trochę na tę empatię, bijącą z każdej zmarszczki wokół oczu. Bardziej na siebie za niezrozumiałą wylewność.
Skąd nagle przyszło mi do głowy, by zwierzać się komuś obcemu?
Skąd w ogóle przyszło mi do głowy, by się zwierzać?
Złość nie próżnowała – otuliła mnie od stóp do głów ciasnym kokonem.
*
Adrenalina wciąż działa, więc z godnością wychodzę na zewnątrz.
Spacerujemy awaryjną trasą, krótszą, przewidzianą na nagłe wypadki.
O dziwo – Psiuła nie protestuje. Pokornie drepce obok.
Może czuje się winna.
Albo lepiej ode mnie wie, co będzie, gdy nadnercza zaprzestaną nadprodukcji epinefryny.
Na razie nie odczuwam skutków upadku, ale nie wątpię, że odczuję.
Prędzej niż później…
Póki co, staram się wykorzystać to armistycjum najlepiej, jak się da.
Przemierzam znaną marszrutę i próbuję skupiać się na odgłosach.
Miejska cisza to oksymoron. A przynajmniej tak mi się do niedawna wydawało. Trudny, jeśli nie niemożliwy, do uchwycenia był zawsze moment bezgłosu. Teraz naprawdę nie słychać nic.
Miasteczko wstrzymało oddech… – myślę.

Zaciążyła mi nagle ta niema wędrówka.
My dwoje.
Niby razem, a jednak – osobno. Jak dwa obiekty na przeciwległych krańcach tej samej orbity.
I rudy satelita. Mój satelita.
Psiuła okrążała nas, niemal ocierając się o mnie i zwiększając promień od strony mojego towarzysza. Zadziwiała mnie pokładami niespożytej energii.
Rozorywana gleba pachniała wiosennie, a trącane wiechy bliźniczki broniły się ostrym, fosgenowym zapachem.
Wciągnęłam odruchowo powietrze i w gardle zapiekło, jakbym wychyliła kieliszek amaretto.
Niewidzialna bariera sparaliżowała na moment oddech i wycisnęła kilka łez, rozszczepiając na drzazgi zsiniałą ze starości ścianę zapomnianego hangaru.
*
Unosząca się od progu woń spirytusu drażni mnie.
Przesuszona od nadmiernego dezynfekowania skóra rąk świszczy nieprzyjemnie.
Nawilżam je kilkoma kroplami waniliowego olejku i czekam, aż się wchłonie.
Gdyby coś podobnego dało się zrobić ze śluzówką nosa i oczu, byłoby znacznie mniej irytująco.
Patrzę na dyszący pod ażurowymi schodami rudy obłoczek, z którego sterczy rozchwiany puszysty pędzelek.
Czasami mam wrażenie, że jeszcze jedno machnięcie i pierzasty probierz odpadnie.
Gdy wydaje się, że częstotliwość merdnięć osiągnęła maksimum, wystarczy się odezwać. Nagle okazuje się, że zakres możliwości rozradowanego ogona jest nieograniczony.

Szliśmy wzdłuż ziejącej wyrwami ruiny.
Pośród, nie tak już soczyście, ale wciąż jeszcze zielonej gęstwy pełgał pomarańczowawy chwościk. Opalizujące oliwkowo liście intensyfikowały jego barwę. W płożące się tuż przy ziemi, poruszane wiatrem konary wplątywały się ogniowe tasiemki, przetykały je i nakrapiały, piętnując powidoczkami złudnego ciepła.
Skupiska badyli – pomyślało mi się.
– Rozognione badyliska – powtórzyłam głośniej.
Idący obok mężczyzna przystanął i zagapił się na buszującą pośród gąszczu Psiułę.
Spojrzeliśmy ku górze, a słońce, jakby zawstydzone naszą pryncypialnością, obłożyło się pierzynami obłoków.
*
Wielki plafon nieba przygasa.
Robi się coraz ciemniej. Bardziej otchłannie.
Siedzę w tężejącym mroku i czekam na efekty. Nie wiem jeszcze, które pojawią się wcześniej – te po miksturze, czy te po zlocie.
Nie spodziewam się kolejnych atrakcji, ale dzień ma wobec mnie własne plany.
Na parapet opadają nagle gęste zawoje deszczu. Pochmurnieje jeszcze. Niebo rozdziera zygzakowaty błysk. Huk przetacza się pod oknami i wsiąka w woale wilgoci.
Obejmuję dłońmi gorącą filiżankę i podpatruję burzliwy dialog nieba z ziemią.
Ciemne chmury miotane z krańca na kraniec przywołują wspomnienie wieczornych bitew na poduchy.
Odstawiam czarkę na parapet i ogarniam się ramionami.
Gorące dłonie onieśmielają nawet mnie.

Tyle w tym bezbronności.
Zażenowanie.
I zapowiedź.
Pociemniały nagle świat paradoksalnie nabrał ostrości. Wyszczególnił to, co do tej pory pozostawało jedynie domysłem. Zamazał znane, wyrzynając dookół na nowo. Plamy zastąpił obrysami. Na mgnienie wyeksponował niczym niewypełnione, igielne konstrukcje. Makabryczne stop klatki z relacji o postapokaliptycznej rzeczywistości.
Wynaturzona, odrealniona architektonika czegoś swojskiego porażała pozorną martwotą.
Niczym na rentgenowskim prześwietleniu korony drzew upodobniły się do monstrualnych czaszek mezozoicznych anapsydów, kłębowisko zagmatwało się jak okaleczona stalowa instalacja, a ożebrowanie liści do złudzenia przypominało chitynowy oskórek adefagów.
Tę potworność urealnił jeszcze daleki pomruk.
*
Hukowi na zewnątrz towarzyszy syk.
Dochodzi z holu. Odwracam się. Z niedowierzaniem patrzę na snop strzelających z rozsadzonej żarówki iskier. Niefrasobliwie zasypują podłogę, pozostawiając w powietrzu smugę wolframowej przypalenizny. Pojedynczy jęk telefonu uświadamia mi, że wywaliło korki.
Zaglądam do rozdzielnicy i unoszę wajchę jednego z wyłączników.
Cisza w domu zmusza mnie do włożenia butów i zejścia do piwnicy. Odblokowuję automatyczny przełącznik. Światła się nie zapalają.
Jakaś większa awaria – dociera do mnie.
Mam cichą nadzieję, że to nie ja pozbawiłam pół Miasteczka prądu zwarciem w żyrandolu.
Nie. To awaria przyczyniła się do żarówkowej mini-eksplozji.
Zahaczam o pakamerę przy garażu i po omacku odnajduję kocher.
Czasami maniakalna dbałość o odkładanie rzeczy na miejsce miewa swoje dobre strony.
Góra straszy pomroką.

Przygięta, skulona, zawróciłam w ślad za mężczyzną.
Wzgardzone niedawno rumowisko przyjęło nas bez zdziwienia.
Gderliwie uchyliło poszatkowane wierzeje.
Przywitało nas fleksatonowymi pojękiwaniami rodem z Canticle of the Sun.
Płaczliwe anty-fanfary brzmiały naprawdę złowieszczo.
Po lękliwym wahaniu Psiuła przycupnęła na wygryzionym progu, co chwila rzucając zaniepokojone spojrzenia w kierunku uchylonych wrót.
Przysiedliśmy na stercie zbutwiałego czegoś.
Czułam się jak w przepołowionych bongosach, po których nerwowo biegały palce początkującego bębniarza.
Podmuch wiatru naparł na uchylone skrzydło drzwi i zawarł je bez ceregieli. Psiuła podpełzła za próg z niewiarygodnym wyczuciem zagrożenia ułamek sekundy wcześniej.
Przez szpary sączyły się mizerne smużki zadeszczonego popołudnia.
Wstałam i podeszłam do przeciwległej ściany. Z wysiłkiem przesunęłam wąziutki prostokącik, pozwalając skłębionemu powietrzu zajrzeć do środka.
*
Szum deszczu wprasza się przez tarasowe drzwi. Wywabia mnie na zewnątrz.
Zniekształcone kontury uśpionych okien sprawiają dość upiorne wrażenie. Szkielet Miasteczka wypełnia mglista ciemność.
Za fastrygą błyska od czasu do czasu gwiezdny okruch.
Otulam się szczelniej i pozwalam wodzie nicować twarz.
Nasiąkam. Powoli. Bardzo powoli.
Jeśli kiedykolwiek jeszcze, to dziś właśnie byłby czas na mężczyznę o deszczowym temperamencie…
Wystawiam dłoń i po chwili zamykam. W zaciśniętych lekko palcach spłaszczam krągłości nocnego chłodu.

Geosminowy odorek osiadł na moich rękach wraz z ozonowym swądkiem.
Nigdy nie przepadałam za kręcącą w nosie agresją geranium. Jeden rzut oka na Psiułę wystarczył, by stwierdzić, że podzielała mój brak entuzjazmu.
W przeciwległym kącie zaszurało.
Nowy znajomy nieśpiesznie zbliżył się do przytwartych mini-drzwiczek.
Wychylił się i mruknął z zadowoleniem. Jego nozdrza rozdęły się, a przez górną wargę przebiegł nieznaczny skurcz.
Zmrużył oczy. Pochylił się i skurczył ramiona, wyciągając jednocześnie szyję.
Nagle odniosłam wrażenie, że zamierza skoczyć.
Chrząknęłam. Nie miałam ochoty na żadne ekscesy, a jego postawa zbyt dobrze przypominała mi łowiecką pozę czającej się na wróble Psiułki.
Jego ciało zaczęło mięknąć i po chwili znowu był tylko mężczyzną o pięknej twarzy. Zwrócił ją ku mnie z czarującym uśmiechem.
Poczułam się zupełnie bezbronna, więc w desperackim odruchu sięgnęłam do kieszeni. Namacałam zapalniczkę.
*
Magiczny blask świec orzeźwia i inspiruje.
Rozstawiam przysadziste walce. Pomieszczenia wypełniają się waniliową poświatą. Rozchybotane cieniście meble rozpoczynają swoją pozorną wędrówkę. Obco jakoś wokół. Inaczej. Przyjaźnie ale niezwyczajnie.
Psiuła węszy czujnie. Kicha i umyka do swojej oazy. Nie jest zachwycona dziwacznymi zmianami i daje temu wyraz, zakrywając przednimi łapkami długi, przyciśnięty do podłogi pyszczek.
Przyglądam się rozchwianym płomykom i stearynowym perłom wytyczającym świetlny trakt.
Zamykam w dłoniach kilka odłupanych łezek.
Lubię balsamiczne ciepło pachnącego uległością wosku.

Na wąsikach Psiuły rozbłysło kilka perlistych kropelek.
Przegapiłam moment, w którym znalazła się przy mnie. Choć mogłam przewidzieć, że ruch znikającej w kieszeni ręki przywabi ją skuteczniej niż wołanie.
Tak nagradzałam ją w pierwszych dniach naszej trudnej znajomości. W czasach, gdy bała się na mnie spojrzeć, wyjść na spacer, podejść do miski z wodą.
Przełamała się jednak w końcu i na zawsze zostałam obdarowana jej nienachalnym towarzystwem. Jakby spuszczenie mnie z oka postrzegała w kategoriach karygodnego niedopatrzenia…
Stąpałam ostrożnie, choć wolałabym poskakać. Przymusowy bezruch zawsze działał na mnie buntowniczo. Zaglądałam w porzucone zakamarki. Żal rozlewał się we mnie, sprawiając, że miałam ochotę uciec z tego, pełnego cudzych wspomnień pojemnika.
Zamiast tego, krążyłam, wypatrując szczęśliwych duchów przeszłości.
*
Rozmigotane cienie przeglądają się w szybach. Jakby pragnęły sforsować ostatnią przeszkodę. Chybocą się w desperackim tańcu.
Kołyszę się do towarzystwa, obserwując urokliwą miotaninę.
Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że utkwiłam w mimoświecie. Mikroskopijnej, niepokolorowanej bombce, którą próbują zawładnąć pierwotne substancje. Ogień. Powietrze. Woda.
Ulegam czarowi pramaterii. Przez chwilę wierzę, że zjednoczenie jest możliwe.
Godzę się na nie.
Nawet za cenę zmiażdżenia mojego kruchego eonu.
Widowisko kończy się tak samo nagle, jak się rozpoczęło.
Niesamowite wrażenie znika.
Deszcz znowu jest tylko deszczem, wiatr wiatrem, a ogień – blaskiem świec.

Nie dostrzegłam zapadłej nagle ciszy.
Skupiona na odległych, niewłasnych widmach, podążałam za wciąż poniewierającymi się wokół śladami.
Odłamki cudzych historii podpowiadały mi ciągi zdarzeń, które kiedyś miały tu miejsce. Każdy napotkany przedmiot zyskiwał moc artefaktu. Osobistego i działającego tylko w powołanych do tego rękach. Do mnie dochodziły zaledwie reminiscencje. Nikłe, ale tak nasiąknięte przeżyciami, że ich wtórna moc uderzała niezwykle boleśnie.
Czułam krążące oczekiwania, marzenia. I gorycz rozczarowań. Niedowierzanie, że nagle mogły zostać zapomniane, stać się zbędne, a nawet – przeszkadzać.
Rozumiałam, że wciąż więcej w nich było zastałej udręki niż pączkującej dopiero radości.
Nie potrafiłam im tego zrobić. Porzucić ponownie, pozbawić tylko co odzyskiwanej nadziei.
Nie w tamtej chwili.
Należał się im czas. To one musiały uporać się ze swoją udręką, by i mnie od niej uwolnić.
*
Ból ustępuje powoli.
Zupełnie inaczej niż gdy się pojawił.
Oddala się stopniowo, czyniąc rzeczywistość znośniejszą.
Odzywa się nieznacznym mrowieniem w skroniach.
Goździkowa goryczka rozpływa się w ustach, podszczypując język.
Wargi, nagle – jak po namiętnym pocałunku, delikatnie obrzmiałe – drętwieją.
Przymykam oczy. Przyczajam się i czekam.
Boję się głośniej odetchnąć, by nie spłoszyć bardzo nieśmiało klującego się kojenia.
Obręcz, ciasno spinająca kości policzkowe i kłykcie, puszcza. Kotłowisko ostro wrzynających się w miękką tkankę rzemieni rozluźnia się. Pękają jeden po drugim, zwracając zmaltretowanemu mózgowi prawo do samostanowienia.

Na mgnienie oka wszystko zamarło.
Mój towarzysz milczał. Jakby czuł, że nie potrzebowałam jego słów. Wystarczyła obecność.
Psiuła zwinęła się w kłębek i wodziła za mną wzrokiem. Jej nieme wsparcie koiło.
Przemykałam między kikutami przeszłego, a każde otarcie odkrywało inną opowieść.
Słyszałam śmiech i płacz. Strzępki cudzych rozmów rozsadzały moją własną krtań, a nieznane głosy natrętnie dopominały się, bym je zidentyfikowała, choć nie miałam na to żadnych szans.
Dwugłos kroków objawiał się dłońmi w czułym uścisku, atoniczne mormorando – rozkołysanym kręgiem splecionych ramion.
Zanurzałam się w szum naiwnych nadziei i skondensowanej, małpiej złośliwości. Zazdrość szarpała ubranie, a ból między łopatkami po ciosie fali tępej bezmyślności omal nie pozbawił mnie przytomności. Nie spodziewałam się aż tak intensywnych doznań.
I nagle zdałam sobie sprawę, że ja także muszę coś zrobić, by przestać być tym mentalnym medium.
Musiałam powiedzieć „nie”.
– Nie… – szepnęłam więc, ale niewiele pomogło.
– Nie! – ponowiłam schrypniętym, pewniejszym głosem.
*
Autarkia.
Wyzwolić się od własnych ograniczeń. Chwilowo. Bo to nigdy nie jest jednorazowy akt. To wciąż, po wielekroć ponawiany wysiłek, którego jedyną siłą napędową jest fakt, że w końcu się udaje. Proces trwający w nieskończoność.
Budzę się na zewnętrze.
Maciejka!
Tak może pachnieć tylko maciejka.
Dwuroga kusicielka mieszająca w najmocniejszych głowach.
Może onegdaj płożyła się pod drzewem poznania…
Rumowo-makowy fiolet pobudza wyobraźnię.
Nie mam pojęcia, jak udało się zakwitnąć bylince ponownie, ale uznaję ten wybryk za podarunek losu. Prezent. Małą, milutką rekompensatę za przeszłe.
Napawam się odzyskiwaną swobodą. Czasem, w którym bodźce przestają wywoływać dodatkowy spazm bólu. Nie mieszają się z cierpieniem. Nic ich nie przytłumia.
Dotykam karku. Ciężki od deszczu szal maciejkowej woni snuje się wokół i układa chłodnymi fałdkami na ramionach.
Maciejka – myślę.
Maciejka – powtarzam głośno.
Rozluźnione wiązadła nie zniekształcają dźwięku.
Śmieję się. Głośno. Chyba nie powinnam, ale…
Co mnie obchodzą reakcje innych.

Podbiegli niemal jednocześnie.
Zadziwiające, zważywszy, że to Psiuła miała przewagę. Posiadała coś niedostępnego w takim natężeniu człowiekowi.
Węch.
To za jego pomocą identyfikowała członków własnego stada.
Mnie również.
Jakich perfum byśmy nie użyli, jakiego jedzenia nie spożyli, jakiego zapachu nie przywlekli z naszych wędrówek, pod nimi czaił się ten jedyny i niepowtarzalny kod odorantów, który pozwalał jej na bezbłędną identyfikację „swoich”.
Nagle – nie wiedzieć czemu – stałam się punktem docelowym. Pozbawionym osi symetrii punktem. Istniałam tylko na płaszczyźnie.
Nie miałam długości, szerokości, wysokości. Znalazłam się poza czasem.
*
Minuty płyną.
Za oknem pasiasty księżyc wykrzywia srebrno-bladą facjatę.
Mam wrażenie, że kpiącym grymasem próbuje mi dokuczyć.
To przez te sine nitki chmur rozwłóczonych po niebie.
Miałabym ochotę zostać i poobserwować ich nieznaczny ruch, ale jest zbyt zimno.
Mimo to próbuję.
Wkładam ciepłą bluzę i, opatulona dodatkowo pledem, zasiadam w plecionym foteliku.
Dzielnie trwam mimo siekących uderzeń wiatru.
Bez zdziwienia rejestruję, że płyn w filiżance znowu jest lodowaty.
Spoglądam na księżyc.
Odwzajemnia mi się ironicznym uśmieszkiem.

Bełtany rachitycznymi spiralkami światła przymrok przewalał się leniwie nad naszymi głowami. Od czasu do czasu jakaś zapóźniona kropla uderzała o sfatygowany dach i, zbierając po drodze drobinki skalenia, turlała się coraz toporniej. Wreszcie przywierała do lepkiego bitumu i wsiąkała powoli, rozsiewając zapach spieczonego asfaltu.
Pociągnęłam nosem i ruszyłam się wreszcie.
Przy wąziutkim przejściu woniało dębowymi garbnikami.
Przestąpiłam próg i znalazłam się pod wielkim jesionem. Pachniał słodkawo, a przez podziurawioną plandekę liści sączył się nikły blask dogasającego nieba.
*
Zmrok zapada powoli.
Zawsze mam wrażenie, że nadchodząc, wolno, acz nieubłaganie wchłania wszystkie barwy. Najpierw matowi to, co daleko. Potem łagodnie, jakby nie chciał narażać ewentualnego obserwatora na zbyt ekstremalne doznania, odbiera resztkę koloru wszystkiemu, co spotka na swej drodze.
Wreszcie dociera i tutaj i odbarwia mnie. Dłonie, stopy, czubek nosa…
Albo może wtłacza te barwy we mnie.
Czuję ich nadmiar. Nie zawsze, ale – często.
Bywam nimi tak nasycona, że odczuwam potrzebę wyrównania poziomów.
To tę kipiącą feerię przelewam na papier.
I zawsze jednakowo zadziwia mnie, ile odcieni może kryć się w drobnych, na pierwszy rzut oka granatowych, znaczkach.
Mrok i cisza – niezwykła w mieście, a tak dobrana para.

Rozpostarłam ramiona.
Pojedynczy ptasi krzyk przyprawił mnie o gęsią skórkę. Nie potrafiłam zidentyfikować wykonawcy rozpaczliwej frazy. Trwała zbyt krótko.
Na karku poczułam ciepło oddechu, więc, nie odwracając się, postąpiłam naprzód.
O moje ramię zawadziło ramię mężczyzny.
Nieprzyjemny dla ucha świst ocierających się, ortalionowych rękawów przeszył ciało nagłym impulsem. Przez chwilę zapachniało bisfenolem. Nachalnie. Ostro.
Poruszyłam się i woń sztucznego tworzywa odpłynęła w gąszcz. Chrobotała chwilę między nastroszonymi liśćmi i znikła, pozostawiając po sobie niezbyt miłe wrażenie.
Wyciągnęłam rękę i moje palce przejęły drobinki zielonkawego nalotu jesionowej kory.
Zdecydowanie wolałam jej mazisty aromat.
Do naszych uszu dobiegło buczenie. Nie musiałam się odwracać. Ten dźwięk pochodził ze znanej mi z dzieciństwa, przybrzeżnej latarenki. Zdziwiłam się. Byłam pewna, że od dawna nikt już nie dbał o to, by zbłąkani żeglarze bezpiecznie zakotwiczali przy brzegu.
*
Latarnie milczą.
Dziko wygląda miejski świat w chmurnym blasku nadąsanego księżyca. Wiatr wygrywa smętne melodie na rynnach i balkonowych tralkach. Uliczny nokturn na dwie piły i kontrabas.
W dali pełga czerwony punkcik.
Wciąż obiecuję sobie, że podczas wieczornego spaceru dotrę tam i wreszcie dowiem się, z jakiego powodu miga amarantem każdej nocy.
Póki co, żyję w nieświadomości.
I chyba wolę, by tak pozostało.
Teraz czerwone światełko może być czym bądź.
Mogę wpisywać w nie różne, zawsze jednakowo prawdopodobne treści.
Raz wygląda bojowo, kiedy indziej – ostrzegawczo.
Czasami pulsuje złowrogo.
Bywa kasandryczym błyskiem oka egzotycznego ptaka albo zaszyfrowaną sekwencją impulsów, zrozumiałą jedynie dla wtajemniczonych.
Gdy zostanie zidentyfikowane, straci urok domyślenia.

Wydało mi się, że laserowa smużka czerwieni przeszyła namokłą gęstwę i wypunktowała nas – trzy niepasujące do zbioru elementy.
Poczułam się jak intruz, który bezceremonialnie wdziera się w nieswoje sekrety.
Rozszeptane drzewa wysuwały w naszym kierunku konary. Ich delikatne obłości sugerowały jednak, że nie – oskarżycielsko. Raczej dobrodusznie, może pieszczotliwie nawet. Uspokoiłam się.
Mój niczym nieuzasadniony sentyment do drzew nie pozwalał mi podejrzewać ich o jakąkolwiek niecność. Zawsze były mi bliskie i miałam, sama nie wiem, wrażenie czy nadzieję, że żywią w stosunku do mnie podobne uczucia.
*
Mroźny wiatr jeży trawę i mierzwi fryzury poważnym świerkom.
Przyprawia ledwo już ulistnione, wiotkie gałązki jarzębin o gęsią skórkę.
Tylko tuje nic sobie nie robią z ujemnej temperatury.
Odporne w każdych warunkach i na wszystko tuje.
Na parzące zerknięcia południowego słońca. Na zawilgłe pocałunki nadrannej mgły. Nawet na mroźne umizgi wieczornego wichru. Wiecznie zielone wachlarze przekręcające się jak paski wertikali.
Byliny o masywnych liściach wywierają czasami cudaczne wrażenie. Muszę ich dotknąć, by przemóc uczucie opanowującej mnie, niedorzecznej niechęci.
Te wszystkie rododendrony, oleandry, kluzje… Przez swoją masywność wydają się ordynarne. W konfrontacji z wiotkością jesionów, brzóz albo lip.

Zrobiłam kilka kroków i przykucnęłam pod okazałą olchą. Zadrżała i osypała mnie szyszkami.
Wysunęłam rękę i poczułam, jak szpiczasta mordka wpycha mi się pod pachę.
No tak.
Psiuła nigdy nie przepuściłaby takiej okazji. Może pod drzewem walało się jakieś jedzonko. Bo po co innego można się nachylać…
Rozwarła mokrym nosem moje palce i chwilę obwąchiwała czarną różyczkę.
Prychnęła.
Jej jawne rozczarowanie rozbawiło naszego towarzysza.
Zaśmiał się krótko i wyczarował okrągłego herbatnika.
Pokruszonego, ale takie niuanse nie były w stanie zmniejszyć apetytu łakomczuchy.
Pochłaniała smakołyk głucha i ślepa na to, co nagle zaczęło się dziać dookoła.
*
Świat grzechoce.
Uciekam przed nową niespodzianką zdającej się nie mieć końca doby.
Na parapecie trzy-centymetrowa warstwa kulek.
Grad.
Przytulam policzek do szyby. Po chwili dostrzegam wirujące gdzieniegdzie, pojedyncze płatki śniegu.
Uderzający o szyby grad przeszywa dosadnością. Instynktownie zamykam oczy w obawie, że sypnie w nie białym granulatem.
Robi mi się nagle chłodno. Choć w domu jest bardzo ciepło. Awaria nie objęła grzejników.
Rozcieram nagie ramiona.
Odchodzę od okna, ale wciąż nasłuchuję.
Z daleka to grzechotanie wydaje się jednak dość przyjemne. Tylko odrobinę kojarzy się z ostrzegawczymi wygibasami trzeszczącego ogona grzechotnika.

Zawróciliśmy i jak niepyszni wtłoczyliśmy się przez wąziutkie przejście do porzuconego hangaru.
Jak rezonansowe pudło potęgował hurgot lodowych granulek. Po melodyjnej łagodności niedawnego deszczu nie pozostało nawet wspomnienie.
Kuliłam się przed łomotem, głaszcząc wtulony w moje kolana łepek. Ciasno przylegające do niego uszy i spazmy przechodzące przez zwiotczały ogon aż nadto jasno dawały do zrozumienia, jak wielki stres dopadł Psiułę.
Mężczyzna przysiadł na tej samej stercie i zetknęliśmy się plecami.
To dziwaczne wsparcie z jego strony pomogło nam. Stonowało uciążliwą kanonadę.
Nie mogliśmy rozmawiać, ale nie było nam to potrzebne.
Po prostu siedzieliśmy, pozwalając, by od naszych okryć odbijały się zewnętrzne pacnięcia i, spacyfikowane, staczały pod nogi.
*
Śnieżne szaleństwo kończy się nagle.
Tylko wciąż obecny wiatr porusza żaluzjami i świszczy w okiennych szczelinach, próbując wedrzeć się do środka.
Kiedy daje za wygraną, wychodzę na taras. Znowu.
Pod stopami chrzęści rozbrylony ziąb.
Wokół ciemno.
Naprawdę ciemno.
Halogenowe błękity szperające w bezdeni, w której można tylko domyślać się drogi, wydają się niemal zbawienne.
Jak oświecający błysk prawdy w mrokach indolencji – katuję się wyświechtanym frazesem.

Od uchylonych drzwiczek przypłynęła fala ciepła.
To był pierwszy znak, że gradowy popis dobiegł końca.
Chyba wszyscy mieliśmy już dosyć tego klaustrofobium, bo zerwaliśmy się niemal jednocześnie i podążyliśmy do wyjścia.
Psiuła smyrgnęła pierwsza.
Wyszliśmy za nią i przystanęliśmy tuż za progiem, oniemiali spustoszeniem, które wśród drzew uczyniły wszędobylskie szklane paciorki.
Było nago. Mimo ciemności widzieliśmy przetrzebione konary, pokładające się u stóp krzewy i rozsmarowaną po podłożu trawę.
Tylko Psiuła, nic sobie nie robiąc z ogołoconej nagle rzeczywistości, biegała jak oszalała.

*
Zgarniam poszarpane odłupki i czekam, aż wtopią się w matę. Wtulam się w swój fotelik. Obserwuję nieodległą uliczkę. A właściwie wpatruję się w czeluść, którą przyzwyczajenie identyfikuje jako przydomową alejkę.
Jest pusta, co niespecjalnie mnie zaskakuje.
Szkoda.
Odgłos dochodzących z cienia kroków działa pobudzająco. Tyle rzeczy można sobie dopowiedzieć ze sposobu szurania podeszew.
Bo szuranie jednak przeważa.
Nie pomaga sportowe obuwie.
Jakby unoszenie nóg wymagało tytanicznego wysiłku.
Wszechogarniająca pustka nie jest przerażająca.
Po prostu przydymia.

Przywiało sinawy strzępek.
Nie potrafiłam odgadnąć kierunku, z którego nadpłynął, póki nie przypomniałam sobie skarlałej ze starości, dzikiej wierzby. Jej pobrużdżona kora zawsze wydzielała zapaszek lekko podwędzanego sera. Zmrożona wilgoć musiała go uintensywnić. Po chwili zmieszał się z fermentem sponiewieranych ulęgałek i odpłynął w grafitową dal. Pozostawił po sobie niezatarte wrażenie czyjejś obecności. I skojarzenie ze żmudną wędrówką do hawajskiej Kazumura Cave.
Nagle, dla odmiany, prychnął mężczyzna. Odwrócił głowę i kichnął. Zadzwoniły mu zęby, a ja nie mogłam powstrzymać parsknięcia.
Nie posłał mi oburzonego ani potępiającego spojrzenia. Roześmiał się i podążył w ślad za umykającym pasemkiem.
Psiuła buszowała już kilka metrów przed nami.
Wiedziałam, że nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć za nimi.
A jednak wahałam się…
*
Decyduję się nagle.
Przenoszę świece do zlewu. Dmucham.
Gasną, zostawiając w nozdrzach tłustą warstewkę parafiny.
W nikłym blasku ostatniej reszta wygląda jak leśne pogorzelisko w skali mikro. Jest coś przygnębiającego w plantacji knotowych osmoleńców.
Wskakuję w ulubione dżinsy i puchową kurtkę. Metoda na cebulkę to najlepszy sposób na kapryśną pogodę.

Niepokojący bulgot odwrócił moją uwagę. Rozejrzałam się i przegięłam w jego kierunku. Chciałam usłyszeć wyraźniej.
Wciąż był mikry, więc postąpiłam w jego kierunku.
Zamarłam znowu i wsłuchiwałam się w coś do złudzenia przypominającego pośpieszne chłeptanie, przerywane od czasu do czasu głośniejszym i bardziej ekspresyjnym gulgiem.
Pokusa była zbyt silna, bym ją zignorowała. Wspięłam się na palce i ostrożnie, bardzo cicho podążyłam za odgłosem.
Skradałam się całą wieczność, ale wreszcie zostałam nagrodzona.
Setki blado-pomarańczowych ogników migotało tuż nad ziemią. Nad torfową woń wynosiła się lawendowa mgiełka przekwitających kruszczyków, przełamana czereśniową nutką stroiczek. Nad wszystkim górował mdlący fetorek pękających bagiennych baniek.
Urzeczona widowiskiem, nie usłyszałam chlupotu uginających się lekko pod ciężarem kroków, sprężynujących kępek manny.
Delikatnego trącenia w ramię omal nie przypłaciłam zawałem serca.
Oderwałam wzrok od magnetyzującej pląsaniny ogników i natknęłam się na rozszerzone, hipnotyzujące turmalinową zielenią oczy.
Swojski brzęk okuć przy Psiułkowej uprzęży pozwolił mi ponownie twardo stanąć na ziemi. W przenośni i dosłownie.
*
Na dźwięk smyczy Psiuła przybiega bez ociągania. Nie wpinam jej w szelki.
Gaszę ostatni ogarek i w ostrym promieniu latarki schodzimy do garażu.
Przyległości spoza strumienia światła zdają się nie istnieć.
Nie pozwalam wyobraźni się rozpasać.
Chwilę wojuję z garażowymi drzwiami i bramą. Trwa to trochę, bo muszę otworzyć je ręcznie. Zamknąć też.
Psiuła czeka, aż wsiądę i grzecznie wskakuje na przednie siedzenie. Zwija się w kłębek. Chowa nos pod łapkami.
Źle znosi jazdę samochodem. Ma chorobę lokomocyjną, więc nie ma mowy o szaleństwach za kierownicą.
Uczciwiej byłoby przyznać, że nie cierpi tych nocnych eskapad. Ale przyjemność bezkarnego hasania chyba rekompensuje jej niedogodności, bo dzielnie podąża za mną na pierwszą wzmiankę o spacerze.

Szuranie odbijało się echem od udeptanej ścieżki.
– Pora na mnie – powiedział.
Nie zwolniłam. Nie przystanęłam.
Przesuwałam stopy po miękkim podłożu, raz po raz zapadając się w mchowy kobierzec.
Z boku dochodziły posapywania umęczonej Psiuły.
Za plecami słyszałam ciszę. Daleki plusk fal rozwarstwiał ją na barwne zapachy.
Jakby po każdym moim kroku na ścieżce rozwijała się bela egzotycznego, tęczowego woalu. Szeleszcząca przy każdym ruchu aromatami leśnych istnień.
Wreszcie dotarłam do skraju.
Wsiadłam do samochodu, i czekałam na droczącą się Psiułę.
Przeskoczyła nad moimi kolanami i wylądowała na siedzeniu obok, udając, że nigdy się z niego nie ruszała.
Przekręciłam kluczyk i zerknęłam przez ramię.
Miałam wrażenie, że za matem tylnej szyby dostrzegam dwa amarylisowo żarzące się punkciki.
Gracik zamruczał przychylnie, więc spojrzałam przed siebie i pozwoliłam mu stoczyć się powoli z łagodnego wzniesienia…
*
Wygaszone Miasteczko robi niesamowite wrażenie. Czuję się nieswojo, sunąc wzdłuż zamarłych fasad. Światła mijanych z rzadka aut załzawiają oczy. Ślizgające się po szybach refleksy nasuwają myśl o ucieczce. O umykających w popłochu duchach zapomnianych uliczek, które na moment znalazły się w świetle reflektorów. Nie tylko dosłownie.
Na niektórych balkonach pełga życie. Przyciszone rozmowy zsuwają się z gzymsów i odbijają od pni drzew. Wsiąkają w korony albo ulatują w niebo.
Granice Miasteczka rozpoznaję po pełzającej po asfalcie, czerwonej smudze.
Napięcie, które mi towarzyszyło, uświadamiam sobie w chwili, gdy mnie opuszcza.
Wjeżdżam w bezpieczne, bo znane rewiry.

Wycinanki. Lubiła stawać…

… pod drzwiami i wsłuchiwać się w szmer dźwięków.
To była inna przestrzeń. Po jakimś czasie przykucała, opierała się plecami o drzwi i miała wrażenie, że znajduje się w środku. Przypominała sobie twarze kolegów brata – niby znajome, a jakieś… inne. Odrealnione… I, choć byli przecież dorośli, wydawało jej się, że w tamtym momencie mają tyle lat, co ona…
Nie wchodziła… Nigdy. Wolała nie przekraczać granicy widzialności, bo wtedy czar nagle pryskał… Czuła, że jej obecność im przeszkadza… że psuje tę jakąś więź, co natychmiast przekładało się na jakość muzyki…
Ostry dźwięk trąbki przywodzący na myśl padanie potężnych drzew pod naciskiem wibrującego ostrza Saint Louis Blues
Szyby spływające kaskadami ciepłych saksofonowych kropel Round Midnight
Figlarny, pełen niepokoju śmiech fortepianu i muskający, irchowy głos wokalisty w Oh Lady be good
Te obrazy pozostały w niej do dziś…