spojrzeniem

jak świerszczenie cykad
wywabiłeś z moich ust
malwy pąk
co jeszcze kielichem
był w marzeniach
tylko za
oknem niebo liliowe
wiązało złotym sznurem
wiatr i
trzepot w nas
odstawić kazał skrzydła
do kąta

Reklamy

Obrazki. Kail.

1
Czy ja zawsze muszę się w coś wplątać…
Myśl pojawia się niespodziewanie. Lawiruje między dźwiękami. Natrętnie krąży nad głową i nie chce odpłynąć.
– Cieszę się, że jesteś… – słyszy.
Przygląda się z uwagą poważnej twarzy podążającego obok Kaila.
– A ty?

2
Niemal do końca miała nadzieję, że uda jej się uniknąć tego wyjazdu. Niestety.
Choć nie znosiła takich spędów – nie mogła odmówić. Nie Olegowi.
Zawsze był kochany i wyrozumiały. Szczególnie w ostatnim czasie, kiedy to wszystko zwaliło jej się na głowę. Nie naciskał. Nie eksploatował jej. Dzwonił tylko co wieczór. Pozornie bez celu. Ot, żeby zamienić kilka słów. Wymienić najświeższe informacje. Pochwalić się dobrze poprowadzoną sprawą. Ani razu nie zapytał, kiedy ma zamiar wrócić z bezterminowego urlopu, którego sam jej udzielił.

1
Pytanie jest tak ciche, że przez chwilę zastanawia się, czy Kail naprawdę je zadał.
Spogląda na niego. Przyczajone w kącikach oczu oczekiwanie rozprasza jej obawy.
Otwiera usta, by potwierdzić, i nagle, w ostatniej chwili zmienia zamiar i wykrzywia się nieco ironicznie.
– To zależy… – odpowiada enigmatycznie.
On przypatruje się jej chwilę i nagle parska śmiechem.
– No tak – przyznaje pokornie. – Pytanie pozbawione sensu…

2
Nic nie mówił, ale wiedziała, że czeka. Że jest mu potrzebna na stałe, a nie – z doskoku, na pół gwizdka.
Zastanawiała się nawet, kiedy Oleg straci cierpliwość i czy w ogóle jest to możliwe.
Do tej pory nie udało jej się wyprowadzić go z równowagi.
Ewidentnie miał do niej słabość. O tym wiedzieli wszyscy. Nie mieli natomiast pojęcia o charakterze tej słabości. Uważali, że Oleg darzy ją czymś więcej niż sympatią. I tak było. Tyle tylko, że uczucie należało do czysto platonicznych, a ich relacja – do siostrzano-braterskich.
Nie mogła być inna, bo od wielu lat Oleg był w szczęśliwym związku. Z mężczyzną.

1
I tak kwestie ontologiczne mamy z głowy… – kwituje w myślach, ale głośno mówi:
– I jak tu cię nie cenić.
Ostatecznie dobre słowo to nic złego.
Szczególnie, gdy nie trzeba kłamać – dodaje ironicznie.
Rozmowa się rwie.
Doskonale zdaje sobie sprawę, że go zakłopotała. Wie, że jest mu przyjemnie, ale i nieswojo. Postanawia zmienić temat.

2
Dowiedziała się przez przypadek. Spotkali się kiedyś prywatnie na jakimś wernisażu.
Może nawet by go nie zauważyła wśród tego tłumu, ale podszedł do nich i przedstawił towarzyszącego mu mężczyznę.
Pewnie był ciekaw, czy informacja o jego życiu prywatnym wypłynie dalej. A może wcale nie był. Ona w każdym razie nie zamierzała opowiadać o takich sprawach. Ani swoich, ani – czyichś.
Tu, zresztą, nikt nie pchał się z buciorami w cudze życie. Inna mentalność. Nawet – pewnego rodzaju – obcość. Stosunki polegające na rozsądnej serdeczności.

1
– Często tu bywasz?
Zaskakuje go chyba, ale Kail szybko się otrząsa. Nie można mu zarzucić braku refleksu.
– Nie – odpowiada cicho. – Jestem po raz pierwszy.
I po chwili dodaje:
– Chciałem tu przyjechać z kimś wyjątkowym…
Nagle zaczyna rozumieć jego wcześniejszy popłoch.
Nosz! – myśli. – A było tak przyjemnie…

2
Zespół był niewielki, siłą rzeczy więc wciąż się rotowali. Poza tym – nie mieli zbyt wiele czasu na integrację. Po skończonym dniu każdy myślał tylko o tym, by wrócić do siebie i odpocząć. Czasami schodzili na szybkiego drinka do hotelowego baru i rozchodzili się po dwóch kwadransach. Nie było mowy o żadnym pijaństwie i zacieśnianiu międzyludzkich więzi – na drugi dzień musieli być zwarci i gotowi.

1
Kail czeka chyba na jakąś reakcję. Konkretną reakcję.
– Dziękuję – mówi więc. Tonem, z którego nietrudno odgadnąć podtekst :”Doceniam, nawet jeśli komplement średnio udany…”.
Tego się nie spodziewał. Myślał chyba, że zapyta, czemu to ją uznał za godną…
Nie zapyta.
Nie będzie też się krygować.
Zerka na niego. Ma nadzieję, że temat umrze śmiercią naturalną.

2
Początkowo nie przeszkadzało jej mieszkanie w hotelach. Było jej wszystko jedno, gdzie śpi. Po jakimś czasie jednak zaczęły ją męczyć bezosobowe pokoje i – jak je złośliwie nazywała – urbanistyczne widoki z okien.
Zaczęła chronicznie nie znosić tego specyficznego smrodku hotelowych pomieszczeń: mieszaniny pościelowych środków dezynfekujących i standardowych łazienkowych kosmetyków.
Zaczęła też rozumieć, czemu niektórzy nie wytrzymywali i szukali ratunku w pokojowym barku.

1
– Może kawa?
Przechodzą koło niewielkiej kawiarenki. Jest prawie pusta, więc przysiadają przy drewnianej ławie.
Po chwili zjawia się kelnerka i przyjmuje zamówienie.
W tym momencie rozmowa nie wydaje jej się jakąś szczególną atrakcją, więc milczy. Właściwie wciąż jeszcze siedzi w twardej ławce i wdycha zapach muzyki.
Dawno nie uczestniczyła w takiej uczcie.

2
Nigdy nikomu nie opowiadała o cuchnących następnego ranka wódką kolegach, ale Oleg jakimś szóstym zmysłem odgadywał bezbłędnie, co się dzieje. Jeśli nie przekładało się to na spadek wydajności – przymykał oko. Ale – rzadko się nie przekładało. Po jakimś czasie delikwent zaliczał wpadkę i dostawał ultimatum – odwyk albo kopniak.
Najlepiej sprawdzali się – o dziwo – ci stateczni, dzieciaci, żonaci, obarczeni obowiązkami. Mieli znacznie mniej wyskoków niż młodzi niezależni. Może mieli też więcej do stracenia. Albo dodatkową motywację.

1
Nadal analizuje każdy akord. Smakuje barwy tonów.
To dlatego przegapia nadejście kelnerki.
Muśnięcie każe jej się ocknąć. Z niechęcią powraca do teraz. Spogląda na Kaila półprzytomnie, a potem marszczy czoło i impertynencko patrzy na jego palce ślizgające się pieszczotliwie po wierzchu jej ręki.
Nim uświadamia sobie siłę tego grymasu – palce cofają się w popłochu.

2
Ona nie sięgała nigdy do barku, ale też miała przesyt hotelowej szarości. I jeśli tylko mogła – szukała prywatnego lokum. Oleg dawał im w wyborze kwater wolną rękę. Dlatego ucieszyła się, gdy okazało się, że będzie mogła skorzystać z gościnności kuzynki.
To znaczy – najpierw była zła, że nie udało jej się wymigać. W całym tym wyjeździe tyle było dobrego, że mogła zatrzymać się u Pauli.

1
Oprócz uczucia przykrości pełga w niej złość i iskierki buntu.
Chyba się trochę zapominasz…
– Masz rację – słyszy i nie wierzy własnym uszom. – Nie powinienem tak… Przepraszam.
Jakby usłyszał jej myśli…
– Zapominam się przy tobie…

2
Znały się z dawnych lat. Potem spotykały się od czasu do czasu na rodzinnych uroczystościach. Lubiły się.
Mimo to, starała się być jak najmniej kłopotliwym gościem.
Właściwie w dni powszednie wracała późno. Najgorsze były weekendy.
I właśnie w jeden z takich weekendów poznała Kaila.
– Miło mi. Jestem Kail – przedstawił się zdawkowo.
Rzuciła swoje imię i podała rękę. Dopiero wtedy się zaczerwienił.
Kuzynka parsknęła złośliwym śmieszkiem.
A jej taka reakcja wydała się sympatyczna. Dorosły mężczyzna reagujący jak nastolatek.

1
Coraz gorzej…
Gdyby nie ostatnie zdanie, przeszłaby nad tym do porządku. Uznałaby, że to wydukane „przepraszam” załatwia sprawę.
Przedobrzyłeś…
– Zbieramy się? – obrzuca go chłodnym spojrzeniem.
Chce, żeby poczuł lód w jej głosie. Chce sprawić mu przykrość. Chce…
– Popisałem się…

2
– Masz ochotę na kawę? – spytał parę dni później.
Odruchowo pokiwała głową, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że mógł nie mieć na myśli kawy na tarasie kuzynki.
– Może dziś o szóstej? – potwierdził jej podejrzenia.
Zgodziła się. Nie chciało jej się odkręcać całej sytuacji.
Starała się nie reagować na złośliwe przycinki Pauli, choć czuła się nieco przytłoczona jej rubasznością.
Postanowiła odbębnić wypad i nie dać się więcej zaskoczyć.

1
Rozbraja ją. Tym jednym, wypowiedzianym smętnym głosem zdaniem – rozbraja ją.
Jakby wiedział, że uwielbia walczyć, ale nie potrafi się pastwić.
Patrzy na niego i wybucha śmiechem. Jego skonfundowanie sprawia, że nie może przerwać.
– Ano – nie popisałeś – powtarza, ledwo łapiąc oddech.
Upija łyk zimnej kawy i krzywi się nieznacznie.
– Nie smakuje ci?

2
Zjawił się punktualnie, co nastawiło ją do niego przychylnie. Na pewno był świadom własnego uroku. Nie rozzuchwalało go to. Na szczęście. Nie znosiła mężczyzn, którzy zbyt natrętnie emanują swoimi atutami.
Pojechali do przytulnej kawiarenki na obrzeżach Starówki. Urzekł ją klimat uliczki, przy której wystawiono kilka stolików pod zadaszeniem w starym stylu.
Nigdy nie przepadała za kawą, ale z przyjemnością wypiła specjalność kafeterii – małą czarną ze szczyptą wanilii.

1
Płacą i opuszczają przykawiarniany ogródek.
Wędrują wąskimi uliczkami. Spacer jest dość morderczy, zważywszy, że miasteczko składa się głównie ze schodów, a ona nie jest w trampkach.
Widoki warte są strachu przed skręceniem kostki i rwącego bólu w łydkach.
Dobrze chociaż, że tempo jest przyzwoite – spacerowe.
Astmatyczny oddech nie jest tym, czym chciałaby imponować wysportowanemu mężczyźnie.

2
Był oszczędny w słowach, co także jej się podobało. Sama nie należała do gadatliwych, więc ta pierwsza rozmowa kulała im nieco. Przynajmniej na początku.
Potem – wywrócił na nią swoją kawę.
Patrząc na piękny brązowy zaciek na jej pastelowo-błękitnych spodniach, zrobił tak przestraszoną minę, że nie mogła się nie roześmiać. Ale chyba jeszcze bardziej rozbawiły ją próby zlikwidowania szkody przy pomocy kawiarnianych chusteczek. To tylko pogorszyło sprawę. I – jego humor.
Ona – przeciwnie – bawiła się doskonale.
Kiedy wreszcie opanował odruch paniki – wstała i poszła do toalety. Nie wcześniej. Może to było wrednawe z jej strony, ale… nie potrafiła odmówić sobie tej odrobiny rozrywki.
Z pomocą miłej kelnerki udało jej się doprowadzić spodnie do jakiego takiego porządku.

1
Od czasu do czasu zerka na nią, jakby sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku.
Maszeruje dziarsko i ma nadzieję, że on nie wyskoczy z kretyńską propozycją wzięcia jej na ręce. Straciłby całą jej sympatię.
Nie. Ma jednak wyczucie i nie próbuje robić z niej postrzelonej z łuku sarenki.
Gdy dochodzą na szczyt wzniesienia, Kail przystaje i pokazuje szerokim gestem panoramę.
Milczy. Daje jej czas na kontemplację.
A jest czym się zachwycać. Miasteczko wygląda z tej perspektywy jak pochłaniane przez nieokiełznane siły natury, starorzymskie osiedle.
Trudno jej oderwać oczy od tych kamienno-szarych kontrastów…

2
Zjawił się następnego dnia z wielkim bukietem.
– Czerwone tulipany – oznajmił, uśmiechając się przepraszająco.
Była piekielnie zmęczona. Dzień należał do szczególnie wyczerpujących i marzyła tylko o zdjęciu obrzydliwie eleganckich pantofli, pozbyciu się bojowej garsonki i wzięciu długiej, odprężającej kąpieli.
Ale doceniła gest i dała się zaprosić na późny obiad.
Pojechali do eleganckiej restauracji i znowu miała swoją porcję zabawy, gdy trzęsącymi się rękoma unosił kieliszek z winem.
W ogóle – postarał się. Gdy jechali, sądziła, że zjedzą coś niedaleko od centrum, więc zdziwiła się nieco, widząc nakrycia i całą tę galę dostępną tylko stałym bywalcom. Albo tym z dobrze wypchanymi portfelami.
Obserwując nadskakującego kelnera, w myślach nie darowała sobie uwagi, że pewnie nie jest to jakieś szczególne wyróżnienie. Co nie przyćmiło faktu, że sprawił jej przyjemność.

1
W końcu jednak z żalem ulega jego perswazjom i godzi się na dalszy spacer.
Rzuca za siebie ostatnie, tęskne spojrzenie i skupia się na zejściu.
Powietrze jest przesycone wilgocią, przetykaną od czasu do czasu smużkami woni gotujących się gdzieś potraw.
Wędrują od uliczki do uliczki, a ten ruch przywodzi jej na myśl rozkołysane morze. Faluje właściwie wszystko wokół – mijane budynki, fragmenty panoramy, skrawki nieba.
Poddaje się temu rytmowi i cieszy się, że nie musi zaprzątać sobie głowy rozmową…

2
Kolejny weekend zapowiadał się gnuśnie. Kuzynka miała jakiś służbowy wyjazd, więc już od czwartkowego wieczora cieszyła się na komfort samotności.
Właściwie nie wchodziły sobie w drogę, ale niektóre uwagi krewnej były nieco… deprymujące. Paula miała dziwne poglądy na temat mężczyzn. Ale poza tym – była w porządku, postanowiła więc nie zawracać sobie głowy duperelami. Ostatecznie – była gościem i mogła udawać, że tego czy owego nie dosłyszała.

1
Docierają wreszcie na kolejny szczycik. I znowu nie może oderwać oczu od gryszpanowych wzgórz maźniętych gdzieniegdzie plamkami rdzawej czerwieni i bieli.
Chłonie ten Monetowski widok i nagle uświadamia sobie ciszę. Rozgląda się niepewnie.
Kail stoi tuż za nią. Na tle wypłowiałego nieba wygląda niemal posągowo i nieco przygnębiająco.
– Nie przeszkadza mi milczenie – uśmiecha się.
Tak sądzę – myśli, ale nie powtarza tego głośno.
Odwraca się i znowu zanurza się w krajobraz.
– Napatrzyłam się – oznajmia wreszcie.

2
Kąpiel była cudna. Z waniliowymi bąbelkami i filiżanką czarnej jak piekło, niearomatyzowanej herbaty.
Tak – kochała dobrą herbatę i nie widziała niczego złego w płaceniu za jakość. Na wszelki wypadek, nauczona dziwacznymi reakcjami na tę jej słabość, rzadko przyznawała się do tego upodobania.
Uznała, że kolejną filiżankę wypije na tarasie. Rozsiadła się wygodnie wśród rozkwitających forsycji i postanowiła nie przyjmować do wiadomości dźwięku brzęczącej od paru minut komórki.
Wytrwała jakieś pięć minut, ponieważ przyszło jej do głowy, że może to być jakaś informacja od Pauli.

1
Bolą ją stopy. Miałaby ochotę przysiąść choć na chwilę, ale wie, że potem będzie jeszcze trudniej.
– Tak. Powinienem był szepnąć słówko o wygodniejszych butach.
Jest w nim tyle skruchy, że mógłby obdzielić parę tuzinów nawróconych grzeszników.
– Nie mam siły się gniewać – odpowiada żartobliwie.
– Możemy spacerować bez butów – rzuca myśl Kail.
Przygląda mu się z zaciekawieniem. Nie wygląda na kogoś, kto mógłby paradować po mieście na bosaka.
– A jednak – dobrze odczytuje jej taksujące spojrzenie.
– Nie przeczę, że propozycja jest kusząca, ale może napotkamy po drodze jakiś sklep i po prostu kupię coś bardziej odpowiedniego.

2
„Masz ochotę na mały spacer?” – przeczytała smsa.
Nie miała i zdecydowała, że nie odpisze.
„Daj się skusić.” – kliknęło.
„Przecież widzę, że nie robisz nic ważnego.”
Nosz…
Rozejrzała się i dostrzegła roześmianego Kaila machającego do niej z dołu. Westchnęła i podniosła się z ratanowego fotelika.
A mogła podczas pierwszego spotkania udawać niewidomą.

1
– Na najprostsze rozwiązania wpaść najtrudniej…
Nie może się nie roześmiać.
Dzisiaj jest inaczej…
On jest inny. Mniej spięty. Spokojniejszy.
Oswoiłam go – myśli z lekką kpinką. – A raczej – sam się oswoił.
Jeszcze trochę i zupełnie spadnę z piedestału. Pod koniec zacznie mnie poklepywać po plecach i mówić do mnie „stary”.
Nie. Nie potrafi darować sobie takich uwag. Choćby – w myślach…

2
Wieczór był bezwietrzny. Idealny na romantyczny rejs po miejscowej rzece. Patrzyła na odbijające się światła miasta i słuchała Piątego Kaprysu Paganiniego w wykonaniu młodego skrzypka. Poczynał sobie nieco brawurowo, ale – podobało jej się. Brzmiało niepokojąco i nienachalnie.
Siedziała w loży odprężona i może nieco rozmarzona. Od czasu do czasu zerkała na Kaila, który uciekał wzrokiem, ilekroć odwróciła w jego kierunku głowę. Był naprawdę uroczy w tym swoim zakłopotaniu.
Mówił niewiele, więc żeby nieco rozładować atmosferę intymności, zaczęła dopytywać o widoki. Wyjaśniał chętnie, choć – dość lakonicznie.
Nie wiedziała, czy zawsze jest taki oszczędny w słowach, czy tylko postanowił jej nie zamęczyć i było jej wszystko jedno, jaka jest prawda. Pozwolił jej odpoczywać. Tylko to się liczyło. Ze zdumieniem stwierdziła, że jest zadowolona, że dała się wyciągnąć.

1
Na horyzoncie majaczy szyld z wielkim butem.
Przyśpiesza – o ile to w ogóle możliwe w szpilkach – kroku i miele przekleństwo.
Szewc.
Przez chwilę na poły poważnie zastanawia się nad spiłowaniem obcasów. Rezygnuje. Obawia się, że rzemieślnik raczej wezwałby karetkę z psychiatryka.
– Póki życia w nas – póty i nadziei – tłumaczy dosłownie polski idiom i trwa chwilę, nim Kail pojmuje dwuznaczność.

2
Odwiózł ją nad ranem. Sunęli sennymi uliczkami. Fasady budynków wyglądały dość upiornie w martwym świetle nowoczesnych latarni. Szczególnie – te biurowców.
Pożegnał ją zdawkowym:
– Do kiedyś – i zaczekał, aż zamknie się za nią automatyczne ogrodzenie. Usłyszała warkot oddalającego się samochodu i zniknęła w domu.
Zadzwonił sobotniego popołudnia. Dał jej się wyspać, więc miała dobry humor i łaskawie zgodziła się na kolejne spotkanie.
Trochę łaskawie.
Od jakiegoś czasu była pozbawiona męskiej adoracji w dobrym stylu i zapragnęła przez kilka chwil znowu poczuć się jak księżniczka.

1
– Dobre lody nie są złe.
Lodziarnia jest klimatyczna. Na modłę austriackich, co po chwili zastanowienia – nie dziwi.
Jakość lodów – też.
Wiedeńska – orzekają i śmieją się.
Trochę dlatego, że lody naprawdę są przepyszne – kremowe, pachnące prawdziwą wanilią i rumem.
A trochę – ze sztubackiej radości.
I jeszcze te wafle – nie z dyskontu, a – wypiekane na miejscu, słodkie i chrupiące.

2
Zaskoczył ją tym basenem. Pozytywnie.
– Woda jest ozonowana – dodał.
Nie miała pojęcia, skąd wiedział o jej alergii na chlor. Może od Pauli.
Obszary zakazane – pomyślała, gdy oboje zgodnie zrzucili płaszcze kąpielowe – sposób na obadanie dobry jak każdy inny. A może nawet lepszy…
Uznała, że nie ma sensu zaprzątać sobie głowy dywagacjami, czy bardziej zależało mu na oglądaniu czy – eksponowaniu.
Bawiła się świetnie, pokonując którąś tam długość basenu i skacząc z trampoliny. Podobała jej się jego zatroskana twarz, gdy oznajmiła, że za żadne skarby świata nie zjedzie z potężnej zjeżdżalni. W jeszcze lepszy nastrój wprawiła ją jego mina, kiedy bez specjalnego wysiłku, płynąc rekreacyjnym delfinkiem, pokonała jakiegoś silikonowego mięśniaka.
Nie chciało jej się dzielić spostrzeżeniem, że nadęcie nie przekłada się na prędkość, milczała więc, gdy Kail odprowadzał wzrokiem sponiewieranego amatora łatwych zwycięstw…

1
Zachęceni, biorą jeszcze po miseczce bitej śmietany i znowu się nie zawodzą.
Przygląda mu się spod przymrużonych powiek. Ponoć ze sposobu jedzenia niektórych potraw można odgadnąć czyjś temperament.
Po chwili odwraca wzrok.
Cholera!
Nie jest przecież z kamienia.
Na brak wyobraźni też nie może narzekać…

2
Łatwo przyznała się przed sobą, że Kail zaimponował jej wyglądem.
Był świetnie zbudowany. Proporcjonalnie do wzrostu. Miał śniadą karnację, mocne uda i ładne pośladki.
– Nie gol tego – powiedziała, niby mimochodem muskając opuszką pionową linię podbrzusza. Była ciekawa jego reakcji. Obstawiała, że się zawstydzi. Nie pomyliła się.
Nie musiała tego robić, ale chciała wiedzieć, czy zaproszeniem na basen dał jej przyzwolenie na takie gesty.
Dał.
Taka wiedza jej wystarczyła. Doszła do wniosku, że nie będzie przesadzać i do końca spotkania zachowywała się bardziej niż poprawnie.
Nawet jeśli poczuł się rozczarowany – nie okazał tego. Dostosował się. Czy raczej – przyjął postawę wyczekującą.
Nie doczekał się niczego, ale nie rozpaczał.

1
W popłochu szuka w pamięci czegoś, co zatrze nasuwające się, niechciane skojarzenia.
Gdy przed oczyma pojawia się scena z sułtańskim kremem z Dziewczyn do wzięcia – uśmiecha się i odpręża.
Rozbrykana wyobraźnia podsuwa Niemenowski temat. Oddycha z ulgą. Wpływa na neutralne wody. Jest dobrze.
Słodkiego mam dość na cały rok…

2
Rozstali się wieczorem. Niedzielę spędziła samotnie, wymawiając się od wspólnej eskapady koniecznością czekania na kuzynkę.
Kolejny tydzień w pracy był bardzo męczący.
Dzwonił każdego popołudnia, ale nie nalegał na spotkania, za co była mu wdzięczna.
Piątkowy wieczór spędziła z książką na tarasie. Wyłączyła przezornie komórkę, więc nic nie zakłóciło odpoczynku.
Następnego dnia wstała późno. Po śniadaniu i herbacie nabrała wigoru.
Trochę zirytowała ją kuzynka, cierpkim głosem informująca o telefonie od Kaila. Wzruszyła ramionami. Nie miała specjalnej ochoty na kolejną wyprawę.
„Co powiesz na obiad?” – przeczytała.
W pierwszej chwili chciała odpisać: „nie jadam”, ale doszła do wniosku, że niczym nie zasłużył sobie na taką uszczypliwość. Kiedy zobaczyła na wyświetlaczu numer jego telefonu – odebrała.

1
– Herbata to napój wszech czasów – oznajmia.
Uśmiechają się.
– Dyskutowałbym…
– Lepiej nie – robi groźną minę.
On unosi do góry ręce, a ona odpędza kąśliwe skojarzenie.
Potem zerka na niego i kolejny raz widzi szybko opadające powieki.

2
Dom był ogromny i staroświecko urządzony.
Siedziska w salonie pamiętały chyba jeszcze czasy Adenauera.
Dyskretnie rozglądała się po tym przybytku przykurzonych ambicji, sącząc koniak. Nienawidziła koniaku. O tym, co inni nazywali szumnie bukietem, myślała barbarzyńsko lakier. Nic nie mogła poradzić na to, że jej receptory zapachowe buntowały się w zetknięciu z tym „ogniem w płynie”. Nie pomagały żadne misteria ciepłych rąk i palców układanych w kwiat cyklamena.
Siedziała wtulona w wielką kanapę i przyglądała się mamie.
Bo była jeszcze mama, do której należało to całe muzeum.
Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie bardzo surowej, ale kiedy otworzyła usta, okazała się być smutną i trochę zagubioną osobą.
Właściwie cały czas perorowała. Monotonnym, burkliwym nieco głosem opowiadała o planach, jakie miała wobec Kaila.

1
– Jeśli jesteś zmęczona, możemy na tym poprzestać…
– Żartujesz?
– Nie. Po prostu… – waha się i ona chyba domyśla się, co sobie wykombinował. Momentalnie cierpnie jej skóra.
– Tak? – pyta tonem, który ma sugerować, żeby dobrze się zastanowił, zanim zaproponuje coś głupiego.
Chwilę mierzą się wzrokiem.
– Pomyślałem… Pomyślałem…
Naprawdę chcesz w to brnąć?

2
Bo Kail był nieszczęśliwy. Przystojny, pracowity, zamożny i – zupełnie pozbawiony szczęścia w miłości.
Przysłuchiwała się tej litanii, od czasu do czasu zerkając na bohatera utyskiwań. Siedział w ogromnym leniwcu ze znużoną miną i popijał małymi łykami wodę. Stopień irytacji poznawała po częstotliwości dzwonienia kostek lodu o ścianki szklanicy.
Powoli ogarniała ją złość. Niekoniecznie miała nastrój na słuchanie zawiedzionych swoimi jedynakami matek. Drażniło ją, niemal unoszące się w powietrzu, fizyczne pragnienie, by wreszcie dobrze wydać własnego syna. Nie – ożenić, ale właśnie – wydać. Jakby był atrakcyjnym towarem, a nie – żywą istotą i – co tu owijać w bawełnę – dojrzałym mężczyzną.
Zaczynała powoli żałować, że dała się wmanewrować w tę wizytę. Skoro jednak powiedziała „a”, nie pozostawało jej nic innego, jak przystroić twarz w najbardziej uprzejmą minę, na jaką ją było stać, i kontrolować ruch własnych szczęk, które – nie wiedzieć czemu – skłaniały się ku ciągłemu, przeraźliwemu rozwieraniu.

1
– Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale… Moglibyśmy dokończyć jutro…
– Jak to sobie wyobrażasz?
Tak. Jest niegrzeczna. Chce być taka.
– Pełno tu przecież hoteli… Wynajęlibyśmy pokoje, odpoczęli…
„Pokoje” brzmią nieźle…
Odpręża się trochę.
– To niewykonalne… muszę dziś wracać…
Przygląda się jej chwilę i – rezygnuje.

2
Na szczęście, po kilku kwadransach, zupełnie nieoczekiwanie w sukurs przyszła jej zgrabna figurka w jasnym fartuszku, oznajmiając, że obiad podano.
Z premedytacją unikała spojrzeń w kierunku Kaila. Bała się, że nie wytrzyma i po prostu parsknie śmiechem.
Ostatni bastion feudalizmu – pomyślała, przyglądając się usługującej mamie osóbce w fartuszku.
Obiad zrekompensował jej z nawiązką farsę, w której uczestniczyła. Czuła się trochę jak na scenie, przyjmując z rąk Kaila kolejne dodatki, dziękując mu za dolanie wody i wybierając odpowiednie do potraw sztućce. A wszystko – pod bacznym okiem mamy.
W duchu dziękowała ciotkom, że nauczyły ją tej skomplikowanej, stołowej etykiety. A żeby nie śmiać się w głos, przypatrywała się – naprawdę pięknym – nakryciom.
Kruche, porcelanowe cudeńka zawsze wzbudzały jej podziw. Z równą estymą odnosiła się do samych naczyń jak i ich twórców.
Musiała przyznać, że w tej – ku jej aprobującemu zaskoczeniu – bardzo surowej jadalni, na zaścielonym białym obrusem długim stole Rosenthal prezentował się nawet nie po królewsku, ale wręcz – po cesarsku.

1
Nie znam cię… – myśli, usprawiedliwiając się przed sobą.
Nagle słyszy jego śmiech. Unosi zdumiona głowę.
– Przez chwilę miałaś minę, jakbyś myślała, że zaproponuję ci nocleg w samochodzie…
Patrzy na nią i w pewnym momencie poważnieje.
Zrozumiałeś, co sobie pomyślałam…
I – widzę – przestało ci być tak wesoło…
– Idziemy? – przerywa zaległą nagle, żenującą ciszę.

2
Po obiedzie mama udała się na drzemkę, a oni spacerowali po ogrodzie.
Pokazywał jej krzewy magnolii, które dopiero zaczynały wypuszczać pierwsze pąki, ale, że nie zbywało jej na fantazji, potrafiła wyobrazić sobie, jak imponująco musiało wyglądać to miejsce w czerwcu.
Magnolie były jego pasją. Nie musiał mówić. Poznała to po tembrze jego głosu, delikatnym uśmiechu i lekko przymrużonych rozmarzeniem oczach.
Opowiadał zajmująco, z ożywieniem, o które do tej pory ani go podejrzewała.
Przychylał ku niej bezlistne gałęzie, muskał pączki i delikatną korę.

1
Przechodzą przez jeden z mostów, których też jest tu zatrzęsienie. Przystaje i z podziwem przygląda się odległemu brzegowi. Jego zabudowa jest tak kanciasta, że aż bolesna. Ale ma to swój urok.
To kolejny obrazek, który dorzuca do swojego kalejdoskopu.
Podchodzi do barierki i spogląda na pluszczącą rzekę. Wciąga powietrze. Od błotnego zapachu kręci jej się w głowie.
Opiera się o balustradę i przymyka oczy. Przez chwilę patrzy na tańczące wokół twarzy zielonkawo-różowawe płatki światła.
Po chwili zawrót głowy mija.
Ruszają dalej…

2
I chyba w tamtym momencie tak naprawdę po raz pierwszy pomyślała, że nie miałaby nic przeciwko takiemu dotykowi. Może nawet przez ułamek chwili pozazdrościła, że nie jest rozkwitającą magnolią. Zaraz jednak skrzywiła się i roześmiała, kiwając pobłażliwie głową nad własną rzewliwością.
Nie przystoi – zakpiła w myślach – nie przystoi nowoczesnej niewieście taka ckliwość.
Spojrzał na nią, więc krótko wyjaśniła, że śmieje się z radości, nie bardzo nawet dbając, co Kail sobie o niej pomyśli.
Nie skomentował jej słów. W milczeniu podprowadził ją dalej, zerwał najbardziej rozwinięty kwiat z innego krzewu i po prostu podał go jej.
Żartobliwie przyłożyła go do skroni, a on, zamiast się roześmiać, popatrzył na nią jakoś tak żałośnie.

1
– Odpocznijmy chwilę – słyszy.
– Za mostem. Ten zapach…
Kail kiwa ze zrozumieniem głową.
Wędrują jeszcze kawałek, by po chwili przysiąść na skwerku.
Przygląda się nieznanym kwiatom. Pyta o nazwę i dziwi się, że to odmiana rododendronów. Pierwszy raz spotyka się z tak intensywnie czerwonymi kwiatami i wymyślnymi liśćmi.
– To jedna z krzyżówek – słyszy wyjaśnienie.
– Odpoczęłam…

2
Była wściekła. Liczyła, że wreszcie uda się doprowadzić wszystko do satysfakcjonującego końca.
W ostatnim momencie sprawa się skomplikowała, co przełożyło się nie tylko na wydłużenie pobytu, ale także na spadek formy.
Nie tylko ona miała dość. Nie mogła pozwolić sobie jednak na jakiekolwiek nieprofesjonalne fochy. To tylko pogarszało jej – i tak nie najcudowniejsze – samopoczucie.
„Uwierz, że nie masz ochoty spędzić ze mną wieczoru.” – odpowiedziała kwaśno na smsa z propozycją wspólnego wypadu w nieznane.
„Zaryzykuję.”
Zirytował ją rządek szczerzących się emotek, więc wyłączyła komórkę.
Po kąpieli rozsiadła się na tarasowym leżaku.
Zbudził ją nieokreślony dyskomfort.
Smętnie patrząc na filiżankę z wystygłą herbatą, doszła do wniosku, że nie ma sensu się wygłupiać i poszła spać.

1
– Posiedźmy jeszcze kilka minut. Tak tu przyjemnie…
– W cieniu – dopowiada ona i parska śmiechem.
– W cieniu – powtarza za nią.
Siedzą więc obok siebie.
Walczy z pokusą, by choć na chwilę nie zrzucić butów, i nie podciągnąć kolan pod brodę, by dać wytchnienie obolałym łydkom.
Zrobiłaby to, gdyby nie obawa, że potem naprawdę musiałaby wędrować na bosaka…

2
”Lepiej?” – odczytała nazajutrz, po szybkim śniadaniu.
„Zdecydowanie.”
Uśmiechnęła się. Naprawdę humor się jej poprawił. Skonstatowała, że niewiele jakoś potrzeba jej ostatnimi czasy, by poczuć się szczęśliwszą. Wystarczyło wygodne łóżko i brak widoku niektórych twarzy.
Ta Kaila do nich nie należała, więc zgodziła się na wspólne spędzenie popołudnia.
Podjechał po nią i po dwóch kwadransach lawirowania wśród ospałych uliczek, wydostali się z miasta.
Krajobraz nie zaskakiwał, więc bez zaciekawienia przypatrywała się mijanym wioseczkom rozpaczliwie uczepionym pochyłych zboczy.

1
Nie chodzi o kompleksy. O żadne tam co ludzie powiedzą. To raczej lęk, że mogłaby się pokaleczyć.
A chciałaby wejść na to wzgórze i sprawdzić, czy zdjęcia, które oglądała w jakimś albumie oddają prawdę.
Oczywiście – konsekwentnie nie przyznaje się Kailowi, że to miasteczko nie jest jej tak całkiem nieznane. Skoro na początku uznała, że nie odbierze mu frajdy, z jaką odgrywa rolę cicerone, niby czemu nagle miałaby zmienić zdanie…
Zbiera się w sobie i stanowczym tonem oznajmia:
– Dość tego!

2
Cerber przy bramie w czymś w rodzaju liberii nie wywołał zdziwienia. Bywała w tym kraju na tyle często, by wiedzieć, że wszyscy oni lubują się w okolicznościowych przebierankach. Zdumiewał ją raczej dystans, z jakim odnosili się do – bądź co bądź – groteskowej teatralności tych quasi-mundurków. Nie mieli absolutnie żadnych kompleksów. Albo – nie dostrzegali własnej śmieszności…
Przebrnęła przez krótki rytuał sprawdzania tożsamości i ruszyli wolno szeroką, wyasfaltowaną aleją.
Dalej było znacznie lepiej, choć wysokie ogrodzenie wcale tego nie zapowiadało.
Ogromny park zrobił na niej wrażenie. Widać było, że ktoś bardzo dbał o wiekowe drzewa, dając im przestrzeń do rozrostu.
Między potężnymi platanami i klonami wybijały się korony rozłożystych wiśni. Podobała się jej koncepcja tego parku.

1
Powoli nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Słońce też nie dodaje sił.
Czuje się wyczerpana. Najchętniej wróciłaby do samochodu i pozwoliła zawieźć się do domu.
Ale nie wycofa się przecież. Nie teraz. Są już prawie na miejscu.
No, powiedzmy – w połowie drogi do celu…
Spacer przestaje ją cieszyć.
Zwalnia kroku i próbuje jednak smakować naprawdę niezwykłą panoramę…

2
Opuściła szybę i delektowała się kleistym zapachem powietrza, gdy wolno sunęli ku szarawemu gmachowi.
Był brzydki. Jak większość budynków. Jakby tutejsi architekci dopiero w ostatniej chwili przypominali sobie, że praktyczność powinna jednak iść w parze z estetyką i na siłę próbowali wprowadzić ten zamysł w czyn. Efekty najczęściej wołały o pomstę do nieba.
Weszli przez solidne odrzwia i znaleźli się w urokliwym przeszklonym hallu.
Wystrój, jakby żywcem przeniesiony z rezydencji jakiegoś Afrykanera, nieco ją przytłoczył.
Po chwili sympatyczny odźwierny w służbowym pasamonie poprowadził ich do recepcji. Po załatwieniu niezbędnych formalności z kolejną marionetką tego skansenu, zgodzili się, by następna poprowadziła ich do dźwigu i powierzyła opiece windziarza, odstrojonego – a jakże – w stosowny uniform.

1
– Czy przyjmie pani moją dłoń?
Przystaje i przygląda mu się uważnie. Nie może odgadnąć intencji tej propozycji.
On chyba wyczuwa jej wahanie, bo dodaje szybko:
– Te schody nie są najbezpieczniejsze… Nie darowałbym sobie, gdybyś się potknęła i zrobiła sobie krzywdę.
Mierzy go wzrokiem, a potem bierze za rękę.
Czuje krzepki uścisk jego palców i sama silniej zaciska swoje.

2
W zaskakująco jasnym, przestronnym pokoju, w białym wózku siedziała staruszeczka. Drobniutka i równie biała. Niemal przeźroczysta.
Spojrzała na nich błękitnymi oczyma, w których odbijało się słońce. Na jej pergaminowych ustach powoli wykwitał subtelny uśmiech.
Kail podszedł do niej, przykucnął i, biorąc w swoje ręce jej filigranową dłoń, również się uśmiechnął.
Przyglądała się tej scenie spod drzwi, nie śmiejąc zrobić ruchu, by nie wedrzeć się w ich nagłą, ekshibicjonistyczną niemal, bliskość.
Wstrząsnęło nią podobieństwo ich twarzy – jędrnej, śniadej Kaila, i wiotkiej, naznaczonej spękaniami mikro-zmarszczek staruszki.

1
To całkiem miłe uczucie…
Szybko odpędza tę myśl. Skupia się na tym, by nie pozostawać w tyle. Albo się nie potknąć.
Schody są naprawdę strome.
To dziwne, ale do tej pory niespecjalnie zwracała uwagę na takie detale jak konstrukcja schodów.
Ale też nigdy chyba nie pokonała ich aż tylu w tak krótkim czasie.
Ilu właściwie?
Z żalem myśli, że od razu, na samym początku nie przyszło jej do głowy, by je liczyć
Wzrusza ramionami. Płakanie nad rozlanym mlekiem niczego nie zmieni.
Nie pomyślała – jej strata. Będzie musiała jakoś żyć dalej z tą niewiedzą. Teraz już i tak za późno…

2
Powitanie nie trwało długo.
Przejechali na rozsłoneczniony taras i przysiedli na nieskazitelnie białych, wykłuwających blaskiem źrenice, krzesełkach.
Lucia okazała się być przesympatyczną, niepozbawioną niezwykłego poczucia humoru osóbką.
Spędziła z nimi – babką i wnukiem – pełne radosnego świergotu popołudnie, nie mogąc nadziwić się metamorfozie, jaka zaszła w Kailu.
Nie widziała go jeszcze takiego radosnego, rozluźnionego.
Znikło gdzieś całe napięcie, któremu ulegał w jej towarzystwie.

1
Przecież nie zrezygnuję…
Nie teraz…
Ściska zaoferowaną dłoń i cieszy się w duchu, że nie uniosła się honorem i nie podziękowała.
Czuje się pewniej, wiedząc, że ma w nim oparcie.
Poza tym – póki jej nie ciągnie – wszystko jest w porządku.
Uświadamia sobie nagle, że wyglądają jak jedna z tych parek, beztrosko snujących się od zabytku do zabytku.
Ta myśl nie sprawia jej przykrości…
A jednak z ulgą uwalnia rękę, gdy docierają na miejsce…

2
Długo nie mogła zasnąć.
Nie przypuszczała, że może jeszcze zdarzyć się coś, co w takim stopniu potrafiłoby wytrącić ją z równowagi.
A jednak wciąż czuła ciepło dłoni staruszki, gdy ta przy pożegnaniu wzięła ją za rękę i przytrzymała chwilę, zerkając na Kaila.
– Opiekuj się nią – powiedziała cicho.
Sama nie wiedziała już, czy te trzy słowa wywołały w niej więcej sympatii do Lucii, czy… złości.
Wiele kosztowało ją kreowanie się na silną i niezależną i nie życzyła sobie, by pierwsza z brzegu osoba tak łatwo przebijała się przez tę fasadę.
Z drugiej strony – potrzebowała przecież czasem zwykłej, ludzkiej empatii. Jak każdy chyba…

1
Spod oka obserwuje profil zapatrzonego w dal Kaila.
Stoją bardzo blisko siebie.
W łagodnym podmuchu wiatru czuje zapach jego perfum. Odnajduje w nich gorzką nutę tataraku, grejpfruta i kardamonu.
Pasują do niego…
Podkreślają osobowość.
Jest bardzo stonowany i jednocześnie – niezwykle męski w tej swojej łagodności.
Otrząsa się z zamyślenia.
Co ją nagle napadło, by zaprzątać sobie głowę jego fizycznością.
Też!

2
Kolejny tydzień minął jej bardzo szybko, a w weekend wybrały się z Paulą na wycieczkę po okolicy.
Zwiedzały przydrożne kirchy, próbowały regionalnych specjałów i nocowały w niewielkich pensjonatach.
Ostatniego dnia trafiły na coś w rodzaju obwoźnego wesołego miasteczka. Zaliczyły diabelski młyn, przeraźliwie skrzypiącą karuzelę i gabinet upstrzonych cętkami czasu, poczerniałych luster.

1
Skacze ze skojarzenia w skojarzenie.
Przed oczyma przewijają się kadry dzisiejszego dnia.
Jazda samochodem.
Monotonny krajobraz.
Paleta stonowanych barw.
Smaki i zapachy, które do tej pory snują się w niej, przytłumione na razie i wciśnięte między inne zdarzenia…
Nawet jacyś spacerowicze, których obecność zarejestrowała półświadomie, wychodząc po koncercie z katedry…

2
Paula uparła się na zjedzenie kosmatej golonki i na efekty nie musiały długo czekać. Musiała prowadzić i była trochę zła na kuzynkę – wypiła wcześniej kilka kieliszków wina i bała się spotkania z policją. Nie mogła sobie pozwolić na utratę prawa jazdy.
Na szczęście czy też nieszczęście – ze względu na Paulę musiały robić częste postoje.
Na nieszczęście – bo droga powrotna wydłużyła się koszmarnie.
Na szczęście – ponieważ wypity alkohol zdążył wyparować, nim dojechały do większej aglomeracji.
Wróciły późnym wieczorem i od razu poszły spać.

1
A przecież nie potrafi tak po prostu przestać myśleć….
O jego szerokich ramionach, odznaczających się pod błękitną koszulką, rozchylającym się lekko kołnierzyku, który odsłania fragment śniadej szyi i obojczyka.
Nawet o tym błękicie, który jest wyjątkowo twarzowy i sprawia, że wykrój oczu Kaila nabiera orientalnego charakteru.
O cieple jego ręki, która jeszcze kilka chwil temu opasała jej rękę, gdy wchodzili po schodach.

2
”Stęskniłaś się może za mną?” – przeczytała późnym piątkowym popołudniem.
„Można tak powiedzieć…” – odpisała.
Spacerowali urokliwymi uliczkami o bardzo wąskich trotuarach i szerokich, nieużywanych od lat rynsztokach. Wyludniona Starówka czarowała oświetlonymi oknami i rajcującymi kobietkami o czerwonych twarzach i białych włosach. Przechadzali się powoli, podsłuchując szemrzące kawiarenki.
Nie potrafiąc oprzeć się aromatowi goździków, zajrzeli do jednej z nich i zostali.

1
Widok jest imponujący.
Ani trochę nie żałuje, że dała się skusić.
Zazwyczaj nie jest specjalnie uległa. Niełatwo przekonać ją do zmiany planów. A im większy nacisk, tym mniejszą ma na to ochotę.
Nie ma pojęcia, skąd w Kailu to wyczucie, ale musi przyznać, że bezbłędnie potrafi oceniać szanse powodzenia.
A może po prostu nie ma zwyczaju manipulować innymi.
Ani razu nie zdarzyło się, by próbował ją do czegoś przymusić.
Chyba tym właśnie ujął ją w pierwszych dniach znajomości.

2
Delektowała się piernikową wonią gulaszu i oryginalnym smakiem ziołowej herbaty, szczypiącej w język od szałwii i mięty.
Usiłował nakarmić ją ciężką od przypraw szarlotką, ale wybroniła się śmiechem i groźbą, że mu ucieknie.
A potem patrzyła, jak bezskutecznie próbował unicestwić ślady własnego łakomstwa suchą chusteczką. Roześmiała się i pomogła mu, delikatnie usuwając plamkę musu.
Podziękował skinieniem głowy i dotknął jej ręki.
Chciała ją cofnąć, ale nie zrobiła tego. Pozwoliła mu unieść ją do ust i pocałować.
Nie chciała przedłużać tej chwili poufałości, więc znowu się roześmiała i powiedziała kilka złośliwych słów. Wiedziała, że to go speszy.

1
Czuje na twarzy kolejny podmuch wiatru. W woń perfum wkrada się mieszanina zapachów o posmaku ziemi i górskiej wilgoci.
Wstrzymuje oddech i odwraca się. Napotyka jego wzrok. Próbuje przytrzymać to spojrzenie, ale on swoim zwyczajem pochyla głowę i kontakt zostaje przerwany.
Ma ochotę powiedzieć coś złośliwego. Nagle dostrzega w jego krótkich, lekko falujących włosach, pobłyskującą gdzieniegdzie srebrną niteczkę, i jej wargi zdradziecko układają się w delikatny uśmiech.

2
Wyruszyli wczesnym rankiem następnego dnia. Obsadzone wysokimi krzewami małe ronda przyprawiały ją o nerwowy dygot, chociaż była tylko pasażerem. A może właśnie dlatego.
Kail skupiał się na jeździe, patrzyła więc w okno. Krajobraz obfitował w porośnięte świerczyną wzniesienia z mniejszymi i większymi plamami pomarańczowych albo burych dachów. Od czasu do czasu zaliczali jakiś wiraż. Przymykała wtedy oczy i odruchowo wstrzymywała oddech. Niby znała różne trasowe dziwolągi, ale nigdy jakoś nie potrafiła do nich przywyknąć. Własne drogi wydawały się jej najlepsze i najbezpieczniejsze. Nawet, gdy nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia.

1
Ulega wrażeniu, że ta nieoczekiwana reakcja ją obnaża. Czyni bezbronną.
Mruży oczy i nasłuchuje.
Ma nadzieję, że Kail niczego nie dostrzegł. I nie uznał tego za rejteradę.
Nie pozwoli przypiąć sobie łatki czułego kurczątka, albo – co gorsza – nieporadnego dziewczątka, któremu trzeba usuwać z drogi każdy pyłek, by się nie potknęło.
Z irytacji niemal zaczyna brakować jej oddechu…

2
Po drodze parę razy zatrzymali się na szybką kawę i dzięki kofeinie nie morzył jej sen.
Zagadywał kilka razy, ale odpowiadała półsłówkami.
Kiedy po wczorajszym spotkaniu zapytał, czy lubi niespodzianki – uśmiechnęła się i nic nie odpowiedziała, pozwalając, by odczytał sobie ten uśmiech, jak mu się podobało.
Lubiła niespodzianki, ale może niekoniecznie, gdy robił je ktoś prawie jej nieznany.
Nie sprostowała jednak, kiedy z rozradowaną miną oświadczył, że to doskonale. Nie miała serca zmącić tej jego, dziecinnej prawie radości.

1
Nagle czuje na ramieniu muśnięcie.
Zerka i dostrzega jego wyciągniętą dłoń.
Podąża za nią i jej oczom ukazuje się coś niespotykanego.
Jest tak oczarowana, że zapomina na chwilę o dystansie, który sobie względem Kaila nakazała.

2
Katedra przywitała ich cerkiewną bielą ścian i dostojnym blaskiem kopuł. Górowała nad wąskimi uliczkami, a jej szkielet nie robił dobrego wrażenia. Przynajmniej – na niej.
Z mieszanymi uczuciami wchodziła do środka, zupełnie nie podzielając jego entuzjazmu, choć domyślała się już niespodzianki. Nigdy nie miała okazji tu zawitać, jako miłośniczka muzyki organowej znała jednak zarówno sam budynek, jak i jego historię. Postanowiła nie psuć mu przyjemności z roli guru i nie przyznała się, że wie, czego się spodziewać.

1
Nie może nadziwić się tej troistości barw.
Torfowej czerni, światłoczułemu błękitowi i zieleni topniejącego alpejskiego śniegu.
– Piękna – szepce, patrząc na leniwie płynący nurt.
– To ty jesteś piękna.
Nie odwraca się. Nieruchomieje. Spina się w sobie i przyczaja. Cała jest jednym wielkim oczekiwaniem.
Czuje na karku jego oddech i ciepło obejmujących ją ramion.
Przymyka oczy i pozwala sobie na chwilę beztroskiego ukołysania. A potem prostuje się.
– To nie jest dobry pomysł – oznajmia stanowczo.

2
Toccata Bacha wybrzmiewała imponująco w monumentalnym wnętrzu.
Barokowy wystrój porażał ogromem szczegółów.
Złocistości spowite koronkami marmuru wyżynały się z blasku dnia, sprawiały wrażenie żywych. Wydymały się i wklęsały, jak przy oddychaniu. Intrygowały szeptami półcienia.
W pewnej chwili ugięła się pod dosytem przeżyć. Doznała wrażenia, że lada chwila otoczy ją korowód zmartwychwstałych nagle detali. Niemal poczuła brzęczenie krążących wokół szmerów.
Przymknęła oczy. Powoli wokół wychładzało się. Zgiełkliwe pasma organowych akordów łagodniały, wracały na swoje miejsca. Znowu stawały się słoneczną harmonią.
Gdy wszystko nabrało prawie właściwych proporcji, uniosła się i ruszyła ku wyjściu…

1
– Wyjeżdżasz… – mówi cicho.
Ona potakuje nieznacznym ruchem głowy.
– Przyjadę do ciebie… Jeśli chcesz… – dodaje, spłoszony nagle.
Ona uśmiecha się i, ponaglana przez Paulę, wchodzi na posesję.
Rzuca szybkie spojrzenie przesuwającej się do tyłu postaci.
Szkoda…
Naprawdę szkoda, Kail, że przez ten czas ani razu nie wspomniałeś o żonie…

Rozdarcie fiołkowego świtu

Za oknem wzbierało deszczem.
Stałam po lewej stronie szyby wpatrzona w symetrycznie pokwadratowany przestwór.
Twój cień nieuchronnie wtapiał się w szelest złotego wąwozu. Przylgnęłam do chłodu policzkiem i wsłuchałam się w kontrabasowe rozstanie, zniewalające staromodnością koncertów Kusewickiego.
Przymknęłam oczy, wyczekując delikatnego wibrowania, które otuliłoby moje ramiona pocieszającą miękkością. Projektowałam zewnętrzną barwność, a rozstrojony mózg domagał się pastelowych ukojeń.
Ogrzana oddechem tafla podsycała obietnicę spełnienia.
Ufnie rozwarłam powieki. Kręta dróżka wyszczerzyła się fosforyzującymi piszczelami sędziwych lip.
Przerażenie łupnęło z tyłu głowy. Ciepło-brzozowe zwoje parapetu nie oddały pieszczoty palcom. Rozkurczałam je jakiś tysiąc lat, mozolnie wydobywając z bursztynowej lawy. Odwracałam się kolejne milenium, nie mogąc oderwać wzroku od urągliwego chichotu korzeni.
Burgundowy koncert basów w moim ciele umilkł na dobre. Bezgłos ścian zaciskał się sinymi pierścieniami.
Oślepiona własnymi fantazmatami dobrnęłam do drzwi. Bezszelestnie odgradzałam się od szyderczych brzęknięć. Ciche kliknięcie zamka zerwało lepką więź.
Odzyskałam siebie i ruszyłam w mrok. Stopy zapadały się w deliryczny trzask podłogi.
W nieoddali majaczył kłąb lazuru. Każde stąpnięcie powiększało go, utwardzając kontury, aż wreszcie wykwitł plątaniną przydymień i błękitów Deszczowego dnia Paula Klee okiełznanych ramą framug.
Pod wpływem pulsujących we mnie, nieśmiałych smyczkowych wizgów Main Title Schifrina zewnętrze objawiło się złowróżbnym rozedrganiem. Ku niemu drobnymi, coraz szybszymi kroczkami skradała się perkusja. Nagle zazgrzytało alarmem trąbek i, nim zdążyłam zareagować, ukoiło czułością kołatek, utuliło gitarowym flauszem.
Uwiedziona gracją perkusji, świergotem fletu i tajemniczością saksofonu, płynęłam ku drżącej projekcji zmierzchu.
Byłam tuż tuż, gdy nade mną rozhuczał się świat. Skuliłam się mimowolnie i iskrzącym strumieniem wtargnęło we mnie Prelude Waxmana. Poddałam się szaleństwu smyczków i psychotycznym ostrzeżeniom trąbek. Ugięłam pod zatrważającym szczękiem klawiszy, wybrzuszającym sufit jedną z wariacji Constellation Miro. Każdy kształt ział czeluścią, każde oko raziło przenikliwością. Cienie figur wybijały na moim ciele piętna, mamiąc nozdrza odorem przypalanej skóry, uszy – skwierczeniem żywej tkanki. Doznawałam wrażenia, że lada chwila utonę w tumanach poczerniałego, tłustego dymu.
Fortepian kusił melodią kroków. Dławiąc się i dysząc, ruszyłam ku schodom. Pokonywałam je etapami, przypływy lęku zagłuszając balsamicznym smakiem skrzypiec.
Dobrnęłam na szczyt i zawahałam się. Rumor wdarł się blaszanym wystukiwaniem SOS z początku Preludium.
Pchnęłam drzwi.
Pierwszy grzmot napęczniałej nocą burzy rozjęczał się Koncertem na dwa kontrabasy Kaserna.
Obca nagle przestrzeń rozgrzechotała się martwym klekotem klawiszy. Poszarpana ciemność zafalowała.
Kolejny impuls objawił się fetorem pozieleniałych wnętrzności, mikro-błyskami rozgardiaszu. W popękanej przestrzeni dojrzałam kanciasty, nastroszony zamierającym dygotem kształt.
Z rozszerzonymi strachem ślepiami. Z drgającym instynktem ogonem.
Kot.
Picassowski.
Bez kraba.

Z piątku na niedzielę. Matkamanastroje.

Nie ukrywam, że wpis od początku nastręczał wiele trudności, nad którymi nie zamierzam zbyt obszernie się rozwodzić, by już na wstępie nie uśpić potencjalnego Czytelnika.
Napomknę tylko zatem, że – istotnie – matka ma (czy raczej miała) nas troje, a nawet czworo. Z tym, że tak naprawdę to zaledwie – jedno, choć pozostałych dwoje (a w porywach troje) też uważało, że ich ma.

Przechodząc dalej, z niejaką [czy wręcz – pewną] dozą nieśmiałości przyznam się, że – miewa. Ta matka. Czyli – w konkretnym przypadku – ja, ponieważ też jestem matką. A co takiego mam? Ano – na stroje. Jak sobie zarobię.
Niby mogłabym korzystać z zarobionego przez innych, ale taka już dziwna jestem, że nabyte za zarobione podoba mi się bardziej. Zatem słusznym byłoby tytułowe matka ma na stroje uzupełnić bo sobie zarabia.

I wreszcie z [ bodaj, czy nie większą] dozą nieśmiałości postawię kropkę nad „i”, i – napiszę, że matka ma nastroje i nie zamierza [a raczej – nie zamierzam – ja, ta matka] się tego wypierać.
A żeby już całkowicie zagmatwać, dodam, że owe nastroje owocują.
Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale – zawsze i niezmiennie…

Jeśli komuś wydaje się, że do tej pory było mało zrozumiale, bez sensu i celu, ale wciąż pozostały w nim okruchy cierpliwości, powinien teraz spuchnąć z dumy.
Ponadto – zaufać i powtarzać. Autorce bezgranicznie zaufać i jak mantrę powtarzać sobie, że ona [to znaczy – ja, ta autorka… znowu…] niczego nie robi bez powodu, bardzo szanuje słowo i waży je z aptekarską skrupulatnością.
I jeszcze – uwierzyć. Że powyższy manewr gmatwający ma na celu przygotowanie do przebrnięcia dalszej części wywodu…

2book8-678x1024

Tak się składa, że kolejny raz na piątkowo-niedzielny termin przypada tak zwana okoliczność.
Podwojona. Należałoby ją zatem uczcić, a choćby tylko delikatnie zaznaczyć.
Niełatwo jednak znaleźć punkt styczny między Światami Matki i Dziecka. Przynajmniej w kontekście, który zwykłam prezentować na łamach tego cyklu…

By – jak w horrorze kategorii S – dodać tekstowi nieco dramatyzmu, nie omieszkam napomknąć o chronicznym braku snu i nerwowym tiku ocznym podczas poszukiwań tegoż punktu. Jak również o drętwiejącym karku, łzawieniu wynikającym z darcia resztek owłosienia i skrajnym wyczerpaniu organizmu, nim wreszcie wpadłam na cień pomysłu…

Jabberwocky!

Twas brillig, and the slithy toves
Did gyre and gimble in the wabe;
All mimsy were the borogoves,
And the mome raths outgrabe.

Wiersz Lewisa Carolla ma siedem zwrotek, ale kto by się tym przejmował.

No cóż…
Wbrew pozorom – przejmowało się wielu, a niektórzy na tyle, że pokusili się o tłumaczenie.

Osobiście ograniczyłam się wyłącznie do przełożenia tytułu – Żaberłok.
Mogłabym zasłaniać się koszmarną, nieuleczalną i niedającą się złagodzić alergią na język angielski, ale zamiast tego wolę tkwić w euforycznym podziwie dla tych, którzy na tytule nie utknęli:

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogowie
I rcie grdypały z mrzerzy.

Sądzę, że już pierwsza zwrotka delikatnie sugeruje, czemu właśnie Alicję po drugiej stronie lustra uznałam za pomost między Matczynym i Dziecięcym Światem.

Gdyby jednak pierwsza strofa sugerowała zbyt delikatnie, proponuję kolejną:

O strzeż się, synu, Dziaberłaka!
Łap pazurzastych, zębnej paszczy!
Omiń Dziupdziupa, złego ptaka,
Z którym się Brutwiel piastrzy!

Jako dziecko uwielbiałam wszelkiej maści Bohaterów. Kochałam ich za szaleńczą odwagę i strategiczną mądrość:

A on jął w garść worpalny miecz:
Nim wroga wdepcze w grzębrną krumać,
Chce tu, gdzie szum, wśród drzew Tumtum
stać parę chwil i dumać.

Do tej miłości przyczyniał się również dreszczyk emocji towarzyszący zbliżającemu się niebezpieczeństwu:

Lecz gdy tak tonie w dumań gląpie,
Dziaberłak płomienistooki
Z dala przez gąszcze tulżyc tąpie,
Brdli, bierze się pod boki!

I – oczywiście – konfrontacja. Bohatera bez udziału zmysłów rzucającego się w wir walki z silniejszym przeciwnikiem; Bohatera skazanego – zdawałoby się – na zagładę, a jednak wychodzącego z potyczki bez uszczerbku na ciele i umyśle:

Ba-bach! Ba-bach! I rach, i ciach
Worpalny brzeszczot cielsko ciachnął!
A on wziął łeb i poprzez step
W powrotny szlak się szlachnął.

Z wypiekami na twarzy czekałam na słowo uznania i spontaniczne utulenie, które – co tu kryć – były też przecież skierowane do mnie – biernej, ale jakże wytrwałej uczestniczki śmiertelnych zmagań:

Tyżeś więc ubił Dziaberłaka?
Pójdź, chłopcze, chlubo jazd i piechot,
Objąć się daj! Ho-hej! Ha-haj!,
Rżał rupertyczny rechot.

Jako matka natomiast…

Jako matka odkryłam w sobie niewiarygodne pokłady cierpliwości, gdy własnemu dziecku po raz tysięczny odczytywałam przekład Stanisława Barańczaka i starałam się objawić magię każdego słowa; gdy powtarzałam każdy wyraz i próbowałam przetłumaczyć. Też po raz tysięczny:

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogovie
I rcie grdypały z mrzerzy.

Mało tego. Jako matka poznałam smak bezgranicznego poświęcenia, na jakie nigdy nie potrafiłabym się zdobyć będąc dzieckiem.
A efekty…

poskromienie żaberłaka selena

Mam nadzieję, że choć w minimalnym stopniu dowiodłam, iż po takiej traumie homonim całkowity matkamanastroje nabiera specjalnego charakteru i zasługuje na krótką wzmiankę…