czy

miał
jedno ucho niżej
przyszyte niebieską nitką
czarne koraliki strapień
odbijały brąz
stukał chropawo
o poręcz łóżka
mościł się między lalkami
pękaty od sekretów
dziecinnych utuleń
weteran

Reklamy

zadziwiające

miasto bez dzieci
świat ludzi do rosłych
kobiet pasują bardzo
kanciaści mężczyźni
błękitnobiałe chodniki
nikt się nie spieszy
od czasów jarla birgera

Z piątku na niedzielę. Szninkiel.

szninkiel (1)

Pisałam już kiedyś, że podążając tropami jakiegoś dzieła często można utknąć w gąszczu skojarzeń niekoniecznie pożądanych… Jeśli chodzi o kulturę europejską, to zawsze przeważnie kończy się na kontemplowaniu Biblii lub greckich archetypów. No cóż – jesteśmy niejako napiętnowani antycznym wielobóstwem i biblijnym monoteizmem. Nie da się uciec od korzeni, nie da się zaprzeć własnej kulturowości…

Wędrując ścieżkami Szninkla nietrudno odnaleźć w postaci bohatera analogie, których symbolika oscyluje wokół tradycji chrześcijańskiej, zahaczając od czasu do czasu o świat Tolkiena czy Odyseję Kosmiczną Kubricka…

A jednak Jean van Hamme i Grzegorz Rosiński stworzyli odrębną mitologicznie autonomię… Wysnuli opowieść, w której przy pomocy mniej lub bardziej czytelnych sygnałów, bardzo konsekwentnie i z dużym znawstwem tematu, dowiedli swojego odbiorcę do końca. Może spodziewanego, może zaskakującego – lecz – nie przekłamali patronującej im przez całe dzieło koncepcji…

Niewątpliwie wartością tego komiksu są rysunki – tak pomyślane, że właściwie na nich opiera się fabuła. Warstwa tekstowa ograniczona jest do niezbędnego minimum, co w tej dziedzinie sztuki jest atutem…

Ale tym, co przyciąga przede wszystkim, jest nadbudowa ideologiczna. Szninkiel nie jest tylko jedną z wielu mniej lub bardziej utrafionych historyjek; opowiastek wysnutych ku uciesze gawiedzi. Jest polemiką z kulturowymi stereotypami, podaną w bardzo atrakcyjny, oryginalny i czarno-biały sposób…

szninkiel

Światło. Brzęk bransolet…

…kołysał ją do snu i budził każdego ranka.
Zza tiulowej zasłony wyglądała pięknej twarzy Malini i jej dźwięcznego głosu rozbrzmiewającego wokół, a jednym z niewielu słów, które wyławiała, była pieszczotliwie brzmiąca Lalima
Nie mogła nadziwić się gracji swojej opiekunki. Jej ciału, które pod zwiewnymi warstwami sari zdawało się nieustannie pląsać i falować…
Myślała o niej bez przerwy i – co zdarzyło jej się pierwszy raz – nie potrafiła sprecyzować barwy. Wszystko oscylowało wokół jakichś księżycowych błękitów i fioletów, przenicowanych złotem. Głos Malini miał zapach kurkumy i przysypywał wszystko brylantowym pyłem…
Wstawała i pierwsze kroki kierowała do łazienki. Kąpiel organizowała porządek dnia. Miała w sobie coś z rytuału, gdy drobne dłonie Malini mydliły plecy, polewały letnią wodą i wcierały rozsiewający cynamonową woń olejek.
Potem jadła śniadanie złożone z pachnących kozieradką, kolendrą albo kminkiem idli i warzywnego sambaru z dyni, okry, pomidorów i daikonu. Aromat świeżych liści curry albo kolendry kręcił w nosie i wzmagał łaknienie…
Po śniadaniu Malini prowadziła ją przed dom i zostawiała samej sobie.
Nigdy się nie nudziła. Przeważnie układała rangoli. Wolno jej było zrywać kwiaty z ogrodu i tworzyć barwne mozaikowe koła… Żałowała, że są takie nietrwałe…
Gdy nużyła ją ta zabawa, przysiadała nieopodal i słuchała dolatującego z domu śpiewu Malini…

Kontakt

– Żadne tam takie! – powiedziała kategorycznie pani Jusia i zatrzasnęła drzwi. Na głośny łomot spragnionego natręta przestała reagować.
Kładła się już spać, gdy zza zamkniętych balkonowych drzwi dobiegło ją ciche bzyt. Próbowała je zignorować, ale bzyt powtórzyło się. Głośniej i bardziej nachalnie.
Westchnęła ciężko i niemrawo zaczęła się wygrzebywać spod kołdry. Usiadła, spuściła nogi i po omacku odnalazła kapcie. Wsunęła w nie stopy i z ciężkim stęknięciem podniosła się z tapczanu. Nie zapalając światła, powędrowała do dużego pokoju. Przy akompaniamencie szurania wsłuchiwała się w dochodzące zza okna bzytania.
Gdy tylko przekroczyła próg pokoju, dostrzegła dziwne sinoniebieskie błyski. Przyśpieszyła kroku, i, znalazłszy się przy szklanych drzwiach, przybliżyła twarz do szyby.
Na balkonie majaczył dziwny baniak. Miał kształt grubego cygara. Lewitował sobie dziesięć centymetrów nad balkonową posadzką, migając kolorowymi światełkami. Po chwili zaczął drżeć i idealnie w jego środku pojawiła się rysa. Oniemiała pani Jusia patrzyła, jak górna część odkręciła się niczym wieko termosu, obróciła o sto osiemdziesiąt stopni i zawisła w identycznej odległości od podłoża jak dolna.
Kiedy części się rozdzieliły, z wnętrza wylazły trzy skurczone postaci i, wydając mało zrozumiałe warkoty, zaczęły rozglądać się dookoła.
Były niewysokie, przygarbione i pomarszczone. Miały po troje wyłupiastych oczu i śmieszne trąbki zamiast nosów.
Pani Jusi, którą z początku ogarnął strach, wydały się sympatyczne, więc wpatrywała się w nie z niekłamanym zaciekawieniem.
Postaci żywo o czymś dyskutowały. Nastawiwszy uszu, pani Jusia usłyszała niezrozumiałe słowa, dzięki żywiołowo warkocącemu rrr, brzmiące jednak bardzo swojsko.
W tej właśnie chwili jedna z postaci uniosła głowę i dostrzegła panią Jusię. Ich oczy spotkały się i znieruchomiały na moment w nieoczekiwanym porozumieniu. Wreszcie postać oderwała wzrok od małych oczu pani Jusi i klepnęła towarzysza w kark. Ten podskoczył, zaperzył się i już, już gotował się do rewanżu, gdy kątem oka również dostrzegł panią Jusię. Na ten widok jego usta przybrały kształt litery u, a trąbka zafalowała wzruszeniem.
Trzecia postać tymczasem uniosła pazurzastą łapkę i pomachała pani Jusi. Ta – odmachała niepewnie. Nagle bowiem uświadomiła sobie, że jest w mieszkaniu zupełnie sama i poczuła się nieswojo. Coś szepnęło jej, że powinna brać nogi za pas.
Nim jednak zdołała posłuchać głosu rozsądku, pierwsza postać podeszła do drzwi i na migi pokazała, by pani Jusia otworzyła balkon. Tyle w jej wzroku było błagania, że pani Jusia nie potrafiła się oprzeć.
Po pierwszych, dość nieudolnych próbach porozumienia, nić przyjaźni została zadzierzgnięta. A choć pani Jusia ni w ząb nie mogła pojąć, o co właściwie poczwarkom chodzi, dostrzegła coś, co sprawiło, że zaprosiła je do środka, posadziła przy stole i – zapaliwszy górne światło – postawiła cztery kieliszki i flaszkę.
Początkowo szkaradki węszyły nieufnie. Dopiero, gdy pani Jusia uniosła kieliszek i jednym haustem opróżniła zawartość, poczwarki poszły w jej ślady.
Właściwie dopiero teraz, gdy w pokoju zrobiło się jasno, mogła dokładniej się im przyjrzeć. Rzeczywiście były niewielkiego wzrostu, przygarbione, ale w zasadzie podobne do ludzi. Gdyby nie te trąbki i oczy, można byłoby wziąć je za staruszków. Nawet skóra w kolorze dorodnej węgierki okazała się być przy bliższym kontakcie kombinezonem.
Ale pani Jusia pojęła to już wcześniej. Tym zaś, co przesądziło o chęci kontaktu, były diamentowe smugi wydobywające się spod uniformów.
To wtedy w głowie pani Jusi zapaliła się czerwona lampka i zrodził się pewien plan. Od tamtej chwili było jej wszystko jedno, kim są przypadkowi goście.
Jak się okazało, pani Jusia nie tyle może znała się na ludzkich reakcjach, ile na mocy sprzedawanego od lat trunku.
Nim w butelce pokazało się dno, stworki straciły kontakt z rzeczywistością.
Jeden zasnął z trąbką w kompocie, w którym co chwila bulgotały bąbelki powietrza wydychane licznymi otworkami.
Drugi zawisł bezwładnie na krześle, przebierając od czasu do czasu zwiotczałymi kończynami. Trzeci – spadł ze swego siedziska, poturlał się pod stół i od tej pory ani drgnął.
Najpierw pani Jusia zajęła się tym spod stołu: związała go i bez większego wysiłku przetransportowała do wanny. Powróciła do pokoju i uwięziła dwóch pozostałych delikwentów.
W drodze powrotnej wstąpiła do kuchni, rozejrzała się bystro i zdecydowała się na spory tasak oraz – tak na wszelki wypadek – na toporek do mięsa. Z korytarzowej szafy wyjęła foliowy płaszcz przeciwdeszczowy i płachtę czarnego podkładu, który został jej po malowaniu sufitu.
Kiedy znalazła się w łazience, zaścieliła podłogę folią, żeby niczego nie zabrudzić, a potem podeszła do wanny i jednym precyzyjnym ciosem pozbawiła szkaradka głowy. Przyznać trzeba, że więcej w tym było szczęścia niż umiejętności, co nie zmieniało faktu, że szkaradek był martwy.
Dopiero po odłożeniu głowy zdecydowała się rozebrać stworka. Rozcięcie uniformu ostrym nożem, po który cofnęła się do kuchni, bardzo uważając, by nie zachlapać chodniczka w przedpokoju, nie nastręczało zbyt wielu trudności. Następnie wprawnie uniosła kadłubek za nogę i oceniła jego wagę. Doszła do wniosku, że haki, na których rozciągnięte były sznury na pranie wytrzymają potrójny ciężar, przecięła więc jedną z linek, sprawnie omotała nogi bezgłowego stworka i zawiesiła go nad wanną.
Wszystkie czynności powtórzyła jeszcze dwukrotnie i wreszcie mogła chwilę odpocząć. Cofnęła się do drzwi i z dumą spojrzała na trzy ociekające korpusiki.
Potem rozejrzała się dookoła i z zadowoleniem stwierdziła, że prawie nie narobiła bałaganu. Głowy włożyła do zlewu i ostrożnie zdjęła płaszcz. Opłukała go mocnym strumieniem z prysznica, strzepnęła i powiesiła do wyschnięcia. Podobnie zrobiła ze śliwkowymi wdziankami i płachtą od malowania sufitu.
Poczekała, aż ze szkaradków spłynie cała posoka. Trwało to krócej, niż myślała, a gdy się dokonało, umyła wannę, zdjęła pierwszego stworka i oniemiała z zachwytu po raz drugi. Tym razem z powodu pięknej, srebrzyście lśniącej skóry. Najpierw myślała, że gruzełki to prawdziwe diamenty. Dopiero po baczniejszych oględzinach stwierdziła, że ma do czynienia z – grubą, bo grubą, ale – łuską. To ją nawet ucieszyło. Po raz kolejny powędrowała do kuchni i z pewnością wytrawnej gospodyni skierowała się do szuflady w stole. Pobrzęczała chwilę i wyjęła z niej okrągłą tarkę do okoni. Po namyśle dorzuciła jeszcze tę do tarcia kartofli. Ot, tak, na wszelki wypadek.
Powróciła do łazienki, zatkała odpływ, by nie stracić ani jednej łuski i raźno zabrała się do roboty. Tarka do ziemniaków okazała się być idealna do większych partii, okrągła na okonie – do zakamarków.
Na szczęście skóra poczwarek nie była pokryta śluzem, wystarczyło więc srebrzyste łuski przesiać przez durszlak, po który po raz kolejny pomaszerowała do kuchni, polać wodą i rozsypać na frotowym ręczniku, który przezornie rozłożyła w przedpokoju, wędrując po nóż.
Najpierw uporała się z łuskami: osuszyła je, zawinęła w rulony i skrzętnie ukryła w wydrążonych nogach krzeseł. Następnie zabrała się do dalszej roboty. Napuściła do wanny zimnej wody i zanurzyła w nich głowy, upewniając się wcześniej, czy szkaradki nie posiadają jakiegoś zbędnego owłosienia. Nie posiadały, co skonstatowała z radością, bo ten fakt oszczędzał jej opalania nad palnikiem gazowym. Następnie wypatroszyła i rozbroiła tuszkę po tuszce, elegancko ofoliowała posegregowane części, pięknym okrągłym pismem opatrując każdy pakunek nazwą i datą. Schludnie poukładała wszystko w zamrażarce, a każdej z tych czynności patronowała myśl o zbliżających się milowymi krokami świętach.
Głowy zdążyły w tym czasie odleżeć swoje, napełniła więc ogromny gar wodą i wrzuciła je do obgotowania. Gdy wywar zaczął bulgotać, a głowy mięknąć, dorzuciła obraną marchew, korzeń pietruszki i selera, cebulę i kilka ząbków czosnku. Wsypała garść przypraw i sól do smaku. Po domu rozszedł się przyjemny zapach angielskiego ziela i laurowego listka.
Nie przykrywała wielkiego gara, żeby nie wyszumiał z niego smak. Zmniejszyła płomień i spokojnie powędrowała na balkon, by w świetle wstającego dnia przyjrzeć się cygaru.
Wciąż było otwarte, a jego części lewitowały tuż nad terakotową posadzką, lekko wibrując. Światełka pulsowały nikłym blaskiem, a całość wydawała z siebie od czasu do czasu niegłośne ale niepokojące bzyt.
Przyglądając się dziwacznemu pojazdowi, pani Jusia przez skórę czuła niepokój. Wiedziała, że musi usunąć jakoś kompromitujący przedmiot, by ślad po stworkach zaginął jak najprędzej. Wiedziała też, że jeśli nawet ich zniknięciem nie zainteresują się pobratymcy, to jej właśni sąsiedzi – na pewno.
Balkon miała średni, a cygaro wylądowało jakieś trzydzieści centymetrów od bocznych drążków. Przykrycie ich kwiecistymi kapami okazało się być złym pomysłem – drgające jaskrawe kwiaty bardzo przyciągały wzrok.
Pani Jusia uparła się jednak i, dokonując nadludzkich wysiłków, udało jej się części cygara przeciągnąć w dwa przeciwległe końce balkonu. Zajęły wprawdzie całą szerokość i zasłoniły widok na sąsiednie lodżie, bo sięgały dwóch trzecich wysokości mieszkania, ale przestały się tak bardzo rzucać w oczy.
Zanim głowy w garze ugotowały się do miękkości, zdążyła jeszcze wepchnąć pod spód półcygar po odwróconej dnem do góry, plastykowej misce mającej imitować podstawkę.
Dopiero po wyłączeniu palnika i pozostawieniu głów do ostygnięcia, pani Jusia zajrzała do środka lewitujących części. Posiadały trzy niezbyt szerokie komory, które wyglądały jak okrągłe trumny. Domyśliła się, że każda z nich była przeznaczona dla jednej poczwarki i wzruszyła ramionami, bo ta wiedza niewiele jej mogła pomóc w kamuflowaniu pojazdu.
Wprawdzie miała już z grubsza nakreślony plan, ale po racjonalnej ocenie własnych sił musiała go zmodyfikować – wypełnienie komór ziemią i zasadzenie w nich kwiatów trwałoby zbyt długo.
Siedząc przy kuchennym stole i obierając głowy z mięsa, myślała bardzo intensywnie. Przy odławianiu ósmego oka coś jej zaświtało. Podczas krojenia pietruszki doznała olśnienia.
Spokojnie dokończyła siekanie w piękną kosteczkę mięsa, poukładała na dnie miseczek marchewkowe kwiatki z pietruszkowym środkiem i zalała rosołową zawiesiną, rozpuszczając w niej wcześniej kilka torebek żelatyny, nie miała bowiem pojęcia, z jakim rodzajem mięsa ma właściwie do czynienia.
Dopiero, gdy poustawiała miseczki na kuchennym parapecie i obrała spory gar ziemniaków, zaczęła realizować plan.
Jakiś czas temu w ścianie pod zlewem zrobiła się dziura, z której wyłaziły pająki. W telewizji wypatrzyła reklamę szybkoschnącego specyfiku. W pobliskim markecie udało jej się nabyć to, czego potrzebowała. Niestety, dała się otumanić uśmiechom sprzedawcy oraz wizji, że może produktu zabraknąć i nabyła ilość, która okazała się być bardzo nadmierna.
Pani Jusia jako kobieta doświadczona życiem i nauczona zapobiegliwości nie wyrzucała jednak niczego. Nigdy.
Jak się okazało – po raz kolejny miała rację.
Przytachała ciężki wór z przedpokoju na balkon i sumiennie rozdzieliła proszek na dwie części. Zasypała dokładnie oba półcygara i pognała po wodę. Po zalaniu bardzo się sprężała z mieszaniem, bo sprzedawca w jednym nie kłamał – specyfik był produktem bardzo szybkoschnącym.
Kiedy wszystko stężało, pani Jusia sypnęła na wierzch trochę ziemi nabytej w tymże wielobranżowym markecie i wetknęła po jednym ładnie płożącym się bluszczu, który i tak miała lada dzień przesadzać do większych doniczek.
Dopiero gdy uprzątnęła niewielki rozgardiasz i sprawdziła stopień stężenia głowizny, pozwoliła sobie na zrobienie kawy z mleczkiem.
Wyniosła kubek na balkon i podreptała po ciasto. Wreszcie zasiadła przy małym plastykowym stoliku na małym plastykowym krzesełku i odsapnęła. Rozejrzała się wokół, delektując się swym dziełem. Była z siebie naprawdę dumna.
Zapatrzyła się w okrojone niebo i upiła łyk kawy. Do jej uszu dobiegło ledwo słyszalne, kojące bzyt.