Przycupnęłam…

…na brzeżku krzesła. Serweta pachniała krochmalem. Pochyliłam się i splot nabrał trójwymiarowości. Wpatrywałam się w tkaninę, póki nieskazitelna biel włókien nie objawiła się męczącym oczy, fluoryzującym fioletem. Świadoma całkowitego bezsensu tej czynności powstrzymywałam się przed mrugnięciem. Kiedyś potrafiłam siedzieć z rozwartymi powiekami ponad trzy minuty. Teraz ledwo dotrwałam do dwóch, gdy poczułam szklistą, szczypiącą jak papierosowy dym mgiełkę. Z ulgą przymknęłam oczy…

…siedzieliśmy tak kiedyś przy stole. Kokon ciepłego światła otulał nas mandarynkowym blaskiem. Nasze palce chwytały kruchość z niewiarygodną finezją. Wyczarowywaliśmy przenikające nas światy, a wszędzie unosił się wapienno-octanowy zapach. Patrzyłam, jak barwne pęcherzyki łapczywie, chrobocąc niemal, wżerały się w ścianki i wsiąkały w pokąsaną powierzchnię. W tle szemrało miękko wielkopostne Sławcie usta… i snuło się po głowie natrętnym wersem:

Słowo-Ciało chleb w ofierze słowem w Ciało zmieni się…

Mierzyliśmy szczęście wymalowanymi obłościami. Wypuczone wzory parowały, matowiąc kolejne warstwy. Kule przeschniętej beztroski turlały się po białym obrusie, by utknąć w końcu w zwojach bawełnianego dzieciństwa…

…włączyłam Pasję wg św. Mateusza Hilariona i niemal natychmiast porwał mnie smyczkowo-organowy korowód przeplatany sopranami, tenorami i basami. Wsłuchiwałam się w każdą sekwencję, nie mogąc nasycić się harmonią wykreowaną ze zderzenia dwóch obrzędowości. Miałam wrażenie, że niemożliwe zaistniało. Jakby setek lat odrębności nigdy nie było… rozdzielenie stawało się nonsensem…
Gdy wybrzmiało Tobie śpiewamy, tak inne od aranżacji Rachmaninowa, trwałam bezdźwięcznie, by nie przerwać rozsadzającej mnie od wewnątrz ciszy. Chóralny finał po rozbrykanej fudze przyniósł nagłe skojarzenie z Rekwiem Mozarta…
Otrząsałam się powoli, zbierając każdy okruszek, rozpękłej nagle na fotony, własnej świadomości…

…zmęczenie… regres…
Powroty zawsze mnie pobudzały. Zapach odzyskanych miejsc łopotał zapraszająco, nie pozwalając na sen. Wodziłam dłonią po wypukle haftowanym kwiecie i wydawało mi się, że w nienaturalnej ciszy słyszę puls starego elektronicznego budzika. Czułam obezwładniającą moc skaczącego po posiłku cukru. Wiedziałam, że jeśli już, natychmiast czegoś nie zrobię – zasnę i znów obudzę się o barbarzyńskiej porze… ni to nocy, ni dniu…

wielk4

wielk19

Reklamy

Życie nam nie daje żyć… (taki sobie protest song)

Upłynęło lat niemało…
Co się dzisiaj z nami stało?
Gdzie dziewczyny roześmiane?
Gdzie chłopaki malowane?
W lustrach nagle chłopy, baby…
Do pierwszego aby aby…

Życie nam nie daje żyć…
Wódka nam nie daje pić…
Żarcie nam nie daje jeść…
Tylko forma.
A gdzie treść…

A my ciągle zagubieni…
Jacyś tacy bez polotu.
A my ciągle zagonieni…
Od kłopotu do kłopotu.

Przeleciało czasu wiele…
Co się stało, do cholery?
Gdzie marzenia najtajniejsze?
Gdzie przyjaźnie najwierniejsze?
Stare znikło. Nic nowego.
Żeby… żeby do pierwszego…

Życie nam nie daje żyć…
Sadło nam nie daje tyć…
Kłamstwo się nie daje zwieść…
Tylko forma.
A gdzie treść?

A my wiecznie na paluszkach.
Jacyś tacy… jakby w cieniu.
A my wiecznie krętą dróżką.
Od problemu do problemu.

Ściekły dni niepostrzeżenie
W lata, wiosny i jesienie.
Gdzie to szczęście wymodlone?
Gdzie sukcesy wywróżone?
Nigdy prosto… Raczej chyłkiem…
Do pierwszego tylko tylko…

Życie nam nie daje żyć.
Ciało nam nie daje gnić.
Bieda się nie daje gnieść.
Tylko forma.
A gdzie treść?

A my znowu o pół kroku.
Jacyś tacy bez znaczenia.
A my znowu milczkiem, z boku.
Od zmartwienia do zmartwienia.

Mknęły chwile nieprzerwanie.
Co się stało – nie odstanie.
Gdzie i kiedy? Ile? Na co?
Jak? Dlaczego? Po co? Za co?
Co dobrego? A co złego…
Byle… byle do pierwszego!

Życie nam nie daje żyć.
Godność nam nie daje być.
Prawda się nie daje znieść.
Tylko forma.
A gdzie treść…

A my jeszcze wór kamieni…
Grzeczniej, ciszej i powoli.
Coś się zmieni? Nic nie zmieni?
Od kopniaków tyłek boli…

Z piątku na niedzielę. Pigułki Murti-Binga.

klimt-drzewo1

G.Klimt „Drzewo”

Jak wieść niesie, Murti-Bing był Malajem, Wielkim Mistrzem, Nauczającym i Oświecającym. Studiując stare pisma, trafił na ślad cudownej pigułki i udało mu się ją wyprodukować. Był to środek przenoszący światopogląd drogą organiczną. Człowiek, który zażył dawamesk B2, zmieniał się diametralnie, stawał się szczęśliwy i spełniony. Zagadnienia, które wcześniej spędzały mu sen z powiek, nagle uznawał za pozorne i niegodne troski. Na ludzi zajmujących się nimi patrzył z uśmiechem pobłażania. Przestawał być wrażliwy na jakiekolwiek dylematy metafizyczne, a poszukiwanie sposobów na odkrycie sensu istnienia zaczynał postrzegać jako błahe i zbędne.
Żył niczym zdrowe indywiduum otoczone wariatami, którzy z niezrozumiałych powodów nie chcą wyrzec się intelektualnych przypadłości. Zdobyty przez niego w ten sposób Spokój pozostawał w jaskrawym kontraście z nerwowością otoczenia.

Stanisław_Ignacy_Witkiewicz_-_Tworzenie_świata

Witkacy „Tworzenie świata”

Dwadzieścia lat później cudowne właściwości preparatu sprawiły, że stał się on Siłą podsuwaną umysłowi przez Nową Wiarę. Umysłowi, w którym Miłość zmagała się z obojętnością, Szlachetność z nikczemnością, a Prawda – z kłamstwem. Jednostka dążąca do wpisania się w nową rzeczywistość społeczno-polityczną rezygnowała z głoszenia uniwersalnych Wartości. Zaczynała posługiwać się Fałszem, Nienawiścią, PodłościąMetodą, która stała się z biegiem czasu jedynym uprawnionym sposobem myślenia i mówienia – doprowadzając do ich zwycięstwa. Umysł ludzki po przyjęciu pigułki Murti-Binga coraz bardziej ulegał totalnemu zniewoleniu.
Apologeci Siły Murti-Binga, nie dysponując możliwością ingerencji w wewnętrzne dylematy, zadowalali się zewnętrznymi objawami przyjęcia Nowej Wiary. Zdezorientowanemu Wyznawcy przychodziła wówczas z pomocą jedyna forma obrony przed całkowitym zniewoleniem wewnętrznym: Technika Kamuflażu – substytut przyzwoitości, mający odwrócić uwagę od realnych efektów kapitulacji i przyjęcia Nowej Wiary.
Wtedy też pojawiał się Strach

Dawamesk znany był na Bliskim Wschodzie już w Starożytności, a swą niezwykłość zawdzięczał pewnemu nietypowemu składnikowi – kantarydynie.
Sprowadzenie go do dziewiętnastowiecznego Paryża przypisuje się psychiatrze Jacques-Josephowi Moreau de Tours. Do Klubu oferującego ów specyfik należało wiele znakomitości. Choćby Honore de Balzac, Alexandre Dumas czy Charles Baudelaire.

Sztuczne raje…
Łaskawe zioła dają wszystko, co wydały,
Oszczędzając czarnego jutra Niewierności!

One w krew leją życie sztuczne, lecz upojone,
Sen zmysłów podnieconych, złudę — dar Demona;
Dusza pijana. Bezwolna, marzeniami strojna.

Najprawdopodobniej to właśnie w poemacie Sztuczne raje zetknął się z tą nazwą Stanisław Ignacy Witkiewicz i zaadaptował ją na potrzeby wydanego w 1930 roku Nienasycenia. On też powołał do życia mitycznego Murti-Binga, którego wynalazkowi uległy po wiekach setki czekających na Wybawiciela ludzi:

Człowiek musi albo umrzeć – fizycznie czy duchowo – albo odrodzić się w sposób jeden, z góry zdefiniowany, przez zażycie pigułek Murti-Binga.
Przyjęcie porcji Murti-Binga jest bolesne dla większości ludzi. Jest ono bowiem równoznaczne z wyrzeczeniem się dawnego siebie. Musi nastąpić przełom, który oznacza aprobatę Nowej Wiary. Towarzyszy mu często poczucie winy, będące wynikiem przywiązania do religii przekazanej przez rodziców, czy lojalności wobec przeszłości.
Ale przed przyszłością nie uchroni się nikt. Tabletka Murti-Binga jest już w Europie, Nowa Wiara niedługo wkradnie się do wszystkich świątyń.

Piet-Mondrian szare drzewo

P. Mondrian „Szare drzewo”

W 1951 roku rozwinął ten wątek i nadał mu charakter idei Czesław Miłosz w Zniewolonym Umyśle:

Co innego murti-bingizm. Daje on podstawy naukowe i za jednym zamachem wyrzuca na śmietnik pozostałości ubiegłych epok:
…filozofię pokantowską, która coraz mniej miała związków z życiem ludzi i dlatego otoczona została powszechną pogardą
…sztukę tworzoną dla tych, co nie mieli religii, a nie chcieli się przyznać przed sobą, że jakiekolwiek polowanie na “absolut” poprzez zestawienia barw czy dźwięków jest brakiem odwagi w domyśleniu rzeczy do końca
…mentalność magiczno-religijną chłopów.
Zamiast tego wszystkiego przychodzi jeden system, jeden język pojęć.
Podstawy są wspólne. Wielka schizma została obalona. System materializmu dialektycznego połączył wszystkich i filozofia (to jest dialektyka) uzyskała znowu wpływ na życie, a traktować ją zaczęto tak poważnie, jak traktuje się tylko wiedzę i umiejętność, od znajomości której zależy chleb i mleko dla dzieci, własna pomyślność i bezpieczeństwo.
Intelektualista znów stał się użyteczny.

Czy człowiek, który przechodzi operację Murti-Binga, zyskuje wewnętrzną harmonię i pogodę, to już inna sprawa. Zyskuje harmonię w stopniu względnym, wystarczającym do działania. Lepsze to jest niż zatruwanie siebie bezpłodnym buntem i nieokreśloną nadzieją.
Co zdaje się przeczyć doskonałości Murti-Binga, to apatia, jaka zalęgła się w ludziach i trwa równocześnie z ich gorączkową działalnością. Fluid zbiorowy, który powstaje z wymiany i sumowania fluidów poszczególnych, jest zły. Jest to aura siły i nieszczęścia, wewnętrznego paraliżu i zewnętrznej ruchliwości.

Zdzisław-Beksiński-Tormentum

Z.Beksiński „Tormentum”

Tyle Witkacy i Czesław Miłosz.

Pozostaje jeszcze końcowa refleksja Sztucznych rajów Charlesa Baudelaire’a:

Dusza pijana. bezwolna, marzeniami strojna.
W bezmiar daje się nosić — jednak, obudzona,

Bezsilnie patrzeć musi na skon snu pięknego:
Gdy do życia powraca — jak przed marą staje
Codzienna rzeczywistość fałszem się jej zdaje —
Jakąś nędzną ruiną snu niedośnionego.

Obrazki. Aniołek.

– Mamusiu! Mamusiu! No chodź!
Dwie pary lepkich od lodów łapek ciągną ją w dwie przeciwne strony. Uśmiecha się i próbuje uwolnić od rozbrykanych szkrabów.
– Nie mam już siły – kręci głową. – Idźcie z tatusiem, a ja tu na was poczekam.
Przysiada na ławeczce i odwraca głowę od majaczących w oddali prętów.

*

Siedzi za firanką i patrzy w ciemność. Za balkonową szybą szaleje śnieżyca. Drzwi nie są zbyt szczelne i od spodu ciągnie chłodem. Ale ta wnęka między stojącym przy balkonowym oknie tapczanem a wielką szybą to jedyne miejsce, w którym może pobyć sama.
Kiedy robi się jej bardzo zimno, wychodzi spod firanki, siada na tapczanie i czeka, aż nagrzane powietrze otuli ją ciepłem. Gdy przestaje się trząść, chowa się w swojej niszy i wraca do zabawy.

Czasami udaje, że ten wąziutki prostokąt to jej pokoik. Przymyka wtedy oczy i wyobraża sobie, że ma w nim łóżko, maleńką nocną szafeczkę i lampkę z jasnozielonym abażurem. Na podłodze leży miękki kolorowy chodniczek, a naprzeciwko łóżka stoi jasny regalik. W regaliku jest biurko, a przy nim obrotowe krzesło, na którym lubi się kręcić. Na biurku stoi sobie przybornik z kredkami, a w szufladzie blok rysunkowy i farby. W drugiej ma miejsce na zeszyty, a nad biureczkiem – półkę na książki. Wszystkie szafki w regaliku należą do niej i może w nich trzymać swoje ubrania i zabawki.
Pod oknem jest miejsce Grety – ze szczebelkowym łóżeczkiem, plastykowym błękitnym stoliczkiem i dwoma krzesełkami.
Wzdycha. Otwiera oczy i obraca się, by oprzeć o szybę prawe ramię, bo lewe całkiem już jej od tego zimna zdrętwiało.

Rozgląda się po swoim kąciku.
Trzyma w nim wszystkie skarby – lalkę Gretę i torbę z ubrankami oraz kilka kolorowych wstążek i grzebień. Greta ma duże szare oczy z gęstymi czarnymi rzęsami i piękne włosy, delikatne i cieniutkie. Mają miodowy kolor, a kiedy patrzy się pod światło, mienią się ciemno-śliwkowymi refleksami. Są długie i można z nich robić najwymyślniejsze fryzury. Bardzo lubi czesać swoją lalkę. Często wplata Grecie kolorowe wstążki i wywiązuje wielkie kokardy. Bardzo podobają jej się też kolorowe spinki, ozdobione motylkami albo serduszkami, ale nie ma takich. Czasami zachodzi po lekcjach do sklepiku i ogląda sobie różne ozdóbki do włosów. Jest kilka, które pasowałyby do urody Grety. Niestety, póki co, nie może niczego Grecie kupić.

Kiedyś dostała jedną taką spinkę z czerwoną biedronką w czarne kropki od koleżanki. Koleżanka zgubiła drugą i jedna była jej niepotrzebna.
Bardzo się wtedy ucieszyła. Nie z tego, że koleżanka zgubiła spinkę, tylko, że Greta będzie miała coś tak ładnego.
Ale parę dni później koleżanka się rozmyśliła i trzeba było tę spinkę oddać. Trochę to było dziwne, bo koleżanka powiedziała, że tylko im tę biedronkową ozdóbkę pożyczyła, a ona przecież dobrze pamięta, że dostały ją na zawsze. Pytała wtedy koleżankę chyba z dziesięć razy. Oddała jednak i kilka dni były z Gretą bardzo smutne.

Aż w końcu uszyła Grecie sukienkę ze szmatki w jesienne liście i Greta trochę się rozchmurzyła. W ogóle większość ubranek uszyła sama. Na początku nie bardzo umiała inaczej niż fastrygą i musiała bardzo uważać przy wkładaniu, bo wszystko się rozłaziło. Ale potem pani Iza pokazała jej fajny ścieg i pozszywały wszystkie ciuszki od nowa. I teraz Greta może się spokojnie bawić i nie musi wciąż uważać, żeby czegoś nie zniszczyć.

Zagląda do torby i wyjmuje żółtą spódniczkę z falbankami i zapinaną na plecach na zatrzaski białą bluzeczkę. To jej największe skarby. I najpiękniejsze ubranka Grety. Uszyła je Mamusia i pasowały idealnie. Do tego zrobiła szydełkiem kapelusik z ciemnożółtej wełenki. To ubiór na specjalne okazje. Stroi tak Gretę tylko w wyjątkowych sytuacjach – kiedy idą z wizytą do Magdy i Mirandy, albo kiedy Magda z Mirandą przychodzą do nich. Ale to drugie się prawie nie zdarza, bo w domu nie ma warunków do przyjmowania gości.

Wzdycha ponownie i głaska Gretę po głowie.
Zza firanki słychać muzykę. To na chwilę wytrąca ją z rozmyślań. Zaraz jednak skupia się i znowu przestaje słyszeć telewizor. Nauczyła się prawie nie zwracać uwagi na to, co dzieje się w głębi pokoju.
Prostuje nogi, opiera się plecami o jedną ściankę wnęki, a stopami zapiera o przeciwległą. Sadza sobie Gretę na kolanach i przygląda się wymyślnemu uczesaniu z warkoczyków, w które wplotła kolorowe nitki. Greta wygląda jak afrykańska księżniczka. Na pewno czuje się piękna. Popatruje spod prostej grzywki i chyba się nawet lekko uśmiecha.

Za oknem noc i powinna przebrać Gretę w piżamkę i utulić do snu. Ale jakoś nie ma dziś do tego głowy. Całuje Gretę w czoło, kładzie na specjalnej poduszce, która udaje łóżeczko i szczelnie otula ją kocykiem. Ten kocyk dostała od Magdy, kiedy rodzice kupili Mirandzie nowe łóżeczko i była w nim pościelka. Prawdziwa pościelka z prześcieradełkiem, poszwą na kołderkę i poduszką z gęsiego puchu. Wtedy kocyk nie był już Mirandzie potrzebny, bo nie pasował do reszty.

Ten kocyk jest bardzo milutki w dotyku, miękki i wiotki. I nic nie szkodzi, że od częstego prania przestał być puszysty, a w jednym miejscu ma malutką dziurkę. Tej dziurki prawie nie widać, bo jest akurat na oczku króliczka. Bo ten kocyk jest w śmieszne beżowe króliczki z białymi brzuszkami i czarnymi ogonkami. Kiedyś króliczki były różowe, ale wyprały się i teraz już nie są. Ale ona nawet woli takie beżowe, bo kto kiedy widział, żeby króliczki były różowe.

Magda jest fajną koleżanką. Nigdy się nie kłócą i dzielą się różnymi rzeczami. I nigdy nie odbierają tego, co sobie nawzajem podarowały.
Ponownie zerka do torby. Tę niebieską sukienkę w niezapominajki też dostała od Magdy. Bardzo się podobała i Grecie i jej, i Magda powiedziała, że spyta swoją mamę, czy może ją oddać. Mama Magdy nie miała nic przeciwko temu i teraz Greta zadaje szyku wśród innych lalek. Tak powiedział tata Magdy, kiedy wpadły tam z wizytą, a jej bardzo spodobały się te słowa i je sobie zapamiętała.

W zamian za to ona zrobiła Mirandzie na drutach ciepłą czapeczkę z pomponem i szalik z resztek kolorowej włóczki, które podarowała jej pani Iza. Greta była nawet za to troszkę zagniewana, ale przeszło jej zupełnie, gdy dostała własną czapeczkę i golfik zapinany pod szyją na perłowe guziczki, bo na drugi szaliczek już tych nici od pani Izy nie starczyło.

Pani Iza też jest bardzo miła. I pokazuje jej wiele różnych rzeczy. Praktycznych. Pani Iza była kiedyś nauczycielką plastyki, ale odkąd pogorszył się jej wzrok, już nie może pracować w szkole. Ale słabe oczy nie przeszkadzają jej w robieniu różnych pięknych przedmiotów. Lubi zachodzić do pani Izy, bo tam jest atmosfera. Tak powiedział kiedyś tata Magdy i to też się jej bardzo spodobało. Kiedyś zwierzyła się nawet pani Izie, że Greta bardzo marzy o kolorowych spinkach do włosów i pani Iza obiecała, że nauczy ją, jak takie zrobić. Czeka więc, ale nie niecierpliwi się, bo rozumie, że najpierw pani Iza musi zdobyć specjalny klej do zrobienia suchej masy porcelanowej, a to nie jest takie proste. Ale wie, że nie musi się martwić, bo pani Iza zawsze dotrzymuje obietnic.

Pochyla się i uszczelnia gretowy kocyk. Greta chyba już śpi. Powinna była opowiedzieć jej bajkę na dobranoc, ale dziś nie ma jakoś nastroju na zabawę.
Zmienia pozycję i przykłada czoło do szyby. Przed oczyma wirują wielkie płatki śniegu. W domu naprzeciwko pobłyskuje małe okienko. Przez cienkie zasłonki widać kolorowe światełka.
Dziś Wigilia.
Wzdycha.

U nich nie ma choinki. Już dwa lata temu Tatuś zadecydował, że nie będą tym sobie zawracać głowy. Było jej bardzo smutno. Przede wszystkim dlatego, że choinka przypominała jej o Mamusi. Ale nic nie powiedziała. Nie chciała martwić Tatusia. Udawała, że wszystko jest w porządku i że ten róg, w którym kiedyś ustawiali wspólnie maleńkie zielone drzewko, wcale nie wygląda okropnie. Na początku wciąż tam zerkała. Głównie z przyzwyczajenia, bo bardzo lubiła patrzeć na okrągłe cacuszka, drżące lekko od wiaterku z wentylacyjnej kratki. Potem postanowiła się odzwyczaić od tego zerkania i nie spojrzała w pusty róg ani razu. Aż do nocy. Dopiero kiedy leżała już w łóżku, zapomniała się i spojrzała. I zrobiło się jej jeszcze smutniej, bo w każde Święta Mamusia opowiadała jej na dobranoc bajki o wiszących na choince pajacykach, pajączkach i szklanych kulach. Każdego wieczora jedną bajkę o jednej zabawce.
Ale to było dawno.

Odwraca głowę i wpatruje się w migocące plamki na zasłonce sąsiadów.
Dziś Wigilia.
Ale do kolacji jeszcze daleko. Mimo, że na dworze już ciemno, nie ma jeszcze nawet piątej.
W tym roku zostali zaproszeni do Magdy, bo rodzice są kolegami ze szkolnej ławy, ale Tatuś odmówił. W zeszłym roku też byli zaproszeni na kolację do innych sąsiadów, ale i tam nie poszli. Zeszłorocznej Wigilii prawie wcale nie żałowała, bo nie przepada za tą panią sąsiadką, chociaż robi ona naprawdę pyszne lukrowane pierniczki. Ale tej kolacji u Magdy trochę jej szkoda. I nie chodzi wcale o to, że ominie ją kompot wigilijny, który uwielbia i łazanki z makiem, za którymi też przepada. Bardziej żal jej, że nie będzie mogła sobie popatrzeć na Drzewko i pochwalić się Tatusiowi swoją częścią łańcucha, który robiły z Magdą i jej mamą przez ostatni tydzień.

Tak naprawdę zrobiła też kilka zabawek na własną choinkę. Trochę dlatego, że wstydziła się przyznać, że u nich jej nie będzie, ale bardziej – bo liczyła, że może jednak Tatuś zmieni zdanie i pozwoli chociaż na zupełnie maciupką maciupeńką gałązkę. Ale Tatuś zdania nie zmienił, więc nawet mu tych wycinankowych ozdóbek nie pokazywała. Schowała je pod poduszką Grety, tą udającą łóżeczko. Może w przyszłym roku będzie okazja, żeby je wykorzystać.

Odsuwa się od okna i spogląda przez firankę w głąb pokoju. Drobniutka siateczka dotyka rzęs i przeszkadza w mruganiu. Uśmiecha się, bo to trochę łaskoce i myśli sobie, że przez taką delikatną mgiełkę wszystko wygląda dość zabawnie. A najbardziej – pokratkowany Tatuś drzemiący w fotelu przed telewizorem.

Odsuwa się i opiera plecami o zimną szybę. Przeszywa ją dreszcz. Nie tylko od chłodu. Bardziej z emocji. Bo dzisiaj mija czas kary i wreszcie dostanie piękny prezent. Właściwie czas kary minął prawie trzy miesiące temu, w dzień jej urodzin i trochę czekała, że to tego dnia coś dostanie. Ale może Tatuś wliczył ten dzień do pełnego roku. Bo dokładnie rok wcześniej zapomniała przynieść z piwnicy ziemniaki. To był dzień jej urodzin i trochę się zagapiła. Chyba właśnie z powodu swojego święta była taka rozkojarzona. Tatuś bardzo się zdenerwował i powiedział, że za karę nie dostanie nic przez cały rok. I jeszcze postawił jej dwójkę w dzienniku.

Sama już nie wie, co sprawiło jej więcej przykrości, ale chyba ta dwójka. Bo odkąd nie ma Mamusi, Tatuś stwierdził, że muszą podzielić się obowiązkami i każdego wieczoru wystawiał jej oceny. Szczerze mówiąc, nie znosiła tego serdecznie, ale nie chciała zasmucać Tatusia, więc nie powiedziała mu nigdy, że wcale jej się to cowieczorne ocenianie nie podoba. Może nie byłoby jej tak przykro, gdyby ona też mogła wystawiać stopnie Tatusiowi. Bo jemu też, bardzo wprawdzie rzadko, ale jednak zdarzało się o czymś zapomnieć albo coś zawalić. Ale z drugiej strony może to i lepiej, że ona tego robić nie musi, bo nie wiadomo, czy Tatuś by się nie pogniewał, gdyby musiała mu postawić gorszy stopień. Bo nie wolno przecież oszukiwać i musiałaby być uczciwa.

Ale na szczęście czas kary minął i dziś na pewno dostanie coś cudownego.
Może to będzie taki wielki blok do rysowania i plakatówki. Bardzo lubi malować plakatówkami, a te, które dostała kiedyś od Mamusi, już się prawie zużyły, chociaż bardzo je oszczędzała. Nie tylko dlatego, że były od Mamusi, ale też z powodu napisu na opakowaniu. Bo Mamusia napisała tam własnoręcznie: Dla mojego Aniołka. A choć wtedy jeszcze nie znała literek, Mamusia jej przeczytała.

Aniołek. Tak naprawdę ma na imię Ania. A właściwie – Anna, ale Mamusia nazywała ją Aniołkiem. Nie dlatego, że była taka dobra jak prawdziwy aniołek, ale od imienia. Bo Mamusia bardzo lubiła takie różne wymyślane słówka. Często bawiły się w przekręcanie wyrazów, a potem Mamusia używała ich w swoich opowiastkach. Bo Mamusia pisała bajki dla dzieci i sama je ilustrowała. Te Mamusiowe wcale nie przypominały na początku prawdziwych książek i długo nie mogła zrozumieć, jak z luźnych kartek powstają takie śliczne zeszyciki.
Teraz już wie, bo kiedyś Mamusia zabrała ją do drukarni i pan drukarz pokazał jej wszystko od początku do końca.
Rozmarza się, bo nowe plakatówki bardzo by się jej przydały.

Albo może dostanie jakąś książkę. Na przykład baśnie. Widziała takie na wystawie księgarni. Z pięknymi ilustracjami na gładkim kredowym papierze. Raz nawet odważyła się i weszła do środka. Nie było klientów i miła młoda pani księgarka spytała, co ją interesuje, a kiedy powiedziała, że baśnie, wyciągnęła książkę ze sterty innych i pozwoliła obejrzeć wszystkie obrazki. To stąd wie, z jakiego papieru były kartki.

Ale najbardziej marzy o łyżwach. Uwielbia jeździć na łyżwach. Nauczyła się w zeszłym roku, gdy w parku wylano ślizgawkę. Chodziły tam z Magdą, bo Magda dostała łyżwy już rok temu. I uczyły się jeździć na zmianę pod czujnym okiem taty Magdy. Na początku bardzo bolały ich pupy i kolana, ale w końcu udało im się przejechać bez upadku. Ona przejechała pierwsza, ale Magda wcale się nie obraziła, tylko jej gorąco kibicowała. A ona wcale nie wyśmiewała się z Magdy, że szło jej troszkę gorzej, tylko biegła obok, żeby w razie czego podać rękę i pomóc wstać. A potem jeździły razem całą zimę, bo tata Magdy pożyczył od kogoś drugą parę łyżew.

Niestety, w tym roku mu się nie udało, a te Magdowe już na nią nie pasują, bo za szybko urosła jej noga. Kilka razy opowiadała o tej ślizgawce Tatusiowi, ale nie wie nawet, czy naprawdę słuchał. Patrzył wtedy w ścianę i wyglądał, jakby myślał o czymś zupełnie innym.
A może Tatuś wymyśli coś jeszcze bardziej wyjątkowego i pięknego. Bo przez ten rok była przecież naprawdę grzeczna. Ani razu o niczym nie zapomniała. Udało jej się nawet poprawić oceny. Te u Tatusia, bo szkolne piątki to w porównaniu z tymi domowymi łatwizna.

Smutnieje na moment i nieruchomieje. Po chwili kolejny raz zmienia pozycję i zawadza dłonią o podłużny kartonik. Zaciska na nim palce i przesuwa bliżej.
Bo ona też ma dla Tatusia prezent. Drewniany długopis. Przygotowywała go przez ostatni miesiąc. Nie było łatwo, ale ma nadzieję, że Tatusiowi się spodoba. Trochę pomógł jej pan Marek, syn pani Izy. Pan Marek jest malarzem. Pani Iza pokazywała jej kiedyś albumy z jego obrazami. Pochwaliła je wtedy, ale tak naprawdę niezbyt się jej podobały. Były trochę straszne. Chyba przez te ciemne granatowo-fioletowo-czerwone plamy. Pan Marek jest bardzo miły i dużo się uśmiecha i nigdy by nie pomyślała, że potrafi malować takie okropne rzeczy. Może to z powodu tego oka, na które niby nie widzi, ale może tak naprawdę widzi właśnie tylko te ponure kolory.

Nie wie, ale wciąż lubi pana Marka, który oprócz malowania obrazów umie też robić wiele innych rzeczy. Na przykład posługiwać się wiertarką.
To on w cienkim okrągłym klocku wywiercił długi kanalik, przeciął drewienko na pół i obie części nagwintował. Potem dostała arkusz bardzo drobnego papieru ściernego i musiała wszystko dokładnie wygładzić. Na początku bolały ją palce, bo nie była przyzwyczajona do takiej pracy, ale w końcu się jej udało. Później własnoręcznie polakierowała wszystko i po wyschnięciu znowu szmulała papierem.

Na koniec pani Iza dała jej wypalarkę do drewna i pokazała, jak wypalić literki. I teraz na tym długopisie jest dedykacja: Kochanemu Tatusiowi – Anna. Najpierw chciała napisać Aniołek, ale w ostatniej chwili zdecydowała się na Annę. I to wcale nie dlatego, że Anna była krótsza od Aniołka. Po prostu Tatuś zawsze mówił do niej Anno. Napis nie wyszedł może idealnie, bo trochę drżały jej ręce, a wypukła powierzchnia też nie pomagała, ale całość wygląda ładnie. Nie można wprawdzie tym długopisem pstrykać ani go zamknąć, ale po włożeniu wkładu pisze świetnie.
Po wszystkim opakowała go ładnie i teraz paczuszka czeka sobie na odpowiednią porę.

Otrząsa się i nurkuje pod firanką. Tym razem zmarzła naprawdę mocno i przez chwilę musi rozcierać zgrabiałe ręce i stopy. Robi to bardzo cicho, bo nie chce zbudzić odpoczywającego Tatusia, ale on otwiera nagle oczy i patrzy na nią nieprzytomnie. A potem spogląda na wiszący nad telewizorem zegar, przeciąga się i nieśpiesznie wstaje.
Idą wspólnie do kuchni i przygotowują kolację.

Właściwie ta kolacja prawie niczym nie różni się od innych. Może tylko tym, że Tatuś przebiera się i zasiada do niej w białej koszuli, a jej każe włożyć ciemną sukienkę. Nie lubi tej sukienki, bo jest już na nią za krótka, ale posłusznie wtłacza się w przyciasny łaszek.
Stają przy stole, w tle słychać kolędę, bo dziś wyjątkowo Tatuś tylko przyciszył telewizor, i składają sobie życzenia. Nie ma wprawdzie czym się przełamać, ale i tak jest miło, kiedy Tatuś przez chwilę ją przytula.
A potem sięga na półeczkę i podaje jej niewielki woreczek. Ona wciska mu do ręki swoją paczuszkę i przygląda się zmieszanemu nagle Tatusiowi.

Wreszcie oboje siadają do stołu.
Nie rozpakowują prezentów, bo Tatuś uważa, że na to będzie czas po kolacji.
Ale ona nie musi zaglądać do plastykowego woreczka. I tak już chyba wie, co dostała. Nie tylko dlatego, że przez przydymioną folię łatwo odgadnąć kształt. Także dlatego, że parę dni temu widziała w kiosku identyczną torebkę i dobrze obejrzała sobie przez szybę jej zawartość.
Nawet pomyślała wtedy, że gorszego paskudztwa trudno by szukać.
Międli jeszcze chwilę podarek w zaciśniętej ręce i nie podnosi oczu znad talerza. Po prostu nie chce, by Tatuś zobaczył jej oczy. Nie chce, by domyślił się, że ten prezent ani trochę się jej nie podoba. Pod palcami czuje nieprzyjemną twardość.

Wreszcie udaje się jej opanować chęć płaczu. Kładzie pakunek obok talerza i sięga po chleb. Wbija w niego zęby i długo żuje odgryziony kęs. Po prostu ma zbyt ściśnięte gardło, by cokolwiek przełknąć.
Wie, że Tatusia denerwuje, gdy marudzi przy jedzeniu, ale nie potrafi zmusić się do łykania, mimo że bardzo się stara. Wreszcie łowi jego karcące spojrzenie i kurczy się instynktownie. Po chwili przepycha chleb w kierunku policzka i odgryza kolejny kęs.
Kolacja upływa im w milczeniu, jak wszystkie posiłki od czasu, gdy nie ma Mamusi. Wreszcie dobiega końca. Może sprzątnąć ze stołu i pozbyć się obrzydliwej papki z ust.

Kiedy wraca z kuchni, Tatuś właśnie ogląda zrobiony przez nią długopis. Dziękuje cicho i obojętnie i odkłada prezent na telewizorową szafkę.
Ma wrażenie, że nie sprawiła mu tym podarunkiem takiej przyjemności jak chciała, ale boi się zapytać. Chwyta swój prezent i umyka do wnęki. Dopiero tam odkręca plastykowe zamknięcie i rozrywa torebkę.
Nie pomyliła się.

Małpka. Brzydka, sztywna od drutów w rączkach i nóżkach maskotka. Ma niemiłe rzadkie futerko, które miało być białe, ale przyklejone do fioletowego filcu wygląda jak sine. Stopy, dłonie, wnętrze uszu i mordka są ciemnożółte i szorstkie. Nawet wygięty, długi ogonek nie daje się formować, bo ktoś usztywnił go drutem, który nazywa się stalowy. Małpka ma czarne koralikowe oczka i czerwony, wystający z pyszczka język. Naprawdę jest bardzo brzydka. Kiedy zobaczyła ją w szybie wystawowej tamtego kiosku, pomyślała sobie, że taki okropny prezent dostaje się chyba tylko za karę.

Dziś może posiedzieć dłużej, bo jutro Boże Narodzenie. Każdego innego razu cieszyłaby się, że Tatuś nie zagania jej do spania, ale dziś jakoś nie potrafi.
Siedzi w swojej wnęce i patrzy na bajkowe kwiaty, które wymalowuje na szybie mróz.
Wreszcie idzie do łazienki. Myje się i przebiera w piżamkę. Rozkłada pościel, mówi tatusiowi dobranoc i chowa się z głową pod kołdrę. Z boku robi sobie małą dziurkę do oddychania i patrzy na niebieskawe cienie na ścianie.

Kiedy ponownie wychyla się spod kołdry, wszystko jest już pogaszone, a zza kotary dochodzi ciche pochrapywanie Tatusia.
Ostrożnie sięga pod poduszkę i wyciąga pokraczną małpkę. Przesuwa palcami po szorstkawym futerku i próbuje coś zrobić ze sprężynującymi łapkami. Zbliża maskotkę do twarzy. Sztywne łapki stawiają opór. Małpka nie daje się przytulić. Wtedy jedną ręką chwyta ją za baniasty łepek, a drugą za korpusik i ciągnie z całej siły. Słyszy cichy trzask pękających nitek. Oddycha szybko i rozluźnia uchwyt. A potem myśli sobie, że ta małpka nie jest niczemu winna i robi jej się tego szkaradka żal. Wymacuje palcami szyjkę i wyczuwa w miejscu zszycia kilka luźniejszych pętelek.

Po omacku sięga za łóżko i wyciąga maleńkie pudełeczko. Chowa je pod bluzkę od piżamy i idzie z małpką do łazienki. Zapala światło, siada na sedesie i ogląda uważnie maskotkę. Jej łepek jakby lekko się przekrzywił. Znajduje w pudełeczku nawleczoną igłę i kilkoma ruchami przytwierdza naderwaną główkę. Przygląda się krytycznie swojemu dziełu. Małpka znowu jest wyprężona i nieprzyjazna.
Wzdycha. Chowa igłę i wraca do pokoju.
Po wejściu do łóżka już nie próbuje przytulać nowej zabawki. Po prostu kładzie ją na brzegu poduszki i gładzi po sinawym brzuszku…

*

– Mamusiu! Mamusiu! – dwa dziecięce głosiki i tupot małych nóżek wyrywają ją z zamyślenia.
– Żałuj, że z nami nie poszłaś! Małpki są cudne! Cu-dne! Cu-dne! Cu-dne! – skandują.
– Małpki są cudne – powtarza i przygląda się harcującym w oddali kapucynkom.