Światło. Świat za oknem…

…umykał spod powiek. Nie bała się. Była tylko zmęczona. Tym znużeniem dalekiej drogi klekocącej wyrwami…
Kobiety o szponiastych paznokciach uśmiechały się nieszczerze i przymilnie. Wyciągały szczudłowate ręce z pękami niechlujnie barwionych korali w kształcie ryb. Za kilka milimów można było nabyć te paskudki. Choć ich szkaradzieństwo sprawiało niemal fizyczny ból, ona też wybrała jeden. Nie na pamiątkę. Dla świętego spokoju…
Wodziła opuszką po gruzłowatych rantach, starając się ignorować zapach skwaśniałej mąki, którym emanowały. Zestawienie brudnego oranżu z kobaltem, amarantu z ordynarną zielenią, turkusu z rozwodnionym fioletem wkłuwało się w oczy i odbijało od potylicy, przyprawiając o odrętwienie karku.
Hebanowe ciała wyległych kobiet, przystrojone tylko sznurami tego okropieństwa, były szare od soli. Roznoszący się wokół fetor ich potu tamował oddech…
Były nachalne i bezczelne, a gdy wreszcie zrozumiały, że niczego więcej nie sprzedadzą – stały się agresywne.
Wyrzucały z siebie bryłki chropawego warkotu, podkreślając obelgi jednoznacznymi gestami. Ich zaciśnięte piąstki, uniesione ramiona, wyciągnięte szyje przywodziły na myśl żałosną szamotaninę ptaków w klatkach…
Gdy zakryła oczy ręką mamy, nie zrobiła tego ze strachu przed tymi poczwarkami, ale z obrzydzenia.
Pierwszy raz w życiu widziała coś tak wstrętnego: majtające się przy każdym ruchu, powyciągane, workowate piersi o wielkich brodawkach i zdrewniałych mammillach…
W niczym nie przypominały tego, co zdarzało się jej oglądać w albumach…

Reklamy

powidoczki

chłód rozciera granat nocy
pierwszy uśmiech zabiera światło
na ceglanym dziedzińcu
nieoczekiwanie zsycha się
rozdeptana kromka chleba
okruszynkami chrzęści
skrzy ziarenkami soli
o mandalach wirujących
o polu kłosów zielonych
białym pyłem oprószonych
wstęgą kąkoli przepasanych
baśń opowiada przydrożny świat
oddech płytki plecie sen

Cisza waniliowej zatoczki

Leżeliśmy na nagrzanym słońcem mchu, a nad nami szeleściła zdziczała mirabelka.
Bulgocące przejrzałym miąższem owoce co chwila z miękkim pacnięciem uderzały o aksamitną membranę. Mamiły wspomnieniem trzepotu mocnych dłoni ałtajskiego szamana wprawiającego w wibracje rozpiętą na obręczy jelenią skórę śpiewającego łuku. Drobne listeczki szemrały do wtóru, układając się w porażającą symetrią Magii ryb mozaikę.
Chropawa tkliwość brzóz rozsiewała się aromatem fermentujących żurawin.
Wciągałam lepkie powietrze aż do bólu zatok. Od burgundowej słodyczy kręciło mi się w głowie. Uniosłam twarz i przymknęłam oczy. Koniuszkiem języka próbowałam zwilżyć pierzchnące wargi.
Wszystko wokół zamarło i tylko trzciny szeptały coś pluskającemu jezioru.
Pogładziłam kępkę mchu i po omacku odnalazłam mirabelkowy pień. Opuszki natychmiast przejęły seledynową cierpkość łuszczącej się kory.
Na przegubie poczułam twoje palce.
Miały fakturę poświaty, w której maszerował Szczełkunczyk z baletu Czajkowskiego i w podobnym tempie wtórowały mojemu przyśpieszającemu pulsowi.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam głowę.
Mój popłoch rozstukał się marimbową melodyjką z Legend Zoldy i udzielił pobliskiej kruszynie.
Zadrżała, roniąc kilka bladoróżowych koralików.
W skrzyp przesuwających się po mojej skórze twoich palców wdarły się charakterystyczne, gardłowe poparskiwania przyczajonego w sitaku łabędzia. Piernikowa woń wodorostów zaklajstrowała gardło.
Machnęłam głową. Cynowe uderzenia młoteczków czelesty pośpieszające wiolonczelę z Koncertu… Szostakowicza ani myślały ucichnąć. Dawałam się prowadzić spazmatycznej muzyce, próbując ignorować miękkość twoich słów. Czekałam, aż wyszeptywane pragnienia umoszczą się i wtulą w zagłębienie między szyją a obojczykiem.
Dudnienie twojego serca rozchodziło się falami po moim ciele i wprawiało mostek w miarowe drgania.
Waniliowa goryczka spłaszczyła nasze wargi.
Stoczyła się po podniebieniu i skropliła w krtani. Łagodnie przeniknęła na zewnątrz i przeturlała po kręgosłupie, rozjarzając miedzią rudawe puszki płonnika.
Otworzyłam oczy.
Nade mną, między Błękitnymi filarami Pollocka migotała czwarta fuga Schumanna.

Windą do nieba

Rozochotek Kolczasty nie należał do najszczęśliwszych na świecie.
Skonstatował to pewnego pięknego dnia – chyba poniedziałku – a ponieważ z urodzenia był filozofem, westchnął sobie cichutko i zadumał się nad naturą rzeczy. Potem na paluszkach podkradł się do kredensu i, rzucając raz po raz płochliwe spojrzenia w kierunku rozpartej na drewnianym krzesełku Megierki Notorycznej, wyciągnął mały pakunek owinięty sfatygowaną papierową torbą.
Zamknął drzwiczki i z gracją primabaleriny przemknął obok podrzemującej z otwartymi ustami żony. Przez chwilę dzielnie walczył z pokusą, by nie włożyć w jej rozwarte paszczęki palca.
Zwyciężył!
To, i udana akcja nastroiły go przyjaźnie do świata.
Rozochotek potruchtał do namiastki przedpokoju, ucapił pantofle i skupił się na bezszelestnym naciśnięciu klamki. Zamek puścił, a drzwi rozwarły się cichutko. Było to tylko i wyłącznie jego zasługą, ponieważ raz w tygodniu, gdy Megierka biegła na zebranie CBR-u*, starannie oliwił zawiasy.
Przez chwilę butnie podziwiał własną zapobiegliwość, ale zaraz porzucił tę przyjemną czynność i ostrożnie przekroczył próg mieszkania.
Wbrew pozorom – nie było to łatwe, ponieważ Megierka jako fanatyczka porządku czyściła stare gumoleum z zapałem godnym lepszej sprawy. Używała do tego jakichś sobie tylko znanych mikstur, które śmierdziały niemożliwie, ale efekt rzeczywiście był powalający. I to – dosłownie. Nie raz i nie dwa wykopyrtnął się na śliskiej podłodze, sunąc na pośladkach lub brzuchu przez cały korytarzyk i zatrzymywał się dopiero pod kuchennym oknem. Było to dość upokarzające i Rozochotek podejrzewał nawet, że całe dbanie o porządek miało na celu tylko i wyłącznie zdyskredytowanie jego osoby. W słuszności takiego mniemania utwierdzało go zachowanie Megierki – nigdy w podobnej sytuacji nie szczędziła mu złośliwych prychnięć i szyderczych uwag.
Westchnął i szczęśliwie bez przygód wydostał się na klatkę. Zamknął drzwi i podążył w kierunku jedynego miejsca, w którym Megierce nie przyszłoby do głowy go szukać – do windy.

Nacisnął guzik i, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, czekał na swój azyl. Kiedy rozległo się miłe dla ucha łomotanie i winda stanęła, otworzył drzwi i skierował się do swojego kącika. Rozsiadł się na wydeptanej wykładzince, wzuł pantofle i zaszeleścił zawiniątkiem.
Sięganie do pogniecionej torebki uważał za jeden z najcudowniejszych momentów dnia. Odkąd pamiętał, czynności tej towarzyszyło zawsze radosne bicie serca, a na widok omszałej flaszeczki oczy przyjemnie wilgotniały. Dźwięk zgrzytającego o gwint korka brzmiał jak najpiękniejsza muzyka, a szklany dotyk szyjki chłodził spragnione wargi. Pierwszy łyk rozkosznie szczypał w język i łagodnym pieczeniem pieścił gardło. Potem spływał do żołądka, sympatycznie rozgrzewając jego ścianki.
Rozochotek przymykał z lubością oczy, opierał potylicę o ścianę i upajał się czarownością tej chwili.
Łagodne bulgotanie przywoływało go do porządku – unosił się lekko i naciskał klawisz z literką N. Dźwig dygotał i majestatycznie unosił go w górę. Do nieba. Rozochotek był przekonany, że to właśnie oznacza symbol na guziczku…

Finezyjka Zaprzestała siódmy raz z rzędu nacisnęła przycisk windy. Jej nalana twarz zaczerwieniła się z irytacji, a skrzydełka okazałego nosa rozdęły od posapywania. Zatupała w miejscu i ponownie dźgnęła palcem przycisk. Potem spojrzała na wypakowane do granic możliwości reklamówki. Oparte po obu stronach nóg uniemożliwiały poruszanie się, o czym na moment zapomniała. Ze zgrozą patrzyła na bardzo wolno przesuwające się bułki. Schyliła się, by pochwycić rączki i zapobiec nieuchronnej katastrofie i… zamarła. Nastawiła ucha, bo wydało się jej, że słyszy charakterystyczny łomot.
Nie pomyliła się. O! Słuch Finezyjka miała rewelacyjny!
Choć niewygodna pozycja przypomniała jej o chorym krzyżu, zmobilizowała się i dźwignęła siaty. Wprawnym ruchem stopy szarpnęła drzwi, które rozwarły się na całą szerokość i sprężystym krokiem weszła do windy.
Nieprzyjaznym wzrokiem omiotła stojącego obok Rozochotka i odmruczała powitanie.

Jadąc w dół, Rozochotek powstał. Pieczołowicie owinął swoją flaszeczkę, ukrył ją i grzecznie stanął w kąciku.
Kiedy otworzyły się drzwi, dobiegł go szelest reklamówek i ciasne pomieszczenie wypełniło się Finezyjką.
Rozochotek stał skromnie z tyłu i ukradkiem przyglądał się towarzyszce.
Kiedyś chwila, w której wsiadała do windy, była jedną z tych najbardziej wyczekiwanych. Właściwie, na samym początku, najbardziej wyczekiwaną.
Finezyjka przyjaźniła się z Megierką i – w przeciwieństwie do jego żony – była piękna. Rozochotek kochał się w niej bez opamiętania. Mógł godzinami wpatrywać się w nią, gdy siedziała przy kuchennym stole, popijając małymi łyczkami cienką kawinę. Mógł słuchać szemrania jej głosiku i dzwonienia jej śmiechu. Przyglądać się drobnym, białym ząbkom i pąsowym usteczkom.
– I co to się z tej Finezyjki zrobiło? – zadał pobrzmiewające cierpieniem pytanie i spłoszył się.
Spojrzał na masywny kark Finezyjki. Na szczęście akurat coś chrobotnęło i jego słowa utonęły w hałasie…

Finezyjka nie raczyła odwrócić głowy, choć dobrze słyszała niewyraźne mamrotania Rozochotka.
Nie znosiła go.
O! Już ona dobrze wiedziała, co to za ziółko! Megierka nie raz żaliła się na tego nieudacznika!
Tu rozmyślania Finezyjki o Rozochotku urwały się raptownie, ponieważ winda stanęła. Chwyciła ciężkie torby i godnie wyszła przez usłużnie przytrzymywane przez Rozochotka drzwi. Nie zadała sobie nawet trudu, by mu podziękować.
Też!

Gdy półtoratonowe żelastwo ruszyło w górę, Rozochotek sięgnął za pazuchę.
Przy akompaniamencie miłych dla ucha szelestów zgniecionego papieru pociągał z flaszeczki i przez szybkę przyglądał się mijanym widokom. Mimo, że znał je na pamięć, zawsze jakoś ta pierwsza jazda wywoływała wzruszenie.
Była zapowiedzią czegoś nieoczekiwanego…
Każdy nieplanowany przystanek mógł zainicjować przygodę…

* CBR – Ciche Bohaterki Rodzinne

Z piątku na niedzielę. Kinochamy.

Dawno, dawno temu… A może całkiem niedawno… Bardzo daleko stąd… A może zupełnie blisko…

Miałam niekłamaną przyjemność oglądania komedii Juliusza Machulskiego o wiele mówiącym tytule Va Bank

Tam, wśród wielu innych, pojawia się scena prześmiewczością i złośliwością bijąca pozostałe. Mam na myśli moment, w którym młody Moks-Chmielnik z Nutą-Kiersznowskim snują wizję napadu na bank w chicagowskim stylu, a oniemiały Duńczyk-Pyrkosz pyta, skąd Kwinto-Machulski takich prymitywów wytrzasnął…

Czasy inteligentnej zbrodni [niejednokrotnie wymuszonej załamaniem rynku pracy] lat dwudziestych, z tego, co mi wiadomo – odeszły do lamusa.
Grożący bronią psychopaci wciąż jeszcze napadają na banki, albo odbierają portfele bogu ducha winnym konsumentom fastfoodów…

Ale…

Istnieje pewna zbrodnicza, milionowa mafia, której podła działalność nie da się niestety „podciągnąć” pod paragrafy kodeksu karnego, chociaż członkowie jej zasługują na wszelkie istniejące, a nawet zaniechane już sposoby torturowania, na ciężkie więzienie z ciemnicą, na chłostę publiczną lub doraźne mordobicie. Ta zorganizowana banda, ta „ferajna” ciemnych indywiduów działa wyłącznie na terenie kin. Kradną? Nie. To byłoby zrozumiałe. Wywołują zgorszenie moralne? Nie. To byłoby raczej przyjemne. Cóż więc te wyrzutki robią?

Czytają głośno napisy filmowe.

Jeżeli parka składa się z samca i samicy, speakerką jest zazwyczaj ona. Jeżeli to para chamów rodzaju męskiego, czytają na przemian. Jeżeli dwie idiotki – jednocześnie. Zdarzało mi się niejednokrotnie mieć za sobą całe rodziny. Wtedy recytacje odbywały się według zasad „rozkładania głosów” (melodeklamacja) z wpadkami cienkich głosików dziecięcych. Najgorszą odmianą tych potworów są typy nie tylko odczytujące napisy, ale wręcz i po prostu opowiadające głośno, co się na ekranie dzieje.

Czy pomyślałby Julian Tuwim, pisząc swój satyryczny felieton, że w dwudziestym pierwszym wieku podobne zachowania staną się normą:

Zjawia się napis:
„I cóż z naszą sprawą, kochany hrabio? Czy zobaczę kiedy swoje pieniądze?”
Bydlę zaczyna sylabizować:
– I… i… co… co… cóż z na… na-na-naszą sprawą ko… kocha… kochany hrabio… bio…
Napis tymczasem znikł, pyta się więc bydlęcia obok, co tam „stało napisane”. Drugie bydlę mówi:
– Pytał się jego, co z tą sprawą i czy jemu forsę odda.
Na ekranie widać już hrabiego i jego adwersarza, rozmawiających z ożywieniem. Bydlę znów zaczyna:
– O! On właśnie teraz jego zapytuje, co z tą sprawą i czy odda mu pieniądze. Ha, ha! Głupi byłby, żeby oddał.

Hrabia, w pogoni za cyrkówką, jest już w Bagdadzie; wybuchła tam rewolucja. Arabowie pędzą na spienionych koniach. Napisu na szczęście nie ma. Ale bydlę jest. Więc gada.
– Do Palestyny pojechał po pieniądze. Tam żydy na koniach jeżdżą. A jej nie może znaleźć. O – leci z rewolwerem. Coś się tego starego pyta.
Zjawia się napis: „Ale Hussan ibn Mustafa nie poznał swego dobroczyńcy”.
Matowy, kretyński głos odzywa się natychmiast:
– Ale Hu… Hussan i… ibn… Musztarda… nie… po… po… poznał swego dobro… dobrodzieja.
A kolega tępego chama dodaje ciekawy komentarz:
– O – nie poznał go. On nie wie, że to on, bo go nie poznał. Żeby go poznał, toby wiedział, a tak to nie wie.

A tu już maharadżowie walą z karabinów maszynowych w okna podziemnego kabaretu w Lizbonie. Szampanita śpiewa angielskiego szlagiera:

Speak gently to the herring
And kindly to the calf…

Na ekran pada przekład piosenki:

Gdy dziewczę cię pokocha,
Całuska chętnie da…

Potwór rzuca dowcip:
– Albo da, albo nie da! Co?
Drugi się z nim zgadza:
– Możliwe, że nie da, a możliwe, że da.
I śmieją się. Dosyć długo się śmieją, bełkocąc, sepleniąc, śliniąc, charcząc i kwicząc wszystko, co widzą, czytają, myślą i czują.

A kiedy im zwrócić uwagę, żeby byli cicho, psyknąć lub skarcić surowo wzrokiem, obrażają się śmiertelnie i sypią zjadliwe uwagi:
– Jak pan taki nerwowy, to niech pan w domu siedzi.
– Patrzcie go! Żydowski hrabia!
– Wacek, daj spokój, co tam będziesz z byle kim gadał!
– Kiedy ja nie potrzebuję uwag słuchać! Inteligencja!
– Zapłaciłem za bilet tak samo jak pan!
– Niech pan swego nosa pilnuje!
– Też wychowanie!

Dużo potrafią powiedzieć. W tym momencie aparat zaciął się i ekran przez ćwierć sekundy jest ciemny. Chamy już walą nogami w podłogę i stukają laskami. Bo to już dla nich „granda”. Już ich ktoś chce nabrać. Za jego „forsę” wszystko musi być w porządku – i nawet najdrobniejszy, najkrótszy defekt genialnej maszyny budzi w tej kanalii coś w rodzaju potwornego tryumfu.

Pewnie nawet nie postało Autorowi w głowie, że będzie znacznie gorzej…

Te kilogramy chrupiącego popcornu, te hektolitry wysiorbywanej coca coli, te kopce cuchnących zjełczałym tłuszczem orzeszków…

A na ekranie cudowna scena z Tytanica

I kontempluj tu, człowieku, wielką miłość przy akompaniamencie głośnych cmokasynów, wydobywających się z zapchanych cebulowymi chipsami gąb…