jaki

jaki niepozorny
ten
balkon na którym
giulietta słuchała
szeptów gorących kostka
odstukuje echu pył
okna zapatrzone w dal
brama kładzie się
długim cieniem
na
dziedziniec dobranoc

Reklamy

Obrazki. Mamusia.

Wszedł do mieszkania.
Był wściekły, ponieważ Jakubik znowu przypisał sobie całą zasługę i dostał premię, a jemu pozostało wysłuchiwanie reprymendy. Nawet nie próbował niczego tłumaczyć – szef pałał do gnojka jakąś chorą sympatią i uważał go za cudotwórcę.
W umyśle Karola powoli krystalizowała się myśl o odejściu. Już nawet rozpoczął wstępne rozmowy z konkurencyjną firmą. Był dobrym fachowcem i wcale nie musiał wyrabiać się na innych. Rzecz w tym, że do końca roku zostały jeszcze trzy miesiące i musiał jakoś dotrwać, bo odstąpienie od umowy nie byłoby dla niego zbyt korzystne.
Zanim wszedł do pokoju, zajrzał do kuchni i wyjął z lodówki piwo. Z puszką w ręce wkroczył do pomieszczenia, które nazywali szumnie salonem, chociaż był to zwykły duży pokój.
Nim jeszcze zapadł się w swoim ulubionym fotelu, wyczuł ten specyficzny zapach – mieszankę kamfory i naftaliny. Spojrzał na Alicję, która udawała, że ogląda jakiś ogłupiający talk-show.
Jego fotel okupowała mamusia.
– Jak się masz, Karolku! – zawołała i uśmiechnęła się pomarszczoną twarzą.
– O! Karol! Nie usłyszałam, kiedy wszedłeś… – skłamała Alicja, a na jego pytające spojrzenie dodała:
– Parę dni temu mamusia zapowiedziała swój przyjazd. Zapomniałam ci powiedzieć…
– Zapomniałaś… – mruknął. I dodał, trochę złośliwie, trochę jednak z nadzieją:
– Chciało się mamusi jechać taki kawał na te parę dni?
– Ależ Karolku! Kto by jechał dziewięć godzin na parę dni? – zaszczebiotała i zaśmiała się dźwięcznie.
Bardzo dźwięcznie. Mimo, że była dość drobnej postury, miała głos, który u mężczyzny można by określić jako głęboki bas.
– Alunia zaprosiła mnie na trochę…
– Na trochę? – Karol zawiesił głos, patrząc pytająco na Alicję, ale ta unikała jego wzroku.
– Ach! Karolku! – wykrzyknęła naraz jego teściowa.
Było to tak niespodziewane, że omal nie wypuścił puszki, którą właśnie otwierał, rozglądając się przy okazji, gdzie by tu przysiąść, bo eleganckie krzesełka kompletnie się do tego nie nadawały.
– Wyrzuć to! Natychmiast to wyrzuć! Alkohol to dzieło szatana! A już piwo jest najgorsze! Czy ty wiesz, co pół szklanki tego paskudztwa czyni z twoją wątrobą?
Mamusia sposobiła się chyba do dłuższego wykładu. Na szczęście Alicja podniosła się ze swego miejsca.
– Pora na kolację – mruknęła i poszła do kuchni. Pospiesznie ruszył za nią.
– Przepraszam – powiedziała ściszonym głosem. – Po prostu zjawiła się dziś z walizką. Podobno pokłóciła się z Rafałem i odeszła. Co miałam zrobić? Ona naprawdę nie ma dokąd pójść – dodała żałośnie.
Karol sapnął.
Rafał był starszym bratem Alicji. Mieszkał w rodzinnym domu wraz z żoną i czwórką dzieci. I z mamusią.
– Ok. Mam nadzieję, że nie zabawi tu długo…
– Nie bądź okrutny – Alicja popatrzyła na niego ze smutkiem.
Sapnął jeszcze głośniej, łyknął piwa i powiedział:
– Zgoda. Po kolacji rozłożę jej landarę w małym pokoju.
Alicja żachnęła się.
– Żartujesz? Przecież nie położymy starszej kobiety na połamanym łóżku…
– To kto ma na nim spać? – zapytał głupio.

Posiłek upłynął niemal bez zgrzytów.
Wyjąwszy odebranie mu chleba, keczupu i soli, mamusia zachowywała się całkiem znośnie. Nie miał zresztą siły na dyskusje – ledwo mógł oddychać, wtłoczony w dizajnerski fotelik, który nie tylko był ciasny, ale zmuszał do ciągłej uwagi, by nie wywinąć orła – karkołomny kształt uzyskano kosztem prawidłowego wyważenia.
Po kolacji pomógł Alicji posprzątać i stwierdziwszy, że z ulubionego programu popularno-naukowego – mamusia oglądała jakiś gniot o miłości – nici, ze smętną miną udał się do drugiego pokoju.
Była to właściwie klitka dwa na trzy, z pojedynczym oknem, w której całą niemal przestrzeń zajmowała połamana amerykanka i stoliczek z lampką.
Karol jakiś czas walczył z zepsutym meblem. Gdy udało mu się go wreszcie rozłożyć, był tak zmęczony, że zrzucił ubranie i poszedł spać.
Zbudził go judzący, bliżej nieokreślony ból w okolicach lędźwi. Otworzył oczy i trwało chwilę, nim poznał miejsce, w którym się znajduje. Namacał ostrożnie włącznik lampki, rozejrzał się w poszukiwaniu przyczyny bólu i ze zdumieniem zauważył, że jego ciało znajduje się w dziwacznej pozycji. Miał wrażenie, że z tyłu, nad zgięciem kolan i pod łopatki wbijają mu się dwa poprzeczne, rozżarzone pręty.
No tak. Amerykanka nie wytrzymała jego ciężaru i zapadła się.
Starając się robić jak najmniej hałasu, wyplątał się z pościeli i próbował naprędce naprawić łóżko. Po godzinie – zrezygnował. Przeniósł pościel na podłogę i – skulony między stolikiem a drzwiami – zasnął.

Rano ledwo dał radę wstać – bolała go każda kosteczka. Na palcach – żeby nie zbudzić Alicji – przemknął do łazienki.
Ku jego zdumieniu drzwi były zamknięte, a z wnętrza dochodziły podejrzane pluskania i tubalne przyśpiewywanie.
Zrozumiał – mamusia brała kąpiel. Niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, chwilę postał pod drzwiami. Wreszcie – zniechęcony – poszedł do kuchni i zrobił sobie kawę. Był wściekły, a pełny pęcherz nie polepszał sprawy.
Wreszcie usłyszał, że mamusia raczyła wyjść z łazienki i pobiegł wziąć prysznic.
Odświeżony, już w nieco lepszym humorze wszedł do kuchni i sięgnął po kawę. Upił łyk i omal się nie zadławił.
Mamusia zastała go charczącego nad kuchennym zlewem.
– Dzień dobry, Karolku – uśmiechnęła się radośnie. – O! Widzę, że wypiłeś piołunek! – rozpromieniła się. – Alicja mówiła mi, że masz problemy żołądkowe, a uwierz mi, że nie ma nic lepszego od piołunku na czczo. Cieszę się, że przyjechałam. We dwie postawimy cię na nogi…
Nie miał już czasu na dyskusję, przełknął więc cisnące mu się na usta słowa i – porywając płaszcz i kluczyki – wybiegł z domu.

Po powrocie już od progu poczuł smakowitą woń. Uśmiechnął się. Miał dziś przepełniony zajęciami dzień, wypił tylko kawę i był potwornie głodny.
Rozebrał się, umył ręce i wszedł do salonu. Mamusia siedziała w jego fotelu i pochłaniała solidnego schaboszczaka z ziemniakami i mizerią.
Pocałował w policzek Alicję i apatycznie zasiadł w krzesełku.
Alicja przyniosła mu obiad. Nie patrząc, wziął kęs do ust i natychmiast wypluł paskudztwo na talerz. Obie spojrzały na niego karcąco, przy czym zwiędłe usta mamusi wygięły się w podkówkę. Poczuł się jak w przedszkolu. W jego sercu zakiełkowało coś w rodzaju zawstydzenia, co bardzo go rozzłościło. Nie dając jednak niczego po sobie poznać, spojrzał pytająco na Alicję. Ta zerknęła na mamusię i zrobiła błagalną minę.
– Przepraszam – powiedział, a widząc, że wygięte usta nie zmieniają wyrazu, dodał:
– Po prostu nie spodziewałem się… Co to jest? – spytał ostrożnie, przyglądając się potrawie, która zarówno z wyglądu, jak i w smaku przypominała mech.
– Porosty tybetańskie – zahuczała mamusia.
– A to blade? – dźgnął nieufnie widelcem jasną papkę.
– Piure z soczewicy – znów wyjaśniła z dumą mamusia.
Widząc panikę w oczach Alicji, zjadł wszystko do ostatniej drobiny, wdychając aromat wieprzowiny, którą raczyły się jego współbiesiadniczki.
Było piątkowe popołudnie i liczył, że zdoła zabić ohydny smak mamusinych specjałów podczas cotygodniowej kolacji w ich ulubionej restauracyjce.
Rozczarował się.
Alicja oznajmiła, że nie mogą zostawić mamusi samej. Mimo, że obie patrzyły na niego wyczekująco, nie zaproponował, by poszli we troje.
Wieczór upłynął im na oglądaniu powtórek telenowel i filmów o miłości, bo mamusia odnalazła kanał Tele-Love. Karol nie miał pojęcia, że był w pakiecie.
Właściwie cały ten czas pocieszała go jedna myśl – że przed spoczynkiem wypije sobie zimne piwo i zapali papierosa.
Niestety, kiedy po szybkim prysznicu zajrzał do lodówki, okazało się, że puszki z niej zniknęły. Paczka i popielniczka z kuchennego parapetu – również. Chciał nawet zapytać, co się z nimi stało, ale z ciemnego salonu dochodził już spokojny oddech Alicji i niskie pomrukiwania mamusi.

Karol był ugodowym człowiekiem. Nie chcąc robić przykrości żonie – zaczął wymykać się z domu wczesnym rankiem.
W napotkanym śmietniku pozbywał się przyszykowanego przez mamusię energetycznego jedzonka, składającego się z listków sałaty, rukoli i jakichś ziaren, po czym udawał się do baru szybkiej obsługi. Tam wypijał podwójną kawę i zjadał pożywne śniadanie. Następnie w pobliskim parku wypalał pół paczki papierosów i, lepiej już usposobiony, jechał do firmy.
Zaczął też wracać później do domu, tłumacząc się Alicji nawałem pracy. Tak naprawdę chciał po prostu zjeść normalną kolację.
Powoli godził się z myślą, że mamusia nie opuści ich tak szybko. Przyzwyczaił się nawet do samotnego spania na podłodze.

Tego dnia była szósta rocznica ich ślubu i Karol zjawił się w domu dużo wcześniej. Jak się okazało, miało to swoje – dość nieoczekiwane skutki.
Wszedł do przedpokoju i – zza wielkiego bukietu róż – nie dostrzegł niedbale rozrzuconych pantofli mamusi. Potknął się o nie i przekoziołkował przez cały korytarz.
Kiedy się ocknął – leżał w salonie we własnym łóżku, a młody sympatyczny doktor kończył zakładanie gipsu.
Nad Karolem pochylała się bardzo zdenerwowana Alicja. Rozejrzał się i dostrzegł skuloną na disajnerskim krzesełku mamusię. Z niedowierzaniem spojrzał na ciemny ekran telewizora i namacał pod ręką pilota.
Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że Alicja nie ma najmniejszego pojęcia, co było przyczyną wypadku, a mamusi bardzo zależy na tym, by w tej nieświadomości pozostała.
I tu Karol wyczuł swoją szansę.

Z dnia na dzień wszystko wróciło do stanu sprzed wizyty. Karol nie tylko odzyskał swoje łóżko i fotel, ale także zaczął znowu normalnie jadać.
Nawet, gdy już mógł przy pomocy laski poruszać się o własnych siłach, mamusia schodziła mu z drogi.
Zbliżał się koniec roku. Ponieważ Karol nie miał szans na samodzielne wyjście z domu, szef – który pod nieobecność Karola poznał się wreszcie na Jakubiku – parę razy przysłał mu do domu jakąś siuśmajtkę, by ten pomógł jej z dokumentacją. Nie wiedzieć czemu, Alicja bardzo dziewczęcia nie polubiła. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że jest zazdrosna i bardzo mu to pochlebiło.

Któregoś dnia Alicja wyszła do miasta, a mamusia do kościoła. Dzwonek do drzwi trochę go zdziwił, a kiedy w drzwiach zobaczył smarkulę, nie był zbyt zadowolony. Miał nadzieję, że uda mu się załatwić wszystko, nim wrócą Alicja i mamusia.
Praca szła im dobrze i właściwie skończyli, kiedy usłyszał trzask wejściowych drzwi.
Chytry wzrok mamusi powiedział mu, że nie szykuje się nic dobrego.
Rzeczywiście.
Ledwo współpracownica znikła, mamusia oznajmiła:
– Widziałam.
– Co mamusia widziała? – spytał naiwnie Karol, ale zadrżał.
– Widziałam, jak gziłeś się z tą smarkulą – oznajmiła.
– No co mamusia? – próbował protestować Karol, chociaż czuł, że to beznadziejne. Może umiałby wszystko wyjaśnić Alicji, gdyby nie była zazdrosna o tę właśnie dziewczynę. A tak…
Mamusia popatrzyła na niego wymownie, a on potulnie podał jej pilota, podniósł się z fotela i z rezygnacją pokuśtykał w kierunku dizajnerskiego krzesełka…

Szczęściarz

Uf! – sapnął, kiedy w drzwiach stanęła przysadzista czterdziestolatka w żarówkowo-zielonej sukience.
Żółtawa ondulacja nadawała jej okrągłej twarzy wygląd pyzatego księżyca z kreskówek. Miała bardzo jasną karnację, więc głęboki dekolt upstrzyły czerwone plamki. Obfity biust falował, sprawiając wrażenie, że przyciasna sukienka lada chwila rozlezie się w szwach. W miejscu talii kurczyły się i rozkurczały pierścienie, opadając na biodra niczym trzy plażowe kółka. Jej ręce wyglądały jak wyrastające z ramion przecenione serdelki, a odsłonięte do kolan nogi sprawiały równie nieapetyczne wrażenie.
Tylko nie tu!– zagrało w nim, ale było już za późno. Po chwili rozległo się plaśnięcie wydatnych pośladków. Jęknął.
Kręciła się nieustannie. Jakby nie mogła usiedzieć w spokoju nawet przez moment. Co chwila zaglądała do pękatej torebki i wyjmowała z niej różne rzeczy. Najpierw był to czekoladowy wafelek, którego chrupała, szeleszcząc kolorowym staniolem. Potem zajęła się paluszkami – zgryzała je przednimi zębami z prędkością karabinu maszynowego, posapując przez nos i mlaszcząc z lubością. Od czasu do czasu strzepywała z biustu okruchy wprost na podłogę i powracała do jedzenia. Na koniec zmełła pustą paczkę, owijając ją folią po wafelku i – rozejrzawszy się czujnie dookoła – upuściła szeleszczącą kulkę pod nogi. Następnie ponownie włożyła rękę do torebki, zamieszała w niej i wyciągnęła brzoskwinię. Chwyciła ją oburącz, rozwarła szczęki i wgryzła się w złotawy miąższ. Owoc był dojrzały, więc sok ściekał jej po palcach aż do łokci. Jadła głośno, wsysając się w miodowy miękisz i, pochrząkując cyklicznie, wycierała to jedną, to drugą rękę o bok sukienki. Po wypiłowaniu zębami pestki do czysta, upuściła ją na podłogę i szybkim ruchem stopy pchnęła w kierunku ściany.
Panujący wokół upał sprawiał, że rozsiewała wokół siebie zapach dawno niemytego ciała.
Co kilka sekund rzucała spłoszone spojrzenia w kierunku drzwi numer trzy i ocierała wydobytą z przepastnej torby chusteczką zroszone potem czoło. Przy każdym skrzypnięciu zawiasów podskakiwała i opadała ciężko, aż wreszcie nadeszła jej kolej. Wtedy poderwała się na dobre i odeszła, upuszczając – niby to niechcący – zmiętą chusteczkę.

Świntuch… – zahuczał z niesmakiem. – A wyglądał tak dystyngowanie…
Lekko siwiejący pan w dobrze skrojonym garniturze położył ręce na szpiczastych kolanach.
A tu – masz! – wykrzywił się. – Obrzydliwiec! – sarknął płaczliwie, gdy fala ciepłego odorku rozpełzła się wokół.
Mężczyzna zakręcił się niespokojnie. Rzucił obleśne spojrzenie w kierunku wychodzącej właśnie z toalety urzędniczki i oblizał bezwiednie usta. Minęła go nieśpiesznie, a on nie mógł oderwać wzroku od jej rytmicznie poruszających się pośladków. Kiedy zniknęła z pola widzenia, mężczyzna założył nogę na nogę i spod podciągniętej nogawki szarych spodni wyłonił się beżowy kamasz, fioletowa skarpetka w ułożone z kart wachlarze i kawałek, przywodzącej na myśl kurczęce udko, sinawej łydki. Mężczyzna rozparł się wygodniej i sięgnął po zmiętoszoną gazetę rzuconą niedbale na pobliski stolik. Obojętnie przewracał strony, drapiąc się od czasu do czasu w śmieszną wypukłość na czubku głowy, która wyglądała spomiędzy przerzedzonych włosów.
Cholerny bździuch! – zgrzytnął mściwie, kiedy na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna podniósł się opieszale, odrzucił gazetę i odszedł statecznym krokiem, zostawiając za sobą niewidoczną smużkę siarkowodoru.

O tak! – zakwiliło w nim wszystko, gdy na horyzoncie pojawiła się Ona. Młoda, piękna, powabna.
Obcisła turkusowa sukienka leżała na niej jak ulał, uwydatniając, co trzeba. Figlarna blond fryzurka podskakiwała kokieteryjnie przy każdym kroku, a biust kołysał się obiecująco. Mini odsłaniało kawałek zgrabnych ud, ładne kolana i pięknie napięte łydki. Całości dopełniała jasna kopertówka i takież szpileczki.
Podobne piękności nie zaglądały tu często, więc kiedy skierowała się w jego stronę, mógł tylko drżeć z emocji i zaklinać, by zechciała znaleźć się blisko niego. Zechciała.
Wokół rozszedł się cudowny zapach czystości i słodkawych perfum. Na kimś innym byłyby irytujące, ale do niej – w jakiś niepojęty sposób – pasowały.
Założyła nogę na nogę, a blado-turkusowa szpileczka podrygiwała lekko. Przy każdym ruchu sukienka szeleściła kusząco, a mały wisiorek dzwoniący w złączeniu bujnych piersi drażniąco wybijał się ponad dookólny szum.
Jej jędrne pośladki sprawiły, że wszystko napięło się w nim, zadrgało…
Na nic zdało się nakazywanie sobie spokoju – nie wytrzymał! Naprężył się i w ułamku sekundy gromadzone od rana napięcie – eksplodowało.
Powietrze rozdarł krzyk przerażenia wydobywający się z ust nieziemskiej piękności…

Ocknął się. Wokół było szaro i zimno. Dochodzący skądś smród zgnilizny wzbudzał niepokój, ale prawdziwy skurcz strachu wywołały dziwne chroboty. Spiął się w sobie, stęknął i znieruchomiał.
Coś poruszało się w nim bezczelnie, szarpało go i rozwłóczyło wnętrzności.
Zrozumiał…

A jednak – nie żałował!
Ani przez sekundę nie żałował, że jego żywot zakończyło dotknięcie cudownie twardego pośladka, który – w rozkosznej chwili słabości – ugodził sprężyną.

Z piątku na niedzielę. Notre Dame.

Piękny-widok-katedry-Notre-Dame-w-Paryżu-by-Waqqas.jpg

Z miliona złożonych do modlitwy palców wzlatująca przestrzeń!

Kiedy pierwszy raz przyglądałam się Katedrze Notre-Dame, nie miałam pojęcia o istnieniu Równania serca czy Awangardy Krakowskiej, ale już wtedy [a może wtedy właśnie najbardziej…] czułam monumentalność tej budowli. Byłam zbyt mała, by ten natłok wrażeń opisać i wyrazić. Właściwie – mogłam tylko patrzeć i milczeć. Znieruchomieć i obserwować. Zapamiętać to, co kiedyś być może…

Echem w moich wspomnieniach odbija się bicie Emanuela. Słyszałam je później wielokrotnie, ale zawsze już będę je porównywać z tym pierwszym, kiedy z zadartą głową wypatrywałam najlżejszego drgnienia:

Jak bardzo dziwacznie by to nie zabrzmiało, miewam czasami wrażenie, że pewne rzeczy nie dzieją się bez przyczyny.
Czym bowiem tłumaczyć fakt, że także jeden z najbardziej fascynujących mnie instrumentów –  organy – pierwszy raz usłyszałam właśnie w Katedrze Najświętszej Marii Panny i to w jednym z najpiękniejszych utworów J.S. Bacha – „Toccata con fuga”:

АNAГKH oznacza przeznaczenie.
Słowo to – odnalezione na jednej ze ścian Katedry – zainspirowało Wiktora Hugo do napisania Dzwonnika z Notre-Dame [Notre-Dame de Paris].
Fabuła oparta została na wywodzącym się z Hiszpanii modelu miłosnym tres para una, a sama powieść miała być malowidłem piętnastowiecznego Paryża.
Postaci Frolla, Esmeraldy czy Quasimodo jako idee przetrwały do dziś i wciąż inspirują wielu twórców.
Ot, choćby Richarda Cocciante i Luca Plamondona:

Dzięki ich musicalowi kolejny raz zaistniała możliwość poobcowania z magią Naszej Damy:

Kto pomyślał tę przepaść i odrzucił ją w górę!