w oszukiwaniu
nie posunęłam
się ani o krok
straconego nie potrafię
strącić w przeszłość
czasu nie cofnę tak to
się mówi nie myśli

Reklamy

Obrazki. Julian.

Nie chcę cię…
Nagle robi jej się nieswojo. Przygląda się szczerej, poważnej twarzy siedzącego obok mężczyzny i nie potrafi pozbyć się uczucia przykrości.
Przecież niczym jej nie zawinił. Jest miły. Uprzejmy. Ma w sobie dużo taktu i delikatności.
To ja…
Przed kim ona się tłumaczy?
Chyba przed sobą, bo on przecież nawet nie domyśla się, że już go skreśliła. Zanim jeszcze zdążyła go trochę poznać.
To ze mną jest coś nie tak…
Chyba po prostu się do tego nie nadaję…

– Czego ty chcesz, dziewczyno? – spytała parę dni wcześniej Elwira.
– Wiem, czego nie chcę! – warknęła wtedy, ale tak naprawdę – nie miała pojęcia.
– Ile jeszcze czasu zamierzasz tak żyć? Snuć się z miejsca na miejsce? Plątać – to tu, to tam…
– Aż uznam, że wystarczy.
Elwira na chwilę zaniemówiła. A potem popukała się w czoło.
– Chcesz się wykończyć? – powiedziała cicho.
Nie chciała się wykończyć. Chyba. Ale też nie chciała niczego zaczynać.
Jeszcze – nie.

Kątem oka dostrzega pełgający pośród sinawej darni płomyk.
Rudzik?
Jest zdziwiona.
Rdzawy kołnierzyk miga między szarawymi źdźbłami, strosząc oliwkowe piórka.
Dla twego miłosierdzia…
Na sens słów nakłada się obraz spękanych, chrystusowych ust i skrwawiony cierń w dzióbku małego ptaka.
Czy to znak?
Zastanawia się chwilę. Kusi. Tak bardzo ją kusi, by ulec.
Nie wierzę w znaki…
Odpowiedź wybija grubą, czarną czcionką wykrzyczany w myślach protest:
Nie chcę.
Nie może znowu tego sobie zrobić. Zaplątać się we własne życzenia… Uzależnić życia od nic nieznaczącej ułudy…

– Może to nie jest głupia myśl – odparła beznamiętnym głosem. Wiedziała, że takim tonem doprowadzała Elwirę do szału.
– Żebyś się chociaż złościła… – Elwira urwała raptownie i popatrzyła na nią bezradnie.
Pufnęła wtedy obronnie, bo niby co miała powiedzieć przyjaciółce? Że całą złość kierowała do wewnątrz? Że bała się zacząć, bo nie wiedziała, czy będzie umiała nad tym zapanować?
– Powiesz?
Tylko wzruszyła ramionami.

Otrząsa się.
Niechcący trąca siedzącego obok mężczyznę. To pozwala jej odnaleźć się w realnym świecie. Powraca i natychmiast krzywi się z lekkim obrzydzeniem – rudzik pochłonął właśnie jakiegoś tłustego, wygrzebanego z ziemi nieszczęśnika i długim, metalicznym tiik daje teraz wyraz swojemu zadowoleniu. Po chwili podskakuje i rozpoczyna serię trelów i gwizdów, w których można dosłuchać się ostrych, tnących powietrze wizgów piecuszka i niskich, wibrujących świergotów drozda.

Nawet nie chciało jej się pokręcić głową. Milczała.
Nie znosiła tych nacisków. A w dodatku nie mogła mieć pretensji.
Bo gdyby nie Elwira…
To Elwira gnała setki kilometrów, o nic nie pytając. To Elwira parzyła herbatę i pilnowała, żeby nie utopiła się w wannie. Każdego ranka zwlekała ją z łóżka. Krzyczała i prosiła. Groziła i płakała.
To Elwira stróżowała po nocach, budząc ją z kilkuminutowych letargów, w których charczała bezdechem.

Unosi ręce do uszu.
Koniuszki palców ma lodowate. Wraz z dreszczem pojawia się obraz podzwaniających cichutko lodowych sopli. Po chwili nie odróżnia już, co jest śpiewem ptaka, a co szklaną melodią rozbijających się o podłogę dzwonków.
Całkiem blisko rozlega się niskie buczenie. Na szczęście.
Skupia się i już po chwili jest w stanie wyłowić z niego rytm. Powoli z pulsu zaczyna wyodrębniać poszczególne frazy, które rozdziela na pauzy i słowa. Pierwsze mają kształt wrzucanych do wielkiego słoja perłowych kul, drugie – układanych na kryształowej paterze w zgrabną piramidkę – strasowych sześcianów.

– Nie ma o czym – wycofywała się, przeklinając w duchu własne gadulstwo.
Co jej strzeliło do głowy, żeby w ogóle zaczynać tę rozmowę!
To chyba dlatego, że miała dość tych manewrów. Różnych dziwnych typów, którzy nagle zaczęli się pojawiać, gdy się spotykały.
Nie o to chodziło, że byli to jacyś faceci nie na poziomie. Nie.
Raczej…
To, czego było jej w tej chwili najmniej potrzeba, to towarzystwo desperatów.
Może i była niesprawiedliwa, a oni wcale nie byli desperatami, ale nie miała ochoty na nowe znajomości.
Na stare, zresztą, też – nie

Przygląda się siedzącemu naprzeciwko mężczyźnie. Jego ładnej twarzy. Regularnym rysom. Pełnym usta. Włosom, trochę dłuższym i jaśniejszym…
Dłuższym…
Jaśniejszym…

Macha głową, jakby chciała odpędzić naprzykrzającego się komara. Niechciane obrazy umykają.
Jest za wcześnie…
Wypuszcza z płuc powietrze i odgarnia nerwowo wyimaginowany kosmyk. Mogłaby dać sobie rękę uciąć, że figlarne pasemko łaskoce policzek, zakręca się wokół ucha, pęta rozhuśtany kolczyk. Prawie słyszy, jak bigiel poskrzypuje, ocierając się o ścianki otworka.
Powraca do rzeczywistości.
Nigdy wcześniej tak o nim nie myślała. Jak o mężczyźnie. W ogóle – nigdy o nim nie myślała. On po prostu istniał. I nic ponadto…

– Nie możesz być sama – powtarzała niezmiennie Elwira, kiedy próbowała zwiewać po paru minutach rozpoznawczego party.
Wzruszała ramionami.
– Przecież nie każę ci od razu stawać przed ołtarzem – wsłuchiwała się w kipiący złością głos przyjaciółki. – Po prostu wyjdź gdzieś. Na kawę. Do teatru. Odstresuj się.
Patrzyła na Elwirę jak na raroga. Wkładała płaszcz i uciekała, trzaskając drzwiami.
Chowała się w samochodzie i czekała, aż wizytator straci cierpliwość i pójdzie sobie.

Wielokroć pokrywane farbą oparcie ławki wygląda jak poharatane nożem. Zielone odpryski wokół grafitowych nóżek przypominają usypaną ręką szaleńca mandalę. Obnażone wilgocią siedzisko marszczy się brunatnymi słojami. Znalezionym patykiem przeciąga po karbach i wsłuchuje się w zmiksowany terkot kayamby i balafonu. Zerka na błotnisty szlaczek i spuszcza wzrok. Chodnikowe płytki podbarwiają się w tym świetle na błękitnawo. Targane wiatrem gałęzie rozłożystego jawora rzucają ruchome cienie i ma wrażenie, że betonowe podłoże usuwa się jej spod stóp. Odruchowo unosi nogi i – zawstydzona, że uległa złudzeniu – opuszcza je niemal natychmiast.
Rzuca mężczyźnie ukradkowe spojrzenie. Wydaje jej się, że kąciki jego ust nieznacznie unoszą się ku górze. Nabiera powietrza i spogląda otwarcie. Nie dostrzega niczego niepokojącego. Nawet jeśli rozbawił go jej dziecinny odruch – szybko się opanował.

– Co ci się nie podobało? – słyszała po powrocie.
Patrzyła z wyrzutem i rzucała byle co w odpowiedzi.
– Bredzisz, dziewczyno!
Nikt nie musiał jej tego uświadamiać. Sama wiedziała, że zachowuje się jak udomowiony dzik, ale nie potrafiła się przemóc. Nie chciało jej się prowadzić tych… macanek słownych. Wysilać się na błyskotliwość i udawać, że podoba jej się to mentalne eksponowanie muskulatury.

Nie znosi, gdy ktoś łapie ją na jakiejś słabości, więc nagle opanowuje ją irracjonalne uczucie niechęci. Odrzuca patyk. Spogląda wyzywająco i nie potrafi powstrzymać uśmiechu. Jeden z wirujących na wietrze skrzydlaków miękko ląduje na włosach mężczyzny. Ten drga i niepewnie głaszcze się po głowie. Chwyta palcami owoc klonu, a ona zauważa jego ładne ręce. Wąskie i mocne. I zaraz złości się na siebie, że zawraca sobie głowę takimi głupotami.
Co za różnica, jakie on ma ręce!
Zdumiewa ją, że może być taka sarkastyczna.
Nigdy wcześniej mnie to nie interesowało i dalej nie powinno…
A jednak nie potrafi oprzeć się myśli, że mogłaby dotknąć tej bardzo męskiej dłoni tylko po to, by sprawdzić, czy ta skóra jakoś różni się od tamtej…

Raz. Tylko raz uległa Elwirze i obiecała, że się postara.
I – „postarała się”! Niech to wszyscy diabli wezmą! Jeszcze teraz na wspomnienie cierpła jej skóra.
Szło całkiem nieźle. Była miła. Próbowała nawet się uśmiechać, choć miała wrażenie, że od tego rozciągania odpadną jej usta.
I nagle coś ją podkusiło.
– Mózg to też mięsień – odezwała się słodko w środku kolejnej opowieści o jego pływackich wyczynach.
I – tak – miała tę swoją sekundę satysfakcji, kiedy Elwira jęknęła, a facet zrobił się czerwony.
Tylko Kuba nie wytrzymał i zarechotał donośnie z głębi kuchni.

Wyciąga rękę.
On ostrożnie kładzie zielonkawy nosek na jej dłoni. Nie wykorzystuje sytuacji i nie wymusza fizycznego kontaktu. Podoba jej się to – z aprobatą przymyka oczy i wsłuchuje się w suchy trzask naskórka, o który ocierają się postrzępione skrzydełka.
Pewnie jest fanatykiem higieny…
Nie potrafi odmówić sobie złośliwości. Taka… obrona przez atak.
Pozwala wyzwolić się od uczucia sympatii do niego. To tymczasowy stan, ale – przynosi ulgę. Znowu jest tak, jak być powinno.
Unosi rękę na wysokość ust, dmucha i patrzy, jak wirująca półprzeźroczysta elipsoida ląduje obok ławki, nieruchomieje i znowu staje się zwykłym klonowym owocem.

Od tej pory Elwira trochę przystopowała. Nie zrezygnowała może całkowicie z misji swatki, ale – zmniejszyła dawkowanie.
Mina typu „nie dzieje się nic” i pytanie, czy nie miałaby nic przeciwko jednemu znajomemu, który przyjdzie na kolację – nie zdziwiły jej. Raczej – zaskoczyły.
To chyba dlatego wypsnęło jej się, że umie sobie radzić sama. Dostrzegła ten błysk w oku przyjaciółki i już wiedziała, że palnęła głupstwo.
Elwira wzięła ją z zaskoczenia, a potem trudno było robić uniki.

Niebo zaciąga granatem.
Zadziera głowę i obraca się w ślad za ołowianymi chmurami. Zrywa się wiatr. Przez szelest liści dociera do niej jego podszyty troską głos. Zdążyła odwyknąć, więc ta dbałość ją deprymuje. Z udawaną obojętnością odpowiada, że nie jest jej zimno i szczelniej otula się swetrem.
W oddali rozlegają się kroki. Nie odwraca się. Przymyka oczy i próbuje odgadnąć, kto za chwilę przejdzie obok. To taka jej zabawa. Stawia na starszego pana i młodą kobietę. Nie myli się. Odprowadza tych dwoje wzrokiem aż do zakrętu i deliberuje nad zależnościami. Zauważa, że identycznie uginają kolana i w podobnym geście pochylają ku sobie głowy. Obstawia, że to córka z ojcem i na tym poprzestaje. Przecież i tak nigdy się nie dowie, czy odgadła.

Czuła się nieswojo. Nie była typem intrygantki. Nie widziała niczego zabawnego w knowaniach i prymitywnych manipulacjach. Nie chciała robić niczego za plecami przyjaciółki. Z drugiej strony – nigdy nawet nie przyszło jej do głowy, by myśleć o nim w jakiś specjalny sposób.
Znali się przecież od lat.
Najpierw był „za stary”, więc nie zwracała na niego uwagi. Pięć lat to przepaść, kiedy jest się taką na przykład siedmiolatką. Poza tym – był przecież bratem Elwiry. To byłoby dziwne. To prawie tak, jakby Elwirze podobał się jej brat…
Nie. To jednak co innego. Jej brat naprawdę był „stary”. Obie były młodsze od jego córek.
A jednak – nie. Nigdy nie postało jej w myślach, by traktować go inaczej.

Przez oczka dzianiny przenika wilgoć kropel. Spada ich zaledwie kilka, bo wiatr przegania chmury z jednego krańca nieba na drugi, ale i tak robi się jej zimno.
Zastanawia się, czy chciałaby, by mężczyzna towarzyszył jej podczas spaceru. Ją samą zaskakuje twierdząca odpowiedź, ale wstaje i informuje go, że ma ochotę się przejść. On podrywa się i dołącza.
Z ulgą stwierdza, że nie jest gadatliwy. Ceni ciekawą rozmowę, ale bywają sytuacje, kiedy słowa są zbędne. Wokół trwa spektakl, którego nie powinno się zagłuszać czczą paplaniną. Kochający nad miarę brzmienie własnego głosu – męczą ją.

Póki była mała, uważała, że jest bardzo poważny i surowy. Może ją nawet trochę lubił, bo czasami zagadywał, gdy wpadała do Elwiry.
Często podejrzewała, że żartuje, ale dezorientował ją wyrazem twarzy bez cienia uśmiechu.
A potem wyjechał. I ona też wyjechała. Tak się składało, że nie widzieli się parę lat. Jakoś – mijali się, gdy wpadała do Elwiry. Zresztą – Elwira szybko wyfrunęła z domu…

Wyłożona czerwoną kostką alejka biegnie między przystrzyżonymi trawnikami. Całość przypomina twarz niedbale ogolonego mężczyzny z wywalonym na brodę językiem.
Uśmiecha się, zapominając, że może to zakłopotać idącego obok mężczyznę. W ostatniej chwili odwraca głowę.
Obojętnie mija repertuarowe gabloty pobliskiego teatru. Z wiszącego w jednej z nich afisza wpija się w nią wzrokiem znany aktor. Bez emocji konstatuje, że z wiekiem twarz artysty staje się coraz brzydsza. Małe, głęboko osadzone oczka giną w podniesionych policzkach. Mięsisty nos nie odwraca uwagi od zbyt szerokich ust, a pofałdowane czoło robi się coraz wyższe.
Przypomina sobie nieproporcjonalną sylwetkę aktora, której nie widać na plakacie. Ta nieforemność przywodzi ją do refleksji, że najlepiej skrojony garnitur nie jest w stanie ukryć wszystkich niedoskonałości.

Ich drogi to zbiegały się, to – rozchodziły. Nigdy nie nazwałaby go swoim przyjacielem. Prędzej – znajomym. W zasadzie pamiętała go z sytuacji, w których powierzano je jego opiece, czym nie był specjalnie zachwycony – jak to nastolatek zmuszony zajmować się dwiema smarkulami.
Parę razy Elwira przekazywała jej pozdrowienia. Od czasu do czasu opowiadała, co u niego słychać.
Słuchała uprzejmie, ale sama nigdy chyba nie zapytała o niego. Funkcjonował w jej świadomości jako ktoś istniejący. Ktoś, o kim zapomina się na chwilę przed zaniechaniem tematu.

Wspomnienie karykaturalnej sylwetki jest tak natarczywe, że czym prędzej odwraca się w kierunku mężczyzny. Jego harmonijna budowa przywraca zachwianą przed momentem równowagę.
Mężczyzna podchwytuje jej pełen wdzięczności wzrok. Jego mimika podpowiada, że nie ma pojęcia, skąd w niej taka nagła zmiana.
Myśli, że powinna mu wyjaśnić. Tę przychylność. Nabiera nawet powietrza i unosi głowę, ale – nie otwiera ust. Dochodzi nagle do wniosku, że wtajemniczanie go w tok jej myślenia mija się z celem. Ma przeczucie, że on niewiele by z tego zrozumiał.

Pamięta to pierwsze spotkanie po latach.
Było trochę zabawne. Wbiegała na czwarte piętro i zaczepiła torbą o poręcz. Reklamówka rozdarła się i wypadło z niej pudło z zabawkami dla chłopaków Elwiry. To były takie klocki z metalu. Bardzo ciężkie. Opakowanie pękło i kilka modułów potoczyło się w dół. Musiała je pozbierać. Gdyby ktoś nadepnął na któryś, mogłoby się to skończyć tragicznie. Na szczęście producent podał ilość elementów. Sprawdziła, co wypadło, odłożyła ostrożnie torbę, zapaliła światło na klatce i powoli zaczęła schodzić, obserwując stopnie.
– Znalazłem jeszcze dwa – usłyszała za plecami męski głos. Poznała go, mimo że upłynęło sporo czasu.
– To będą wszystkie – stwierdziła i wyciągnęła rękę. – Dziękuję panu bardzo – dodała.
– Nie wygłupiaj się! – parsknął śmiechem. – Nigdy nie byliśmy na „pan-pani”.

Milczy więc, zdając sobie sprawę, że coraz bardziej utwierdza go w przekonaniu, że nie wszystko z nią w porządku.
Właściwie – nie powinno jej obchodzić, co on sobie pomyśli. Przecież przeważnie nie interesuje jej, co sądzą o niej inni. A jednak nie chciałaby, by zaliczył ją do dziwadeł. Nie ma pojęcia, czemu akurat na jego opinii miałoby jej zależeć, ale odczuwa niepokój.
Postanawia nie dociekać jego przyczyn. Przynajmniej – w tej chwili.

Uśmiechnęła się wtedy i pozwoliła odebrać sobie ciężki pakunek.
– Oszczędzaj ten swój kręgosłup – dodał, a ona pomyślała parę wrednych słów pod adresem przyjaciółki-papli.
– To nie Elwira – zaprzeczył, jakby czytał jej w myślach. – Robiłem specjalizację w tym czasie.
To wyznanie wcale jej nie uspokoiło. Chciała nawet powiedzieć coś kąśliwego, ale stanęli przed drzwiami mieszkania i nie zdążyła.
Chyba wyczuł, że niechętnie wspomina tamten okres, bo po wejściu nie kontynuował tematu.

Ogarnia ją irytacja.
On wciąż się jej przygląda, więc gwałtownie odwraca głowę i znowu trafia na brzydką twarz znanego aktora w otoczeniu przystojnych twarzy kompletnie nieznanych statystów. Odczytuje krzyczący okropnymi kolorami nagłówek. Zestawienie barw poraża bardziej niż obsceniczny tytuł. Zastanawia się, jaki grafik mógłby zbłaźnić się aż takim brakiem smaku, kiedy nagle dociera do niej porażająca prawda. Jedynym, co zmusza do zatrzymania wzroku na afiszu jest właśnie ta koszmarna kolorystyka.

Spędzili wtedy miłe popołudnie, budując z chłopakami jakieś skomplikowane konstrukcje. Nawet była zaskoczona jego wyobraźnią przestrzenną.
Odprowadził ją później do samochodu i rozjechali się – każde w swoją stronę.
Potem spotkali się jeszcze kilka razy u Elwiry. Trzy, może cztery. Zawsze był uprzejmy, ale – nic ponadto.
Nie przywiązywała wagi do tych spotkań i miała wrażenie, że on – też nie.

Odwraca oczy od papierowej twarzy, wokół której w zygzakowatych paroksyzmach wiją się graficzne potworki. Szuka ukojenia wśród elementów parkowego krajobrazu. Niespodziewanie natyka się na rząd pokracznych rzeźb. Za każdym razem zaskakuje ją ich widok. Niby jakimś zakamarkiem wie, że są, ale resztę mózgu przymusza, by zepchnął ich istnienie w czeluść niepamięci.
Właściwie są to wyłuskane z któregoś z głazowisk ogromne kamienie. W ich kształcie i fakturze można by nawet dopatrzeć się surowego piękna, gdyby zostawiono je w ich naturalnej postaci. Ślady ułagodzenia dzikości wywołują uczucie żalu.

Potem znowu na długo zniknął jej z oczu. Ale nawet gdyby nie zniknął – nie miałoby to najmniejszego znaczenia.
Spotkała kogoś, z kim pragnęła być do końca swoich dni. Nie wyobrażała sobie innego scenariusza…
Nawet, gdy życie zweryfikowało jej marzenia – długo nie umiała otrząsnąć się po tym wszystkim.
Nie potrafiła korzystać z szans, które podsuwał jej los. A może – nie chciała.
Czy też raczej – bała się…

Wkomponowane elementy pozbawiają obeliski lekkości, zabierają pole domysłom i – co chyba złości ją najbardziej – piętnują brzydotą. Ich groteskowość jest aż bolesna.
Zerka na idącego obok mężczyznę. W jego oczach czai się, hamowany całą siłą woli, śmiech. Nie chce zdradzić, że ich myśli w tym jednym jedynym momencie zjednoczyły się we współodczuciu. Przyśpiesza kroku.
Mężczyzna automatycznie dostosowuje do niej swoje tempo.

W tym czarnym okresie widzieli się zaledwie dwa razy. U Elwiry.
Pierwszy raz podczas świąt. Pośród bardzo licznej rodziny czuła się trochę nie na miejscu.
Była wtedy, zresztą, bardzo zagubiona. Przygnębiało ją niemal wszystko i tak naprawdę – marzyła tylko o tym, by już wrócić do swojego maleńkiego mieszkanka…

Skręca w lewo.
Nad ich głowami unoszą się drobinki asfaltowej woni. Marszczy nos i stara się patrzeć na mijane drzewa. Ich majestat zawsze wywołuje w niej nabożny niemal podziw. Uwielbia nieruchome korony, które w leniwe kołysanie wprawić potrafi tylko naprawdę silny wiatr.
Cieszy się, że nie musiały ustąpić miejsca potężnemu kompleksowi. Może nie wkomponowano go idealnie w otoczenie, ale przynajmniej ułaskawiono drzewa.
Powtarza wyczytaną u kogoś, czy też może wymyśloną przez nią samą refleksje, że drzewo jest warte więcej od niejednego człowieka.

Drugi raz spotkali się na urodzinach starszego syna Elwiry. To było dwa lata później. Powoli wychodziła już na prostą. Miała pierwsze sukcesiki zawodowe i to dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Zaczynała bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość. I nawet – bardzo nieśmiało jeszcze i lękliwie – szeptała sobie, że może wszystko jakoś się ułoży…

Zwalnia kroku. Ucywilizowane trawniki ani się umywają do wcześniejszego, nieokiełznanego gąszczu.
Wciąż tęskni za tamtym nieładem. Za amarantowymi plamami dzikiej róży, koszyczkami wybujałych rumianów i filigranowymi gwiazdkami dziurawca. Nawet unosząca się wokół mgiełka mniszka miała swój niepowtarzalny urok, gdy falowała nad barwną mozaiką pasmami tiulu.
Najbardziej żal jej chyba skupisk ostu. Matowozielonych, kolczastych kwiatów, niby niepozornych, ospałych, zawsze kołyszących się poza rytmem bujającego je podmuchu. Sztywnych i nieprzystępnych, a przecież tak misternie ukształtowanych. Koszyczków, w których wrzosowe płatki stroszą się niczym osełedce, nim rozbuchną pełną krasą. Uśmiecha się na wspomnienie fantazyjnych liści, połyskliwych, zakończonych drobniutkimi cierniami.

Rzeczywiście pomaleńku świat nabierał barw.
Cieszyła się. Ale wciąż skrycie, w środku, jakby bała się, żeby tego idącego ku dobremu nie zapeszyć.
Była wtedy bardzo zabiegana. Czas dzieliła na dom i pracę. Nie starczało jej doby na odpoczynek. A co dopiero na kontakty towarzyskie.
Złapali się kiedyś na ulicy. Proponował kawę, ale ona pociągnęła go do parku. Był piękny majowy dzień, przysiedli więc na ławeczce i wymienili kilka informacji o sobie i wspólnych znajomych.
Śpieszyła się, więc po dwudziestu minutach pożegnała go i pobiegła do swoich spraw.

Teraz na trawnikach pełnią straż rdzawe aksamitki i niskopienne ostrokrzewy.
Aksamitki pysznią się rudościami i żółcieniami, które w tym zestawieniu wydają się być ordynarne.
Ostrokrzew mami połyskliwą zielenią liści, odstrasza kolcami i nie pozwala czerwonym girlandom pokazać się w całej okazałości.
Za tym naturalnym ogrodzeniem dźgają powietrze łodygi – przekwitłych już – czerwonych i różowych tulipanów, szeleszczą zmumifikowane kielichy żonkili i narcyzów.
Od czasu do czasu pośród tego porządku zaniebieści koszyczek cykorii, którą kosiarze tępią z niezrozumiałą zaciekłością.
Czuje autentyczny podziw dla tych roślinek – z takim uporem odradzających się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.
Obraca się, by napomknąć o tym idącemu krok w krok mężczyźnie i… rezygnuje. Nie ma pojęcia, czemu nie chce podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami.
To nie jest dobry czas…

Była przerażona, gdy Elwira oznajmiła, że wyjeżdża. Nie dała tego po sobie poznać, ale pomyślała wtedy, że coś bezpowrotnie odchodzi z jej życia. Niby powinna była już się przyzwyczaić, że los lubi płatać figle. A przecież – nienawidziła zmian.
Przed Elwirą udawała radosną. Nie chciała mącić jej szczęścia. Ale w rzeczywistości – była po prostu zdruzgotana.
To dlatego prawie się nie odzywała na tej pożegnalnej imprezie. Zbywała wszystkich półsłówkami. Jego też. Ale tak bardzo bała się, żeby nie wybuchnąć płaczem.
Nie chciała wyjść na histeryczkę.

Przy placu panoszy się okazały budynek. Wygląda, jakby przystanął tu tylko na chwilę – wyniosły i zadufany w sobie. Błyska wielkimi oknami i jeży ściany nowoczesnym, ohydnym barankiem. Dałoby się to znieść, gdyby nie jego asymetria. Jest przykładem bryły, w której nowoczesność poszła w złym kierunku.
Za samym placem też nie przepada. Niczym nie zasłużył sobie, by być centralnym punktem kompleksu, do którego zmierzają wszystkie alejki. I – aleja.
Tak. Jest tu jeszcze aleja – szeroka, wyłożona wielkimi, stalowymi płytami. Przy jej krawężnikach wierzgają ławeczki. Naprawdę – wierzgają. To przez te wykoślawione nóżki zawsze ma wrażenie, że nie mogą znieść skrobania ostrokrzewów i tylko wyczekują odpowiedniego momentu, by dać drapaka.

Nigdy nie przyznała się Elwirze, jak to się stało, że zdecydowała się spróbować ponownie. A to przecież dzięki jej związkowi z Kubą uwierzyła, że i ona może jeszcze złapać trochę szczęścia. Długo trwało, nim odważyła się komuś zaufać, ale przecież w końcu – przełamała się…
Elwira od razu domyśliła się, że coś się święci.

Środek został zaanektowany przez bicze wodne. Fontannę – uruchamianą w upalne dni. Wzbudzającą mnóstwo radości w dzieciach i bezpańskich psach i wykorzystywaną jako pralnia przez mieszkańców okolicznych nieużytków.
Pomysł z tryskającymi z płyt kaskadami wody nie jest zły. Kiedy świeci słońce – strużki łączą się tęczowymi przęsłami i wyglądają urzekająco. Po prostu nie pasują do tła, którym jest ten okropny, pancerny gmach.
Przyśpiesza kroku, by jak najszybciej zostawić niemiły widok za plecami.
W spojrzeniu mężczyzny nie odczytuje tym razem potwierdzenia własnych odczuć.
Uśmiecha się lekko. Przesadza. Wie, że przesadza. Może budynek nie należy do najpiękniejszych, ale niewiele by ją to obchodziło, gdyby nie fakt, że wycięto tyle drzew, by mógł tu stanąć.

Wyczuwała tę przychylność, choć Elwira bardzo się starała, by nie okazać swojego entuzjazmu.
Ale przecież znały się zbyt długo, by mogły siebie nawzajem oszukać. Tak jak Elwira doskonale wiedziała, że wszystko jest na najlepszej drodze, tak ona – odgadywała empatię Elwiry. Żadne kilometry nie były w stanie zakłócić tej ich więzi.
Zawsze się wspierały. W radościach i w smutkach.
To dlatego, kiedy dostała kolejnego kopniaka od losu – nie musiała nic mówić. Elwira wiedziała, jak bardzo była potrzebna jej obecność i zjawiła się, nie bacząc na nic.

Mija gmaszysko i wkracza w mrok kolejnej alejki.
Liście w szeleszczącym tańcu omiatają stopy. W posiwiałej trawie coś połyskuje. Przykuca i pod opuszkami przyczaja się gładki chłód. Unosi owoc i kasztanowa woń łaskocze podniebienie. Pochyla się i rozgarnia mikre ździebełka. Czarna, tłusta ziemia gnuśnie przesypuje się między palcami i bez sprzeciwu godzi na utulenie powierzonego jej owocu.

Przetrwały to. Nie było łatwo…
We dnie jeszcze jakoś sobie radziła. Musiała. Najstraszniejsze były czarne noce, gdy sen nie chciał się zjawiać, a ona – wsłuchana w szepty – nie rozpoznawała nowych melodii…
Przetrwały. To najważniejsze.
Powoli wracała do dawnego rytmu.
Dom. Praca. Dom. Praca.
I ten przyczółek, do którego mogła zawitać o każdej porze, wiedząc, że drzwi są zawsze otwarte.
I to właśnie tam spotkała go ponownie. W domu Elwiry.
Wtedy nie miała pojęcia, że nastąpi ciąg dalszy.
Nastąpił i dlatego parę dni temu znowu wylądowała w domu przyjaciółki.

Rozgląda się i ostrożnie sięga po dwa zrudziałe kiścienie.
Za plecami słyszy jego głos. Nieruchomieje. Przez moment nie może zrozumieć intencji pytania. Wreszcie – pojmuje. Odwraca się powoli i lakonicznie tłumaczy powód długiej nieobecności.
Palce bezwiednie zaciskają się na kolczastej kuli. Stara się nie powiedzieć nic. Robi jej się przykro, że tak go zbywa, ale nie potrafi przemóc się i zmusić do zwierzeń. Stawia kilka niepewnych kroków i chowa zamkniętą dłoń do kieszeni…

– Wyglądasz okropnie – Elwira, jak zwykle, nie owijała w bawełnę.
– Dziękuję ci bardzo. Jesteś wyjątkowo miła – chciała, żeby to brzmiało sarkastycznie, ale wypadło raczej żałośnie.
– Nie muszę być miła. Jestem twoją przyjaciółką.
Elwira nigdy nie zapominała języka w gębie. Jej riposty były błyskawiczne i boleśnie celne.
– Niestety.
– Przestań, Ola. Kiedy ostatni raz oglądałaś się w lustrze? Wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Wychudzona. Pożółkła. Kiedy ostatnio jadłaś coś przyzwoitego?
– Wystarczy, że się myję…
– A pewnie! Jeszcze trochę i się rozpuścisz…

Kolejne pytanie zbija ją z tropu.
Chwilę patrzy na niego nierozumiejącym wzrokiem, a potem potwierdza ruchem głowy i rzuca parę niezobowiązujących zdań o swojej pracy.
Zapada zmrok. Wiatr ucichł i ma wrażenie, że on musi słyszeć drapanie kolców o podszewkę kieszeni. Powoli rozwiera dłoń i pozwala kasztanowi spaść na dno. Ręka jest lepka – nie ma pojęcia – od soku, potu czy krwi, ale wstydzi się sprawdzić.
Nie chce, żeby coś zauważył. Nie ma siły tłumaczyć mu, czemu tak bardzo przestraszyła się jego głosu.

– Czego ty ode mnie chcesz, Elwira? – wrzasnęła.
– Nawet krzyknąć porządnie nie masz siły. Nie możesz się tak zapadać. Nie śpisz. Nie jesz. Jak ty dajesz radę w pracy? Łykasz coś?
– Oszalałaś?
– Dobre i to. Chlać też nie chlasz. Poznałabym…
Nie umiała znieść tej troski w spojrzeniu Elwiry. Odwróciła wzrok.
– I wiecznie ta marmurowa twarz – usłyszała. – Płakałaś już? Chociaż raz?

To był jednak głupi pomysł…
Ale skąd mogłam wiedzieć, że… w tym też jest podobny…
Urywa nagle i próbuje zagadać nieproszoną ferleksję.
Czy tak już będzie zawsze?
Nigdy nie pozbędę się tej podświadomej chęci porównywania?

Bezwiednie unosi rękę i przesuwa po czole, jakby chciała zetrzeć niechciane myśli. W ferworze zupełnie zapomina, że kasztanowe ciernie poraniły jej dłoń.
Jego troskliwy głos sprawia, że dziecinnym gestem chowa rękę za siebie. To ją zawstydza. Czuje wypływające na policzki ciepło i dziękuje w duchu, że jest prawie ciemno, gdy nagle uświadamia sobie, że właśnie przechodzą obok latarni dającej paskudnie jasne, mlecznobiałe światło.
On, nawet jeśli widzi jej zażenowanie, udaje, że skupia się na skaleczeniu.
Ona próbuje wszystko zbagatelizować, ale silne ciepłe palce obejmują jej przegub, odciągają rękaw i badają uraz.

Tu Elwira ją miała!
Poczuła w gardle grys. Żołądek skurczył się spazmem bólu.
Wiedziała, że to przyniosłoby jej ulgę. Ale – nie potrafiła. Wciąż jeszcze nie umiała się zmusić.
Elwira pokiwała głową. Długo milczały, nim zagaiła ponownie:
– Opowiesz?
A ponieważ nie mogła wykrzesać z siebie nic, Elwira dodała:
– Przecież widzę, że coś cię męczy. Coś nowego…
– Mężczyzna – bąknęła, a Elwira popatrzyła na nią badawczo.
Mężczyzna – powtórzyła. – Nie – facet, tylko – mężczyzna. No! no! To naprawdę coś nowego.
– Nie kpij. To i tak jest wystarczająco trudne bez twoich złośliwości…
– Nie kpię. Po prostu się cieszę.
Wtedy jej powiedziała.

Nie chce jego pomocy. Ani opieki. Ani tej cholernej stanowczości, z którą stwierdza, że trzeba to wyciągnąć. Świetnie radzi sobie sama.
Atakuje znienacka. Właściwie tylko po to, by odwrócić uwagę od tej nieszczęsnej ręki.
Widzi, jak jego twarz zmienia się na ułamek sekundy. Nie zauważa w niej przestrachu. Raczej – wahanie.
Wreszcie on unosi głowę i patrzy jej prosto w oczy. A potem z całą dobitnością odpowiada, że w ich spotkaniu nie ma żadnego przypadku.

– Nie jesteś zaskoczona – odważyła się odezwać po długim milczeniu.
Elwira wzruszyła ramionami.
– On jest cierpliwy, wiesz… – powiedziała cicho, pozornie bez związku.
– Elwira… – jęknęła.
– Nie. Ja cię do niczego nie namawiam. Ani nie odmawiam…
Znowu długo milczały.
– Przecież nikt nigdy nie był w stanie zmusić cię do zrobienia czegoś, czego sama zrobić nie chciałaś…
Patrzyła na Elwirę ze zdumieniem. Usłyszała w jej głosie niepokojące tony.
Gorycz?

Docenia to. Tę jego odwagę. A jednocześnie – ogarnia ją dziwny, niczym nieuzasadniony lęk.
Patrzy na jego niepewny uśmiech i odnajduje w nim coś znajomego. Z nagłą, niezrozumiałą nawet dla siebie złością oznajmia, że musi już iść. Zostawia go – zaskoczonego – i rusza przed siebie.
Jego pytanie osadza ją w miejscu.
Mierzy go od stóp do głów i ma nadzieję, że on prawidłowo odczyta, co ona myśli o odprowadzaniu jej do domu.
Jego twarz kurczy się od przykrości, co utwierdza ją w przekonaniu, że zrozumiał doskonale. Odwraca się i odchodzi. Nie ma w niej nawet kropelki satysfakcji…

Z piątku na niedzielę. Apateja.

Cierpienie jest składową życia.
Religie i filozofie od zarania poszukują tynktury mającej uśmierzyć żal i smutek, uodpornić na klęski.
Napomykają o determinującej sile Ananke, przekonują o istnieniu Wyższego Planu, zachęcają do spacerów po Kamiennych Ogrodach…

Gdy mowa o skrajnych emocjach – niełatwo dochodzić czy dowodzić prawd związanych z taką lub inną teorią. Jeszcze trudniej – przymierzać ogólny model do jednostki…

WP_20171213_012

Apatheia to beznamiętność
Nie wiem jak inni, ale ja nie osiągnęłam jeszcze tak wysokiego poziomu w zgodzie na zadziane jak Mizuta Masahide:

Mój dom spłonął
I nic już
nie zasłania księżyca

 

nie

mogłam
oddychać cynamonem
spod oczu usuwał się
erg nieśnieżny targał
płuca włosy fajerwerki
rozpleniły się po hamadach
róże scukrzone okaleczyły
stopy słów mdłe barchany
sypko umykały przed nami
wybiła zakwefiona północ
przysypały mnie gwiazdy
wydm

Szept tęczowych mgławic

Ogród był zaniedbany i sprawiał wrażenie skurczonego.
A jednak było w nim coś intrygującego… Coś, co nie pozwoliło nam odejść.
Gruzłowata, omszała jabłonka, osaczona próchniejącymi żerdziami, drżała, wystukując ksylofonowo kilka pierwszych taktów Marsza Tureckiego.
Zrobiłeś parę niepewnych kroków, a cienie rozkołysały się Zaproszeniem do tańca – nieśmiałym początkowo i rzewnym, by nagle wybuchnąć nieokiełznaną radością i triumfem.
Weszliśmy przez skrzypiącą jedynym zawiasem furtkę i rozglądaliśmy się z zaciekawieniem.
Kilka stareńkich wiśni pochylało się ku sobie. Wyglądały jak okutane babuleńki, naradzające się w rogu ryneczku. Szelest podsuszonych listków mieszał się z brzękiem leśnych os, przywodząc na myśl godzinki wyszeptywane przez izbowe baby.
Kolczaste śliwy panoszyły się buńczucznie niczym podchmieleni bywalcy wiejskich gospód. Ich wszędobylskie pędy pleniły się wokół, jakby obawiały się, że jeśli tylko umilkną – natychmiast zostaną zapomniane.
Sękata grusza przypominała powykręcanego dziada, okupującego barłóg na schodach przydrożnego kościółka. Zupełnie tak samo jak Zielone drzewo Mondriana wyciągała okaleczone gałęzie w proszalnym geście, w który wpisany był brak nadziei na powodzenie.
Pod walącym się płotem przy najlżejszym podmuchu białymi łzami rozpłakiwała się jasnota, muskając mięsistymi liśćmi trawę.
Pokrzywy kładły się pokotem na omszone kamienie i falowały zapachem zdziczałej zielonej herbaty, przyprawiając o zawrót głowy.
Przystanęliśmy i patrzyliśmy na tę orgię niepamięci. Nasze ręce spotkały się i już nie rozluźniły uścisku. Zrobiliśmy krok i wąską ścieżynką ruszyliśmy ku zapadniętej studni. Zajrzeliśmy w głąb. Pachniała żabim skrzekiem.
Pochyliłeś się i szepnąłeś dwa słowa, które, spadając, obijały się o krzywe kręgi. Powróciły po chwili zapachem mułu i przepłoszyły zegarmistrzowską niemal precyzję Weberowskiego walca.
Ciepło twoich palców rozlało się nagle Sonatą in E minor Romberga. Poczułam obejmujące mnie ramię i zaczęliśmy skradać się w gąszcz łozin, a we mnie wciąż pulsował chropawy śpiew wiolonczeli.
A potem stanęliśmy oboje, porażeni widokiem tak niespodzianym, że aż boleśnie chłoszczącym myśli.
Ciemne tony fortepianu rozmodliły się smyczkami Cantaty Profana Bartoka i rozbujały kobaltem kosaćców.
Tkwiły tam – nieruchome, jakby sprowadzone z innego świata, nieporadne i zakłopotane. Nagle trzy z nich rozkołysały się arytmicznie, jak gdyby usłyszały pląsające we mnie dysonanse sopranów i tenorów.
Staliśmy – urzeczeni, zastygli, niezdolni oderwać oczu – gdy do kolebania dołączały nowe i nowe, by po chwili zlać się w harmonię tak doskonałą, że aż niewiarygodną.
Wsłuchiwaliśmy się w ten balet, podziwiając występy krnąbrnych, mimowolnych solistów, z niewysłowionym wdziękiem powracających po nagłym buncie do szeregu.
I wtedy w ten finał wkradło się skrzypienie ołówka. Zerknęłam na kartkę, pewna, że dostrzegę tam łan irysów, a ty szkicowałeś… mój profil…